wtorek, 20 marca 2012

Europejski play-off i polskie akcenty

Rozpoczęła się faza play-off w europejskich pucharach. Dzisiaj do akcji wkraczają najlepsze zespoły Euroligi, zaś od wczoraj o triumf w Eurocup walczy czołowa ósemka zaplecza najlepszych pucharowych rozgrywek na Starym Kontynencie.

W tegorocznym play-off zabraknie najbardziej utytułowanego klubu w historii Euroligi, Realu Madryt, który mimo zwycięstwa w ostatniej kolejce fazy Top 16 nie zdołał wyprzedzić debiutantów z Gescrap Bilbao Basket. Nie zobaczymy tam też żadnego klubu z byłej Jugosławii,, gdyż wszystkie ekipy z tamtego regionu poległy w rundzie zasadniczej. Za to po rocznej przerwie do ścisłej elity powróciła CSKA Moskwa, a obok niej debiutuje absolutny Kopciuszek tych rozgrywek, Unics Kazań. Czy Rosjanie zdominują decydującą fazę EL?

Z pewnością „Armia Czerwona” należy do faworytów całego sezonu. Transfery Milosa Teodosicia i Nenada Krsticia i przede wszystkim – powrót Andrieja Kirilenki – już procentują. Mistrzowie Rosji jedyną porażkę ponieśli dopiero w fazie Top 16 i mają taki sam bilans jak Barcelona (15-1). Obie ekipy łączy też fakt, że ich rywalem w walce o udział w Final Four będzie euroligowy debiutant (moskwianie staną naprzeciw wspomnianego już Bilbao Basket). Czy to ułatwi im drogę do końcowego triumfu?

Za plecami faworytów czają się zespoły Panathinaikosu, Maccabi Tel Awiw, czy Montepaschi Siena. Obrońcy trofeum, gracze z Aten, przełamali fatalną passę, w której rokrocznie odpadali w fazie Top 16 w kolejnym sezonie po zwycięstwie w finale. Tym razem, mimo kolejnych ubytków kadrowych (Antonis Fotsis, Drew Nicholas), nie bez problemów przebili się do „Ósemki” i powalczą o utrzymanie tytułu najlepszej ekipy w Europie. Na ich drodze stoi jednakże odwieczny rywal, Maccabi Tel Awiw. Dekadę temu między tymi zespołami rozstrzygała się kwestia prymatu na Starym Kontynencie. Rok temu, po kilkuletniej przerwie znów te tradycyjne potęgi stawały do walki o tron. Tym razem pojedynek ten odbędzie się u progu turnieju F4 i dla jednej z tych drużyn sezon zakończy się wielkim rozczarowaniem.

Lepszą sytuację wyjściową mają wtej rywalizacji „Koniczynki”. Obie drużyny nie bez problemów przeszły rundę Top 16, ale to Grecy wydają się być zespołem stabilniejszym. Mistrzowie Izraela po odejściu Jordana Farmara (powrót do NJ Nets po zakończeniu lokautu w NBA) musieli szybko uzupełnić ubytek i sprawdzili aż dwóch graczy (Keith Langford, Demond Mallet). Czy ilośc przeszła w jakość? Nie sądzę, Farmar dawał drużynie Davida Blatta niespotykaną w Europie dynamikę i łatwość gry w ataku. Teraz Maccabi znów jest pod tym względem całkiem konwencjonalną ekipą. Z kolei ateńczycy, poza kilkoma kontuzjami, nie przeprowadzali w trakcie sezonu żadnych większych zmian. Dodatkowo osoba Żeljko Obradovicia na ławce trenerskiej gwarantuje, że nawet z nieco słabszego potencjału personalnego zostanie wydobyte sto procent możliwości. Ponadto największy obecnie atut Maccabi, czy podkoszowy dominator Sofo Schortsanitis spotka się z całą koalicją wysokich speców od walki podkoszowej (Tsartsaris, Marić,Vougioukas) i tym razem nie będzie mu łatwo zając dla siebie pola trzech sekund. W tej rywalizacji stawiałbym raczej na Greków, choć oczywiście w starciach gigantów nic do końca nie jest pewne.

Spore emocje szykują się także w parze Montepaschi Siena-Olympiacos Pireus. Niezwykle ograny skład, jakim dysponuje trener Simone Pianigiani, rozgrywa najlepszy sezon od trzech lat. Po powrocie Davida Andersena udało się niemal całkowicie odtworzyć trzon zespołu, który regularnie grywał w Final Four, stad różnicą, że Terrella McIntyre'a zastępuje dynamiczniejszy i bardziej wszechstronny Bo McCalebb, zaś miejsce Romain'a Sato zajął były gracz Polpaku Świecie David Moss. Siena przegrała tylko cztery mecze, z czego dwa w rozstrzygniętej już dla siebie końcówce Top 16. z kolei Olympiacos po gruntownej przebudowie ma całkiem młody zespół, w którym radzą sobie takie gołowąsy, jak Kostas Sloukas, czy Kostas Papanikolau. Atutem „Czerwonych” będzie w tych pojedynkach atletyzm i siła zawodników podkoszowych (Kyle Hines, Richard Dorsey, Giorgios Printezis) oraz oczywiście fantastyczny egzekutor Vassilis Spanoulis. Czy to, plus wiedza trenera Dusana Ivkovicia przeważy? Po drugiej stronie stanie także szczwany lis, Pianigiani, który może znaleźć sposób na powstrzymanie asów serbskiego weterana. W tej parze ciekawy będzie też pojedynek snajperów - z jednej strony Spanoulis, z drugiej Igor Rakocević, który szuka sukcesów po niezbyt udanych występach w Efesie Stambuł. Ciekawe, jak wpłynie to na wynik konfrontacji włosko-greckiej?

Nie twierdzę, że pozostałe pary będą o wiele mniej atrakcyjne. Bywa i tak, że właśnie w tych teoretycznie słabszych zestawach dzieje się nadspodziewanie dużo, a ambicja debiutantów zaskakuje faworyta. Zarówno Barcelona, jak i CSKA trafiły na rywali, którzy sprawili już kilka niespodzianek. Poza tym, są to drużyn tak naprawdę doświadczone, dzięki potencjałowi zebranych weteranów. Bilbao wyśle przeciw moskwianom byłych graczy Realu (Hervelle, Raul Lopez, Mumbru) i Barcelony (Roger Grimau), zaś w Unicsie prym wiodą amerykańscy wyjadacze, jak Kelly McCarty, Terrell Lyday, czy Henry Domercant. Jednakże formuła play-off (best of five) powoduje, że heroiczna postawa w pojedynczych meczach może nie wystarczyć do sprawienia sensacji. Poza tym, choćby na niekorzyść Unicsu przemawia fakt, ze już dwukrotnie wysoko przegrał z Barceloną w bieżących rozgrywkach. Może do trzech razy sztuka?

Na koniec słów kilka o Pucharze Europy. Wczoraj w pierwszym meczu ćwierćfinałów Spartak Sankt Petersburg pokonał na wyjeździe CEZ Nymburk 68:64. Notujący wahania formy gracze z dawnej stolicy Rosji mogą mieć jeszcze problemy w rewanżu z zaskakująco dobrymi Czechami. Dziś z kolei obejrzymy starcia Chimek z Lokomotiwem Kubań, Lietuvos rytas Wilno z Donieckiem oraz Walencji z Buducnostią Pogdorica. Kilka dni temu, w ramach swoistego trade'u do zespołu z Kubania dołączył Michał Ignerski (w odwrotną stronę, do Niżnego Nowogrodu poszedł Primoż Brezec). Dla notującego dobre statystyki Ignerskiego jest to awans sportowy, ale prawdopodobnie nie będzie mu dane powalczyć o Eurocup, gdyż Rosjanie do dziś nie zgłosili go do tych rozgrywek. W związku z udziałem zespołów w kilku rozgrywkach (EC, VTB, liga krajowa) kluby z byłego ZSRR zatrudniają wielu zawodników, którzy grają na jednym bądź dwóch frontach (choćby Matt Nielsen w Chimkach). Nasz skrzydłowy gra jak dotąd w lidze rosyjskiej, tak więc prawdopodobnie nie wystąpi dziś w pojedynku z Chimkami w Eurocup.

Polskich akcentów nie powinno dziś jednak zabraknąć, gdyż w Eurolidze ważne role do odegrania dostaną byłe gwiazdy PLK. Lynn Greer i Terrell Lyday spróbują powalczyć z Barceloną, zaś David Logan w barwach Panathinaikosu ma szanse na końcowy triumf. Podobnie zresztą jak inny reprezentant biało-czerwonych Thomas Kelati, który zagra dziś o Final Four Pucharu Europy w barwach Chimek. Jego występ będzie dziś można zobaczyć na drugim kanale Eurosportu i tym bardziej szkoda, że po drugiej stronie parkietu nie pojawi się Michał Ignerski..


piątek, 16 marca 2012

Reprezentacja z przeszłością

Zgodnie z zapowiedziami chciałbym wykorzystać możliwość publikowania tutaj (tekst dla natemat.pl) do omówienia na nowo pewnych tematów. Takim zagadnieniem jest koszykarska reprezentacja Polski. Na początek bardzo skrótowe przedstawienie historii. Historia to wstęp do rozmowy o przyszłości (o której kiedy indziej), zatem wydarzeniom najnowszym poświęcona będzie największa uwaga.


MIĘDZYWOJNIE

Przed wybuchem II wojny światowej Polska należała do europejskiej czołówki. Podczas Igrzysk Olimpijskich w Berlinie zajęła 4. miejsce, podobnie jak na Mistrzostwach Europy w 1937 roku. 2 lata później na litewskich ME Polacy zdobyli brązowy medal.

Mecz Polska-Niemcy 50:10. Warszawa, marzec 1939.


ZŁOTE LATA 60.

Srebrny ('63, Wrocław) i 2 brązowe medale ('65, '67) Mistrzostw Europy. 4 występy z rzędu na IO: '60, '64, '68, '72 (jedyne poza IO '36 w Berlinie i IO '80 w Moskwie). 5. miejsce na świecie podczas jedynego występu reprezentacji Polski na MŚ ('67). Symbol tej ery - Mieczysław Łopatka. Lider zespołu, 4-krotny olimpijczyk, król strzelców MŚ (tuż przed Bogdanem Likszo).

Ujęcia z wrocławskch ME '63

PAMIĘTNE LATA 90.

Dwa występy na ME ('91, '97) z pięciu możliwych i dwa 7. miejsca nie robią wrażenia w porównaniu z sukcesami lat 60. Istnieje jednak wiele czynników, dla których ta dekada jest wspominana jako bardzo dobra dla polskiej koszykówki i reprezentacji. A były to między innymi:
- ogólna zapaść polskiego sportu - wówczas to były bardoz dobre rezultaty w dyscyplinach zespołowych;
- popularność koszykówki wynikająca z popularności NBA, dużej obecności w telewizji, dobrych wyników polskich klubów w pucharach, szybszej profesjonalizacji w lidze;
- 7. miejsce z 1997 roku, gdzie Polacy byli o włos od półfinału, z punktu widzenia kolejnych 10 lat bez naszej obecności na ME wydawało się wynikiem magicznym;
- w tamtym okresie wykreowano takie postaci jak Adam Wójcik, Maciej Zieliński, Andrzej Pluta czy Dominik Tomczyk. Do dziś popularnością przebić może ich tylko Marcin Gortat.

Polska-Litwa 88:69. Eliminacje ME '97. Białystok, listopad 1996.


10 LAT POZA ME

Po ćwierćfinale w 1997 roku Polska nie była w stanie awansować na ME. Z różnych przyczyn zmarnowano potencjał tamtego pokolenia. Gwiazdy się starzały, były co raz bardziej znięchęcone do gry w kadrze z powodu złych warunków organizacyjnych, a nowego pokolenia utalentowanych koszykarzy po prostu nie było. Powstał wyłom.

Szokowo odmłodzona reprezentacja lat 2004-2005 spadła nawet do Dywizji B. Szczęściem tylko formalnie, bo w tym samym momencie poszerzono Dywizję A. Jedynym pozytywem tamtego okresu było wprowadzenie do reprezentacji zawodników, którzy do dziś są czołowymi postaciami kadry.

EUROBASKET 2007

W 2006 roku nowy prezes PZKosz - Roman Ludwiczuk - uporządkował dramatyczną sytuację organizacyjną w reprezentacji. Zatrudnił Andreja Urlepa znanego z prowadzenia Śląska Wrocław i Anwilu Włocławek. Do kadry wrócili doświadczeni Adam Wójcik i Andrzej Pluta. Wraz z wyraźnie młodszymi kolegami zaczęli odbudowywać reprezentację.

Efekty przyszły błyskawicznie. Po 10 latach przerwy awansowaliśmy na ME. W Hiszpanii graliśmy z Francją, Słowenią i Włochami. Przegraliśmy 3 mecze. W efekcie odmów występów (Lampe, Gortat) czy kontuzji (Ignerski, Roszyk) skład był daleki od optymalnego. Dlatego też odbiór reprezentacji, która walczyła w każdym meczu, był bardzo pozytywny. Inna sprawa, że odbiór ten nie był zbyt szeroki. 3 przegrane w 3 dni pokazane w zamkniętym kanale telewizyjnym.

Z Hiszpanii zapamiętamy przede wszystkim doskonały mecz Adam Wójcika z Francuzami i 11 asyst Łukasza Koszarka przeciwko Włochom.

Adam Wójcik 19 pkt (8/10 z gry). Polska-Włochy 66:74. Alicante, wrzesień 2007.


POLSKI EUROBASKET 2009

Ciężko by było znaleźć osobę, która 2 lata pracy Andreja Urlepa z reprezentacją oceniałaby negatywnie. W dość dziwnych okolicznach Słoweńcowi nie powierzono zadania budowy kadry na ME w Polsce. Pałeczkę przejął inny były trener Śląska - Muli Katzurin.

Izraelski szkoleniowiec był w komfortowej sytuacji, gdyż miał do dyspozycji wszystkich najlepszych polskich koszykarzy. Nikt nie odmówił, kontuzjowany był tylko Przemysław Zamojski (wówczas na pewno nie kluczowy zawodnik), naturalizowano Davida Logana. Skład był najlepszy, jaki byliśmy w stanie wystawić. Sytuacja wyjątkowa w porównaniu wcześniejszych i późniejszych lat.

Mistrzostwa zaczynaliśmy we Wrocławiu - w Hali Ludowej. Na otwarcie pewna wygrana w meczu z Bułgarią, który trzeba było wygrać. W drugim spotkaniu brązowi medaliści z 2007, półfinaliści olimpijscy z 2008 roku - Litwini - zostali przez Polaków zmiażdżeni. Kto nie był, ten nie wie, co się działo w hali po trójkach Michała Ignerskiego. Rywale co prawda w składzie dalekim od optymalnego, ale mieliśmy ten nasz mały sukces.

Do sukcesu dużego - czyli awansu do ćwierćfinału - zabrakło wygranej w meczach z Turcją, Serbią, Słowenią i Hiszpanią. Polacy nie mieli argumentów. Rywale byli z najwyższej półki. Wystarczy wspomnieć, że Hiszpanie skończyli turniej ze złotem, Serbowie ze srebrem, Słoweńcy na 4. miejscu, a Turcy do momentu, kiedy przepadli w ćwierćfinale, grali na doskonałym poziomie. Ostatecznie skończyliśmy EuroBasket na 9. miejscu.

Ten turniej to euforia po wygranej z Litwą i zapowiedź siły podkoszowego duetu Gortat-Lampe, którego dziś może obawiać się cała Europa.

Michał Ignerski 3x3. Polska-Litwa 86:75. Wrocław, wrzesień 2009.


EUROBASKET 2011

Po przerwie na bycie gospodarzem ME znów trzeba było wywalczyć sobie awans na parkiecie. Tym razem pod wodzą Igora Griszczuka i z ożenionym z Polką Thomasem Kelatim. Kontuzje Ignerskiego, Szubargi, Chylińskiego i innych sprawiły, że zespół grał wąskim składem. Wygrał wszystko u siebie, przegrał wszystko na wyjeździe. Do litewskiego EuroBasketu nie awansowaliśmy (pozostawało jedno miejsce do wywalczenia tuż przed turniejem), ale znów - podobnie jak w 2005 roku - pomogła nam decyzja administracyjna zwiększająca liczbę uczestników turnieju finałowego ME z 16 do 24. Koniec końców wyszło na to, że awansowaliśmy.

Nisko rozstawieni po eliminacjach i na skutek złego systemu przydzielania do koszyków (FIBA zamiast używać swojego rankingu biorącego pod uwagę 2 cykle olimpijskie, korzysta z wyników poprzednich ME i eliminacji) trafiliśmy do grupy z obrońcami tytułu (Hiszpania) oraz srebrnymi (Turcja) i brązowymi medaliśtami MŚ 2010 (Litwa - gospodarze). Do tego bardzo słabi Portugalczycy i szykujący się na Londyn Brytyjczycy.

Na Litwę pojechaliśmy z nowym trenerem - Alešem Pipanem - bez trzech wymienionych zawodników, których brakowało także w eliminacjach, ale przede wszystkim bez Marcina Gortata i Macieja Lampe. Polacy w mocno osłabionym składzie mieli w grupie dwóch rywali w zasięgu - żeby awansować dalej potrzebowali trzech wygranych.

Na początek niezły mecz z Hiszpanami, którzy dopiero rozgrzewali się przed decydującą fazą turnieju. W kolejnym spotkaniu zdecydowana porażka z Litwą - rewanż za Wrocław 2009. Trzecie starcie to wymęczone zwycięstwo ze słabą Portugalią. Wszytko wskazywało na to, że Polacy dograją grupę do końca i pojadą do domu. A tu nagle - BOMBA. Nasi grają równy mecz z Turkami, a w końcówce dzięki rzutom 21-letniego Piotra Pamuły oraz 23-letniego Dardana Berishy pokonujemy wicemistrzów świata! Jesteśmy o krok od wyrzucenia ich z turnieju. Krok od wyjścia z grupy. Krok od dużego sukcesu.

Tym krokiem byłoby pokonanie Wielkiej Brytanii. Co się ostatecznie nie udało. Kolejny raz nie wykorzystaliśmy małego sukcesu, żeby przekuć go w duży.

Ten turniej to historyczny triumf nad Turcją, ale także przekonanie, że w optymalnym składzie jesteśmy w stanie osiągnąć naprawdę wiele.

Polska-Turcja 84:83. Panevėžys, wrzesień 2011.

czwartek, 15 marca 2012

Zmniejszmy ligę, przywróćmy spadki

Temat powraca jak bumerang, ale chyba warto go po raz kolejny przeanalizować. Jak doskonale wiadomo, liga koszykarska nie jest – jako produkt – tak opłacalna, rozreklamowana medialnie i wspierana finansowo jak chociażby piłkarska, czy siatkarska. Ba – zamiast za transmisje meczów dostawać pieniądze, trzeba płacić za wciskanie basketu do telewizji. Dlatego warto się zastanowić – jak poprawić produkt, żeby był atrakcyjny. Moim zdaniem pomysłem jest ograniczenie ilości drużyn oraz przywrócenie sportowych spadków. Przy czym wymóg ilościowy traktowałbym czasowo – nie na stałe, nie na zawsze.

W tym roku mamy trzy części sezonu. Fazę pierwszą, podział na czołową szóstkę i „słabszą” ósemkę oraz tradycyjną walkę w rundach play-off. O tym, że nie można sobie pozwolić na kolejne zwalnianie zespołu Mistrza Polski z pierwszej fazy pisać chyba nie muszę – oczywistym jest, że to obniża wartość i ciekawość rozgrywek w ich początkowej części. Jednak ostatnio widać duże zadowolenie poziomem meczów granych między najlepszymi zespołami. Niezły poziom, masa emocji, spore zainteresowanie i dyskusje. Mówiąc w skrócie – to chce się oglądać. Niestety, wszystko ma plusy i minusy. Głównym minusem tego systemu rozgrywek jest dolna część tabeli. Czyli klepanie meczów pomiędzy słabszymi zespołami. Takimi (przykładowo!), jak Politechnika, czy ŁKS – sygnalizującymi brak kasy już w pierwszej części sezonu. W zasadzie jedynym ciekawym wydarzeniem rywalizacji o miejsca 7-14 było zdobycie przez Adama Wójcika dziesięciotysięcznego punktu. Niestety, to już za nami. A tym samym jakieś 60% emocji i 90% ogólnego zainteresowania tą walką.

I to jest prawdziwy problem obecnego rozwiązania. Uatrakcyjniamy walkę dając dużo spotkań między najlepszymi, ale jednocześnie podrzucamy masę meczów niemal o nic, między słabymi. Dokładając do tego brak Prokomu, czyli obrońcy tytułu, w pierwszej rundzie – minimum siedem z czternastu drużyn nie będzie w tym sezonie miało szansy spróbować „pobić” mistrza. Ale przejdźmy do meritum, czyli pomysłu zmian.

Oczywiście, chciałbym żeby w rodzimej ekstraklasie walczyło szesnaście – osiemnaście mocnych drużyn. Żeby były emocje, coraz wyższy poziom, fajni zawodnicy. Ale w chwili obecnej jest to niewykonalne. Narzekamy na słabszy poziom, na wysoko ceniących się rodzimych graczy (przepis, który nakazuje wpuszczanie ich na boisko się kłania). W chwili obecnej, moim zdaniem, nie stać nas na zrobienie mocnej ligi, przy zachowaniu obecnych przepisów, w tak wielkiej liczbie drużyn. Dlatego postulat jest jasny – zmniejszmy rozgrywki do drużyn dziesięciu lub dwunastu. I przywróćmy sportowe spadki/awanse. Zanim wymienię zalety takiego rozwiązania, dodam iż jest to wizja praktycznie nierealna do spełnienia. Wiem, że „na górze” takie rozwiązania obecnie nie wchodzą w grę. Ale może warto poczytać, przemyśleć, wziąć chociaż część z tego. Zwłaszcza, że jak mówię – docelowo nasza ekstraklasa powinna liczyć około szesnastu drużyn. Ale najpierw trzeba odbudować jej rangę, prestiż, poziom, zainteresowanie nią.

Dla usystematyzowania myśli, poniżej pięć powodów, które mam nadzieję wyjaśnią, dlaczego uważam zmniejszenie ligi za pomysł godny rozpatrzenia. Jak to zwykle w takich sytuacjach bywa – argumenty mogą się przenikać między kolejnymi punktami, być uniwersalne. A zatem przejdźmy do sedna.


Powód pierwszy – poziom i ranga meczów. Wszyscy zainteresowani koszykówką widzą, jak jest. Świetne mecze i pełne hale. Ale.. tylko w górnej części tabeli. Tam trwają bitwy o każdy kosz, sytuacja w tabeli jest zagmatwana i każde zwycięstwo okazuje się obecnie bardzo cenne. Na tyle, że niektórych sympatyków Trefla uradował sukceslokalnego rywala – bo odebrał punkty konkurentom do miejsca w tabeli. Natomiast diametralnie inaczej jest „na dole”. Tam, prócz wspomnianego jubileuszu Adama Wójcika, mamy wiele sytuacji jasnych. Spadków nie ma (w tym sezonie), jedno miejsce w play-off jest już praktycznie pewne (Śląsk). O tych drużynach mówi się tak mało, że niemal bez echa przeszły nagłe plagi kontuzji/ubytków w zespołach. Zainteresowanie meczami nie powala, większość w średniej atmosferze. Na telewizję raczej nie ma co liczyć. Innymi słowy – letnio. Ponadto dochodzi problem dużej różnicy poziomów, co całkiem dobrze wskazuje zespół wrocławski – za słaby na regularną walkę z najlepszymi, ale słabych lejący regularnie.

Co na to moja propozycja dziesięciu – dwunastu zespołów? Wydaje mi się, że sytuacja byłaby o wiele lepsza. Mamy więcej starć między naprawdę ciekawymi i silnymi drużynami, którymi zainteresują się kibice w całym kraju. A przynajmniej część tych spoza miast, które zespoły reprezentują. Dodatkowo, mając w zanadrzu ryzyko spadku – każdy gra na „maxa”, do końca. Praktycznie każdy mecz jest o coś, nie ma „odcinania kuponów” do końca rozgrywek. Dodatkowo daje możliwość rozgrywania serii o utrzymanie w lidze, bądź na przykład baraży o pozostanie w lidze (lub to i to). Dodatkowe emocje gwarantowane. I granie od początku sezonu na pełnej koncentracji – bardzo ważne, bo potem nie ma gdzie odrabiać strat, ewentualnie słaby początek niesie za sobą większe konsekwencje (spadek), niż obecnie (dogranie kilku meczów do końca sezonu).

Powód drugi – poziom drużyn. Nie czarujmy się, uśredniając z roku na rok nie jest on wyższy. Moim zdaniem powodów jest kilka, na czele z kasą oraz przepisami o konieczności przebywania dwóch zawodników z rodzimym paszportem na parkiecie. Pierwsza kwestia jest dość widoczna – nawet niedawny krezus absolutny, czyli Prokom zmniejsza budżet. W innych miastach nie widać nagłego przypływu gotówki (Koszalin to zmieni?). Natomiast drugi warunkuje poziom naszych graczy. Siłą rzeczy, mając więcej drużyn w lidze, potrzebujemy większej ilości Polaków. To prowadzi do różnych zachowań, między innymi drenowania rynku podwójnych obywatelstw, czy wpuszczania na parkiet graczy słabszych. Jeśli założymy, że każdy klub powinien mieć minimum czterech takich zawodników, którzy będą w stanie wnieść do gry coś więcej, niż stanie w rogu i rzucanie za trzy, to zobaczmy jaki mamy problem. Cztery razy czternaście (a ponoć mówi się o szesnastu) ekip = 56. Tylu graczy potrzebujemy. Oczywiście, są juniorzy. Ale optymistycznie zakładam, że drużyna nie składałaby się z czterech Polaków i reszty spoza naszych granic (prywatnie powinno być 8+4 w drugą stronę). Wracając do meritum – wykreślając rodaków grających zagranicą, naprawdę nie mamy na pęczki fajnych zawodników, którzy utrzymują poziom. Dlatego zmniejszenie liczby drużyn da możliwość gry w najwyższej klasie rozgrywkowej najlepszym, a nie „bo trzeba dopełnić limit”.

Ponadto ograniczy ilość mocno przeciętnych, ale tańszych zawodników spoza kraju. Również dlatego, że rozlokowanie Polaków umiejących grać w kosza w ekipach ekstraklasowych spowoduje, że zapełnią oni część luk obecnie zajmowanych przez zagranicznych przeciętniaków. Zresztą – drużyny obecnej czołówki mimo wszystko mają takich zawodników w składach mniej, niż te z dołu tabeli. A założenie polega na skróceniu ilości o zespoły najsłabsze, nie najlepsze.

Powód trzeci – wzmocnienie pierwszej ligi. Tutaj przechodzimy dość płynnie. Nie wiem, czy wpakowanie zespołów obecnie dołujących w najwyższej klasie rozgrywkowej do pierwszej ligi by znacząco podniosło jej poziom. Jednak patrząc globalnie – uważam, że tak by się stało. Zresztą takie rozgrywki, mające przykładowo Polpharmę, czy Kotwicę wzbudzałyby większe zainteresowanie. Oczywiście – powiększyłaby się rywalizacja i tak już zacięta, o awans. Ale połączenie większej i bardziej zaciętej rywalizacji z faktem, iż w I lidze grać mogą tylko Polacy – mogłoby wyjść im na plus.

Obecnie o rozgrywkach na zapleczu ekstraklasy mówi się bardzo mało. Przynajmniej z mojej perspektywy. Domyślam się, że w miastach, w których grają zespoły rywalizujące o awans, odbija się to szerszym echem. Jednak zmniejszenie ekstraklasy, a co za tym idzie kilka ciekawych „marek” bijących się o powrót do niej plus obecne tuzy – to mogłoby korzystnie wpłynąć na postrzeganie i „przypominanie sobie” o fakcie, że istnieje życie poza PLK.

Powód czwarty – prostota systemu rozgrywek. Niepotrzebne są tutaj trzy fazy. Żadne podziały, kombinowanie z klasyfikacją. Zwykła runda zasadnicza i faza play-off plus mecze o utrzymanie. W konwencji dowolnej (zależnej od ilości degradowanych zespołów). Przecież gdy najlepsza ósemka bije się o tytuł mistrzowski, słabsza dwójka/czwórka może bić się o utrzymanie. Takie mecze często nie odbiegają poziomem emocji, czy zaciętości od ćwierćfinałów. I byłyby zdecydowanie ciekawsze, niż to, co obecnie dzieje się w drużynach z dolnej części tabeli. Oraz gwarantowały emocje praktycznie do samego końca.

Zaraz ktoś powie, że dziesięć drużyn to mało meczów. Tutaj podejść można dwutorowo. Według jednej z koncepcji robimy cztery rundy, składające się na sezon zasadniczy. Obecnie taki Śląsk (dolna część tabeli) gra trzydzieści osiem razy w sezonie. Przy dziesięciu/dwunastu zespołach i nawet graniu po cztery razy z każdym tych meczów byłoby odpowiednio trzydzieści sześć lub czterdzieści cztery. Ponieważ mówi się o możliwościach przedłużenia rozgrywek – całkowicie do zrealizowania. Natomiast przy podejściu „to przesada, tylko mecz i rewanż i basta!”, mamy mecze raz w tygodniu i sporo terminów „w razie czego”. Żeby było mniejsze ryzyko „posiadania pecha”, jakaś elastyczność przy terminarzu, nacisk na grę w europejskich pucharach, czy granie Pucharu Polski bardziej rozbudowanego niż trzy mecze i koniec. Meritum jest takie, że zmniejszenie liczby drużyn wcale nie pogorszy jakości rozgrywek, wcale nie sprawi, że potrwają one miesiąc. Teraz mamy na przykład cztery starcia Śląsk – ŁKS. Ze świecą szukać osoby niezwiązanej z wymienionymi klubami, która woli taką rywalizację, niż na przykład czterokrotne derby Trójmiasta. Emocje, bardziej wyrównany poziom ligi – dążmy do tego.

Powód piąty – lepsza weryfikacja. Robimy ligę profesjonalną. Która ma jasne reguły uczestnictwa. Łatwiej znaleźć dziesięć/dwanaście drużyn, które spełnią wymogi licencyjne. Ale porządnie analizowane, żeby nie okazało się nagle w grudniu, że zawodnicy nie dostają pieniędzy, w styczniu nie ma ciepłej wody, a w lutym piłek do grania. I hali, bo akurat jest przysłowiowy balet mongolski. To akurat scenariusze (po części) wymyślone, jednak chodzi mi o pokazanie mechanizmu. Żeby mówić o podwyższaniu poziomu, czy standardów musimy się zmierzyć z pewnymi rzeczami. Takimi są terminowe wypłaty, przyzwoita hala dostępna na mecze ligowe, brak zaległości finansowych, czy chociażby łącze internetowe na obiekcie. Rzetelna weryfikacja klubów przystępujących do ligi, a jak ktoś nie spełnia wymogów – w pierwszej lidze przez cały sezon może się przygotować sportowo jak i organizacyjnie do ekstraklasy. Być może brzmi to brutalnie, ale dla mnie tylko tak podniesiemy standardy.


Nie ma złotego środka na uzdrowienie polskiego basketu ligowego, czy poprawienie jego sytuacji. Powyżej zaprezentowałem jeden ze sposobów. Czy ma to jakiś (choćby częściowy) sens? Osobiście wydaje mi się, że tak. O wszystkich zagadnieniach dyskutować można jeszcze długo, z pewnością znalazłyby się inne powody – zarówno za, jak i przeciw takiemu rozwiązaniu. Jednak może warto spróbować? Bo czasem mam wrażenie, że bez wdrażania odważnych pomysłów, rodzima koszykówka będzie nadal stała w miejscu. A jak wiadomo, kto się nie rozwija, ten się cofa..

wtorek, 13 marca 2012

Wielowątkowe przywitanie - debiut w natemat.pl

Dziś w serwisie natemat.pl pojawił się mój powitalny tekst. Można też przeczytać go w całości poniżej.

Pozostajemy oczywiście także tutaj. O tym czy pojawienie się w natemat.pl zmienia i jak zmienia nasze publikowanie do przeczytania w tekście.

"Sporo do napisania. Blogowaniem o koszykówce z kolegami Michałem Rodziewiczem i Łukaszem Michniewiczem na blogu 3sekundy.com zajmujemy się od 2008 roku, a mimo to ze skleceniem pierwszych zdań mam duży problem. Ciężko jest się witać w środku wieloletniej już działalności.

Nowe miejsce, nowi ludzie, nowe wyzwania – motywują i inspirują. To ostatnie słowo jest tutaj kluczowe. Inspiracji do pisania o polskiej koszykówce co raz częściej brakuje. Odnoszę wrażenie, że w ostatnich latach skurczyła się nam liczba miejsc, gdzie można przeczytać ciekawe dyskusje o polskim baskecie. Mniej osób ocenia i analizuje, mniej osób się z nimi spiera. A nie ma nic bardziej inspirującego niż poznawanie cudzych opinii na dany temat i podejmowanie dyskusji. Bez tego nie jesteśmy zmuszani do myślenia. Wydaje się nam też, że nasze przemyślenia i opinie są oczywiste dla wszystkich. Po co więc je publikować?

Czy natemat.pl poszerzy dyskusję o polskiej koszykówce? Ze swojej strony będę się o to starał. Pierwszym sukcesem tego miejsca jest przekonanie Adama Wójcika do wyrażania swoich myśli. Lektura na pewno będzie interesująca. Gorąco polecam.

Rozpoczęcie pisania tutaj daje mi motywację, której nie dałoby żadne inne miejsce, gdzie pisze się o baskecie – dotarcie do czytelników, którzy nie szukają na co dzień informacji czy analiz związanych z koszykówką. A przynajmniej natemat.pl daje mi wrażenie, że jest to miejsce jest najlepsze do osiągnięcia takiego celu. Więcej nie trzeba.

3,5 roku blogowania wystarczy, żeby nie oprzeć się wrażeniu, iż większość czytelników zna nasze opinie na wylot. Że skoro są to ludzie mocno zainteresowani koszykówką, ciężko jest napisać coś, co wyda się im świeżym spojrzeniem na temat. Możliwość pisania tutaj sprawia, że pewne sprawy chce się omówić na nowo, przybliżyć zagadnienia, które czytelnikom 3sekundy.com mogą wydać się oczywiste, czy w końcu przekonać nowych kibiców do tak pięknej dyscypliny, jaką jest koszykówka.

Powiem Wam też, co sprawiło, że pomyślałem „Tak! To jest to.” Taka myśl pojawiła się po przeczytaniu wizji dziennikarstwa zamieszczonej przez redaktora działu sportowego jeszcze na cosnowego.pl (strona niestety dziś już przykryta przekierowaniem). Główną myślą tej wizji jest to, że we współczesnym dziennikarstwie nie ma miejsca na relacjonowanie wydarzenia sportowego. Że w 27 minucie zespół Alfa wygrywał z Beta 45:36, zawodnik X minął Y i zaliczył punkty z faulem, po czym trener Z skakał przy linii rwąc ostatnie włosy z głowy. To widać na hali, w telewizji, w relacji akcja po akcji na stronie ligi (tutaj bez skaczącego trenera). Liczą się oceny i opinie. Czy dany zespół wykazuje potencjał do osiągnięcia oczekiwanego przed sezonem finału, czy zawodnik może zrobić ciekawą karierę w lepszej lidze, czy trener stosuje ciekawe rozwiązania taktyczne, czy młody talent z ławki naprawdę dobrze rokuje itd.

I choć była tutaj mowa o dziennikarstwie sportowym – a tym się nie zajmuję – jest to wizja bardzo mi bliska. Tak postrzegam ideę pisania o koszykówce. A jeśli już zajmuję się informowaniem bądź relacjonowaniem to w sytuacji, gdy uważam, iż media jakiegoś problemu nie dostrzegają lub niedostatecznie go nagłaśniają.

Pozostając przy nagłaśnianiu problemów. W sierpniu ubiegłego roku na blogu zapoczątkowaliśmy akcję, która miała przywrócić orzełka na piersi reprezentantów Polski w koszykówce. Udało się. We wrześniu na litewskich Mistrzostwach Europy nasi koszykarze pokonując wicemistrzów świata – Turcję – mieli już godło na koszulkach. Wszystkim, którzy właśnie pomyśleli „Dobra, dobra – sam widziałem 60 takich akcji na facebooku.” przypomnę tylko, że było to jeszcze zanim PZPN wywołał orzełkową burzę w piłce nożnej.

Stałym i nowym czytelnikom należy się też wyjaśnienie, gdzie i w jakim zakresie moje przemyślenia będą pojawiały się na 3sekundy.com oraz natemat.pl. Większość będzie można znaleźć w obu miejscach. Nie mogę wykluczyć, że w niektórych sytuacjach będę publikował tylko na jednej stronie. Pewne rzeczy ciężko jednoznacznie przewidzieć.

Wszystkich chcących być na bieżąco zachęcam do śledzenia natemat.pl, 3sekundy.com, profilu na facebooku. Mnie osobiście można też znaleźć na twitterze."

Gdyńskiej żenady ciąg dalszy

Edit (bo powstał stos "serdecznych" komentarzy): Ten tekst nie jest skierowany do każdego kibica Prokomu z osobna. Nic do Was prywatnie nie mam. Po prostu klub kibica w Gdyni w życiu nie kojarzył mi się z czymś takim:

Prokom w tym roku zaskarbił sobie w naszej lidze rekordową chyba ilość antagonistów. Tempo ich przybywania jest zaskakujące i robi wrażenie. Tym razem strona oficjalna włączyła się w kolejny akt ośmieszania własnego klubu (skan z niej powyżej). Chociaż mam wrażenie (nadzieję?), że samą informację po prostu skopiowali. Jednak czasem warto czytać to, co się na stronę wrzuca.

Sprawa jest dość błaha. Wyjazd sympatyków gdyńskiego zespołu na spotkanie PLK do Zgorzelca. No właśnie, skoro już przy tym jesteśmy, to nie ma co być cukierkowym. Celowo nie użyłem słowa „fani”, bo cóż.. trudno takich dostrzec w Gdyni. Zwykle średnie frekwencje, średnia atmosfera – faktycznie jest powód do buty. Jeszcze zabawniej wygląda określenie „kibiców naszej drużyny” z wielkich liter. Cóż za prosty sposób samozadowolenia. Nic, tylko pogratulować. Oraz z niecierpliwością oczekiwać na ten wspomniany na koniec gorący doping. Dla żądnych zobaczenia i posłuchania dopingu tak fantastycznych fanów – w końcu chyba poziom arogancji powinien to sugerować – przydatna informacja. Mecz będzie transmitowany w TVP Sport. W niedzielę, od 17. Na całe szczęście, w swoim ogłoszeniu kibice gdyńskiego basketu dodali, że czasu środkowoeuropejskiego. W końcu po zapewne niezliczonych wojażach w każdy rejon świata za swoją drużyną, trzeba się przyzwyczaić do lokalnego czasu.

No ale kontynuujmy. Jak wiadomo, gdynianie w tym roku nie są przyzwyczajeni do gry w naszym kraju. Być może dlatego szokiem dla kibiców tego klubu jest sytuacja, w której trzeba jechać „w Polskę”. Co, jak wspominał na blogu Tomas Pacesas, jest generalnie winą rodzimych zarządców, bo to przecież oni podbijali wnioski. A klub tylko pytał. Może trzeba było zapytać o cały sezon, wtedy nie byłoby takiej niespodzianki dla fanów. W każdym razie, efekty są smutne. Trzeba, cholera, grać w kraju. I to jeszcze nie ma gwarancji wygrania meczu. Bo jak na razie obie wyprawy poza Gdynię zakończyły się porażkami. Zresztą, akurat w tym sezonie, do porażek sympatycy gdyńskiego klubu są zapewne przyzwyczajeni. Jednak za rok proponuję wniosek o całkowite wyłączenie z rozgrywek – mam wrażenie, że coraz mniejszej ilości osób Prokomu brakowało i brakuje. A i sami kibice będą zadowoleni z gry w miejscach „cywilizowanych” i w środku wielkich metropolii, a nie gdzieś na przedmieściach. I w dodatku we własnym kraju.

Koniec ironii o kibicach. Wyszło trochę słomy z butów, niestety. Zastanawia mnie system „cięcia” osób spoza stowarzyszenia. Ja wiem, że czynni fani wpłacają składki, powinni mieć pierwszeństwo itd. Ale kasowanie innych chętnych o sześć dyszek drożej? Zastanawia mnie, czy to w ramach wsparcia dla absolutnie genialnego autora tego tekstu – w końcu nic nie brać za takie wypociny to grzech. Czy może taka tradycja łupienia niewtajemniczonych. Bo przyznam, że akurat w kwestii wyjazdów gdyńskich kibiców jestem kompletnie niezorientowany.

Na koniec zdanie przedostatnie. W skrócie brzmi ono tak: „W związku z koniecznością wpłacenia zaliczki, będzie pobierana zaliczka.”. Nie wątpię, że to dość logiczne. Ale czasem warto użyć synonimu, żeby nie brzmiało to jak przysłowiowe masło maślane.

Kończąc. Gratuluję dobrego samopoczucia. Jak mawiają – nieważne jak, byle pisali. No to po raz kolejny o Prokomie napisaliśmy. Nie wiem, czy ktoś to czytał przed wrzuceniem na oficjalną stronę klubu, czy nie. Ale czasem chyba warto powstrzymać się z pewnymi opiniami w takim miejscu. Pisząc o przedmieściach, a samemu publikując takie teksty nasuwa się jedno pytanie - kto tu ma dalej do wielkiego miasta (czyt. zachowuje się jak ze wsi, bez obrażania oczywiście mieszkańców takich terenów)? I niech mi ktoś powie – jak tu mieć pozytywne zdanie o klubie z Gdyni?


PS: Mam nadzieję, że pokazanie tego ogłoszenia na naszym blogu przyczyni się do większego zainteresowania wyjazdem. W końcu chyba każdy w Polsce chciałby zobaczyć jak wspiera swój zespół tak zarozumiały klub kibica. Nawet na przedmieściach.