piątek, 27 stycznia 2012

Patrzcie na 1996

Już w sobotę w Turcji (Sakarya) rozpoczyna się silnie obsadzony 9-dniowy turniej reprezentacji U-16 przygotowujących się do letnich ME w tej kategorii. Po rocznej przerwie na turniej wraca kadra Polski. Składy grup prezentują się następująco:


Grupa A
Polska, Serbia, Turcja, Słowenia, Łotwa, Egipt

Grupa B
Francja, Rosja, Niemcy, Czarnogóra, Ukraina, Bułgaria


W składzie kadry powołanej przez trenera Arkadiusza Miłoszewskiego znajdują się:


Artur Włodarczyk 176 (Wisła Kraków)
Marek Zywert 181 (UKS Gim. 92 Ursynów)
Jakub Nizioł 183 (Śląsk Wrocław)
Kamil Zywert 185 (UKS Gim. 92 Ursynów)
Piotr Łucka 192 (ŁKS Łódź)
Igor Wadowski 195 (Ochota Warszawa)
Adam Kadej 198 (Żak Koszalin)
Grzegorz Kulka 198 (Polonia Warszawa)
Marcin Skorek 202 (Śląsk Wrocław)
Michał Marek 204 (Pyra Poznań)
Filip Pruefer 206 (PBG Basket Poznań)
Daniel Kolankowski 207 (WKK Wrocław)


Dane o wzroście na podstawie oficjalnej strony turnieju. Klub braci Zywertów według najbardziej aktualnego stanu, chociaż wiadomo, że chodzi o strefę P2011/AZS PW.

System rozgrywek? W ubiegłym roku zespoły po 5 kolejkach fazy grupowej rywalizowały o miejsca 1-4, 5-8 i 9-12. 3 lata temu w turnieju rocznika '93 rozgrywano natomiast ćwierćfinały.


Dlaczego warto obserwować rocznik '96? Bo jest uważany za bardzo mocny, a turecki turniej i letnie ME to pierwsza okazja poznać jego siłę na tle Europy. Bo rocznik '93 jest otoczony przez wyraźnie słabsze. Tutaj mamy szansę, że kiedyś w reprezentacji siły połączą dwa bardzo mocne. Co warto zaznaczyć. Pokolenie 84/85 na pewno spotka się w reprezentacji z pokoleniem 93. To jednak 8-9 lat różnicy. Będzie to raczej płynna zmiana warty.

Nie da się mówić o kadrze rocznika '96 bez wspomnienia trójki graczy wywodzących się z Kormorana Sieraków: braci Zywertów i Filipa Pruefera. Ten ostatni oraz Kamil Zywert występowali już na ME U-16 w ubiegłym roku, gdzie pomogli rocznikowi '95 utrzymać reprezentację w Dywizji A.





Kamil Zywert oraz Marek Zywert w tym sezonie regularnie występowali na parkietach 2-ligowych do momentu, w którym zespół AZS II Politechnika Warszawska został wycofany z rozgrywek. Poza nimi na tym szczeblu rozgrywek epizody zaliczył tylko Daniel Kolankowski z WKK Wrocław (poprawki w komentarzach).

Poza trójką z Sierakowa ciężko mówić o układzie sił w tej reprezentacji. On na pewno będzie się dopiero kreował w kadrze tego rocznika. Turniej w Turcji to jeden z pierwszych etapów - w grudniu Polacy wygrali Turniej Nadziei Olimpijskich. Zainteresowanych konkretniejszą klasyfikacją zawodników odsyłam do rankingu polishhoops.pl.

W nadchodzącym turnieju z pewnością najważniejsza będzie zebrana nauka oraz doświadczenie. Co nie znaczy, że wyniki nie będą niosły za sobą jakiejś informacji. Dla porównania powiedzmy, że rocznik '93 zajął na tym tureckim turnieju 6. miejsce. W grupie zanotował bilans 4-1 ulegając tylko Francji 2 punktami. Na niewejściu do strefy medalowej zaważył przegrany ćwierćfinał z gospodarzami turnieju.

Trzymamy kciuki za kadrę U-16.

czwartek, 26 stycznia 2012

Śląsk w Final Four !

Najpierw pewnie pokonali Jaworzno i Doral Kłodzko. Potem po dramatycznej końcówce ograli pierwszoligową Dąbrowę. Aż wreszcie wczoraj, po swoim najlepszym meczu w tym sezonie, Śląsk wyeliminował z rozgrywek o Puchar PZKosz grającą ligę wyżej Rosę Radom. Niemal pełna hala, świetna atmosfera, naprawdę solidna gra przez całe czterdzieści minut i wynik sugerujący niemal deklasację. Trener Karol chyba nie prowadził jeszcze seniorskiej drużyny we wrocławskiej Kosynierce. Ten pierwszy raz okazał się smutny i bolesny.

Miałem sporo obaw przed tym meczem. Wrocławianie wprawdzie od początku traktowali te rozgrywki bardzo poważnie – chcieli się sprawdzić na tle pierwszoligowców oraz pokazać, że idą w dobrym kierunku. Jednak na ich drodze stanęła naprawdę solidna przeszkoda. Wzmocniona znanymi nazwiskami jak Radke, czy Iwo Kitzinger (obecnie Marcin Kosiński). A na ławce trenerskiej człowiek nie tak dawno temu uważany za jednego z lepszych rodzimych szkoleniowców, człowiek od tak zwanych „zadań specjalnych” – Mariusz Karol. Obawy sprowadzały się również do tego, że Śląsk bardzo chciał – a wtedy nie zawsze wszystko wychodzi. A jednak w środę z każdą kolejną minutą można było mieć wątpliwości, kto gra w której klasie rozgrywkowej.

Nie ma co opisywać całego meczu. Kluczowa okazała się druga połowa, na czele z celnym rzutem Radosława Hyżego przez pół boiska na koniec trzeciej kwarty (ta euforia na trybunach !). Z meczu na mecz rotacja wrocławian wydaje się coraz lepsza. Niezaprzeczalny jest oczywiście również aspekt własnej hali, w której jak na razie koszykarze Śląska nie przegrali z nikim. Dlatego tak ważne dla losów awansu może się okazać utrzymanie pozycji lidera w tabeli po rundzie zasadniczej.

Po raz kolejny Norbert Kulon pokazał, jak wiele zmieniła w jego grze poprawa rotacji. Starsi zawodnicy są w tej drużynie bardzo ważni, jednak inny schemat piątek, częstsze zmiany dają okazję do wykazania się. Najbardziej na tym korzysta wspomniany Kulon oraz Wojtek Leszczyński. Gorzej z Bodzińskim, jednak tutaj do przeskoczenia jest większa konkurencja i nadal chyba przesadna niechęć trenera. Chociaż te kilka minut to i tak minimalna poprawa. Jak mawiają – step by step. Jednocześnie cała drużyna pokazuje sens inwestowania w starszych, doświadczonych graczy. Bo co by dał takiemu Kulonowi kolejny sezon gry z juniorami o utrzymanie? Zdecydowanie mniej, niż teraz – grając o awans, walcząc w pucharze, pełniąc całkiem sensowną rolę w rotacji. Oraz mając do czynienia codziennie z gośćmi, którzy grali w poważnych rozgrywkach. To wszystko w Śląsku jest, a juniorska drużyna chwilowo przebija się przez III (czyli de facto czwartą) ligę.

Czas na akapit o Rosie. Imponująco wygląda osiemnaście punktów Iwo (będę stosował stare imię, wybaczcie – przyzwyczajenie)? Cóż – aż jedenaście z nich zdobył w ostatniej kwarcie, przy przewadze Śląska powyżej dziesięciu oczek. Wcześniej głównie pokazywał mało biegania, mało skuteczności oraz niechęć do wyciągnięcia ręki po niedokładnym podaniu partnera (piła poszła w aut). Drugi „znany”, to oczywiście Hubert Radke. Cóż za występ – można rzec na piątkę. Pięć punktów, pięć zbiórek i pięć fauli. Zasłynął wygrażaniem sędziemu palcem oraz burą od trenera po przewinieniu dyskwalifikującym. Swoistą „suszarkę” trenera Karola słyszano chyba aż na Rynku – mimo, że w hali cicho nie było. Pewnie, że się czepiam, ale jeszcze jeden element – zespół z Radomia był mało „sportowy” w momentach, gdy im nie szło. Na czele z próbą rzucenia piłką w głowę jednego z wrocławian. Nie wiem, ile kasy wpompowano w Rosę, ale wygląda na drużynę strasznie przepłaconą. Pełną zawodników uważających się za świetnych (fakt – rzut z półdystansu po zatrzymaniu w kontrach mieli doskonały), bez jakiejś wielkiej sportowej złości, ambicji, walki. Jeśli tak grają w lidze – to nie wróżę sukcesów w fazie play-off.


Warto było przyjść na ten mecz. Zobaczyć wypełnioną halę, dobry doping i najlepszy w tym roku mecz wrocławian. Fajną rotację, świetną skuteczność, niezłe rozegranie. Wszystko przyzwoicie funkcjonowało, chociaż nie da się ukryć jednego – Śląsk nadal ma problemy w ataku pozycyjnym. Jak może biegać, napędzać grę – jest bardzo dobrze. Jak trzeba coś mozolnie układać, zaczynają się schody. Miejmy nadzieję, że tylko ze względu na fakt, iż nowy rozgrywający gra z zespołem oficjalne mecze niecały miesiąc. A pocieszający jest fakt, że mimo tego naprawdę solidna pierwszoligowa drużyna wyjeżdża z Wrocławia z bagażem ponad dwudziestu punktów. Dlatego mam nadzieję, że Śląsk dostanie prawo organizacji bezpośredniego starcia o Puchar.

Final Four rozgrywek ma się odbyć w połowie lutego. Nieznana na razie jest lokalizacja (same pary zostaną wylosowane 30.01). Prócz Śląska w walce o trofeum zostały Stal Ostrów, Basket Pleszew oraz Start Gdynia. Jak widać na placu boju pozostał jeden pierwszoligowiec oraz dwie drużyny z wielkimi aspiracjami na awans. Zresztą - razem ze Śląskiem, te trzy zespoły jeszcze rok temu grały w jednej grupie II ligi. A już w sobotę przed wrocławianami najtrudniejszy wyjazd do końca tej rundy – udadzą się do Chorzowa, na starcie z Albą. Jeśli zagrają tak, jak w środę – o niesamowicie cenne dwa punkty można być spokojnym.

środa, 25 stycznia 2012

Faworyci Last 16

Po dwóch kolejkach fazy Last 16 Pucharu Europy (chyba nigdy nie przekonam się, by pisać w polskim tekście Eurocup), sześć zespołów nie zaznało jeszcze goryczy porażki. Nie ilość jest jednak istotna, ale skład tego grona. A jest w nim przynajmniej jedna niespodzianka.

Nikogo, choćby średnio zainteresowanego koszykówką w Europie nie szokuje pewnie fakt obecności w gronie niepokonanych takich drużyny, jak Walencja, Chimki, czy Spartak Sankt Petersburg. Odkąd wszystkie czołowe drużyny hiszpańskie występują w Eurolidze spadkobiercy Pamesy znajdują się a priori wśród faworytów do zwycięstwa na zapleczu EL. Przejście na dłuższy kontrakt w Eurolidze Realu Madryt spowodowało też, że kluby rosyjskie, poza nie mają, poza Walencją zbyt wielu groźnych rywali do końcowego triumfu w Pucharze Europy. Wśród najlepszych drużyn powinien znaleźć się także Litewski Poranek (Lietuvos rytas), ale w arcymocnej grupie L Litwini potknęli się w pierwszej kolejce na Lokomotiwie Kubań.

Ten ostatni wynik na pierwszy rzut oka może budzić lekkie zaskoczenie. Wszak LR to dwukrotny zwycięzca PE, niedawny uczestnik Euroligi, zaś Lokomotiw debiutuje na tym poziomie rozgrywek. Nie jest to jednak klub całkiem anonimowy. Organizacja ta jest następcą Lokomotiwu Mineralnyje Wody, swego czasu dość poważanego uczestnika nieistniejącego już Pucharu Koraca. Mało tego, rok temu zespół z Kubania wygrał Puchar EuroChallenge, nieco lekceważoną, trzecią co do ważności imprezę pucharową w Europie. Przede wszystkim jednak warto spojrzeć na obecny skład tej ekipy, by przekonać się, że nie mamy do czynienia z jakimś Kopciuszkiem, Jerry Massey, Primoż Breżec, Lionel Chalmers, Ali Traore, czy Rod Blakney z niejednego pieca jedli chleb i wiedzą jak wygrywać w europejskich pucharach. Pokonanie rytas i Alby Berlin nie gwarantuje jeszcze udziału w fazie play off, ale jest mocnym sygnałem, że drużyna pod wodzą Bożidara Maljkovicia nie będzie biernie przyglądać się wydarzeniom w Pucharze, ale chce je kształtować.

Lokomotiw to jednakże żadna niespodzianka przy ekipie Nymburka. Etatowi mistrzowie Czech, nazywani niekiedy na wyrost tamtejszym Prokomem, dotąd rzadko wybijali się ponad europejską solidność. Po rządach Mulego Katzurina pozostał tam na stanowisku „głównego” jego asystent, Ronen Ginzburg. Pod jego wodzą Nymburk przebił się do Last 16 z bilansem 5-1, a dziś nadal czeka na pogromcę w już nieco mocniejszym towarzystwie. Można zawsze narzekać, że Czesi mają szczęście do rywali (Groningen, słabszy niż przed laty Aris Saloniki i Rudupis w pierwszej rundzie, a dziś Ryga, Gravelines), ale do rozegrania pozostaje naszym sąsiadom dwumecz z Walencją i wówczas wszelkie wątpliwości zostaną rozwiane. Na razie ekipa z, min. Drew Naymickiem, Lamayne'm Wilsonem, Tre Simmonsem i grupą reprezentantów Czech radzi sobie bardzo dobrze i sam jestem ciekaw, dokąd zajdzie w bieżącym sezonie.

Z grona faworytów wypadł Asvel Villeurbanne. Koniec lokautu był równocześnie sygnałem dla Tony'ego Parkera i Ronniego Turiafa, by wrócić za ocean. Wraz z ich odejściem, na przedmieściach Lyonu została drużyna waleczna, ciekawa, ale już nie tak mocna, by dominować w Pucharze. Marnie wyglądają też szanse Alby Berlin, innej przebrzmiałej potęgi lat 90, ale jej problemem jest rywalizacja w grupie śmierci z LR, Benettonem Treviso i przywoływanym już Lokomotiwem. Albatrosy nie szokują swoim składem i jeśli trener Gordon Herbert czegoś szybko nie wymyśli, przygoda pucharowa zakończy się dla stołecznej drużyny na fazie Szesnastki. Kolejna wielka firma, Benetton, udanie sprawia problemy wielkim faworytom i choć przegrała wczoraj w Wilnie, widać że dobrze wpływa na jej grę taktyka dawnej legendy parkietów, Saszy Djordjevicia. Duży nacisk na defensywę, wykorzystywanie wysokiej inteligencji boiskowej zawodników w ataku, to wszystko sprawia, że trudno gra się przeciwko włoskiej drużynie. Ekipa Lietuvos rytas musiała wspiąc się na wyżyny swoich możliwości ofensywnych, by przełamać opór graczy z Treviso. Rewanż we Włoszech powinien być ekscytującym widowiskiem. Szkoda, że młody polski podkoszowy, Jakub Wojciechowski nie znajduje uznania w oczach serbskiego szkoleniowca i wchodzi jedynie na epizody. Grając w takim systemie, mógłby wnieść ciekawe doświadczenia do gry naszej kadry narodowej.

Za to etatowy reprezentant Polski, Thomas Kelati był jednym z najlepszych graczy Chimek w starciu z Asvelem. Automatyzm ruchów i pewna ręka dały mu pierwszeństwo wśród strzelców swej drużyny, a konkurencja jest w podmoskiewskiej ekipie bardzo mocna. Mimo usztywniacza na kolanie (pamiątka po kontuzji z ubiegłego roku) widać, że Tomek sygnalizuje lepszą dyspozycję przed kluczowymi fragmentami sezonu. Oby dotrwał w dobrej formie i zdrowiu do lata, bo podczas eliminacji do Eurobasketu dobrze mieć do dyspozycji doświadczonych liderów kadry.

Grające na trzech frontach (Puchar Europy, VTB, liga krajowa) i mające tam duże ambicje zespoły z Rosji oraz Litwy (LRW) zaczęły fazę Top 16 bardzo powoli, szafując ostrożnie swoimi siłami. W Chimkach widać nieco węższą rotację pod koszami, a pozyskany niedawno Marjonas Petravicius przez problemy z płucami może nie wspomóc zespołu w wymaganym stopniu. Mimo problemów jest to jednak ciągle mocny zespół jak na zaplecze Euroligi, a trener Rimas Kurtinaitis (mimo niezbyt wysokich not u naszego koszykarza-komentatora Radosława Hyżego) wie, jak się zdobywa trofea. W grupie J nie aż tak mocnych rywali dla rosyjskich faworytów, jak w grupie L, tak więc metoda małych kroków do celu powinna przynieść dobre rezultaty. A raczej musi, gdyż droga do Euroligi przez ligę rosyjską to, w świetle tego, co prezentuje w tym sezonie niezniszczalna CSKA Moskwa, wygląda na daleką i wyboistą.

Za tydzień warto będzie śledzić pojedynek Nymburka z Walencją (grupa I) i Chimek z Donieckiem (grupa J), zaś w grupie L każdy mecz jest hitem, tak więc i tym razem mecze Kubania z Benettonem oraz Lietuvos rytas z Albą powinny dostarczyć dużej dawki dobrego basketu.

środa, 18 stycznia 2012

Ciekawostki Top 16

Potencjalny zwycięzca, grupa faworytów i absolutny brak słabeuszy – tak pokrótce wygląda układ najlepszej szesnastki męskiej Euroligi w sezonie 2011-12. Dzisiaj startuje faza Top 16 tych rozgrywek i warto przyjrzeć się temu, co nas czeka w najbliższych tygodniach.

Już bez mistrza Polski, ale za to z nadziejami na wielkie widowiska wystartuje niezwykle intensywna część sezonu Euroligi. Dla wielu drużyn końcówka roku oznaczała pożegnanie ze swoimi dopalaczami, w postaci lokautowego draftu z NBA. Po zakończeniu lokautu duża część gwiazd wróciła za ocean i niektóre europejskie zespoły mają z tym pewien problem. Te zespoły, którym udało się jednakże zatrzymać swoich asów do końca sezonu, mogą się czuć jak zwycięzcy na loterii.

Z kolei zespoły, jak Real Madryt czy Maccabi Tel Awiw mogą się czuć pokrzywdzone. Zaryzykowały, sprowadziły świetnych graczy, pod których warto było przeformatować nieco system gry i dziś zostały z niczym. Machabeusze po stracie Jordana Farmara sprowadzili na jego miejsce weterana Demonda Malleta. Amerykański playmaker ma na swoim koncie zdobycie Pucharu ULEB w barwach Joventutu Badalona, czyli teoretycznie wie, jak się wygrywa trofea, jednakże zaplecze Euroligi to zupełnie inna bajka, niż EL. Do tego Macca, klub słynący z propagowania dynamicznej koszykówki wylądował z dwoma leciwymi graczami na pozycji rozgrywającego (Mallet, Theo Papaloukas) i w trakcie sezonu musi dokonać korekt w stylu. Z kolei „Królewscy” mimo straty Rudy'ego Fernandeza i Serge'a Ibaki pokonali ostatnio Barcelonę w Gran Derbi, o czym ich piłkarscy koledzy mogą póki co, pomarzyć. Do tego słynny hiszpański klub ogrywa w Europie Kyle'a Singlera, kreowanego na przyszłą gwiazdę NBA, a nakłonienie go do pozostania po naszej stronie Atlantyku może być powodem do dumy szefów Los Blancos.

Zadowoleni mimo końca lokautu mogą się czuć szefowie CSKA Moskwa. Andriej Kirilenko, który wylatywał za ocean właśnie z Moskwy, postanowił na nieco dłużej zagrzać miejsce w stolicy Rosji i pomóc „Armii Czerwonej” w powrocie na europejski szczyt. Bez AK47 „Armiejcy” byli silni, z nim w składzie mają czynnik ekstra, niczym mutanci ze słynnej serii komiksowo-filmowej. Nie będę się bawił we wróżkę i przyznawał Rosjanom zwycięstwa już w styczniu, bo różne rzeczy mogą się jeszcze wydarzyć. Jeśli jednak ktoś widział jak gra CSKA z Kirilenką na pokładzie, ten wie że ten zespół wyróżnia się na tle rywali atletyzmem, energią i fantazją w swoich poczynaniach. Kirilenko odniósł, co prawda dość bolesną kontuzję, ale dziś wydaje się być znów w dobrej formie, o czym ostatnio przekonali się gracze Spartaka Sankt Petersburg.

Niepewnym elementem w CSKA jest w tym sezonie Milos Teodosić. Serbski rozgrywający nieco na siłę stara się pokazać, ze wciąż jest główną postacią i autorem najważniejszych rzutów. Forsuje swoje akcje niekiedy wbrew logice, by kolejnej spudłowanej próbie sfaulować rywala i zaprezentować minę na focha. Lubię i cenię tego gracza za talent i decyzyjność, dlatego czekam na naprawdę ważne mecze, które z pewnością zmobilizują go do maksymalnej koncentracji. Jeszcze do niedawna mówiło się, że to Ricky Rubio jest tym przereklamowanym „złotym dzieckiem”, które przestało się rozwijać, prawdziwym talentem zaś jest Teodosić. Role się ostatnio odwróciły, gdyż dziś koszykarska Ameryka już wie, że Rubio grać potrafi, zaś sława Milosa nieco przyblakła. Kiedy będzie najlepszy moment na to, by o sobie przypomnieć, jeśli nie w decydującej części sezonu?

Trochę już napisałem, a jak dotąd ani słowa nie było o Panathinaikosie i Barcelonie. Obrońcy tytułu z obniżonym budżetem, składem pozbawionym kilku słynnych nazwisk wciąż liczą się w walce o trofeum. Bez posiłków z NBA słynne "Koniczynki" przegrały dwukrotnie z moskwianami, a raz potknęły się nawet na ekipie z Bambergu. Nadal jednak na czele tej paczki weteranów stoi mistrz sztuki trenerskiej Żeljko Obradović, napędzający swoich wiernych żołnierzy dawkami ogromnej wiedzy i szaleńczej pasji wygrywania. Nie wolno lekceważyć wielkiego mistrza, nawet jeśli nie dysponuje on już takim potencjałem zawodniczym, jak choćby rok temu. Warto też śledzić losy jego drużyny, gdyż gra w niej i to całkiem nieźle, David Logan. Kto by przypuszczał, że ten wciąż spontanicznie grający koszykarz po nieudanym epizodzie w Vitorii otrzyma szansę na życiowy sukces? Z jego warunkami fizycznymi o NBA może zapomnieć, tak więc walka o triumf w Eurolidze jest maksimum, na jakie może liczyć. Grając średnio prawie 20 minut w meczu ma swój wkład w grę Pao i kto wie, może w maju zostanie pierwszym reprezentantem Polski (byłym?obecnym?), który wzniesie do góry tak cenny puchar? Przy takim trenerze,jak Obradović i partnerach, jak Diamantidis, Jasikevicius, Batiste i Tsartsaris wszystko jest możliwe. Zwłaszcza, jeśli zdrowie dopisze członkom tego Klubu (bynajmniej kabaretu) Starszych Panów..

Inny faworyt, Barcelona pierwszą część sezonu zagrała poprawnie i bez szaleństw. Końcówka sezonu zasadniczego i przełom roku przekonał trenera Xaviego Pascuala, ile znaczy dla niego obecność Juana Carlosa Navarro. Jego kontuzja odebrała dużą część magii, jaką potrafiła do niedawna zaczarować rywali Barca. Ostatnio zdarzyła się jej nawet porażka w prestiżowym Gran Derbi z Realem. Od tamtej pory Katalończycy wrócili wszakże na zwycięski szlak, ale widać, że mimo obecności w składzie takich graczy jak Chuck Eidson, Marcelo Huertas, Pete Mickeal, czy Erazem Lorbek drużyna potrzebuje wsparcia swojej ikony. Czy po spodziewanym powrocie do gry JCN Barcelona pokaże dawny pazur w Top 16?

Obok głównych faworytów mamy w Top 16 całą grupę niezłych zespołów, które będą chciały sporo namieszać w walce o udział w play off. Stąd też obserwowaliśmy w ostatnich tygodniach całą serię ciekawych transakcji właśnie w wykonaniu ekip z wyższej klasy średniej Euroligi. I tak debiutujący w rozgrywkach UNICS Kazań wzbogacił swoją pierwszą linię o wszechstronnego snajpera Bostjana Nachbara, zaś mający wciąż dość wysokie aspiracje Olympiacos Pireus wyjął ze składu Partizana Belgrad rozgrywającego Acie Law'a dodając wreszcie jakąś bardziej klasyczną „jedynkę” do swojego arsenału. Zawsze groźna Siena powróciła do współpracy z Bootsy'm Thorntonem, który po raz kolejny wraca pod dobrze znany sobie adres. Swoją drogą Simone Pianigiani ma zestaw ludzi, z którymi lubi pracować i klub chętnie przywraca mu do składu takich starych znajomych. Skoro system działa, to czemu nie?

Z ciekawostek warto wspomnieć, że w tegorocznym Top 16 liga turecka jest reprezentowana przez trzy zespoły, dzięki obecności w tej fazie Galatasaray Stambuł. Perspektywa udziału w rozgrywanym w Stambule turnieju Final Four sprawiła, że kibice ze stolicy Turcji mogą oglądać w tym sezonie takich graczy jak Sasza Vujacić, Darius Songaila, Jaka Laković, James Gist, Dusko Savanović, czy Bojan Bogdanović. Na nieszczęście dla sporej części fanów znad Bosforu, Efes i Galata spotkają się w grupie E, a że ich rywalami będą CSKA oraz Olympiacos, słowo rzeź ciśnie się samo na usta. Śmiem twierdzić, że do play off z tureckiej trójki może awansować najwyżej Fenerbahce Stambuł, choć grupa G (Panathinaikos, Milano, UNICS, Fener) także wygląda ekstremalnie.

Najważniejszym czynnikiem, który czyni tegoroczny Top 16 wielkim jest niemal całkowity brak teoretycznych słabeuszy. We wspomnianej już grupie E mamy samych ambitnych kandydatów do walki „o coś więcej”. W grupie G za słabych ma robić Emporio Milano, który mimo zbudowania potężnego składu (Omar Cook, Antonis Fotsis, Drew Nicholas, Ioannis Bouroussis) zaliczył kilka wpadek w pierwszej części sezonu. W grupie H wobec obecności Barcelony i Maccabi mniejsze szanse można przyznać Żalgirisowi Kowno i Bennet Cantu, ale debiutujący w Eurolidze Włosi mają już na koncie wygrane nad Olympiacosem i Caja Laboral. Takich walecznych zespołów nie wolno lekceważyć. Wreszcie w grupie F słabszymi ekipami mają być reprezentanci najlepszej ligi w Europie, ACB (Unicaja, Bilbao). Nie sądzę, by którakolwiek z tych ekip łatwo sprzedała skórę faworytom.

Jeśli to Was nie przekonuje do oglądania meczów tegorocznego Top 16 Euroligi, to pewnie już nic nie zdoła. Nawet wówczas jednak warto zajrzeć na „oficjalkę” rozgrywek, by zapoznać się z nowym, moim zdaniem atrakcyjnym, układem tej strony. Przejrzysta, sympatyczna graficznie robota w prezencie dla kibiców przed kluczową fazą sezonu. Podobne zmiany nastąpiły także na stronie zaplecza EL, czyli Pucharu Europy. Pozostaje mi życzyć wielu pozytywnych wrażeń z europejską koszykówką. Pozostaje mieć nadzieję, że za rok, emocje będą jeszcze większe przy udziale zespołu z TBL, ale to już zupełnie inna historia..


wtorek, 17 stycznia 2012

MVP kolejki TBL - czyli jak robić coś bez sensu

TBL przyznaje nagrodę MVP kolejki. Część czytelników może być tą informacją zaskoczona. W końcu liga robi niewiele, żeby kibice się o tej nagrodzie dowiedzieli. To rodzi pytanie - po co jest? Żeby była?

MVP kolejki jest ogłaszany w wiadomościach o tytule Statystycznie po xx. kolejce TBL. (o wyróżnianiu polskiego zawodnika kolejki kiedykolwiek słyszeliście?) Nie są one promowane w rotatorze. Nie są tak wyeksponowane jak linki do retransmisji meczów i plan kolejnych transmisji. Są w zwykłej kolumnie dla newsów. Warstwa tekstowa jako (chyba) nietraktowana poważnie otrzymała na oficjalnej stronie ligi tak mało miejsca, że połowa tytułów wiadomości się w tejże kolumnie nie mieści. Na stronie głównej możemy przeczytać często tylko kawałek tytułu + 3 kropki.


Nie istnieje też miejsce, w którym łatwo można by było sprawdzić wszystkich MVP kolejki w tym i poprzednich sezonach. Dla przykładu polecam rozwiązanie Euroligi, gdzie sprawdzanie MVP i piątek sezonu od rozgrywek 2001/2002 jest banalnie proste. Na stronie plk.pl spragnionym informacji o MVP pozostaje eksplorowanie archiwum strony w poszukiwaniu wiadomości o tytułach "Statystycznie po...".

Czy o nagrodach MVP przyznanym swoim informują przynajmniej kluby? Dla przykładu weźmy trzech ostatnich MVP: Johna Turka, Scotta Morrisona i Daniela Kickerta. Nagród MVP nie zauważyły ani oficjalne strony, ani oficjalne profile facebooka Trefla, Czarnych i Turowa. Dla kogo zatem jest ta nagroda, skoro nikogo nie obchodzi?

Innym problem jest fakt, iż nagroda przyznawana na podstawie EVAL-u z jednego meczu ligi o bardzo dużym zróżnicowaniu poziomu nie jest szczególnie prestiżowa. Dlatego niezrozumiałe dla mnie jest nieprzyznawanie tytułu MVP Miesiąca. Najwyższy średni EVAL w danym miesiącu to już coś więcej. To okazja, żeby na początku kolejnego miesiąca prezes ligi pofatygował się do zawodnika, wręczył mu statuetkę, uścisnął dłoń, zapozował do zdjęcia i tym samym stworzył nową przestrzeń dla sponsora nagrody MVP.

Czy naprawdę z tak banalnej czynności jak przyznawanie nagrody MVP nie da się wyciągnąć czegoś więcej poza tym, że jest?

Na zakończenie chciałem dodać, że nagroda MVP kolejki TBL jest przyznawana trzeci sezon z rzędu...