Przed nami ostatnia kolejka fazy Last 16 Pucharu Europy. Jak dotąd znamy trzech uczestników ćwierćfinałów rywalizacji na zapleczu Euroligi, ale nawet tam, gdzie walka o awans do „Ósemki” jest już rozstrzygnięta (grupa K) emocje trwają nadal. Wszak zajęcie pierwszego miejsca przed play off, to podstawa sukcesu.
W tabeli wspomnianej grupy K prowadzi Bilbao Basket z przewagą jednej wygranej (bilans 4-1) nad Paneliniosem Ateny. Do tego Baskowie mają w zanadrzu zapas dwudziestu punktów przewagi z pierwszego starcia z zespołem z Grecji. Ciężko sobie wyobrazić, by roztrwonili taką zaliczkę, ale spotkanie na trudnym terenie może być gorąco. Dość powiedzieć, że w tym sezonie hala Kompleksu Olimpijskiego jest dla przyjezdnych nie do zdobycia. W ostatni weekend podopieczni Eliasa Zourosa odprawili z kwitkiem Peristeri i ze spokojem będą czekać na wtorkową konfrontację.
W grupie I zwycięzca Aris Saloniki spotka się w meczu o prestiż z ostatnim w tabeli Le Mans, ale prawdziwe emocje szykują się w Badalonie. Tamtejszy Joventut przed sezonem mógłby się czuć faworytem w starciu z Albą Berlin. Albatrosy lata największej chwały mają za sobą, ale na ten sezon szykowali drużynę pod kątem eliminacji do Euroligi. W nich ponieśli porażkę z rąk graczy Maroussi Ateny, ale zespół się nie rozpadł i dziś straszy rywali w Eurocup. Alba przeszła sezon zasadniczy niemal jak burza, a w „Szesnastce” uległa jedynie innemu uczestnikowi eliminacji do EL -Arisowi. Z kolei młoda, mocno przebudowana ekipa z Badalony jest na razie nieudaną kopią ekipy z niedawnych czasów Ricky'ego Rubio i Rudy'ego Fernandeza. Krótko mówiąc, taktyka pozostała bez zmian, ale wykonawcy o klasę gorsi. Do tego na czele stał młody trener Sito Alonso, który nie panował nad poczynaniami swej ekipy i niedawno zwolnił miejsce dla byłego mistrza świata z kadrą Hiszpanii, Pepu Hernandeza. Gospodarze pod wodzą nowej miotły jeszcze nie wygrali meczu i jedyne, co za nimi przemawia, to atut własnej hali.
Przed szansą na awans stoją koszykarze Uniksu Kazań. Ekipa wzmocniona Maciejem Lampe, po znakomitym sezonie zasadniczym teraz gra w kratkę. Dzisiaj staje do walki z faworytem grupy, Power Electronics Walencja. Hiszpanie przewodzą w tabeli grupy J, ale porażka wyższa niż różnicą czterech punktów może im mocno skomplikować sytuację. Uniks w pierwszym meczu u siebie zagrał słabiutko, a mimo tego w końcówce miał wygraną na wyciągniecie ręki. Podopieczni Nevena Spahiji stanowią skład na miarę Euroligi, ale na boisku nierzadko przypominają niefrasobliwych podwórkowców. Proste błędy i nonszalancja w rozgrywaniu ataku mogła ich kosztować porażkę w Jerozolimie. Zespół z Kazania potrafi grać na wyjazdach i jeśli dziś wykorzysta luki w grze gospodarzy może sprawić niespodziankę. Dla polskiego podkoszowca będzie to ważny test. Po rozczarowującej przygodzie z Maccabi tel Awiw może teraz udowodnić, że nadal jest znaczącym graczem w Europie. W Kazaniu jest drugim strzelcem po Marko Popoviciu, a zaliczył już w tej rundzie mecz 30-punktowy, choć przegrany (z Hapoelem). Teraz musi udowodnić, że potrafi się pokazać w ważnym spotkaniu i pomóc swej ekipie utrzymać się w europejskiej elicie, co i jemu bardzo by się przydało.
W tej samej grupie dobrze spisuje się Hapoel Jerozolima. Izraelczycy przed poprzednią kolejką prowadzili bronili pierwszego miejsca, ale minimalna porażka z Walencją skomplikowała ich położenie. O udział w play off zagrają dziś z w Stambule z Galatasaray, które jak dotąd przegrało wszystkie mecze w Last 16 i gra wyłącznie o prestiż. Jednakże w ostatnich trzech spotkaniach Turcy postawili rywalom twarde warunki gry, a ich porażki były minimalne. Motywacji do walki im nie zabraknie, a własna hala w wypadku zespołu z Turcji potrafi zrobić różnicę.
Rewelacją tej części rozgrywek jest CEZ Nymburk. Podopieczni Mulego Katzurina nie zachwycali w pierwszej rundzie i przecisnęli się przez nią głównie dzięki kiepskiej postawie słabych rywali. Teraz w niezłej grupie L mieli dostarczać punkty silniejszym zespołom, ale tym razem przeciwnicy się przeliczyli. Mistrzowie Czech pokonali Turk Telekom Ankara, a w ostatnich dwóch meczach, gdy wydawało się, że Gran Canaria i Crvena Zvezda Belgrad rozegrają sprawę awansu między sobą Czesi pokonali jednych i drugich (Serbów wręcz gromiąc). Teraz wygrana u siebie z Turkami (dla których sezon już się skończył) może zapewnić im udział w Elite Eight. Z kolei Crvena Zvezda, po świetnej fazie Regular Season i serii trzech kolejnych wygranych w Last 16 ma poważny problem. Dwie porażki z rzędu stawiają ich pod ścianą w wyjazdowym starciu z Gran Canarią. Na szczęście dla nich, po pierwszym meczu została im jeszcze 30-punktowa zaliczka, niemniej faworyci do pierwszej lokaty muszą teraz walczyć o awans i oglądać się za siebie, a wszystko jest pokłosiem odejścia lidera, Tadiji Dragicevicia. Borykający się z finansami belgradczycy pozwolili odejść swemu kapitanowi i mimo świetnego startu drugiej rundy, zaczyna im brakować jego przywództwa. Polskich kibiców może zaciekawić fakt, że wzrosła rola znanego z boisk PLK, Olivera Stevicia, ale jakość gry Czerwonej Gwiazdy wyraźnie się obniża.
W kłopotach są zespoły hiszpańskie. Z racji ich zaplecza, czyli gry w najlepszej lidze Europy, stawiałem Joventut, Gran Canarię, czy zwłaszcza Walencję w gronie faworytów do gry w play off. Teraz może się okazać, że żadna z tych ekip nie wedrze się do „Ósemki”, a jedynym reprezentantem ACB w ćwierćfinale będzie Bilbao. Najgorzej wygląda sytuacja Gran Canarii, gdyż jej los nie zależy wyłącznie od jej postawy w ostatnim meczu oraz Badalony, której gra pozostawia wiele do życzenia. Dwa mecze o życie mają się dziś pojawić na antenie Eurosportu 2:
20.30 Walencja- Uniks Kazań
22.15 Alba Berlin- Joventut
Niemniej warto śledzić przed meczami zmiany w programie, gdyż nierzadko zdarzają się tam poślizgi i przesunięcia transmisji.
wtorek, 9 marca 2010
poniedziałek, 8 marca 2010
Griszczuk trenerem reprezentacji, czyli...
przede wszystkim opamiętajmy się.
To miał być normalny tekst o wadach i zaletach tego wyboru. To miał być tekst o tym, że to wybór ze wszechmiar naturalny i zgodny z tym co robi cała cywilizowana Europa. Niestety wylewające się stąd i stamtąd narzekactwo sprawia, że najpierw zajmę się tym dlaczego owo narzekactwo jest błędne.
Zacznę od tego, że przez ostatnie miesiące i tygodnie byłem przekonany, że niezależnie od tego kogo się uda prezesowi Ludwiczukowi ostatecznie zakontraktować, to wzbudzi to powszechnie niezadowolenie, zażenowanie, rozmowy o braku profesjonalizmu itd. Chwilowym światełkiem w tunelu była kandydatura Drazena Anzulovicia, która mnie także się podobała. "Jugol" z Ciboną, fajnymi osiągnięciami w Eurolidze w życiorysie i nazwiskiem kończącym się "ić", to zdecydowanie osoba posiadająca atrybuty budzące zaufanie w polskim środowisku koszykarskim. Przeważałaby z całą pewnością pozytywna retoryka po wyborze tego szkoleniowca. Bo dlaczego przeważać miałaby negatywna? CV w porządku, a ten trener znajdował się na tyle daleko od wspomnianego środowiska, że nie miało ono szans poznać ewentualnych wad. A te, które z pewnością ma każdy trener poznawalibyśmy w praniu - w praktyce eliminacyjnej, tudzież EuroBasketu 2011. A wtedy na reakcję byłoby już za późno. U Griszczuka żadnych przykrych zaskoczeń nie będzie. Także nawet i tutaj nie przesądzałbym, że koniec końców Chorwat wyszedłby naszej kadrze na lepsze niż Białorusin.
Nie do końca rozumiem o co chodzi z zarzutem: prezes Ludwiczuk nie ma kompetencji do wyboru trenera reprezentacji. Być może nie ma. Tylko proszę mi powiedzieć, który prezes związku koszykarskiego w Europie ma takie kompetencje. Ogromna większość, a już na pewno bardzo szeroka czołówka (prawie cała szesnastka ostatniego EuroBasketu) wybiera trenerów z własnego podwórka, których zna po prostu z tego, że siedząc wiele lat we własnym kraju ma kilka sezonów styczności z danym coachem. Istnienia takiej zależności dowodziłem jeszcze w październiku, kiedy proces rekrutacji selekcjonera kadry dopiero startował. Roman Ludwiczuk zrobił dokładnie to samo, co robi cała Europa. A cała Europa stawia na trenerów-rodaków lub trenerów zagranicznych z sukcesami w lidze danego kraju.
Do wyboru Sergio Scariolo, Dusana Ivkovicia czy Jonasa Kazlauskasa nie potrzeba nie wiadomo jak skomplikowanej wiedzy natchnionej w zakresie rynku trenerskiego. A do momentu, kiedy tacy fachowcy nie będą pokazywać się w naszym kraju na co dzień, dopóki nie będziemy mieli koszykarzy przystających klasą do takich trenerów, to oni reprezentacji prowadzić nie będą. Byłoby to możliwe przy zaoferowaniu jakiejś niebotycznej sumy w kontrakcie - tylko trzeba wciąż pamiętać, że trenera na medal można kupić, ale zawodników nie... A tutaj po raz kolejny - do sypnięcia groszem na gwiazdora, potrzebny jest grosz, a nie niesamowite rozeznanie na rynku.
Jeśli istnieją ci niesamowicie kompetentni przy wyborze trenera, to gdzie ich szukać? Tam gdzie kończy się wybieranie wśród oczywistych gwiazd, tam zaczyna się wybieranie przy zastosowaniu różnych metod optymalizacji - ale jednak już po omacku. Wyjdzie, albo nie wyjdzie. Każdy prezes prowadzący kiedykolwiek rekrutację na stanowisko szkoleniowca ma dobre rozeznanie wśród trenerów, których obserwował, o których dowiadywał się w innych źródłach. Zawsze to będzie tylko jakiś wycinek trenerów z odpowiedniej półki finansowej, wolnych w danym momencie. Kto ma w tym zakresie pełną wiedzę? Zna od podszewki warsztat, wady i zalety szerokiej palety trenerów?
Prezes zresztą próbował włączyć w proces decyzyjny tych "kompetentnych", ale jak działało ciało słynnej komisji chyba wszyscy wiemy. Ich wnioski nie były poza zasięgiem prezesa, czy kogokolwiek na co dzień zajmującego się koszykówką.
Kwestia druga. Doświadczenie w pucharach i w ogóle na arenie międzynarodowej. Tak, to jest bardzo ważne. Gdybyśmy we wrześniu mieli kolejny EuroBasket, problem byłby spory. Jakkolwiek dobrze pracujący trener, mógłby zostać zaskoczony, reprezentacja dostać szybki strzał, 0-3 i bilet do domu. Tragedia jednym słowem. Tylko, że Polska nie gra we wrześniu na EuroBaskecie, ale w sierpniu w eliminacjach z Bułgarią, Belgią, Gruzją i Portugalią. A tam ani wirtuozi nie klepią piłki, ani wirtuozi nie zajmują się trenerką (poza Gershonem). Do tego Polska ma najlepszych koszykarzy w tej grupie. Przed EuroBasketem trener Griszczuk będzie o jeden długi sezon reprezentacyjny i najpewniej jeden w EuroCup bogatszy. Czy to nadal będzie "za mało"?
Dla mnie taki wybór jest satysfakcjonujący przynajmniej z kilku powodów. Za gwiazdę trenerską musielibyśmy zapłacić naprawdę spore pieniądze. I co jest w zamian? Szubarga nie stanie się Rubio, a Hrycaniuk Gasolem. Na dziś, w marcu - praktycznie zerowy szczegółowy stan wiedzy na temat polskich zawodników. Brak zaprzątania sobie głowy Polską minimum do maja/czerwca. I dopiero potem jakieś nadrabianie zaległości na video, powołanie oczywistej grupy 15-16 koszykarzy na zgrupowanie i tam podejmowanie strategicznych decyzji na podstawie kilku treningów, kilku sparingów, a wszystko to w trochę ponad miesiąc? Ilu trenerów klubowych montujących latem zespoły od nowa, po dwóch miesiącach zgrupowań i sparingów ma na początku sezonu jasno wyklarowaną rotację i jeszcze funkcjonującą jak należy? Dlaczego w polskiej reprezentacji miałoby być inaczej? Wartością klasowych trenerów jest budowanie zespołów, dobieranie graczy, nadawaniu zespołowi kształtu i stylu. W reprezentacji, a zwłaszcza polskiej chodzi głównie o sprawienie, żeby gwiazdy zafunkcjonowały oraz otoczenie ich odpowiednim wsparciem. Wsparcia trener nieznający PLK nie będzie w stanie wybrać odpowiednio, optymalnie.
I tu jest właśnie ogromny atut Griszczuka, który po naszym ostatnim selekcjonerze mnie ogromnie cieszy. W Polsce siedzi już od prawie 20 lat, wie wszystko o polskich zawodnikach, wielokrotnie analizował ich grę przed spotkaniami ligowymi, wie wszystko o grze reprezentacji i co najważniejsze z całą pewnością ma swoje przemyślenia na jej temat i wstępną wizję, w którą stronę chciałby ją poprowadzić. Griszczuk jest w pełni przygotowany merytorycznie na to, żeby dziś powołać skład kadry, jutro rozpocząć zgrupowanie, a za tydzień grać pierwsze mecze. Nasz potencjalny gwiazdor zza granicy ma zupełnie inne cele na najbliższe miesiące i naszym tematem zająłby się na poważnie, jak wspomniałem , dopiero gdzieś w lipcu.
Griszczuk jest w pełni obeznany z młodszymi polskimi zawodnikami i nie musi się kurczowo trzymać oklepanych w reprezentacji, ale przeciętnych na dziś nazwisk takich jak Witka czy Roszyk. W swojej karierze doświadczył już górę na starcie, później mocne przyziemienie i wrócił we Włocławku do bardzo dobrej roboty. Nie jest zatwardziałym i zamkniętym na dany sposób prowadzenia zespołu trenerem - styl gry Anwilu, szczególnie w poprzednim sezonie mógł chyba potężnie zaskoczyć wszystkich tych, którzy widzieli jak grali Czarni pod wodzą tego trenera. Pewna elastyczność to cecha w reprezentacji o wiele ważniejsza niż w klubie.
Wydaje mi się też, że komentatorzy zastanawiając się czy być za, czy może przeciw - bo tak fajniej - zgubili pewien fakt. Otóż Łukasz Koszarek i Krzysztof Szubarga w Anwilu u Griszczuka grali najlepsze sezony w karierze. A oni są kluczami do gry całej kadry niezależnie od tego, czy koszykarze tacy jak Gortat i Lampe na kadrze się stawią, czy nie. W przypadku Igora wierzę również, że Logan także nie stanie się kluczem do wszystkiego, dla którego nie ma alternatywy.
Cieszę się również, że nie muszę pokładać nadziei w młodym, zdolnym i perspektywicznym Milji Bogiceviciu, który ma za sobą dopiero pół roku, co prawda bardzo udanej, ale krótkiej kariery. Griszczuk mógł zostać selekcjonerem w 2006 roku, ale po brązowym medalu, jak pamiętamy przez dwa lata było już wyraźnie gorzej. Wtedy było za wcześnie na Igora. Dziś jest za wcześnie na Bogicevicia, a przecież to przedostatnia głośniejsza kandydatura.
O sprawach charakterologicznych - że Griszczuk będzie oddany sprawie na kompletnego maksa, chyba wspominać nie muszę. A to, jeśli dodać dobre wyniki, może dać doskonałe notowania u kibiców, a co za tym idzie w końcu dobrą, pozytywną atmosferę wokół reprezentacji.
W końcu sprawa mniej istotna. Griszczuk to najlepszy na dziś trener z polskim paszportem. Choć to nie paszport jest tu tak ważny, tylko fakt, że Griszczuk jako trener został w pełni ukształtowany w Polsce. A to, mam nadzieję, w dłuższym okresie czasu zmobilizuje i przekona naszych szkoleniowców, że jednak z PLK i tylko PLK do reprezentacji jednak się da.
Mam wewnętrzne przekonanie, że pod Griszczukiem niezależnie od tego czy będą wszystkie gwiazdy, czy nie - awans tego lata będzie na pewno. Czego trenerowi i sobie życzę. Życzę Griszczukowi też, aby wyniki jakie osiągnie były tak dobre, żeby oferowanie mu przedłużenia umowy było oczywistą oczywistością.
Tematy powiązane:
Byle do przodu…
Kadra 2010 - pierwsza rekrutacja
Przyszły trener reprezentacji
To miał być normalny tekst o wadach i zaletach tego wyboru. To miał być tekst o tym, że to wybór ze wszechmiar naturalny i zgodny z tym co robi cała cywilizowana Europa. Niestety wylewające się stąd i stamtąd narzekactwo sprawia, że najpierw zajmę się tym dlaczego owo narzekactwo jest błędne.
Zacznę od tego, że przez ostatnie miesiące i tygodnie byłem przekonany, że niezależnie od tego kogo się uda prezesowi Ludwiczukowi ostatecznie zakontraktować, to wzbudzi to powszechnie niezadowolenie, zażenowanie, rozmowy o braku profesjonalizmu itd. Chwilowym światełkiem w tunelu była kandydatura Drazena Anzulovicia, która mnie także się podobała. "Jugol" z Ciboną, fajnymi osiągnięciami w Eurolidze w życiorysie i nazwiskiem kończącym się "ić", to zdecydowanie osoba posiadająca atrybuty budzące zaufanie w polskim środowisku koszykarskim. Przeważałaby z całą pewnością pozytywna retoryka po wyborze tego szkoleniowca. Bo dlaczego przeważać miałaby negatywna? CV w porządku, a ten trener znajdował się na tyle daleko od wspomnianego środowiska, że nie miało ono szans poznać ewentualnych wad. A te, które z pewnością ma każdy trener poznawalibyśmy w praniu - w praktyce eliminacyjnej, tudzież EuroBasketu 2011. A wtedy na reakcję byłoby już za późno. U Griszczuka żadnych przykrych zaskoczeń nie będzie. Także nawet i tutaj nie przesądzałbym, że koniec końców Chorwat wyszedłby naszej kadrze na lepsze niż Białorusin.
Nie do końca rozumiem o co chodzi z zarzutem: prezes Ludwiczuk nie ma kompetencji do wyboru trenera reprezentacji. Być może nie ma. Tylko proszę mi powiedzieć, który prezes związku koszykarskiego w Europie ma takie kompetencje. Ogromna większość, a już na pewno bardzo szeroka czołówka (prawie cała szesnastka ostatniego EuroBasketu) wybiera trenerów z własnego podwórka, których zna po prostu z tego, że siedząc wiele lat we własnym kraju ma kilka sezonów styczności z danym coachem. Istnienia takiej zależności dowodziłem jeszcze w październiku, kiedy proces rekrutacji selekcjonera kadry dopiero startował. Roman Ludwiczuk zrobił dokładnie to samo, co robi cała Europa. A cała Europa stawia na trenerów-rodaków lub trenerów zagranicznych z sukcesami w lidze danego kraju.
Do wyboru Sergio Scariolo, Dusana Ivkovicia czy Jonasa Kazlauskasa nie potrzeba nie wiadomo jak skomplikowanej wiedzy natchnionej w zakresie rynku trenerskiego. A do momentu, kiedy tacy fachowcy nie będą pokazywać się w naszym kraju na co dzień, dopóki nie będziemy mieli koszykarzy przystających klasą do takich trenerów, to oni reprezentacji prowadzić nie będą. Byłoby to możliwe przy zaoferowaniu jakiejś niebotycznej sumy w kontrakcie - tylko trzeba wciąż pamiętać, że trenera na medal można kupić, ale zawodników nie... A tutaj po raz kolejny - do sypnięcia groszem na gwiazdora, potrzebny jest grosz, a nie niesamowite rozeznanie na rynku.
Jeśli istnieją ci niesamowicie kompetentni przy wyborze trenera, to gdzie ich szukać? Tam gdzie kończy się wybieranie wśród oczywistych gwiazd, tam zaczyna się wybieranie przy zastosowaniu różnych metod optymalizacji - ale jednak już po omacku. Wyjdzie, albo nie wyjdzie. Każdy prezes prowadzący kiedykolwiek rekrutację na stanowisko szkoleniowca ma dobre rozeznanie wśród trenerów, których obserwował, o których dowiadywał się w innych źródłach. Zawsze to będzie tylko jakiś wycinek trenerów z odpowiedniej półki finansowej, wolnych w danym momencie. Kto ma w tym zakresie pełną wiedzę? Zna od podszewki warsztat, wady i zalety szerokiej palety trenerów?
Prezes zresztą próbował włączyć w proces decyzyjny tych "kompetentnych", ale jak działało ciało słynnej komisji chyba wszyscy wiemy. Ich wnioski nie były poza zasięgiem prezesa, czy kogokolwiek na co dzień zajmującego się koszykówką.
Kwestia druga. Doświadczenie w pucharach i w ogóle na arenie międzynarodowej. Tak, to jest bardzo ważne. Gdybyśmy we wrześniu mieli kolejny EuroBasket, problem byłby spory. Jakkolwiek dobrze pracujący trener, mógłby zostać zaskoczony, reprezentacja dostać szybki strzał, 0-3 i bilet do domu. Tragedia jednym słowem. Tylko, że Polska nie gra we wrześniu na EuroBaskecie, ale w sierpniu w eliminacjach z Bułgarią, Belgią, Gruzją i Portugalią. A tam ani wirtuozi nie klepią piłki, ani wirtuozi nie zajmują się trenerką (poza Gershonem). Do tego Polska ma najlepszych koszykarzy w tej grupie. Przed EuroBasketem trener Griszczuk będzie o jeden długi sezon reprezentacyjny i najpewniej jeden w EuroCup bogatszy. Czy to nadal będzie "za mało"?
Dla mnie taki wybór jest satysfakcjonujący przynajmniej z kilku powodów. Za gwiazdę trenerską musielibyśmy zapłacić naprawdę spore pieniądze. I co jest w zamian? Szubarga nie stanie się Rubio, a Hrycaniuk Gasolem. Na dziś, w marcu - praktycznie zerowy szczegółowy stan wiedzy na temat polskich zawodników. Brak zaprzątania sobie głowy Polską minimum do maja/czerwca. I dopiero potem jakieś nadrabianie zaległości na video, powołanie oczywistej grupy 15-16 koszykarzy na zgrupowanie i tam podejmowanie strategicznych decyzji na podstawie kilku treningów, kilku sparingów, a wszystko to w trochę ponad miesiąc? Ilu trenerów klubowych montujących latem zespoły od nowa, po dwóch miesiącach zgrupowań i sparingów ma na początku sezonu jasno wyklarowaną rotację i jeszcze funkcjonującą jak należy? Dlaczego w polskiej reprezentacji miałoby być inaczej? Wartością klasowych trenerów jest budowanie zespołów, dobieranie graczy, nadawaniu zespołowi kształtu i stylu. W reprezentacji, a zwłaszcza polskiej chodzi głównie o sprawienie, żeby gwiazdy zafunkcjonowały oraz otoczenie ich odpowiednim wsparciem. Wsparcia trener nieznający PLK nie będzie w stanie wybrać odpowiednio, optymalnie.
I tu jest właśnie ogromny atut Griszczuka, który po naszym ostatnim selekcjonerze mnie ogromnie cieszy. W Polsce siedzi już od prawie 20 lat, wie wszystko o polskich zawodnikach, wielokrotnie analizował ich grę przed spotkaniami ligowymi, wie wszystko o grze reprezentacji i co najważniejsze z całą pewnością ma swoje przemyślenia na jej temat i wstępną wizję, w którą stronę chciałby ją poprowadzić. Griszczuk jest w pełni przygotowany merytorycznie na to, żeby dziś powołać skład kadry, jutro rozpocząć zgrupowanie, a za tydzień grać pierwsze mecze. Nasz potencjalny gwiazdor zza granicy ma zupełnie inne cele na najbliższe miesiące i naszym tematem zająłby się na poważnie, jak wspomniałem , dopiero gdzieś w lipcu.
Griszczuk jest w pełni obeznany z młodszymi polskimi zawodnikami i nie musi się kurczowo trzymać oklepanych w reprezentacji, ale przeciętnych na dziś nazwisk takich jak Witka czy Roszyk. W swojej karierze doświadczył już górę na starcie, później mocne przyziemienie i wrócił we Włocławku do bardzo dobrej roboty. Nie jest zatwardziałym i zamkniętym na dany sposób prowadzenia zespołu trenerem - styl gry Anwilu, szczególnie w poprzednim sezonie mógł chyba potężnie zaskoczyć wszystkich tych, którzy widzieli jak grali Czarni pod wodzą tego trenera. Pewna elastyczność to cecha w reprezentacji o wiele ważniejsza niż w klubie.
Wydaje mi się też, że komentatorzy zastanawiając się czy być za, czy może przeciw - bo tak fajniej - zgubili pewien fakt. Otóż Łukasz Koszarek i Krzysztof Szubarga w Anwilu u Griszczuka grali najlepsze sezony w karierze. A oni są kluczami do gry całej kadry niezależnie od tego, czy koszykarze tacy jak Gortat i Lampe na kadrze się stawią, czy nie. W przypadku Igora wierzę również, że Logan także nie stanie się kluczem do wszystkiego, dla którego nie ma alternatywy.
Cieszę się również, że nie muszę pokładać nadziei w młodym, zdolnym i perspektywicznym Milji Bogiceviciu, który ma za sobą dopiero pół roku, co prawda bardzo udanej, ale krótkiej kariery. Griszczuk mógł zostać selekcjonerem w 2006 roku, ale po brązowym medalu, jak pamiętamy przez dwa lata było już wyraźnie gorzej. Wtedy było za wcześnie na Igora. Dziś jest za wcześnie na Bogicevicia, a przecież to przedostatnia głośniejsza kandydatura.
O sprawach charakterologicznych - że Griszczuk będzie oddany sprawie na kompletnego maksa, chyba wspominać nie muszę. A to, jeśli dodać dobre wyniki, może dać doskonałe notowania u kibiców, a co za tym idzie w końcu dobrą, pozytywną atmosferę wokół reprezentacji.
W końcu sprawa mniej istotna. Griszczuk to najlepszy na dziś trener z polskim paszportem. Choć to nie paszport jest tu tak ważny, tylko fakt, że Griszczuk jako trener został w pełni ukształtowany w Polsce. A to, mam nadzieję, w dłuższym okresie czasu zmobilizuje i przekona naszych szkoleniowców, że jednak z PLK i tylko PLK do reprezentacji jednak się da.
Mam wewnętrzne przekonanie, że pod Griszczukiem niezależnie od tego czy będą wszystkie gwiazdy, czy nie - awans tego lata będzie na pewno. Czego trenerowi i sobie życzę. Życzę Griszczukowi też, aby wyniki jakie osiągnie były tak dobre, żeby oferowanie mu przedłużenia umowy było oczywistą oczywistością.
Tematy powiązane:
Byle do przodu…
Kadra 2010 - pierwsza rekrutacja
Przyszły trener reprezentacji
niedziela, 7 marca 2010
MP U-20 – dzień III
Niespodziewanie dopiero ostatniego dnia mieliśmy spotkanie o zwycięstwo w turnieju. Zawiódł faworyzowany Trefl i tym sposobem to Spójnia stanowiła największe wyzwanie dla koszykarzy Śląska. Gospodarze podeszli dość gościnnie do tematu, zwłaszcza w pierwszych trzech kwartach. Ale ostatecznie przyspieszyli, trafili kilka ważnych rzutów i w dramatycznych okolicznościach zwyciężyli 64:63. Ale po kolei.
Do hali szedłem głównie dla tria Kulon – Sęk – Parzeński. Ze skutecznością 10/29 byli z pewnością czołowymi postaciami tego meczu, choć nie zawsze pozytywnymi. Ten ostatni zresztą nawet nie wyszedł w pierwszej piątce. I jak się okazało nie był to głupi ruch, bo póki Kuba siedział, Śląsk prowadził. Potem trzeba było zmienić zagrywki, a Spójnia zaczęła trafiać i goście zaczęli kontrolować spotkanie. Aż do trzydziestej dziewiątej minuty…
W zespole Spójni duże wrażenie mógł zrobić Łukasz Bodych – jedyny chyba na boisku, który umiał grać pod koszem. A cała drużyna świetnie to wykorzystywała, dzięki czemu w trzeciej kwarcie stargardzianie odskoczyli na dziesięć punktów. Wśród gospodarzy radzić sobie z nim miał Parzeński, jednak po raz kolejny zagrał po prostu przeciętnie. Ciągle widzę u niego syndrom młodego Pawła Mroza, który zdecydowanie lepiej czuł się na dystansie, niż pod samym koszem. Ale w ostatnich akcjach nastąpiła zmiana ról i wrocławianin odkupił swoją przeciętną grę, zapewniając swojej drużynie zwycięstwo.
Miła dla oka bywała gra Kacpra Sęka. Dynamiczny, doskonała motoryka – to na chwilę obecną chyba najlepszy zawodnik wrocławskiej ekipy. Zwłaszcza wejścia pod kosz mogły się podobać, dzięki temu jeszcze było o co grać w ostatniej odsłonie. Natomiast Kulon po raz kolejny pokazał, że lepiej rozgrywa, niż rzuca…
Pierwsza kwarta początkowo dla Śląska, potem jednak goście zaczęli przejmować inicjatywę. I jak już wyszli na prowadzenie, to systematycznie powiększali je, aż do trzeciej odsłony. Widać było przede wszystkim mądre zagrania pod kosz do wspomnianego Bodycha. A wrocławianie szarpali. Ważne punkty zdobywał Strzelecki, co jakiś czas trafiali inni i wynik ciągle był w okolicach remisu. Do przerwy 34:31 dla gości.
Druga połowa to dwa etapy. Pierwszy, to powiększenie przewagi do dziewięciu „oczek” przez gości. To nastąpiło mniej więcej w połowie trzeciej kwarty. Natomiast potem sprawę w swoje ręce wziął Sęk i zaczął odrabiać straty. Ostatnia kwarta zaczęła się od jego dwóch udanych akcji oraz agresywnej obrony wrocławian. Muszę przyznać, że to jest chyba najskuteczniejsza forma defensywy tej drużyny. Często przynosi świetne efekty również w drugiej lidze i tutaj powstaje pytanie – czy brakuje sił na częstsze jej stosowanie, czy jest jeszcze niedopracowana? Ale to już pozostaje w gestii szkoleniowca. Dzisiaj spowodowała pewien chaos w szeregach gości. Rzuty za trzy Strzeleckiego i Zygadły dały remis po 55. Od tej chwili już żadna drużyna nie wyszła na wyższe, niż dwupunktowe prowadzenie. Na dwadzieścia sekund przed końcem na tablicy widniał remis po 62. Wtedy faulowany przy rzucie za trzy (w ostatnich sekundach akcji) był najlepszy zawodnik gości, czyli Bodych. Rzut był nieco sytuacyjny, dlatego też przypadł centrowi. Wtedy włączyła się cała hala, próbując utrudnić mu oddawanie rzutów. Efekt był – skuteczny był tylko drugi osobisty, a wrocławianie mieli ostatnią akcję dla siebie. Wiadomo – czas, a potem mozolne rozgrywanie. I faul na Parzeńskim (mającym beznadziejne statystyki rzutowe tego dnia). Jednak Kuba tym razem pokazał, że drużyna może na niego liczyć i trafił oba „osobowe”. Plus jeden dla Śląska, rzut z połowy boiska niecelny i rozpoczęła się feta.
Miło było widzieć, jak bardzo zależy tym zawodnikom na sukcesie. Szkoda, że nie podchodzą tak również do meczów w drugiej (de facto trzeciej) lidze, bo może byłoby wyższe miejsce w tabeli. Irytująco zachowywał się trener gości, który prawie w każdej akcji sugerował „kroki” i był nieco nadpobudliwy. Ale chyba wykpienie jego okrzyków przez trybuny zadziałało niemal jak Nervosol, bo w końcówce oszczędził sobie i widzom tego typu sugestii werbalnych.
Przyjemnie było zobaczyć prawie pełną „Kosynierkę”. Nieźle grających zawodników obu ekip. I prawdziwe manewry podkoszowe zespołu Spójni, która ma niezłego silnego zawodnika i wie, jak go wykorzystać. Plus wiele ciekawych zagrań dwójkowych – tego zespołu na pewno nie można skreślać przed fazą finałową.
Pytanie, gdzie ona będzie? Niewykluczone, że jeśli stolica nie podoła (a to chyba na chwilę obecną faworyt, jednak tam są jakieś problemy z halą na pięć dni), to ponownie spotkamy się we Wrocławiu. Tym razem już w gronie ośmiu najlepszych juniorskich zespołów w kraju.
W spotkaniu o przysłowiową pietruszkę Trefl Sopot pokonał Mickiewicza Katowice 73:44 i wraca do domu raczej z poczuciem porażki, niż osiągnięcia przyzwoitego wyniku.
Ponoć są już wyłonione grupy finałowe:
I: TKM Włocławek, Czarni Słupsk, Śląsk Wrocław, Znicz Jarosław
II: Wilki Morskie Szczecin, Polonia 2011 Warszawa, Spójnia Stargard Szczeciński, Polonia Warszawa
Do hali szedłem głównie dla tria Kulon – Sęk – Parzeński. Ze skutecznością 10/29 byli z pewnością czołowymi postaciami tego meczu, choć nie zawsze pozytywnymi. Ten ostatni zresztą nawet nie wyszedł w pierwszej piątce. I jak się okazało nie był to głupi ruch, bo póki Kuba siedział, Śląsk prowadził. Potem trzeba było zmienić zagrywki, a Spójnia zaczęła trafiać i goście zaczęli kontrolować spotkanie. Aż do trzydziestej dziewiątej minuty…
W zespole Spójni duże wrażenie mógł zrobić Łukasz Bodych – jedyny chyba na boisku, który umiał grać pod koszem. A cała drużyna świetnie to wykorzystywała, dzięki czemu w trzeciej kwarcie stargardzianie odskoczyli na dziesięć punktów. Wśród gospodarzy radzić sobie z nim miał Parzeński, jednak po raz kolejny zagrał po prostu przeciętnie. Ciągle widzę u niego syndrom młodego Pawła Mroza, który zdecydowanie lepiej czuł się na dystansie, niż pod samym koszem. Ale w ostatnich akcjach nastąpiła zmiana ról i wrocławianin odkupił swoją przeciętną grę, zapewniając swojej drużynie zwycięstwo.
Miła dla oka bywała gra Kacpra Sęka. Dynamiczny, doskonała motoryka – to na chwilę obecną chyba najlepszy zawodnik wrocławskiej ekipy. Zwłaszcza wejścia pod kosz mogły się podobać, dzięki temu jeszcze było o co grać w ostatniej odsłonie. Natomiast Kulon po raz kolejny pokazał, że lepiej rozgrywa, niż rzuca…
Pierwsza kwarta początkowo dla Śląska, potem jednak goście zaczęli przejmować inicjatywę. I jak już wyszli na prowadzenie, to systematycznie powiększali je, aż do trzeciej odsłony. Widać było przede wszystkim mądre zagrania pod kosz do wspomnianego Bodycha. A wrocławianie szarpali. Ważne punkty zdobywał Strzelecki, co jakiś czas trafiali inni i wynik ciągle był w okolicach remisu. Do przerwy 34:31 dla gości.
Druga połowa to dwa etapy. Pierwszy, to powiększenie przewagi do dziewięciu „oczek” przez gości. To nastąpiło mniej więcej w połowie trzeciej kwarty. Natomiast potem sprawę w swoje ręce wziął Sęk i zaczął odrabiać straty. Ostatnia kwarta zaczęła się od jego dwóch udanych akcji oraz agresywnej obrony wrocławian. Muszę przyznać, że to jest chyba najskuteczniejsza forma defensywy tej drużyny. Często przynosi świetne efekty również w drugiej lidze i tutaj powstaje pytanie – czy brakuje sił na częstsze jej stosowanie, czy jest jeszcze niedopracowana? Ale to już pozostaje w gestii szkoleniowca. Dzisiaj spowodowała pewien chaos w szeregach gości. Rzuty za trzy Strzeleckiego i Zygadły dały remis po 55. Od tej chwili już żadna drużyna nie wyszła na wyższe, niż dwupunktowe prowadzenie. Na dwadzieścia sekund przed końcem na tablicy widniał remis po 62. Wtedy faulowany przy rzucie za trzy (w ostatnich sekundach akcji) był najlepszy zawodnik gości, czyli Bodych. Rzut był nieco sytuacyjny, dlatego też przypadł centrowi. Wtedy włączyła się cała hala, próbując utrudnić mu oddawanie rzutów. Efekt był – skuteczny był tylko drugi osobisty, a wrocławianie mieli ostatnią akcję dla siebie. Wiadomo – czas, a potem mozolne rozgrywanie. I faul na Parzeńskim (mającym beznadziejne statystyki rzutowe tego dnia). Jednak Kuba tym razem pokazał, że drużyna może na niego liczyć i trafił oba „osobowe”. Plus jeden dla Śląska, rzut z połowy boiska niecelny i rozpoczęła się feta.
Miło było widzieć, jak bardzo zależy tym zawodnikom na sukcesie. Szkoda, że nie podchodzą tak również do meczów w drugiej (de facto trzeciej) lidze, bo może byłoby wyższe miejsce w tabeli. Irytująco zachowywał się trener gości, który prawie w każdej akcji sugerował „kroki” i był nieco nadpobudliwy. Ale chyba wykpienie jego okrzyków przez trybuny zadziałało niemal jak Nervosol, bo w końcówce oszczędził sobie i widzom tego typu sugestii werbalnych.
Przyjemnie było zobaczyć prawie pełną „Kosynierkę”. Nieźle grających zawodników obu ekip. I prawdziwe manewry podkoszowe zespołu Spójni, która ma niezłego silnego zawodnika i wie, jak go wykorzystać. Plus wiele ciekawych zagrań dwójkowych – tego zespołu na pewno nie można skreślać przed fazą finałową.
Pytanie, gdzie ona będzie? Niewykluczone, że jeśli stolica nie podoła (a to chyba na chwilę obecną faworyt, jednak tam są jakieś problemy z halą na pięć dni), to ponownie spotkamy się we Wrocławiu. Tym razem już w gronie ośmiu najlepszych juniorskich zespołów w kraju.
W spotkaniu o przysłowiową pietruszkę Trefl Sopot pokonał Mickiewicza Katowice 73:44 i wraca do domu raczej z poczuciem porażki, niż osiągnięcia przyzwoitego wyniku.
Ponoć są już wyłonione grupy finałowe:
I: TKM Włocławek, Czarni Słupsk, Śląsk Wrocław, Znicz Jarosław
II: Wilki Morskie Szczecin, Polonia 2011 Warszawa, Spójnia Stargard Szczeciński, Polonia Warszawa
MP U-20 - dzień II (video)
Śląsk Wrocław - Mickiewicz Katowice 81:45
Mecz właściwie bez historii. Śląsk dominował od początku do końca. Zawodnicy do wyróżnienia przy budowaniu przewagi - podobnie jak w meczu z Treflem: Kacper Sęk i Jacek Waszak. W tym spotkaniu już od dość wczesnej fazy tego meczu trener Grudniewski mógł szerzej korzystać z ławki rezerwowych, której ogrywanie rywala nie szło wcale gorzej. W czwartej kwarcie z zawodników pierwszej piątki WKS-u na parkiecie przebywał tylko Strzelecki, a mimo to Śląsk wygrał tę część gry 24:9. Zawodnicy z Katowic punkty z gry zdobyli tylko na początku i końcu tej kwarty.
O grze Mickiewicza nie można za wiele powiedzieć poza tym, że podobnie jak dzień wcześniej wyróżniającym się na tle kolegów graczem był Adam Jurga. Było to bardzo łatwe zwycięstwo wrocławian. Zapewnili sobie nim awans do turnieju finałowego, a dziś o 12 będą walczyć o pierwsze miejsce w grupie ze Spójnią Stargard Szczeciński.
Spójnia Stargard Szczeciński - Trefl Sopot 70:61
Trefl był faworytem tego spotkania i potwierdził to pierwszą kwartą, którą wygrał 21:11. Niestety dla Sopocian przez kolejne dwie kwarty zdobyli tylko 17 punktów (4 w drugiej, 13 w trzeciej). Prezentowali podobne wady jak dzień wcześniej w spotkaniu ze Śląskiem: brak kreowania czegokolwiek przez rozegranie, jeszcze gorsze wykorzystanie przewagi wzrostu w ataku pod koszem.
Trefl stanął w ataku, a stargadzianie konsekwentnie prowadzili swoją grę opartą na rzutach z dystansu i półdystansu, chwilami tylko przerywaną podkoszowymi zagraniami Łukasza Bodycha. Do przerwy mieliśmy bardzo niski wynik - 27:25 dla Spójni.
W trzeciej kwarcie meczu koszykarze Spójni zanotowali świetną serię celnych rzutów z obwodu, w czym brylował przede wszystkim Filip Dylik. Nierzadko były to rzuty w ostatnich sekundach akcji. W spotkaniu, gdzie oba zespoły nie grzeszyły zdobyczami w ataku, taka seria miała decydujące znaczenie. Starogardzianie kontrolowali wynik już do końca spotkania. Ofensywny zryw Trefla w ostatnich minutach - między innymi cztery trójki Rafała Malitki - został zneutralizowany przez rzuty osobiste, który był efektem fauli taktycznych. A tutaj Bartłomiej Wróblewski miał dość pewną rękę.
Spójnia to spora niespodzianka w tej grupie. Jako zespołowi dość jednostronnemu udało im się awansować do turnieju finałowego. W niedzielnym spotkaniu Śląsk powinien skoncentrować się nacisku na obwód i nie dopuszczaniu niskich Spójni do sytuacji rzutowych. To powinien być klucz do zwycięstwa. Śląsk na pewno ma do tego narzędzia, bo nacisk bardzo dobry nacisk na rozgrywających, to jak do tej pory znak rozpoznawczy defensywy WKS-u w tym turnieju.
Pozostałe grupy
Jak do tej pory jest bardzo przewidywalnie w tych półfinałach MP. Wszystkie dotychczasowe 10 meczów zakończyło się spodziewanymi wynikami. Jeśli tak dalej pójdzie, jutro swoje mecze wygrają: Śląsk, Trefl, TKM, Wilki Morskie, Polonia 2011, Zastal, Polonia oraz Korona. Przy czym to właśnie wynik potyczki krakowian ze Zniczem jest chyba najmniej pewny.
To cytat z piątku. W sobotę doszło do dwóch niespodzianek. W opisywanym meczu Trefl-Spójnia oraz wspomnianym na końcu cytatu Korona-Znicz. Nie mamy już mistrzów Polski juniorów z 2009 roku w rozgrywkach juniorów starszych. Reszta wyników kreowała się zgodnie z planem. Znamy już aż siedmiu finalistów MP U-20, a są to: Polonia 2011, Polonia, Śląsk, Spójnia, Znicz Jarosław, TKM oraz Wilki Morskie. Oczekiwany ósmy uczestnik - Czarni Słupsk. Żeby słupszczanie nie awansowali, musieliby przegrać z Unią Tarnów więcej niż ośmioma punktami, albo po prostu przegrać, a Zastal powinien wtedy ograć Polonię 2011. Ten drugi scenariusz jest właściwie niemożliwy.
Ciekawe osiągnięcia indywidualne MP:
Zastal Zielona Góra
Filip Matczak 31 pkt, 11/19 z gry, 16 zb, 3 ast, 4 prz, 3 bl
Trefl Sopot
Rafał Malitka 21 pkt, 8/12 z gry, 8 zb, 3 ast, 2 prz
Znicz Jarosław
Dariusz Wyka 23 pkt, 9/14 z gry, 10 zb, 3 prz, 4 bl
Andrzej Urban 10 pkt, 4/11 z gr, 10 zb, 4 ast, 8 prz
Mecz właściwie bez historii. Śląsk dominował od początku do końca. Zawodnicy do wyróżnienia przy budowaniu przewagi - podobnie jak w meczu z Treflem: Kacper Sęk i Jacek Waszak. W tym spotkaniu już od dość wczesnej fazy tego meczu trener Grudniewski mógł szerzej korzystać z ławki rezerwowych, której ogrywanie rywala nie szło wcale gorzej. W czwartej kwarcie z zawodników pierwszej piątki WKS-u na parkiecie przebywał tylko Strzelecki, a mimo to Śląsk wygrał tę część gry 24:9. Zawodnicy z Katowic punkty z gry zdobyli tylko na początku i końcu tej kwarty.
O grze Mickiewicza nie można za wiele powiedzieć poza tym, że podobnie jak dzień wcześniej wyróżniającym się na tle kolegów graczem był Adam Jurga. Było to bardzo łatwe zwycięstwo wrocławian. Zapewnili sobie nim awans do turnieju finałowego, a dziś o 12 będą walczyć o pierwsze miejsce w grupie ze Spójnią Stargard Szczeciński.
Spójnia Stargard Szczeciński - Trefl Sopot 70:61
Trefl był faworytem tego spotkania i potwierdził to pierwszą kwartą, którą wygrał 21:11. Niestety dla Sopocian przez kolejne dwie kwarty zdobyli tylko 17 punktów (4 w drugiej, 13 w trzeciej). Prezentowali podobne wady jak dzień wcześniej w spotkaniu ze Śląskiem: brak kreowania czegokolwiek przez rozegranie, jeszcze gorsze wykorzystanie przewagi wzrostu w ataku pod koszem.
Trefl stanął w ataku, a stargadzianie konsekwentnie prowadzili swoją grę opartą na rzutach z dystansu i półdystansu, chwilami tylko przerywaną podkoszowymi zagraniami Łukasza Bodycha. Do przerwy mieliśmy bardzo niski wynik - 27:25 dla Spójni.
W trzeciej kwarcie meczu koszykarze Spójni zanotowali świetną serię celnych rzutów z obwodu, w czym brylował przede wszystkim Filip Dylik. Nierzadko były to rzuty w ostatnich sekundach akcji. W spotkaniu, gdzie oba zespoły nie grzeszyły zdobyczami w ataku, taka seria miała decydujące znaczenie. Starogardzianie kontrolowali wynik już do końca spotkania. Ofensywny zryw Trefla w ostatnich minutach - między innymi cztery trójki Rafała Malitki - został zneutralizowany przez rzuty osobiste, który był efektem fauli taktycznych. A tutaj Bartłomiej Wróblewski miał dość pewną rękę.
Spójnia to spora niespodzianka w tej grupie. Jako zespołowi dość jednostronnemu udało im się awansować do turnieju finałowego. W niedzielnym spotkaniu Śląsk powinien skoncentrować się nacisku na obwód i nie dopuszczaniu niskich Spójni do sytuacji rzutowych. To powinien być klucz do zwycięstwa. Śląsk na pewno ma do tego narzędzia, bo nacisk bardzo dobry nacisk na rozgrywających, to jak do tej pory znak rozpoznawczy defensywy WKS-u w tym turnieju.
Pozostałe grupy
Jak do tej pory jest bardzo przewidywalnie w tych półfinałach MP. Wszystkie dotychczasowe 10 meczów zakończyło się spodziewanymi wynikami. Jeśli tak dalej pójdzie, jutro swoje mecze wygrają: Śląsk, Trefl, TKM, Wilki Morskie, Polonia 2011, Zastal, Polonia oraz Korona. Przy czym to właśnie wynik potyczki krakowian ze Zniczem jest chyba najmniej pewny.
To cytat z piątku. W sobotę doszło do dwóch niespodzianek. W opisywanym meczu Trefl-Spójnia oraz wspomnianym na końcu cytatu Korona-Znicz. Nie mamy już mistrzów Polski juniorów z 2009 roku w rozgrywkach juniorów starszych. Reszta wyników kreowała się zgodnie z planem. Znamy już aż siedmiu finalistów MP U-20, a są to: Polonia 2011, Polonia, Śląsk, Spójnia, Znicz Jarosław, TKM oraz Wilki Morskie. Oczekiwany ósmy uczestnik - Czarni Słupsk. Żeby słupszczanie nie awansowali, musieliby przegrać z Unią Tarnów więcej niż ośmioma punktami, albo po prostu przegrać, a Zastal powinien wtedy ograć Polonię 2011. Ten drugi scenariusz jest właściwie niemożliwy.
Ciekawe osiągnięcia indywidualne MP:
Zastal Zielona Góra
Filip Matczak 31 pkt, 11/19 z gry, 16 zb, 3 ast, 4 prz, 3 bl
Trefl Sopot
Rafał Malitka 21 pkt, 8/12 z gry, 8 zb, 3 ast, 2 prz
Znicz Jarosław
Dariusz Wyka 23 pkt, 9/14 z gry, 10 zb, 3 prz, 4 bl
Andrzej Urban 10 pkt, 4/11 z gr, 10 zb, 4 ast, 8 prz
sobota, 6 marca 2010
Byle do przodu…
Jest sobota, szósty dzień marca. Za oknem raz słońce, raz śnieg. W czterech miastach naszego pięknego kraju szeroko u nas rozpisywane Półfinały MP Juniorów Starszych. Na wprost, w telewizji spotkanie Turowa z Kotwicą (obecnie 14:2 dla gospodarzy). A wokół tyle zdarzeń…
Przede wszystkim trener kadry. To hit dzisiejszego dnia i prawdopodobnie główny news w najbliższych miesiącach. Uczucia mam mieszane, chociaż niejednokrotnie wspominałem w prywatnych rozmowach, że wybór Griszczuka to niezła opcja. Skoro stało się to faktem, warto zrobić wstępny bilans plusów i minusów takiego faktu.
Plusem jest przede wszystkim to, że po prostu się doczekaliśmy. Jak wiadomo proces rekrutacji to była niekończąca się parodia z prezesem Ludwiczukiem jako jedynym sprawiedliwym i rozsądnym. Ostatecznie wszyscy wielcy wyśmiali konkurs, a potem konsekwentnie i po kolei odmawiali w indywidualnych rozmowach. Tak więc postanowiono zaufać legendzie Anwilu i jego obecnemu trenerowi.
Niepodważalnym atutem jest znajomość środowiska i realiów. Griszczuk raczej wie, na co się decyduje, co go czeka. Moim zdaniem to wielki atut i komfort - znanie na wylot ligi kraju, który się prowadzi. Wie, z kogo jest sens wybierać, co może się okazać całkiem ważne.
Griszczuk umie też w swoich graczach wymusić walkę, determinację i konsekwencję. Jakby nie patrzeć, to w tym roku włocławski zespół, wcale nie taki potężny, niesamowitą konsekwencją w spotkaniach ze słabszymi zespołami i determinacją zajmuje pewne drugie miejsce w tabeli. Oby tylko nie musiał zrezygnować z trenowania klubu na rzecz kadry.
Minusem jest brak ogrania w meczach o najwyższą stawkę europejską. W Polsce Griszczuk grał na każdym szczeblu, w każdych chyba rozgrywkach. Jako trener również przebrnął przez stres fazy play-off. Pytanie tylko, czy nie skończy tak, jak Anwil zwykle w europejskich pucharach, które raczej kończyły się większymi bądź mniejszymi klęskami tego klubu. A od razu zostanie rzucony na głęboką wodę – my po prostu MUSIMY awansować na przyszłoroczny mundial na Litwie.
Kwestia druga to podejście największych gwiazd. Dla Katzurina i ME w kraju przyjechali wszyscy. Ale czy Gortat, Lampe czy Logan będą chcieli się zarzynać w wakacje dla Białorusina? Tego nie wie nikt. Bo raczej tacy zawodnicy jak Ignerski, czy Szewczyk przyjadą bez problemu. Ale oni nie zrobią aż takiej różnicy…
I tutaj od razu małe wyjaśnienie. Tytuł odnosi się głównie do tej części tekstu, bo można odnieść wrażenie, że po fiasku negocjacji z utytułowanymi trenerami PZKosz postanowił wziąć znanego w Polsce Griszczuka trochę na zasadzie "jakoś to będzie". Czyli daliśmy wam trenera, swoje zrobiliśmy, a dalej to co Bóg da...
(Ależ Turów świetne akcje dwójkowe rozgrywa… przyznam, że nieźle się to ogląda. O i jest Adam Wójcik na parkiecie, dwa punkty i pierwsza kwarta zdecydowanie dla gospodarzy).
Sprawa numer dwa, to Robert Witka. Faktem jest, że zgorzelczanie mają pełny skład i raczej bardzo nie odczują tej straty. Ale jednak Witka był swoistym symbolem klubu znad granicy, a ponadto, co by o nim nie mówić, umiał postraszyć rzutem z dystansu, jego łupem padało sporo niczyich piłek. Jasne – wypowiedź, o jaką się pokusił była po prostu głupia i powinien za to odpowiedzieć. Ale czy od razu zwolnienie? Czyżby w klubie szukano oszczędności z racji średnio udanego sezonu? Niedługo potem pojawiła się plotka, że z drużyną pożegnał się również trener Urlep, ale ona okazała się tylko wymysłem i dzisiaj można go oglądać w telewizji, jak mobilizuje swoich graczy.
Sprawa raczej nie jest bardzo szeroko komentowana. Już znalazły się ciekawsze tematy. Jednak jest to odejście kapitana, wieloletniego lidera i solidnego zawodnika. Ja się osobiście cieszę – dzięki temu więcej minut dostanie Adam Wójcik, który zdecydowanie na to zasługuje. A jak się rozegra, to będzie zdecydowanie większym wzmocnieniem składu w decydujących fazach sezonu.
(Teraz Kotwica odwdzięcza się trójkami i akcjami dwójkowymi. Ogólnie obrona jakaś taka zdecydowanie nieurlepowa, fajna, dynamiczna gra. Stelmach za trzy po raz trzeci i już tylko 39:30).
Sprawa trzecia, to dzisiejsza transmisja. Przyznam, że dobrze się ogląda, ale jednak to jest spotkanie piątej z dwunastą drużyną w tabeli. W dniu, w którym gra Prokom z Polpharmą, czy Anwil z Czarnymi. Z resztą dwa kolejne spotkania (Znicz – PBG i Stal – Polonia) wcale gorzej się nie zapowiadają. Nie wiem, kto decyduje o wyborze, ale idzie mu średnio. I nie wykluczam, że spotkanie w Zgorzelcu będzie ciekawe, zacięte, efektowne. Ale jeśli zgorzelczanie nie przegrają, to stanie się ono jednocześnie oczywiste – mieli wygrać i wygrali. A w tym samym czasie lider gra z trzecią drużyną w tabeli, a nowy trener kadry stara się powstrzymać walczących o pierwszą szóstkę słupszczan.
Ogólnie fajnie, że koszykówka wreszcie wraca do telewizji (Igrzyska się skończyły), super że mogę sobie zobaczyć Wrighta i efektowne akcje, ale jeśli mamy tylko jedną transmisję w tygodniu, to wybierzmy drużyny najlepsze. Spotkania na szczycie. A nie średniaków, w radosnym stylu pokazujących, że są lepsi od słabiutkich kołobrzeżan…
(Urlep spokojny na ławce. Krótkie uwagi, merytoryka, zero agresji – nie do poznania! A chłopaki z Kotwicy rzucają zza łuku jak nakręceni i tylko 44:40).
A na koniec tylko gratulacje dla AZS-u za zdobycie Pucharu Polski. To pokazuje nie tylko świetną formę koszalinian w tym sezonie i całkiem zasłużone zwycięstwo, ale też beznadzieję zgorzelczan na wyjazdach. To się może odbić w fazie play-off, bo tam na wyjazdach raczej trzeba wygrywać. Zwłaszcza, jak się nie będzie w pierwszej czwórce, co na chwilę obecną nie jest ani trochę pewne.
W spotkaniu przerwa. Na razie jest prosto, dynamicznie i niespodziewanie wyrównanie – bo Kotwica zaczęła trafiać, a Turów się gubić. Taki niespodziewany sukces może się stać swoistym gwoździem do trumny o nazwie ‘Polonia 2011 w PLK’. Ale chyba do tego nie dojdzie i warszawiacy dalej pozostaną w grze…
Przede wszystkim trener kadry. To hit dzisiejszego dnia i prawdopodobnie główny news w najbliższych miesiącach. Uczucia mam mieszane, chociaż niejednokrotnie wspominałem w prywatnych rozmowach, że wybór Griszczuka to niezła opcja. Skoro stało się to faktem, warto zrobić wstępny bilans plusów i minusów takiego faktu.
Plusem jest przede wszystkim to, że po prostu się doczekaliśmy. Jak wiadomo proces rekrutacji to była niekończąca się parodia z prezesem Ludwiczukiem jako jedynym sprawiedliwym i rozsądnym. Ostatecznie wszyscy wielcy wyśmiali konkurs, a potem konsekwentnie i po kolei odmawiali w indywidualnych rozmowach. Tak więc postanowiono zaufać legendzie Anwilu i jego obecnemu trenerowi.
Niepodważalnym atutem jest znajomość środowiska i realiów. Griszczuk raczej wie, na co się decyduje, co go czeka. Moim zdaniem to wielki atut i komfort - znanie na wylot ligi kraju, który się prowadzi. Wie, z kogo jest sens wybierać, co może się okazać całkiem ważne.
Griszczuk umie też w swoich graczach wymusić walkę, determinację i konsekwencję. Jakby nie patrzeć, to w tym roku włocławski zespół, wcale nie taki potężny, niesamowitą konsekwencją w spotkaniach ze słabszymi zespołami i determinacją zajmuje pewne drugie miejsce w tabeli. Oby tylko nie musiał zrezygnować z trenowania klubu na rzecz kadry.
Minusem jest brak ogrania w meczach o najwyższą stawkę europejską. W Polsce Griszczuk grał na każdym szczeblu, w każdych chyba rozgrywkach. Jako trener również przebrnął przez stres fazy play-off. Pytanie tylko, czy nie skończy tak, jak Anwil zwykle w europejskich pucharach, które raczej kończyły się większymi bądź mniejszymi klęskami tego klubu. A od razu zostanie rzucony na głęboką wodę – my po prostu MUSIMY awansować na przyszłoroczny mundial na Litwie.
Kwestia druga to podejście największych gwiazd. Dla Katzurina i ME w kraju przyjechali wszyscy. Ale czy Gortat, Lampe czy Logan będą chcieli się zarzynać w wakacje dla Białorusina? Tego nie wie nikt. Bo raczej tacy zawodnicy jak Ignerski, czy Szewczyk przyjadą bez problemu. Ale oni nie zrobią aż takiej różnicy…
I tutaj od razu małe wyjaśnienie. Tytuł odnosi się głównie do tej części tekstu, bo można odnieść wrażenie, że po fiasku negocjacji z utytułowanymi trenerami PZKosz postanowił wziąć znanego w Polsce Griszczuka trochę na zasadzie "jakoś to będzie". Czyli daliśmy wam trenera, swoje zrobiliśmy, a dalej to co Bóg da...
(Ależ Turów świetne akcje dwójkowe rozgrywa… przyznam, że nieźle się to ogląda. O i jest Adam Wójcik na parkiecie, dwa punkty i pierwsza kwarta zdecydowanie dla gospodarzy).
Sprawa numer dwa, to Robert Witka. Faktem jest, że zgorzelczanie mają pełny skład i raczej bardzo nie odczują tej straty. Ale jednak Witka był swoistym symbolem klubu znad granicy, a ponadto, co by o nim nie mówić, umiał postraszyć rzutem z dystansu, jego łupem padało sporo niczyich piłek. Jasne – wypowiedź, o jaką się pokusił była po prostu głupia i powinien za to odpowiedzieć. Ale czy od razu zwolnienie? Czyżby w klubie szukano oszczędności z racji średnio udanego sezonu? Niedługo potem pojawiła się plotka, że z drużyną pożegnał się również trener Urlep, ale ona okazała się tylko wymysłem i dzisiaj można go oglądać w telewizji, jak mobilizuje swoich graczy.
Sprawa raczej nie jest bardzo szeroko komentowana. Już znalazły się ciekawsze tematy. Jednak jest to odejście kapitana, wieloletniego lidera i solidnego zawodnika. Ja się osobiście cieszę – dzięki temu więcej minut dostanie Adam Wójcik, który zdecydowanie na to zasługuje. A jak się rozegra, to będzie zdecydowanie większym wzmocnieniem składu w decydujących fazach sezonu.
(Teraz Kotwica odwdzięcza się trójkami i akcjami dwójkowymi. Ogólnie obrona jakaś taka zdecydowanie nieurlepowa, fajna, dynamiczna gra. Stelmach za trzy po raz trzeci i już tylko 39:30).
Sprawa trzecia, to dzisiejsza transmisja. Przyznam, że dobrze się ogląda, ale jednak to jest spotkanie piątej z dwunastą drużyną w tabeli. W dniu, w którym gra Prokom z Polpharmą, czy Anwil z Czarnymi. Z resztą dwa kolejne spotkania (Znicz – PBG i Stal – Polonia) wcale gorzej się nie zapowiadają. Nie wiem, kto decyduje o wyborze, ale idzie mu średnio. I nie wykluczam, że spotkanie w Zgorzelcu będzie ciekawe, zacięte, efektowne. Ale jeśli zgorzelczanie nie przegrają, to stanie się ono jednocześnie oczywiste – mieli wygrać i wygrali. A w tym samym czasie lider gra z trzecią drużyną w tabeli, a nowy trener kadry stara się powstrzymać walczących o pierwszą szóstkę słupszczan.
Ogólnie fajnie, że koszykówka wreszcie wraca do telewizji (Igrzyska się skończyły), super że mogę sobie zobaczyć Wrighta i efektowne akcje, ale jeśli mamy tylko jedną transmisję w tygodniu, to wybierzmy drużyny najlepsze. Spotkania na szczycie. A nie średniaków, w radosnym stylu pokazujących, że są lepsi od słabiutkich kołobrzeżan…
(Urlep spokojny na ławce. Krótkie uwagi, merytoryka, zero agresji – nie do poznania! A chłopaki z Kotwicy rzucają zza łuku jak nakręceni i tylko 44:40).
A na koniec tylko gratulacje dla AZS-u za zdobycie Pucharu Polski. To pokazuje nie tylko świetną formę koszalinian w tym sezonie i całkiem zasłużone zwycięstwo, ale też beznadzieję zgorzelczan na wyjazdach. To się może odbić w fazie play-off, bo tam na wyjazdach raczej trzeba wygrywać. Zwłaszcza, jak się nie będzie w pierwszej czwórce, co na chwilę obecną nie jest ani trochę pewne.
W spotkaniu przerwa. Na razie jest prosto, dynamicznie i niespodziewanie wyrównanie – bo Kotwica zaczęła trafiać, a Turów się gubić. Taki niespodziewany sukces może się stać swoistym gwoździem do trumny o nazwie ‘Polonia 2011 w PLK’. Ale chyba do tego nie dojdzie i warszawiacy dalej pozostaną w grze…
Subskrybuj:
Posty (Atom)
