niedziela, 28 grudnia 2008
Jak ugryźć 10 milionów?
Jeszcze zanim pogrążyliśmy się w klimacie porządkowo – zakupowym, tworzącym, tzw. „magię Świąt”, przez media przetoczyła się fala (mała, żadne tsunami) dyskusji na temat upadku polskiej koszykówki. W jej toku ponownie zagościła na tapecie sprawa pozyskania sponsora strategicznego dla Polskiej Ligi Koszykówki. Co istotne, wspominał o niej Roman Ludwiczuk, prezes PZKosza, a nie szef PLK, Janusz Wierzbowski. Wszystkim, którzy spytają, jaka to różnica, warto przypomnieć, że wcześniejsze umowy sponsorskie w imieniu ligi podpisywał jej prezes, a nie sternik federacji. Zresztą prezes ligi, nagabywany na tę okoliczność latem odpowiadał, iż to on prowadzi owe rozmowy. Teraz najwyraźniej sprawy w swoje ręce wziął prezes Ludwiczuk (o czym pisze także Piotr Szeleszczuk w „świątecznym” „Baskecie”), gdyż to on miał wymienić właśnie 10 mln (dolarów!), jako sumę uprawniającą do tytułowania się sponsorem.. hmm.. – czego?
Z wypowiedzi medialnych szefa polskiej federacji wynika, że przedmiotem transakcji ma być nie tylko liga, lecz niejako cała nasza koszykówka. Chodzi tu bowiem o wsparcie nie tylko ekstraklasy koszykarzy, lecz także reprezentacji oraz całego PZKosza. Stąd pewnie wzmiankowana kwota dziesięciu baniek, ale z drugiej strony, przez wzgląd na światowy kryzys gospodarczy, ciężko się dziwić Łukaszowi Ceglińskiemu, sugerującemu związkowym negocjatorom w swoim artykule w "Gazecie Wyborczej" oderwanie od realiów.
Mniejsza jednak o sumę. Pieniądze nie są wszak celem lecz środkiem jego realizacji. Ważne jest na co zostanie wydana, ta czy mniejsza ilość gotówki i co będzie z tego miał nasz basket w przyszłości.
Największy zastrzyk pieniędzy spotkał ligę w czasach, gdy sponsorowała ją Kompania Piwowarska. Dzięki temu zyskała ona swojsko brzmiącą nazwę „Lech” i kilka milionów złotych ekstra do wydania. Po odejściu słynnego browaru było już znacznie skromniej. Trafiały się okresy, w których nikt nie decydował się wspierać naszego basketu lub gdy różne podmioty dawały małą rybę (Era) bądź wędkę z rybką (Dominet Bank), ale sumy na jakie mogli liczyć szefowie ligi oraz klubów były zdecydowanie niższe. Nieco lepiej wypadł na tym tle PZKosz, któremu (niestety na krótko) udało się pozyskać silnego sponsora (Prokom). Firma Ryszarda Krauzego nie skąpiła naszej federacji grosza, ale działo się to w momencie, w którym oprócz odbudowy pozycji reprezentacji, musiała ona zadbać o to, by nie zbankrutować.
Co zatem nam zostało z tamtych lat? Z grubsza rzecz biorąc – niewiele. Po „Lechu” wspomnienie o nazwiskach kilku sowicie opłacanych weteranów, którzy lepiej lub gorzej dorabiali sobie w naszych klubach do emerytury. Po Erze pamiętam Ligę Szkolną, dzięki której młodzi koszykarze z Zielonej Góry pojechali za ocean obejrzeć mecz NBA. Obecność Dominet Banku zapewne była jakimś wzmocnieniem pozycji w rozmowach z Polsatem, dzięki czemu choć przez dwa lata mogliśmy regularnie i w miarę „dostępnie” oglądać ligę w telewizji. Jakie ma to przełożenie na obecną sytuację naszego basketu i dlaczego żadne?
Wina nie leży po stronie sponsorów lecz beneficjentów. Ci pierwsi dają pieniądze na konkretne cele, sformułowane przez biorców. Niestety w wypadku PLK nie udawało się wykrystalizować jakiś założeń, które warto realizować. W efekcie niekiedy spore sumy bywały przejadane, a długi zaciągnięte w owym czasie przez nasze kluby odbijają się czkawką do dziś. Co więcej, lista klubów, mających odtąd kłopoty finansowe, bądź ogłaszały upadłość, jest dłuższa od wymieniającej te, które wówczas zainwestowały w coś trwałego, np. w nową halę, sprawny skauting czy szkolenie młodzieży.
To właśnie tego ostatniego elementu wyraźnie brakuje w procesie realizacji naszych snów o potędze. Siatkówka, z którą się często porównujemy nie zawsze dysponowała dużymi pieniędzmi, a w początkach lat 90 nikt nie wyobrażał sobie, że może prześcignąć koszykówkę pod względem popularności. Dziś to w tej dyscyplinie odnosimy sukcesy (według niektórych zbyt skromne, jak na skalę możliwości..) i mamy prawdziwe, rozpoznawalne gwiazdy. To reprezentanci Polski napędzają ligę, która szybuje w górę, a jedynym konkurentem w kraju jest dla niej ekstraklasa piłkarska. Transfery gwiazd są nieodłącznym elementem silnej ligi, ale najlepsi w Europie (nie mówiąc o NBA) nie byliby sobą bez wyraźnego akcentu „swoich” gwiazd i liderów. Poza tym, obcokrajowcy grają dla ciebie, dopóki masz duże pieniądze. Jeśli one się kończą, to mamy sytuację jak na Ukrainie, Litwie, czy w Rosji, skąd rusza już exodus znanych nazwisk, rozczarowanych z powodu zakończenia krótkiego okresu prosperity na Wschodzie Europy.
W tej sytuacji lepiej zastanowić się nad inwestycją długofalową, która może procentować nie za dwa –trzy lecz i za dziesięć lat. Nie ma przy tym sensu wymyślać na nowo koła – jest kilka modeli szkolenia, które warto podpatrywać i opłacać ich wdrażanie. Moim skromnym zdaniem ciężar kształcenia koszykarskiej młodzieży powinien spoczywać na barkach klubów, a nie federacji, tworzącej skomplikowane i kosztowne systemy. Lepiej chyba spróbować pójść drogą czeskiej piłki nożnej, która stawia na wspieranie klubów, dostarczających regularnie młodego narybku kadrze. Dzięki temu w krainie hokeja na lodzie nie brakuje też gwiazd, kopiących piłkę na światowym poziomie.
Ktoś powie, że nasze kluby zaczęłyby „kombinować”. Najbogatsi skupiliby największe talenty i wyciągaliby ręce po dotacje. Analiza czeskiego patentu może jednak doprowadzić do takich regulacji, które pozwoliłyby obwarować tę ideę „bezpiecznikami” utrudniającymi „kreatywne” obejścia. Najważniejsze, by dać klubom marchewkę zamiast wymyślać kolejne „propolskie” przepisy, które poprawiają samopoczucie, nie rozwiązując problemu zbyt małej ilości materiału do „produkcji” gwiazd.
Wydaje mi się, że dobry pomysł na spożytkowanie pieniędzy sponsorskich może „chwycić” nawet w czasach, gdy każdą złotówkę ogląda się po stokroć przed jej wydaniem. Zresztą innego założenia nie można mieć, jeśli staramy się dziś o inwestora dla naszego basketu. Inwestycja w wychowanie sportowych idoli byłaby ciekawszą perspektywą dla biznesu, niż zaspokajanie marzeń o czyimś krótkim wzlocie i bolesnym upadku. PZKosz mógłby założyć rodzaj funduszu, do którego dorzucaliby swoje dotacje sponsorzy, Ministerstwo Sportu (kierowanym przez „kolegę klubowego” senatora Ludwiczuka, Mirosława Drzewieckiego) i kluby (np. z kwoty wpisowego do ligi). Wówczas nie marzylibyśmy o „księciu z bajki”, płacącym bajońskie sumy, a każda złotówka lokowana na funduszu pracowałaby dla przyszłości polskiego basketu.
Może to i dobrze, że umowę negocjuje PZKosz. Liga, a w zasadzie niektórzy szefowie klubów, nieraz torpedowali koncepcje władz PLK. Ofiarą obstrukcji padały plany marketingowe, medialne czy telewizyjne. Niech więc prezes Ludwiczuk, będący na lekkiej fali wznoszącej, dzięki działaniom wokół Eurobasketu (choć mogłyby być one bardziej imponujące..) zadziała na rzecz całej dyscypliny. Jeśli tak się stanie i zakończy powodzeniem, to warto będzie jeszcze poczekać na składanie podpisów, a środowisko koszykarskie nie byłoby postrzegane jako studnia bez dna lecz jak zapobiegliwi partnerzy.
Swoją drogą kiedyś bohaterowie filmów gangsterskich zasadzali się na tysiące dolarów, później „popularny” był okrągły milion, a ostatnio już 10 milionów. Nawet w Hollywood cierpią przez inflację..
Jeszcze gorzej na wschodzie...
Do wspomnianych w tamtej notce legendarnych klubów z problemami czyli Śląsk, Żalgirisu, Olimpiji czy Crvenej Zvezdy dołączył Łotewski ASK Ryga. Wojskowy klub, który wygrał pierwsze trzy edycje Pucharu Europy pod wodzą legendarnego Aleksandra Gomelskiego. Później liczyli się głównie już tylko w Związku Radzieckim, powoli chyląc się ku upadkowi. W 2005 roku utworzono nowy zespół BK Ryga, który rok później przemianowano na historyczne ASK. Klub mający podporę w solidnych sponsorach: mieście, ministerstwie obrony narodowej oraz Parex Bank dość dynamicznie odbudowywał swoją pozycję w kraju oraz Europie. Teraz w wyniku kryzysu trzej główni sponsorzy mają zmniejszyć swoje wsparcie. Wojsko ma się wycofać całkowicie, miasto ogranicza wydatki, a Parex z przyczyn oczywistych został dotknięty kryzysem i także ma zmniejszyć wsparcie dla zespołu. Na efekty nie trzeba było długo czekać - ASK straciło trzech podstawowych graczy oraz trenera Ramunasa Butautasa. Corey Brewer przeszedł do Estudiantes Madryt, Ricardo Marsh to tureckiego Antalya, a Milutin Aleksić do ukraińskiego BC Donieck, gdzie gra z Andresem Rodriguezem. Jak widać niewiele z planów ambitnej odbudowy ASK pozostało. Klub może stracić nawet nazwę w wyniku odcięcia środków wojskowych.
Teraz dla uzupełnienia poprzedniego arta na chwilę zawitamy o południowego sąsiada Łotyszy - na Litwę. Do wielu negatywnych informacji dla basketu w najbardziej koszykarskim kraju Europy na przestrzeni ostatniego roku doszło zakończenie od stycznia transmisji Euroligi w otwartym publicznym kanale TV3. Jak już się wali to wszystko...
Choć jest światełko w tunelu dla Żalgirisu. Litewski klub jest bliski pozyskania od 2 do 5 milionów dolarów od Ukraińskiego miliardera Igora Kolomoyskiego. Wiceprezydent Żalgirisu twierdzi, że to nie jest wsparcie dla klubu, ale inwestycja, która się opłaci. Taaaa...
Biorąc pod uwagę liczące się ligi Europy Wchodniej, Środkowej czy Bałkanów jedyne ligi, w których przynajmniej na razie nie widać żadnych negatywnych procesów to grecka i turecka. To mój własny cytat i straszliwy kit jak się okazuje. Przynajmniej w kwestii ligi greckiej. Mamy kolejny po litewskim strajk. Tym razem nie klubów a graczy. Organizacja zawodników tamtejszej ligi ma rozpocząć strajk 3. stycznia. Domagają się oni rozwiązań od ministra sportu w zakresie zagwarantowania wypłat i ubezpieczeń zdrowotnych. Tylko 6 klubów greckiej ESAKE (Panathinaikos, Olympiakos, Panellinios, Panionios, Maroussi, Kolossos) nie zalega z wypłatami dla graczy. Kilka zespołów zapłaciło zaledwie za jeden miesiąc gry. Co ciekawe wśród wypłacalnych zespołów znajduje się Maroussi, którego prezydent Aris Vovos przed spotkaniem EuroCup z ASK Ryga zapowiadał, że może być to ostatnie spotkanie w historii klubu. Jest to efektem zablokowania budowy nowego stadionu Panathinaikosu, którą wykonać miała firma Vovosa. Moroussi zagrało jednak jeszcze potem w lidze. Zobaczymy co dalej. Dimitris Drosos zrezygnował z bycia prezydentem PAOK Ateny, którego jest właścicielem (posiada 90% udziałów). Klub jest zadłużony, nikt nie chce podjąć jego stanowiska, nawet obecny viceprezydent. To już trzeci klub greckiego biznesmana. Poprzedni - AEK - także pozostawił z długami...
sobota, 27 grudnia 2008
Adam "10000" Wójcik
Święta, święta i po świętach. Liga jedzie dalej. Już dziś zobaczymy gdzie jedli więcej przy wigilijnych stołach - w Inowrocławiu czy Sopocie. Ale ja nie o tym.
Temat przestarzały i ktoś powie, że sobie obiad odgrzewam. Co tam.
Nie tak dawno pompowano fakt zdobycia 10 000 ligowych punktów przez Adama Wójcika. „Oława” wzbogacił w Zgorzelcu konto PBG Basketu Poznań i swoje o 20 „oczek” w, a po spotkaniu pytano go, co czuje, mając świadomość zgromadzenia ich aż tylu. Pan Adam się cieszył, a PLK wycięło mu taki numer, wyjaśniając całą sprawę. Po meczu z Turowem Wójcik ma na koncie 9524 punkty, do ładnej okrągłej liczby brakuje mu więc 476, z kolei 80 do wyprzedzenia w tej klasyfikacji swojego obecnego szkoleniowca Eugeniusza Kijewskiego (9604).
W święta czasem wieje nudą, bo ile można jeść, oglądać filmy, czytać książki i słuchać kolęd. Zapomniałem o spaniu. Tymczasem lubię statystyki. Grzebać w nich, szukać, analizować. Tak sobie myślałem o malej symulacji. Jak nie teraz to kiedy Wójcikowi trzaśnie granica, której jest tak blisko?
Oczywiście wszystko co jest poniżej to czysta teoria i bardziej matematyka. Choć może obrazowo przybliżyć to wydarzenie w karierze naszego najlepszego rodaka na polskich pakietach.
Wychowanek Gwardii Wrocław wystąpił w 588 spotkaniach zdobywając w każdym 16,2 pkt. Musi nawrzucać jeszcze 476, co przekłada się na 30 konfrontacji z jego udziałem (dokładnie 29,4 ), jeśli mamy kierować się średnią dyspozycją przez całą karierę.
Weźmy pod lupę tylko obecne rozgrywki. 20,5 punktu na mecz daje 24 pojedynki w obecnej formie pana Adama ( dokładnie 23,2).
A ile razy na parkiet wyjdzie drużyna „Oławy” w tym sezonie? To oczywiście zależy od tego, jak jego ekipa będzie się spisywać. Na oko:
- 11 meczów w rundzie zasadniczej
- 2-3 w pre play-off (z całym szacunkiem, ale moje wyobrażenie o pierwszej czwórce po grach obowiązkowych nie zawiera poznaniaków
- i na koniec nawet 5 ewentualnych meczów w ćwierćfinałach.
Więcej nie dam. I jeszcze jedno. Przyjmuję, że po wycofaniu się Śląska, spadają drużyny z miejsc 13. i 14. i nie mamy fazy o utrzymanie.
No to liczymy. Wychodzi nam od 13 do 19 występów. Z powyższych wyliczeń można wywnioskować, że w tym sezonie 10 000 punktów Wójcik nie zdobędzie. Ale na przykład na początku nowych rozgrywek w barwach Śląska po reaktywacji? :)
Wszystko to chłodne wyliczenia, czysto hipotetyczne, tylko nakreślające jak długo jeszcze Wójcik musi pohasać, by zapisać się jeszcze bardziej trwale w historii polskiej koszykówki. Przecież po drodze może zdarzyć się jakaś kontuzja, czego rzecz jasna nie życzymy, albo koniec kariery czy po prostu słabsza dyspozycja. „Wszystko się może zdarzyć...” Niech „Oława” gra jak najdłużej i kieruje się tym, co niedawno powiedział: „Rekordy pobija się przy okazji.”
środa, 24 grudnia 2008
We wish you...

Tak, tak – lada chwila nadejdzie Wigilia, a tuż po niej Sylwester. I jak to zwykle bywa w tym okresie, w kraju dominują kolejki w sklepach, karpie, szampany i fajerwerki. Oraz życzenia. Te ostatnie ludzie składają na około, przez maile, sms-y, listy… We wszelakich serwisach również takowe są, więc i my nie będziemy gorsi.
A zatem, z okazji Świąt i nadchodzącego Nowego Roku, życzymy:
Całej polskiej koszykówce - talentów, gwiazd, osobowości, Davida Sterna na czele oraz co najważniejsze – tłumów kibiców…
Prezesowi Ludwiczukowi – prężnego sponsora, dającego co rok minimum 10 milionów dolarów. I by nie był ostatnim, co to gasi światło…
Prezesowi Wierzbowskiemu – skoro jest dobrze, to żeby było jeszcze lepiej.
Komisji licencyjnej przy PLK – żeby wreszcie pokazała, że jak ktoś nie spełnia wymogów – to nie gra.
Rzeszowowi – aby pokochał koszykówkę podczas Pucharu Polski, bo inaczej będzie miał przerąbane u prezesa Wierzbowskiego.
Ekstraklasie – aby obfitowała w emocjonujące mecze i przynajmniej tak fascynujące fazy play-off, jak w ostatnich latach. Aby już więcej klubów nie wyleciało z niej w trakcie sezonu, przez długi/likwidacje/decyzje wydziałów licencyjnych – takie rzeczy się ustala przed sezonem. No i żeby nie było więcej sytuacji tylu pauz (słynny miesiąc bez meczu Basketu Kwidzyn) w przyszłości.
Sędziom – aby patrzyli pod nogi (a dokładniej pod nogi zawodników biegających po liniach w decydujących momentach spotkań), nie próbowali nauczyć zawodników gry bezkontaktowej (61 fauli w meczu AZS – Polpharma) i nie wychodzili na pierwszy plan podczas meczy, bo to bardzo rzadko jest pozytywna dla nich opinia.
Marcinowi Gortatowi – jeszcze lepszych i regularniejszych występów w NBA. I przy okazji przepraszamy za brak przemyśleń na jego temat, ale tak jakoś wyszło. Reprezentacji Polski – aby w zbliżającym się wielkimi krokami EuroBaskecie pokazała klasę i awansowała przynajmniej do ćwierćfinałów. Oraz aby przy tej okazji z trybun wspierał ją komplet widzów.
Telewizji Publicznej – aby transmisje nie pokrywały się akurat z Teleekspresem czy też obradami komisji śledczych – to już znamy i pamiętamy… Wszystkim klubom koszykarskim w Polsce (a zwłaszcza tym w PLK) - by marketing działał, kasa się zgadzała, zdolna młodzież dorastała, hale i budżety pęczniały, a gwiazdy się pojawiały (i nie uciekały).
Śląskowi Wrocław – udanego powrotu do Ekstraklasy z możnym sponsorem i walki o najwyższe cele. Najlepiej w wypełnionej Hali Ludowej. Turowowi Zgorzelec – aby znalazł rozgrywającego, formę, wygrał jeszcze coś w pucharach i wrócił do dyspozycji gwarantującej wielkie emocje w walce o medale. No i żeby się nie okazało, że nowa hala będzie budowana na próżno.
Prokomowi Sopot – aby został w Sopocie, znalazł rozgrywającego z prawdziwego zdarzenia, awansował do Top16 EL i aby żaden zawodnik nie został zakrzyczany przez trenera (Neso!). Aha – no i żeby Pat Burke wytrzymał te kolejne klęski i nie olał wszystkiego, bo to naprawdę świetny zawodnik. Kotwicy Kołobrzeg – żeby plotki o wielkim debecie (1,7mln długów ponoć?) okazały się plotką i trener Machowski mógł dalej walczyć o jak najwyższe lokaty.
Czarnym Słupsk – aby się odnaleźli w tym szaleństwie i wymiana praktycznie połowy składu wyszła im na dobre. Bo oglądanie, jak marnuje się naprawdę wysoki budżet – to boli. Anwilowi Włocławek – aby Koszarek trzymał formę, a główny sponsor nie zmienił strategii promowania się przez klub (bo ponoć ma trafić w inne ręce, a jak wiadomo nowe władze mają zwykle nowe pomysły i idee).
Politechnice Poznań – trafienia pod skrzydła „Lecha”, wielu kibiców, aby trenera broniły wyniki, a Adam Wójcik nadal udowadniał, że jest nieśmiertelny i niezależnie od wieku jest wielką gwiazdą tej ligi. Polpharmie Starogard Gd. - aby nie okazała się drużyną własnej hali oraz sezonu zasadniczego i wreszcie powalczyła z bogatszymi o medal.
ŁKS-owi – by jak najszybciej dotarł do Ekstraklasy, bo z nową halą i fantastycznymi kibicami może wprowadzić do niej sporo ożywienia.
Lechowi Poznań – by udało mu się pokonać Udinese . W końcu interesujemy się nie tylko koszykówką.
Michaelowi Ansleyowi – aby nadal udowadniał, że jest jak wino – im starszy, tym lepszy. Że na wysokim poziomie można grać nawet w wieku emerytalnym. Że jeszcze przez kilka dobrych sezonów może pomóc windować klub znacznie powyżej przedsezonowych obaw. I żeby (mówił o tym w wywiadzie dla Rzeczpospolitej) po zakończeniu kariery pozostał w Polsce, przy koszykówce. Bo jest naprawdę barwną postacią, a takie tej lidze są potrzebne.
Michałowi Ignerskiemu – aby dostawał więcej piłek, a jego Cajasol wygrywał nie tylko z Czarnymi Słupsk. Aby na kadrę przyjechał w świetnej formie. A po sezonie transferu gdzieś w ACB…
Maciejowi Lampemu - zdrowia i dobrego humoru (zwłaszcza latem).
Gerrodowi Hendersonowi - by pamiętał, że palenie szkodzi (takze portfelowi).
Shaq-owi – aby Diesel nadal był w formie, zarówno na parkiecie (w tym sezonie 16,1pkt. i 8,5zb. na mecz), jak i w wystąpieniach przed kamerami – bo NBA bez Shaqa, to już w ogóle nie ta sama liga co kiedyś…
Mulemu Katzurinowi – żeby udowodnił wszystkim, iż reprezentacja Polski naprawdę ma potencjał do walki z najlepszymi drużynami Europy. Życzymy zwycięstw ponad stan naszego basketu oraz by było o jego ekipie głośno i pozytywnie. Zwłaszcza w polskich mediach…
Walterowi Jeklinowi - By znalazł halę dla swej kuźni talentów, pieniądze oraz by za jego przykładem poszli inni.
Sebastianowi Machowskiemu i Jeffowi Nordgaardowi – aby nie okazało się, że tak świetny sezon w ich wykonaniu na ławce to efekt zaskoczenia i by potwierdzili swoje zdolności trenerskie i na dobre dołączyli do panteonu byłych zawodników obecnie prowadzących ligowe drużyny – Adamek, Griszczuk, Kijewski.
Oldze Kijewskiej – aby ją, podobnie jak jej tatę, broniły wyniki i Eurobasket okazał się wielkim sukcesem. Bo w przeciwnym razie opinia publiczna może ją „zjeść” i doprowadzić do kiepskiego samopoczucia – a tego pani Oldze zdecydowanie nie życzymy.
Czytelnikom – aby wytrwali z nami jeszcze przez wiele miesięcy, głośno domagali się poruszania ich zdaniem ważnych tematów oraz wybaczali literówki czy pisanie kilka dni po fakcie.
Sobie – aby były tematy, wena i zapał, a blog nie zniknął z waszych pamięci i sfery sieciowej dyskusji o koszykówce. Abyśmy nie popełniali błędów ortograficznych, mogli pisać o rzeczach radosnych i cieszyć się z sukcesów ulubionych zespołów. By były egzekwowane przepisy, liga stała na coraz wyższym poziomie i odnalazła się w telewizji ogólnodostępnej.
No i na koniec najważniejsze, czyli wszystkim kibicom koszykówki – aby ich ukochane kluby (a w zasadzie wszystkie kluby) grały porywające, ekscytujące mecze w pełnych halach i nie miały długów. By nie musieli szukać relacji i transmisji spotkań basketowych po partyzanckich blogach i mało znanych stronach - lecz by były one na swoim miejscu - w ogólnodostępnej telewizji i poczytnych gazetach. I by występy wszystkich naszych reprezentantów na arenie ogólnoeuropejskiej napawały radością i dumą.
Aby rosły nam obiekty, a ludziom żyło… yyy… to nie ta historyjka. W każdym razie – Wesołych Świat i szczęśliwego Nowego Roku, zarówno w życiu osobistym, jak i koszykarskim,
życzą Autorzy
wtorek, 23 grudnia 2008
A liczba ich 24
Więc skoro jest ok, to czemu wszyscy tak narzekają? O tym powstało (również na naszym blogu) mnóstwo tekstów. Było m.in. o zmniejszeniu ligi, o 10 (kontrowersyjnych) tezach nt jej upadku, o wycofywaniu się klubów, o licencjach… Z drugiej strony płynęły zachwyty nad postawą klubów z Pomorza, nad (niestety nielicznymi) zwycięstwami w Pucharach, itp - czyli są też tej ligi plusy. Generalnie – nie ma sensu pisać o problemie ogólnie (bo takich tekstów powstaje sporo), dlatego dzisiaj o fragmencie wywiadu, który mnie zainteresował najbardziej. Brzmi on tak:
„Dlaczego w ostatnich latach liczba drużyn w PLK wzrastała?
- Planując zmianę systemu rozgrywek zwracamy uwagę na dwa elementy - chcemy przyciągnąć kluby z dużych miast i to się dzieje. Ale z drugiej strony nie chcemy wycinać na siłę mniejszych ośrodków, które generują pieniądze dla koszykówki.”
Wszystko pięknie, ładnie, logicznie – są duże miasta, to powinno być więcej kibiców, sponsorów, etc. Ale jednocześnie prezes mówi o pełnych halach – a o te raczej łatwiej w małych miejscowościach, gdzie koszykówka jest jedynym wydarzeniem sportowym, nieprawdaż? Ale to taka dygresja. Janusz Wierzbowski jest na swoim stanowisku od grudnia 2002 roku. Dlatego też przeprowadziłem mini analizę – od sezonu 2002/03, w najwyższej klasie rozgrywkowej (łącznie z miłościwie nam trwającym sezonem) występowały dwadzieścia cztery drużyny. Aha – w sezonie 2002/03 było ich w lidze 12, natomiast w obecnym, na starcie miało się ich znaleźć aż 16…
Oto statystyki (cyfra odpowiada liczbie sezonów):
7 - Prokom, Anwil, Polonia, Stal, Czarni
6 - Śląsk, AZS Koszalin
5 - Polpharma, Unia Tarnów, Turów
4 - Kotwica, Noteć
3 - Astoria, Polpak
2 – Znicz Jarosław, Górnik, Basket Kwidzyn, Spójnia, Start
1- Politechnika, Sportino, Kager, Legia, Pruszków
Obecnie Śląsk i Spójnia toczą boje w drugiej (a de facto – trzeciej) lidze (w pierwszej rundzie 91:71 dla Spójni). Astoria z Legią walczą w grupie A tej samej ligi, Start Lublin przewodzi w grupie C. Odradzający się Polpak jest ligę niżej. Unia Tarnów, według wielu plotek – również.
Kager Gdynia, Noteć Inowrocław, Pekaes Pruszków – te drużyny upadły. Obecnie w Inowrocławiu jest Sportino (ekstraklasa), a w Pruszkowie Znicz (1 liga).
Coraz szerzej mówi się, jakoby olbrzymie problemy finansowe były w Jarosławiu i Kołobrzegu. Co rok niepewny jest los Polonii Warszawa, a ponad połowa ligi regularnie modli się o przyznanie licencji. To jest, panie prezesie, poprawiający się stan polskiej ligi?
W każdym razie. Jak na siedem lat, dwadzieścia cztery zespoły to dużo. Zaledwie pięć drużyn zdołało rozegrać „komplet”. Ok, Śląsk zaczął siódmy sezon, ale jego wyniki zostały anulowane. Jeżeli chodzi o przyciąganie dużych miast – zniknęły Warszawa (a dokładniej Legia mająca licznych fanów, w przeciwieństwie do Polonii), Lublin, Wrocław, Bydgoszcz, Tarnów, Gdynia. Przybyły Poznań (ponoć w Arenie na meczach jest zawstydzająco pusto – ludzie nie utożsamiają się z Politechniką), Wałbrzych (tu akurat wkład związku był żaden – klub z historią i tradycjami wrócił do najwyższej klasy rozgrywkowej. Szkoda tylko, że gra w Świebodzicach), Jarosław, Kwidzyn, Kołobrzeg.
A teraz pytanie (ponieważ prezes Wierzbowski raczej nie czyta tego bloga, to nie odpowie, więc może być retoryczne): Czy powiększanie ligi, przy jednoczesnym stałym spadku zainteresowania koszykówką, jest logicznym posunięciem?
PS: Zamknięcie ligi jest dla mnie niesprawiedliwe i mija się z celem. Wystarczy ją zmniejszyć (10-12 zespołów) i twardo trzymać się warunków licencyjnych.
PS2: Szukanie sponsora (ile tam prezes Ludwiczuk mówił, że trzeba dać? 10 milionów dolarów? To ja się nie dziwie, że tak długo szukają…) oraz podpisywanie umowy z telewizją przez pół roku są jak dla mnie kompromitacją na wielką skalę. Szkoda, że nikt za to nie odpowie stanowiskiem…
PS3: A z tak zwanej zupełnie innej beczki – trener Kijewski wygrywa w Zgorzelcu, a Urlep w Słupsku. Szkoda, że głównie przez remonty/kryzysy/problemy faworytów – ciekawe, czy odbije się to na ostatecznych wynikach sezonu? Okno transferowe trwa wprawdzie do lutego, ale Czarni na razie zajmują ósmą pozycję w tabeli, a z niej o medal będzie naprawdę ciężko…
poniedziałek, 22 grudnia 2008
Where amazing happens
Pomysł jest z całą pewnością w ogóle nieoryginalny. Mająca już ponad rok kampania reklamowa NBA Where Amazing Happens jest dla mnie symbolem wmawiania ludziom, że coś jest świetne w myśl zasady "kłamstwo powtórzone 1000 razy staje się prawdą". W myśl zasady wysokiego specjalisty do spraw propagandy zresztą... A pewne porównania nasuwają się same, kiedy kolejna kampania przyjmuje o wiele bardziej narzucające się formy (ciekawe czy są już tam przekazy podprogowe również stosowane przez wspomnianego specjalistę) niż poprzednie I love this game, formy mające na celu sztuczne nadmuchanie pozytywnej atmosfery. W NBA przynajmniej jest co nadmuchiwać...
W naszej kochanej lidze już zdecydowanie mniej, dlatego wydaje się, że tego budowanie atmosfery jest jej szczególnie potrzebne w okresie dna popularności. Taką próbę właśnie podjąłem głęboko inspirując się kampanią NBA. Mam nadzieję, że się spodoba. Problemem była mała dostępność ciekawych zdjęć. W większości pochodzą one z ostatnich kilku sezonów.
Lepszy efekt jest osiągnięty, kiedy ogląda się filmik na pełnym ekranie.
Polecam także ściągnięcie klipu stąd.
niedziela, 21 grudnia 2008
Źle się dzieje na wschodzie...
Zacznijmy od wydarzeń bieżących. Litewskie kluby na znak protestu odwołały weekendowe spotkania. Na znak protestu przeciwko podniesieniu podatków. Litewski rząd zdecydował się na taki krok na skutek kryzysu, który do niedawna gnającą na rumaku litewską gospodarkę brutalnie zrzucił z konia. Poza podniesionymi podatkami miałyby wzrosnąć także ubezpieczenia klubów i sportowców. Kluby nie wyobrażają sobie dotrwania do końca tego sezonu w zmienionych warunkach...
A to nie pierwsza zła wiadomość dla litewskiego basketu. Spory cios całej dyscyplinie zadał jeszcze poprzedni rząd na początku tego roku - wydając zakaz reklamy alkoholu pomiędzy godziną 6. a 23. Zupełnie przy okazji można jeszcze dodać, że ten sam rząd tuż przed końcem kadencji tej jesieni dołożył Litwinom zakaz sprzedaży alkoholu pomiędzy 22. a 8. Browary były głównymi sponsorami klubów i transmisji telewizyjnych. Sytuacja bardzo przypomina tę związaną z PLK, kiedy ustawy antyalkoholowe odebrały głównego sponsora - Lecha - prężnie działającej lidze i zabrały spory procent budżetów większości klubów. Co trzeba tutaj podkreślić - alkoholizm jest dużym problemem społecznym współczesnej Litwy. Kraj ten jest w czołówce spożycia w Europie. W przeciwieństwie do będącej w końcówce Polski, w której od lat spożycie alkoholu spada. Są to dane które zapewne wielu czytelników przyjmie ze zdziwieniem.
Ale do rzeczy. Kluby pozbawiono głównych sponsorów, podnosi się im podatki w wyniku kryzysu, kryzys sam w sobie musiał także obniżyć budżety, a chyba większość z nas słyszała o ogromnych długach (6,7 miliona Euro) i problemach z nimi związanych legendarnego litewskiego klubu - Żalgirisu Kowno. Zespół opuścili już trener Grigas oraz gracze: Marcus Brown, Ratko Varda, Willie Dean, bliski odejścia jest Loren Woods, być może także Paulius Jankunas. Ciężkie czasy przed litewską koszykówką klubową. Pozostaje mieć tylko nadzieje, że nakłady na szkolenie młodzieży w jednej z europejskich ojczyzn koszykówki nie zmaleją.
Kolejnym krajem z którego płyną złe wiadomości jest Rosja. Jakże inne tutaj są problemy w stosunku do Litwy. Druga po hiszpańskiej liga w Europie miała niesamowite lato z szalonymi transferami. Kolejni gracze z NBA ściągani za przeważnie 3 miliony Euro rocznie. Było jasne, że takie wyścigi, wyraźne przepłacanie graczy nie może się skończyć dobrze. Ale negatywne skutki zaczęły być widoczne już kilka miesięcy po starcie sezonu. Jak wiemy nastał kryzys, który przez spadek cen ropy dotknął Rosję z oczywistych przyczyn dość mocno. Gospodarka stanęła, rozpoczęły się zwolnienia, a kluby Superligi straciły płynność. Carlos Delfino protestował przeciwko brakowi wypłat odmową wejścia na boisko. Triumph Moskwa jest skłonny zwolnić Nenada Krsticia z dwuletniego kontraktu wartego 6 milionów Euro. Serb miałby podpisać nowy 3-letni z Ohlahoma City Thunder za 16 milionów dolarów. Warunkiem jest zwrot moskiewskiemu klubowi, który jest największym zawodem tych rozgrywek, wszystkich wypłaconych do tej pory graczowi pieniędzy (sic!). Pokazuje to dobitnie w jak poważnej sytuacji znalazł się Triumph. Mówi się także o zainteresowaniu Phoenix Suns combo-guardem Dynamo Moskwa - Jannero Pargo. Jerome Moiso odszedł z Khimek Moskwa do Joventutu Badalona pomimo tego, że podczas kontuzji Macieja Lampe w końcu mógł stać przydatnym dla swojego zespołu graczem. Kto będzie następny?
Podobna sytuacja ma miejsce na Ukrainie. Problemem jest rozłam w lidze, który doprowadził podziału ligi na niezależne od siebie rozgrywki. Kryzys i spadek cen ropy na Ukrainie działa podobnie jak w Rosji. Najbogatszy klub - Azovmash - ma opóźnienia płacowe. Pożegnał się z Tomasem Delininkaitisem, Panagiotisem Liadelisem i w ostatnich dniach z Tomasem Van Den Spieglem, który wybiera się do Realu Madryt. Pojawiały się także plotki jakoby miało dojść do zwolnienia Marca Salyersa.
Idąc do kolejnych klubów i krajów, gdzie w mniejszym stopniu przyczyną problemów jest kryzys. Maccabi Tel-Aviv z roku na rok ma coraz słabszy skład. Na koncie nieudane eksperymenty trenerskie (Oded Katash, Efi Birenboim), po których musieli wracać do starych dobrych znajomych (Zvi Sherf, Pini Gershon). Najgłośnniejszy transfer tego lata w Tel-Avivie to oczywiście Carlos Arroyo. I tutaj podobnie jak w rosyjskich klubach pojawiają się plotki jakoby Portorykańczyk miał wracać do NBA, do Orlando Magic, gdzie z pewnością chcieliby ciekawszego zmiennika dla Jameera Nelsona niż Anthony Johnson.
Zbliżając się do końca się do końca trafiamy na Bałkany. Tego lata blisko bankructwa była Crvena Zvezda Belgrad. Kilkadziesiąt tysięcy Euro na koncie, kilkumilionowe długi. Ostatecznie ściągnięto Pesicia, Robertsa, Owensa, Dragicievicia, Stimaca, Marinovicia oraz innych utalentowanych serbskich i ostatecznie zmontowano mocny zespół. Nie wiem jak to się stało, że problemy nagle zniknęły. Przypuszczam, że tradycyjnie jak to bywa w takich przypadkach zajęto się bieżącą działalnością przesuwając stare problemy na później.
Kilka lat temu w bardzo podobnej sytuacji była Olimpija Ljubljana. Oczywiście to tylko moje przypuszczenie, ale wątpię czy zdążyli się w pełni wyplątać z kilku milionów długów. A tutaj sprawa była o tyle ciężka, że chodziło o skarbówkę.
W ten nurt gorszych czasów wpisuje się oczywiście nasza liga. Po szczytowym sezonie 2007/2008. Upadły czołowe kluby, czyli Śląsk i Polpak, ogromna większa klubów obniżyła budżety, do wszystkiego doszedł spory wzrost wartości dolara. Kilka klubów dołu tabeli balansuje na krawędzi, Zniczowi Jarosław grozi relegacja z ligi, któryś z klubów PLK - jak mówią plotki Stal Ostrów Wielkopolski - w poszukiwaniu środków finansowych chce się przenieść do Bydgoszczy. Nie wygląda to za dobrze. Pozostaje nadzieja w Eurobasket 2009 i mocny powrót Śląska Wrocław - oby już od przyszłego sezonu.
Podsumowując. Biorąc pod uwagę liczące się ligi Europy Wchodniej, Środkowej czy Bałkanów jedyne ligi, w których przynajmniej na razie nie widać żadnych negatywnych procesów to grecka i turecka. Poza tym w większym lub mniejszym stopniu dotyczy to wszystkich niestety często takich legendarnych klubów jak Śląsk, Żalgiris, Crvena Zvezda czy Olimpija.
A co na zachodzie? Na zachodzie bez zmian. A gdzie leży różnica? Zapewne w większej stabilizacji zachodnich gospodarek. Pewnie także w tym, że z czego spadać ma przede liga hiszpańska. Włoska, francuska czy niemiecka właśnie są po wieloletnim procesie równania w dół, spłaszczania poziomu do wysokości środka tabeli (szkoda, że PLK też właśnie jak gdyby poszła w tę stronę). Tylko co warte podkreślenia wszystkie te ligi mają solidne podstawy. Popularność, pełne hale w przeciwieństwie do nas wielotysięczne, jakość transmisji tv itd.
I dopóki u nas nie zacznie się inwestować w kluby, w ich przyszłość, wciąż będziemy rozmawiać o tzw. czynnikach niezależnych: a bo kryzys, a bo kurs urósł, a bo nie ma transmisji, a bo nie ma Polaków, a bo miasto nie wsparło, a bo reprezentacja nie ma sukcesów, a bo nikt nie chce sponsorować koszykówki. Kiedy pieniądze są ich zdobycie jest sukcesem działaczy, ale gdy ich nie ma - to oczywiście w żadnym wypadku oni nie są za to odpowiedzialni. A powinno się inwestować w infrastrukturę, rozpoznawalność, wizerunek, zdobycie kibiców w regionie i w całej Polsce, produkcję gadżetów, w końcu w szkolenie graczy, które się zwróci. A nie całość środków zdobytych od sponsora przeznaczać na kontrakty zawodników, którzy i tak za rok stąd wyjadą. Takie postępowanie nie ma przyszłości.
czwartek, 18 grudnia 2008
Klasyki PLK (6): Śląsk - Adecco 1999/2000
sample.avi
Łucio: Czołem. Na wstępie chciałem tylko uzupełnić moje poprzednie uploady. Jest to dość ważne, ale jakoś mi umknęło. Wielkie dzięki dla Virusa, który pomógł mi zdobyć te mecze na VHS-ie. Bez niego tych wstawek by nie było.
A teraz wracamy do meritum, czyli do kolejnej wstawki. Tym razem sezon 1999/2000 i pierwszy mecz 1/8 Puchar Saporty: Zepter Śląsk Wrocław - Adecco Mediolan.
Jakość myślę, że co najmniej dobra. Wielkość meczu to 586 MB, czas trwania: ok. 1h 35 min. Mecz komentują: Wojciech Michałowicz i Mirosław Noculak
Zapraszam do ściągania!
PART1 95,78 MB
PART2 95,78 MB
PART3 95,78 MB
PART4 95,78 MB
PART5 95,78 MB
PART6 90,1 MB
P.S. Wszelkie uwagi oczywiście jak najbardziej mile widziane.
poniedziałek, 15 grudnia 2008
Serce mi rani, grąży w otchłani niemocy...
Ale to jest zupełnie inny temat. Do rzeczy. Tytuł odnosi się oczywiście - bardzo oryginalnie - do totalnej zapaści popularności koszykówki w naszym kraju. Z ligą jest źle, ale stały zestaw kibiców zawsze się znajdzie. Reprezentacja za chwilę będzie miała swój czas podczas Eurobasket 2009 w Polsce. Popularność NBA jest mniej powiązana z pozostałymi sektorami koszykówki, a tutaj szansa Marcina Gortata na regularne występy może poprawić sytuację. Na kompletnym marginesie pozostają rozgrywki europejskie. Uwagę przyciągnąć są jeszcze w stanie polskie drużyny w pucharach. Za kilka tygodni może być ich tam już niewiele. I co dalej? CSKA, Barcelona, Olympiakos, Panathinaikos, TAU, Montepaschi, Unicaja, Cibona to nie są zespoły warte uwagi? Moim zdaniem zdecydowanie tak i notka będzie poświęcona pierwszemu z nich - CSKA Moskwa, które jak do tej pory jest najczęściej oglądanym przeze mnie klubem w tym sezonie.
Zacznijmy od sezonu transferowego. CSKA odnosiło w ostatnich latach wielkie sukcesy, ale dawało się odczuć zastój w składzie, który poza niebezpośrednią zamianą Davida Vanterpoola na Ramunasa Siskauskasa we wszelkich kluczowych elementach właściwie się nie zmieniał. Zrezygnowano ostatecznie z graczy najdłużej przebywających w zespole poza JR Holdenem i Zakharem Pashutinem ( który też przeszedł do Spartaka St. Petersburg grać pod wodzą swojego brata): Theo Papaloukasa i Davida Andersena. Filarów tej drużyny. Grecki rozgrywający to właściwie kowal sukcesów tego zespołu ostatnich lat. Ktoś kto w sposób oczywisty kojarzy się z wygrywaniem kluczowych meczów i kluczowych momentów spotkań. Ubył też Marcus Goree, który okazał się średnio udanym transferem oraz Tomas Van Den Spiegel, który był awaryjnie wzywany w trakcie sezonu z Sopotu.
Pozostali Siskauskas, Langdon, Smodis, Holden, Zisis, Khryapa, Savrasenko. Natomiast Papaloukasa, Andersena i Goree zastąpiono odpowiednio Planiniciem, Lorbkiem oraz Terencem Morrisem. I po tej sporej już części sezonu można stwierdzić, że dla Armiejcew największym problem nie jest to, że Grek i Australijczyk ubyli ze składu, ale fakt, iż zasili i to z powodzeniem największych rywali do triumfu w Eurolidze. Nowi gracze mieli wprowadzić trochę świeżości do ustabilizowanego i "zmęczonego" wygrywaniem zespołu. Z pewnością to robią, ale najwięcej świeżości trochę niespodziewanie wprowadza zupełnie kto inny. O tym za chwilę.
To lato było sezonem dużych transferów w Europie, w bardzo dużej mierze w Rosji. Powinno to przynajmniej teoretycznie w jakiś sposób zachwiać pozycją absolutnego faworyta zarówno za naszą wschodnią granicą jak w rozgrywkach Euroligi. Nic takiego nie ma miejsca. CSKA jest niepokonane w lidze z bilansem 8-0. Rozprawiło się już zdecydowanie ze wszystkimi głównymi rywalami: z Dynamo Moskwa, Khimkami Moskwa, Triumphem Lubierce oraz UNIKS-em Kazań. Długo by wymieniać liczące się nazwiska światowego basketu w tych drużynach. Warto jednak dodać, że Khimki niejako poddały mecz zwalniając trenera Kestutisa Kemzurę tuż przed spotkaniem z mistrzem Rosji.
W Eurolidze jest tylko trochę mniej imponująco. Zdarzyły się męczarnie w Madrycie, zacięte do ostatnich sekund spotkanie w Belgradzie, w końcu porażka z Armani Jeans Milano prowadzonym przez znanego ze Śląska Pierro Bucchiego. Ogólnie było to bardzo dziwne spotkanie z bardzo wielu względów i nie należałoby przykładać do niego wagi. Żeby oddać to jak ten mecz jest niemiarodajny porównałbym go do spotkań Śląska z Maccabi sprzed lat czy z Prokomem w ubiegłym sezonie.
Jak widać na wyjazdach ekipie Messiny gra się ciężej. Trzeba też zaznaczyć, że w Eurolidze trafili na grupę bez bardzo mocnych zespołów. Bez zespołów z bardzo dobrą dyspozycją w tym sezonie euroligowym.
Kolejny aspekt, którego nie można jednak pominąć to fakt, iż CSKA nie zagrało do tej pory ani jednego meczu w optymalnym składzie. W wyniki kontuzji podczas sparingów w USA nie początku rozgrywek nie grał Matjaz Smodis, który właśnie powoli wraca do najwyższej dyspozycji. Przed powrotem Słoweńca kontuzji doznał także JR Holden. Poza tym trzeba pamiętać o obowiązujących w rosyjskiej Superlidze przepisach. Tylko 5 obcokrajowców może być w składzie meczowym, tylko trzech na raz na parkiecie. Efektem jest to, że Smodis, Zisis, a ostatnio Lorbek i Morris oglądają mecze z trybun. Efektem jest także nieoptymalna rotacja w zakresie nawet tej ograniczonej dwunastki.
Indywidualnie swoją stałą wysoką formę prezentują Siskauskas, Langdon czy do czasu Holden. Zatrzymując się na chwilę przy Langdonie - odnoszę wrażenie, że ten gracz jest powszechnie niedoceniany. Albo inaczej: mało się o nim mówi w stosunku do tego jak się prezentuje i ile znaczy w CSKA czy całej Europie. Idąc dalej. Smodis jak wspomniałem nie ma jeszcze swojej pewności w grze pod koszem. Ręka nadał świetnie ułożona i w przypadku tego gracza to już właściwie tylko kwestia czasu, kiedy regularnie będzie grał na swoim dawnym poziomie. Liosza Savrasenko robi swoją tradycyjną robotę - co wpadnie mu w ręce na atakowanej tablicy, to dobije. Victor Kryapa natomiast trochę niepotrzebnie został sprowadzony do roli zadaniowej. Nie podoba mi się też, że wciąż gra właściwie tylko na "czwórce".
Teraz może o nowych nabytkach, bo to właściwie w tym wszystkim jest najciekawsze. Na początek Erazem Lorbek. Jego talent w Europie jest znany nie od dziś. Od lat grał udane sezony we Włoszech. Jednak kiedy raz zmienił otoczenie na inne i trafił do Malagi wszystko skończyło się wielką klapą i szybkim powrotem na stare śmieci. Nie bardzo wiadomo dlaczego. Dlatego przejście do CSKA mogło budzić pewne obawy. Obawy jednak się nie potwierdziły Armiejc zyskali bardzo wartościowego i wszechstronnego centra. Jednego z najlepszych w Eurolidze. Nie mającego problemów z grą przodem czy tyłem do kosza, rzutem z półdystansu. Jedynym problemem jest taki, że w wyniku ogólnej sytuacji kadrowej, to on teraz nie gra w lidze. Pod koszem ściągnięto z Maccabi Terence'a Morrisa. Można powiedzieć, że godnie zastępuje Marcusa Goree, czyli wygląda przeciętnie, a irytujące mecze na niskiej skuteczności rzutowej do rzadkich nie należą.
Ostatnie wzmocnienie to Zoran Planinić. Podpisany bardzo szybko po tym, kiedy przesądzone było odejście Papaloukasa do Olympiakosu i po tym jak dogadano się z TAU w kwestii sumy wykupu. Na początku lipca Chorwat był już graczem CSKA. Później Zoran zagrał udane Igrzyska, nadszedł sezon i co dalej? Messina nie zmienił pierwszej piątki wciąż trzymając w niej Holdena. Jest to zrozumiałe w lidze, ale w Eurolidze to moim zdaniem powinien być trzeci rozgrywający tego zespołu. Pierwszym zmiennikiem był Planinić, a w lidze jedynym. Zisisowi rekompensowano minuty w Eurolidze jak się dało, ale pozycja Chorwata wydawała się niezagrożona. Grywał lepiej bądź gorzej, ale na dobrym poziomie. Co mnie najbardziej u niego przeszkadza, zresztą już od Olimpiady to nadmiar decyzji o rzucie za 3 po koźle bez czystej pozycji. Zbyt mało korzysta ze swojej największej broni czyli penetracji pod kosz z punktami lub oddaniem do kolegów. Później przyszła kontuzja JR. Planinić został pierwszym PG. Grał lepiej niż z ławki, ale musiał siadać na ławce z powodu fauli, słabszych momentów czy po prostu zmęczenia. W składzie meczowym także w lidze był już oczywiście Zisis. Który wchodząc na zmiany i w końcu mając okazje wykazania się na rozegraniu (zazwyczaj ustawiany był w CSKA na SG) w pełni swoje szanse wykorzystał. Genialny mecz przeciwko Dynamo, kiedy napędzał cały zespół w decydujących momentach, zapewnił mu więcej minut, a przede wszystkim zaufania Ettore. Co poskutkowało już wskoczeniem do pierwszej piątki.
I właśnie Grek to największy powiew świeżości w tym zespole, pomimo tego, że był w Moskwie już od roku. Cieszy mnie jego dyspozycja, bo obawiałem się, że mógłby się na dobre w CSKA zmarnować. W końcu najwyższy czas, żeby pokazał na co go stać na najwyższym poziomie w poważnej roli. Mniej mnie cieszy ława Planinicia w tej sytuacji. Ale to jest do zaakceptowania. Żeby tylko Holden nie wracał...
CSKA ma doskonałych graczy, ma przede wszystkim trenera, który w grupie gwiazd potrafi utrzymać pełną dyscyplinę i zaangażowanie w każdym meczu. Nawet przeciw o wiele słabszym rywalom. To jest ten czynnik, który odróżnia CSKA od innych gwiazdozbiorów w Eurolidze. Ciężko jest mi sobie wyobrazić, żeby CSKA miało nie zdobyć po raz kolejny mistrzostwa Euroligi. A przynajmniej na pewno żadna wpadka nie ma prawa się im zdarzyć aż do F4, gdzie decydować będą już tylko pojedyncze spotkania. O lidze z systemem play-off nawet nie wspominam. Nikt w Europie w takim systemie rozgrywek nie ma z CSKA szans. Najpoważniejsi przeciwnicy to przede wszystkich FC Barcelona i Olympiakos. Aczkolwiek wymarzona dla mnie obsada Final4 to: CSKA, Olympiakos, TAU i Cibona.
I to jak już zmierzając do końca. Tego lata wróble ćwierkały o możliwym przejściu Messiny do Barcelony. Sprawa nadal aktualna, gdyż włoski trener odmawiając przyjęcia posady kadry trenera reprezentacji Francji, odpowiedział, że nie mógłby się tym zająć właśnie ze względu na przejście do Barcy. Szykuje się duża zmiana układu sił w czołówce Euroligi?
niedziela, 14 grudnia 2008
Najciekawszy tydzień od lat!
Najpierw kwestie czysto sportowe. Tutaj jest kiepsko niestety – Turów udowodnił, że słynne już zdobywanie trzech koron można odłożyć do szafy z napisem „sezon 2009/10”. Zgorzelczanie polegli wyraźnie w Belgradzie i już tylko cud (czytaj: trzy zdecydowane zwycięstwa w rundzie rewanżowej) może dać im awans do kolejnej rundy. Poprawić sytuację ma zapowiadany powrót Drobnjaka, ale kontuzja Copelanda może wymóc zmiany jeszcze na rozegraniu. Swoją drogą w naszym przedsezonowym typowaniu MVP Play-Off w moim mniemaniu był ktoś, kto dojdzie do Zgorzelca w ramach poprawiania wyników – czyżby się sprawdzało? Hmm…
Na razie Turów ma olbrzymie problemy na Pomorzu. Porażki w Słupsku, Starogardzie, wygrana dwoma punktami w Kołobrzegu, a w sobotę 68:70 w Koszalinie. Ewidentnie im bliżej Sopotu, tym gorzej. A do wspomnianej siedziby Prokomu wyjazd już dziesiątego stycznia.
A propos drużyny Tomasa Pacesasa. Porażka w kluczowym i najważniejszym meczu grudnia znacznie skomplikowała sytuację sopocian w Eurolidze. Niestety, w czterech nie da się wygrać meczu w tych elitarnych rozgrywkach, nawet grając przeciwko teoretycznie najsłabszej drużynie w grupie. Chory system krzyczenia na Nesovicia może irytować. Zwłaszcza, że widać, iż facet się stara. No ale to sopockie metody motywacyjne – dla mnie do niczego dobrego nie doprowadzą. A problemem powinno być raczej to, że duet Ewing – Logan oddał 31 z 54 rzutów z gry (trafiając jedenaście). Tej drużynie brakuje niestety klasycznego rozgrywającego i zastanawia mnie, kiedy Pat Burke stwierdzi, że nieźle się wkopał i przestanie grać na maxa…
Teraz trzeci sportowy podpunkt. Po Turowie i Prokomie czas na problemy i rozczarowania w trzeciej drużynie pucharowej – Czarnych Słupsk. Klęska w Liege (rozpoczęło się od 8:25) systematycznie przelewa czarę goryczy. Samolubny Straight, plotki o pijackich wybrykach Howella (nie pojechał do Belgii), bezsilność Okorna i jedyny dobry gracz – Kedzo (który nomen omen niedawno dołączył do tej drużyny) – tak się kształtuje obecna sytuacja w Słupsku. W dodatku w lidze, po niezwykle prestiżowej (dla kibiców) porażce w derbach zespół przegrał w Poznaniu. Po tym występie złośliwi stwierdzili, że trenera Kijewskiego znowu bronią wyniki, ale tak naprawdę było to spotkanie dwóch najbardziej przepłaconych ekip w lidze. Które wygrali gospodarze i, miejmy nadzieję, odbiją się od dna po tym występie – bo drużynę mają silną.
Co do reszty ligi – na pochwałę zasługuje Górnik, który po zmianie trenera zyskał nową jakość i u siebie jest groźny. Zresztą dzięki własnej hali raczej spokojnie się w lidze utrzyma. Natomiast Znicz jest na równi pochyłej ku pierwszej lidze. Obecnie trwają dwa hitowe spotkania – Anwil gra z Kotwicą (czy Machowski jest w stanie wyczarować zwycięstwo w Hali Mistrzów?), a Polonia z Polpharmą (jak podopieczni Karola będą sobie radzić w „wyjazdowej” rundzie?). Na razie Kotwica wyraźnie prowadzi, a w Warszawie popis defensywy (czy raczej indolencji w ataku?) i skromny wynik 15:13 po pierwszej kwarcie.
Ale teraz o sprawach pozasportowych. Bo w tej kwestii obecny tydzień również był bardzo bogaty. Na początek kara dla Znicza. Drużyna dostała zakaz transferu, który trwał (wg godzin komunikatów na plk.pl)… 8 godzin i 10 minut! Dlaczego kara? Ze względu na zaległości finansowe oraz trudności z przekształceniem w spółkę akcyjną. Dla mnie sprawa prosta – jeżeli chodzi o pierwszą kwestię, to jak najbardziej się zgadzam. Jednak jeżeli popatrzymy na problemy z przekształceniem – to czy drużyna nie powinna być po prostu wyrzucona z rozgrywek? Bo PLK groziła takimi sankcjami, a jak przyszło co do czego to jest zakaz transferowy… Dla mnie kolejna niewyjaśniona reakcja ligi. I mimo wszystko rozczarowanie jeżeli chodzi o egzekwowanie wymogów (skąd ja to znam? Śląsk Siemińskiego… hmm…).
Sprawa druga – mecz Prokomu z Basketem. W skrócie – liga w piątek przełożyła to spotkanie (dwa dni przed meczem!), ze względu na niespodziewaną epidemię w zespole z Sopotu. W zasadzie wszystko, co chciałbym powiedzieć o tej sprawie wyrazili w swoim liście włodarze klubu z Kwidzyna. Mam nadzieję, że w kwestii egzekwowania swoich racji działacze Basketu nie przestraszą się ewentualnych gadek ze strony zarządu PLK. A fakt, iż drużyna Prokomu sama sobie skomplikowała życie w Eurolidze nie powinna się odbijać na biedniejszych klubach. Zwłaszcza, że koszykarze Andreja Urlepa złapali niezły rytm (wygrali dwa mecze), po czym… otrzymali prawie miesięczną przerwę w rozgrywkach.
Na sam koniec kwestia, która od wczoraj interesuje pół Polski (a na niektórych portalach jest ważniejsza od Gran Derby w Barcelonie) – KOLEJNY problem w Koszalinie. Ja nie chcę się pastwić, ale po tym jak kibice Czarnych mieli niespodziewane zderzenie z ochroną, teraz miało miejsce zdarzenie z udziałem Saso Filipowskiego. Wersji jest oczywiście tyle, ilu świadków, ale pierwsze stwierdzenia zdają się być kompletnie nietrafione. Pierwsze komentarze – Filipowski w akcie furii uderzył „z Zidana” kibica AZS-u, łamiąc mu nos. Niestety, jak się dowiadujemy, było mniej więcej tak:
Były działacz AZS-u, siedząc za ławką Turowa notorycznie obrażał po angielsku trenera gości. Po meczu dodatkowo poszedł za nim w stronę szatni (to każdy sobie może pójść nawet do szatni z zawodnikami drużyny gości?), nadal wyrzucając epitety w jego kierunku. Nagle Saso się odwrócił i, ponoć w samoobronie, uderzył działacza „z bani”. Ochrona rzuciła się na trenera gości, którego uratowali koszykarze obu drużyn. Wieczór Słoweniec spędził na komisariacie.
Prawda zapewne leży gdzieś po środku. Wiadomym jest, że Filipowski przesadził, bo szanowanemu trenerowi nie przystoi łamać nosów. Jednak tutaj wyłania się zupełnie inny problem – otóż za niedługo strach będzie czytać wiadomości, jeżeli w tytule będzie słowo „Koszalin”. W zeszłym roku „furorę” zrobił prezes Łycyniak swoimi stwierdzeniami, iż największym problemem polskiej koszykówki jest Polsat (teraz problem zniknął – jest lepiej panie prezesie?). A teraz ochrona robi szopki i zachowuje się skrajnie nieprofesjonalnie. Czy klub doczeka się kary? Szczerze WĄTPIĘ. I powoli to zachowania osób związanych z Koszalinem stają się zmorą polskiej koszykówki. Niestety, bo przyćmiewają świetne występy ekipy prowadzonej przez Nordgaarda…
W każdym razie – miniony tydzień obfitował w zdarzenia. Szkoda, że głównie te negatywne i smutne, ale przynajmniej o koszykówce (chociaż na chwilę) przypomnieli sobie wydawcy wielu dzienników. Może teraz czas, aby to zainteresowanie utrzymać jakimiś pozytywnymi działaniami, drodzy prezesi ligi, klubów oraz trenerze Tomasie P. ?!?
piątek, 12 grudnia 2008
Euroliga: Prokom (słabszy) na deskach
Wyprawa do Francji była pierwszym etapem drogi sopocian do Top 16. Niestety nie udało im się powtórzyć zwycięstwa z pierwszego starcia obu ekip. Nie chodzi nawet o rozmiary, bo na wyjeździe gra się znacznie trudniej lecz o samą wygraną. Gospodarze nie zamierzali jednak poddawać się bez walki, a że dobrze im szło..
Przede wszystkim dość nieoczekiwanie udało im się wygrać walkę na deskach. Różnica 10 punktów w liczbie zebranych piłek robi wrażenie. Nie można powiedzieć, że goście odpuścili ten element gry, ale starania Ronnie'go Burrella i Patricka Burke okazały się niewystarczające. Obydwaj trafiali za to z dobrą skutecznością (odpowiednio – 6/6 i 5/9 z gry). W odpowiedzi znakomity mecz rozegrał center Cyril Julian, który jeszcze w barwach francuskiej kadry dawał się naszym koszykarzom we znaki. Tym razem oprócz double – double (13 punktów, 14 zbiórek) zanotował także 5 przechwytów, a więc tyle, ile cały zespół mistrzów Polski. Pod koszami nadal brakuje Filipa Dylewicza, który nawet w nieco słabszej formie, pomagał drużynie w opanowaniu deski.
Na obwodzie królował wczoraj ten, który zawiódł w pierwszym meczu w Sopocie – Michel Morandais. Atletyczny obrońca swoimi „trójkami” w pierwszej połowie umiejętnie pilnował, by goście nie zdołali zmniejszyć różnicy i zagrozić Nancy. Zebrał też 4 ważne piłki w ataku. Podopieczni Tomasa Pacesasa w odpowiedzi kreowali swoich liderów, ale David Logan i Daniel Ewing, mimo iż dostarczyli najwięcej punktów, mieli spore problemy ze skutecznością (w sumie 11/31 celnych rzutów z gry).
W tak kluczowym spotkaniu Prokom nie zaimponował głębia swojej ławki rezerwowych. Nancy obok Morandaisa, Juliana, czy Lamayne'a Wilsona (ważna „trójka” w końcówce meczu) mogli liczyć na braci Greerów, czy Johna Coxa, podczas gdy dla zespołu z Polski punktowało w zasadzie czterech podstawowych zawodników. Słabsze zawody rozegrał Aleksej Nesović, zaś Koko Archibong, czy Adam Hrycaniuk mieli na głowie problem uciekających znad tablic piłek, czemu nie udało im się zaradzić.
W następnej kolejce sopocianie zagrają „o wszystko” z Żalgirisem Kowno. Litwini ulegli Sienie 93:100, ale mimo kłopotów finansowych zatrzymali w składzie groźnych walczaków podkoszowych – Lorena Woodsa i Pauliusa Jankunasa. Widać, że grają z energią i pojedynek z zespołem trenowanym przez rodaka potraktują bardzo poważnie.
Tymczasem na szczycie grupy Barcelona udowadnia, że znalazła patent na Panathinaikos, jak bowiem inaczej tłumaczyć drugą wygraną w sezonie i to na terenie przeciwnika. Na nic zdała się bardzo dobra postawa Mikea Batiste i pogoń w ostatniej kwarcie meczu. Goście z Katalonii zaskoczyli Greków skuteczną walką na tablicach, zaś egzekutorów znaleźli w osobach Davida Andersena i odrodzonego po niemrawym początku sezonu Ganluki Basilego. Mimo, że do końca tej części zostały jeszcze 3 kolejki, wydaje się, że Pao nie zagrozi dominacji Hiszpanów, którzy zapewnili sobie awans do „16”. Na placu boju o pierwszeństwo liczy się za to Siena, która także jest już pewna swego udziału w dalszej części rozgrywek.
W elitarnym gronie spokojnych o dalsze losy w Eurolidze są także CSKA Moskwa i Olympiacos Pireus. Tej drugiej ekipie nie przeszkadza więc porażka poniesiona w Maladze z Unicają. Gospodarzom udało się zastopować gwiazdy z Grecji z Joshem Childressem i Lynnem Greerem na czele, zaś najlepszym strzelcem meczu był Thomas Kelati, który zdobył 16 „oczek”.
Kolejny szalony mecz rozegrali młodzi gracze Partizana Belgrad. Tym razem rzucili wyzwanie Realowi w jego jaskini lwa. „Krolewscy” zdemolowali gości w pierwszej połowie (24:9), ale Serbowie prowadzeni przez trafiającego jak natchniony Urosa Tripkovicia (6/8 za trzy) dogonili ich i w czwartej kwarcie trzykrotnie wychodzili na prowadzenie (w tym dwa razy po akcjach wspomnianego obrońcy). W końcówce jednak „trójką” zastopował ich Marko Tomas, zaś Raul Lopez popisał się przechwytem, odbierając gościom szansę na ostatnią akcję. Po tym meczu walka o miejsca 3 –4 w grupie D zapowiada się pasjonująco aż do samego końca pierwszej części sezonu.
Skoro o zaskoczeniach mowa, to warto wspomnieć o rezygnacji z pracy trenera Jasmina Repesy. Jego Lottomatica Rzym w Eurolidze spisywała się wyśmienicie, o czym pisałem już we wcześniejszych notkach. Wydaje się, ze powodem odejścia były niepowodzenia w lidze włoskiej. Fakt faktem, że bez Chorwata Roma uległa Joventutowi Badalona 93:97 i w tabeli grupy C wyprzedziła ją TAU Ceramica Vitoria. Z kolei na naszym podwórku – ze sztabu trenerskiego Asseco Prokomu Sopot ubył Rimas Kurtinaitis. Były szkoleniowiec Śląska przejął eurocupowy Lietuvos rytas Wilno, który pożegnał się z dawnym coachem litewskiej kadry Antanasem Sireiką. Kurtinaitis, zwany niegdyś „Złotą Rączką z Wilna” wraca więc do domu, a w reprezentacji swego kraju nadal piastuje funkcję asystenta Ramunasa Butautasa, który swego czasu zastąpił na stanowisku „głównego” ..Sireikę. Tak się kręci karuzela..
środa, 10 grudnia 2008
Klasyki PLK (5): Śląsk - Nobiles, finał PLK 1999
Więcej nie ma co przedstawiać. Trzeba to po prostu obejrzeć. Jako, że mecz mimo wszystko specjalny tym razem waży 1,5 GB. Podzielony jest na 3 części.
CZĘŚĆ I (537 MB)
PART1 114,44 MB
PART2 114,44 MB
PART3 114,44 MB
PART4 114,44 MB
PART5 76,69 MB
CZĘŚĆ II (537 MB)
PART1 114,44 MB
PART2 114,44 MB
PART3 114,44 MB
PART4 114,44 MB
PART5 76,97 MB
CZĘŚĆ III (462 MB)
PART1 95,37 MB
PART2 95,37 MB
PART3 95,37 MB
PART4 95,37 MB
PART5 78,53 MB
W ankiecie przeprowadzonej przy okazji ostatniego zamieszczonego meczu wygrał mecz Śląska z Adecco Mediolan we Wrocławiu. Zostanie wrzucony w najbliższym czasie.
Tradycyjnie zapraszam do ściągania, oglądania i komentowania.
Źle się dzieje nad granicą..
Po efektownym zwycięstwie nad Brose Baskets Bamberg, gdy wydawało się, że znowu oglądamy stary dobry, defensywny Turów, przyszły dwa mecze, które brutalnie sprowadzają na ziemię. Nie odkryłem Ameryki, gdy pisałem w poprzedniej notce, ze w ubiegłym sezonie pucharowym (i nie tylko) obrona była dla brunatno – zielonych wszystkim. Kluczem do zwycięstw, wyznacznikiem stylu, tarczą bezpieczeństwa na wypadek kłopotów ze szczególnie utalentowanymi rywalami. W sytuacji zagrożenia podopieczni trenera Saszy Filipovskiego dokręcali śrubę w defensywie, stosowali pressing na całym boisku, bądź na połowie i 90 procent przeciwników musiało szukać oddechu w rękawach, by dotrwać do końca gry. Jedynie wyjątkowo mocne zespoły, jak Dynamo Moskwa, czy Prokom Trefl Sopot zdołały wyjść z tej pułapki obronną ręką, choć ci drudzy nie bez kłopotów. A jak ta maszynka działa obecnie?
Zgorzelczanie stracili nie tylko swoich czołowych graczy z poprzedniego sezonu. Oni całkowicie zmienili swój styl. Zamiast gęstniejącej, katorżniczej dla rywali obrony, widzimy popisy w ataku kilku zawodników i zadziwiający marazm reszty zespołu. Zawodzą nie tylko nowe nabytki (choć nie wszystkie), ale także weterani Turowa, najwyraźniej nie czujący się w odnowionym otoczeniu komfortowo. Bardziej ofensywny Turów jakoś nie może zaskoczyć, jako sprawnie funkcjonująca całość i rozpada się w starciu z nieustępliwym przeciwnikiem, co jeszcze na wiosnę było nie do pomyślenia. Wówczas to inni wyglądali przy zgorzelczanach jak stado krów zganiane na prerii, dziś takie wrażenie robi ekipa PGE.
Zgodzę się z opinią, że Czerwona Gwiazda to zespół utalentowany. Jestem pod wrażeniem umiejętności, zwłaszcza graczy wysokich. Przed sezonem do fenomenalnie przygotowanych motorycznie i technicznie Tadiji Dragicevicia i Elmedina Kikanovicia dołączył gibki Marko Keselj, twardy jak czołg Vladimir Stimac i doświadczony Lawrence Roberts. Swoboda z jaką ci gracze oscylujący w granicach 210 centymetrów wzrostu operują piłką, poruszają się po boisku i oddają rzuty niemal z każdej pozycji szokuje. Co ważne, oprócz Amerykanina wszyscy ci gracze mieszczą się wiekowo w limicie 22 lat uznawanym przez nasze władze koszykarskie za „młodzieżowców”. W ich grze zaś widać dojrzałość i spryt, którego wczoraj zawodnikom z Polski zabrakło. Wydaje mi się jednak, że zespół ze Zgorzelca grając na poziomie z poprzednich rozgrywek nie pozwoliłby się tak łatwo rozbić chłopakom z Bałkanów.
Trener Turowa ma przed sobą sporo pracy koncepcyjnej i mało czasu na ratowanie sezonu pucharowego, gdyż kolejny mecz z Crveną Zvezdą już w przyszłym tygodniu. Trudno powiedzieć, czy pomoże tej drużynie wymiana kilku elementów układanki, czy bardziej próby zmiany postawy tychże „elementów”. Niestety tym razem nie udało się zgromadzić w Zgorzelcu wybitnych defensorów, więc albo uda się te wady u nich ukryć albo trzeba będzie się z nimi rozstać. Popisy strzeleckie Damira Miljkovicia mogą uchronić ekipę Saszy Filipovskiego od pogromów a la Bamberg, ale zwycięstw na poziomie europejskim nie przyniosą.
Co ciekawe wspomniany zespół z Niemiec zagrał całkiem niezłe spotkanie w Belgii i minimalnie uległ Spirou Charleroi 62:64. Gospodarze tego meczu pozostają jedyną ekipą, która nie zaznała goryczy porażki, zaś Niemcy nadal czekają na pierwszy triumf w bieżących rozgrywkach.
W grupie C na właściwą ścieżkę wracają Chimki, które na wyjeździe pokonały Besiktas Stambuł 71:69. W zespole rosyjskim udany rozpoczął pracę trener Sergio Scariolo, zabrakło natomiast w składzie Macieja Lampego. W starciu na szczycie grupy B UNICS Kazań niespodziewanie odprawił z kwitkiem Dynamo Moskwa (80:71), zaś Lietuvos rytas Wilno nadal nie otrząsnął się po stracie Matta Nielsena i nie sprostał Azovmaszowi Mariupol (66:76). W tej samej grupie (E) Asvel pokonał niespodziewanie Gran Canarię, co otwiera drogę do zaciętej walki o awans w kolejnych odsłonach rywalizacji.
Wczoraj zainaugurowana została 7 kolejka Euroligi. Ambitnie walcząca Alba Berlin pokonała Fenerbahce Stambuł 72:63. Polscy kibice czekają jednak na czwartek, gdy to w szranki ze SLUC Nancy staną koszykarze Asseco Prokomu Sopot. Będzie to pierwszy z rewanżowego cyklu „walka o Top 16”. Teraz sopocian czeka wyzwanie wygrania dwóch kluczowych meczów wyjazdowych – w Kownie i właśnie w Nancy. Pierwszy mecz tej serii – z Francuzami rozpocznie się o 20.30. Obyśmy kończyli ten pucharowy tydzień w lepszych humorach, niż tydzień temu...
wtorek, 9 grudnia 2008
Eurocup: Turów gra dziś w Belgradzie
Podopieczni trenera Sasy Filipovskiego w ostatni weekend pauzowali w lidze i ten czas spokojniejszej pracy powinien zaprocentować, bo sporo było do poprawienia w grze drużyny. Przede wszystkim w meczu z Belgami nie funkcjonowała firmowa broń zgorzelczan, czyli defensywa, która z twardej i nieustępliwej stała się dziurawa i nijaka. W poprzednich dwóch sezonach zespół znad zachodniej granicy na wszelkie kłopoty w meczu reagował zacieśnieniem presji na rywalach i zazwyczaj przynosiło to świetne efekty. Tydzień temu tego elementu zabrakło. Jeżeli dodamy jeszcze indywidualne słabości niektórych graczy w tym elemencie (przeciętnym defensorem jest choćby Donald Copeland), to widać wyraźnie, że Turów ma problem.
Trudno zmienić diametralnie system gry w ciągu tygodnia. Powiedzmy szczerze - jest to nierealne. Miejmy więc nadzieję, ze kłopoty sprzed tygodniu to jedynie wypadek przy pracy naszego jedynaka w rozgrywkach Eurocup. Dziś bowiem przyjdzie się naszym przedstawicielom zmierzyć z synonimem bałkańskiej defensywy, czyli serbską Crveną Zvezdą Belgrad pod wodza słynnego trenera Svetislava Pesicia.
Szkoleniowiec gospodarzy jest jednym z najbardziej utytułowanych spośród nadal czynnych trenerów na Starym Kontynencie. Mistrz świata i Europy, mistrz Euroligi – ta kolekcja mówi sama za siebie. Do tego dochodzi wspomnienie z ubiegłego sezonu, gdy to właśnie ten dżentelmen, prowadzać Dynamo Moskwa, wyeliminował z gry w Pucharze ULEB kolejno Śląsk Wrocław i właśnie .. Turów. „Na szczęście” dla ekipy ze Zgorzelca tym razem przeciwnik nie dysponuje takim zestawem gwiazd, jak Dynamo, tak więc szanse na sukces są znacznie większe. Niemniej jednak utalentowani – Tadija Dragicević (może nie wystąpić w dzisiejszym meczu), Marko Keselj, czy Elmedin Kikanović będą stanowić spore wyzwanie dla zespołu Filipovskiego, a zwłaszcza dla jego formacji podkoszowej. Pesić sprowadził do Belgradu także bardziej doświadczonych graczy, jak Amerykanie Lawrence Roberts (epizody w Mephis Grizzlies) i Andre Owens oraz Marko Marinović. Z tym ostatnim rozgrywającym współpracował już zresztą dwa lata temu w Akasvayu Girona. Belgradczycy na razie grają w kratkę, ale porażki ze Spirou Cahrleroi doznali także i Polacy. Na swoim terenie Serbowie zawsze są groźnym rywalem, stąd zadanie dla ekipy z Polski jest podwójnie trudne – odbudować się po porażce w domu i zwyciężyć mimo presji rywala oraz zagorzałych kibiców Czerwonej Gwiazdy. Czy to się uda – przekonamy się na własne oczy. Transmisję ze stolicy Serbii przeprowadzi TVP Wrocław.
W drugim meczu grupy F wspomniane Spirou podejmie Brose Baskets i prawdę powiedziawszy zwycięstwo gości byłoby sporą niespodzianką. Jeszcze nie tak dawno obie ekipy oceniane były jako mniej więcej wyrównane, co świadczy o wrażeniu, jakie robi komplet punktów Charleroi w dotychczasowych meczach.
Poza grupą „zgorzelecką” ciekawie jest w Mariupolu, gdzie ukraińscy bogacze (choć o nadwerężonej ostatnio reputacji) mierzą się z Lietuvos rytas Wilno (gr. E). Dynamo Moskwa (gr. B) toczy niespodziewanie ciężki bój z UNICSem Kazań, zaś Chimki Macieja Lampego walczy w kolejnym trudnym meczu wyjazdowym, tym razem w Stambule z Besiktasem Cola Turka. W tym spotkaniu w roli trenera ekipy spod Moskwy po raz pierwszy występuje znany szkoleniowiec z Argentyny, Sergio Scariolo. Dla polskich kibiców ważna będzie odpowiedź na pytanie, czy Lampe wkomponuje się w wizję taktykę „nowej miotły”. Pod wodzą Kestutisa Kemżury polski skrzydłowy radził sobie wyśmienicie i miejmy nadzieję, że także teraz jego rola w zespole będzie równie istotna.
poniedziałek, 8 grudnia 2008
Połówka
Zakończyła się pierwsza runda PLK (pozostał już tylko mecz Prokom - Anwil 30. grudnia). Rozpoczęła się już nowa (Polonia - Kotwica awansem). Świetny czas na podsumowania. Zdaje się jednak, że w naszym świecie koszykarskim słabo wykorzystany. Być może to efekt tego, że zaczęliśmy rozgrywki we wrześniu, a liga pędziła w błyskawicznym tempie w stosunku do tego, do którego przywykliśmy, a może spadku zainteresowania basketem i ligą... Na pewno będziemy jedynym, a przynajmniej pierwszym miejscem w sieci, gdzie zostanie przedstawione tego typu podsumowanie. Przyjęte kategorie to MVP, Pierwsza piątka, Druga piątka, Pierwsza piątka Polaków, Najlepsi wśród młodzieżowców, Najlepsi trenerzy, Najgorsi trenerzy, Pozytywne wydarzenia rundy oraz Negatywne wydarzenia rundy.
Cały ranking to składowa opinia wszystkich czterech twórców 3 sekund. Z czasem powinny pojawić się (albo i nie) nasze komentarze do wyników. A oto nasze typy:
MVP PLK
Adam Wójcik
Pierwsza piątka PLK
PG Łukasz Koszarek
SG Damir Miljković
SF Michael Hicks
PF Ronnie Burrell
C Adam Wójcik
Druga piątka PLK
PG Greg Harrington
SG David Logan
SF Alan Daniels
PF Filip Dylewicz
C Pat Burke
Pierwsza piątka Polaków
PG Łukasz Koszarek
SG Andrzej Pluta
SF Wojciech Szawarski
PF Filip Dylewicz
C Adam Wójcik
Najlepsi wśród młodzieżowców
1. Adam Waczyński
2. Paweł Leończyk
3. Paweł Kikowski
Najlepsi trenerzy
1. Mariusz Karol
2. Sebastian Machowski
3. Wojciech Kamiński
Najgorsi trenerzy
1. Eugeniusz Kijewski
2. Jerzy Chudeusz
3. Adam Prabucki
Pozytywne wydarzenia rundy:
1. Postawa Polpharmy Starogard Gdański
2. Kolejny wielki powrót Adam Wójcika do PLK
3. Losowanie Eurobasket 2009
4. Postawa Adam Waczyńskiego
5. Postawa Polonii Warszawa
Negatywne wydarzenia rundy:
1. Wycofanie Śląska Wrocław z PLK
2. Powrót do TVP i mała oglądalność ligi
3. Spadek poziomu ligi
4. Postawa PGB Basket Poznań
5. Brak sponsora tytularnego PLK
KOMENTARZE:
greg: Ten sezon jest całkiem wyjątkowy w kontekście tego typu rankingów. Wyjątkowy pod tym względem, że jeszcze mniejsze niż zwykle znaczenie przy ocenie najlepszych graczy ma pozycja zespołu jaki reprezentują. Są dwa zespoły trochę bardziej wybijające się potencjałem - Prokom i Turów - a później dalej w dół tabeli nie widać jakiś wyraźnych granic i skoków poziomu pomiędzy zespołami. Właśnie dlatego w takich warunkach MVP zostać mógł lider ostatniego zespołu w tabeli. Wójcik prezentuje się niesamowicie i chyba każdy się z tym zgodzi. To, że Eugeniusz Kijewski robi to co robi z ponoć czwartym budżetem ligi - to już nie wina Oławy.
O krok od drugiej piątki na PG był Daniel Ewing i jest on dla mnie największym i właściwie jedynym brakiem w pierwszych piątkach. Trochę dziwny dla mnie jest brak Tomasa Pacesasa i Saso Filipovskiego w czołowej trójce trenerów. Ale tutaj wiele zależy od spojrzenia i tego o czym pisałem powyżej.
michcio: Jak wiadomo, jest to ranking uśredniony. Dlatego trochę prywaty. Jak dla mnie MVP powinien zostać Koszarek, chocby za ustabilizowanie formy i prowadzenie zespołu do zwycięstw. Natomiast w trio najgorszych trenerów spokojnie mogło się znaleźć miejsce dla Dariusza Szczubiała i tego, co zrobił z AZS-em na początku roku.
Warto też zauważyć olbrzymią dziurę na pozycji SF, gdzie poza Hicksem i Danielsem w zasadzie nie ma żadnego świetnego kandydata - w głosowaniu, za nimi znalazł się szukający formy Frasunkiewicz. W pierwszej piątce Polaków znalazło się dwóch graczy z Poznania, ale chyba dodatkowo świadczy o kuriozum całej tej ligi i wprowadzanych kolejnych przepisów promujących naszych zawodników.
Mam nadzieję, że całościowo wyszło to ciekawie, jest chyba kilka niespodzianek (jak choćby brak Zamojskiego), można znaleźć słabe punkty tych wyborów. A ja wreszcie się przekonałem, iż wybranie naprawdę najlepszych z tej szarzyzny nie jest takie proste.
lukam:Tak sobie myślałem, co by tu napisać jako komentarz do wyżej zamieszczonego rankingu. Z letargu wyrwał mnie kumpel i zarazem czytelnik „3 sekund” (Pozdrowienia, Tomku), pytając mnie ze zdziwieniem o to, jak doszliśmy do konstatacji, że na MVP rundy wybrał nam się lider ostatniej drużyny w tabeli?
Odpowiedzi są dwie – jedna bardziej szalona od drugiej. Po pierwsze ten sezon jest dość nietypowy –hierarchia ligowa jest nieco zachwiana, ubyło sporo gwiazd, a na ich miejsce nowych jest jak na lekarstwo. Mnie osobiście żaden z kandydatów wybranych do pierwszej piątki nie przekonywał na tyle, by zostać Tym Najlepszym. Dlaczego więc Wójcik? A któż jest bardziej rozpoznawalną i wyczekiwaną gwiazdą tego sezonu? Czyj powrót do PLK był większym wydarzeniem od letnich „hitów transferowych” (cudzysłów zasadny)?
Popularny „Oława” jest osobowością naszej koszykówki i mimo już prawie 40 lat na karku wciąż oczekuje się od niego, że będzie zbawiał Śląsk, całą ligę, czy kadrę narodową. Jest takim naszym Jordanem, gdy w NBA nie było widać godnego następcy, a sam MJ zanudzał swoimi niekończącymi się zapowiedziami powrotu na parkiet i wreszcie samymi powrotami. My nie mamy odpowiednika Kobego, czy LeBrona, więc taki Wójcik jest na wagę złota. Nawet jeśli nie dominuje, jak kiedyś i nie czaruje trzydziestpunktowymi popisami, to choćby za sam come back, który nieco ubarwił szarą ligową rzeczywistość, należy mu się plusik na tle pozostałych kandydatów.
Po drugie i banalne – w takim notowaniu nie chodzi o odwzorowanie kolejności w tabeli, bo w przeciwnym razie moglibyśmy spisać całe dwie piątki lidera ekstraklasy wraz z trenerem i graczami z rocznika 86’ (tu dopiero byłby problem..) i po sprawie. Lepiej jednak popatrzeć na te notowania bardziej indywidualnie, czyli w moim rozumieniu – szukając osobowości PLK. Czy to się udało – oceńcie sami.
kolczasty: Eurobasket tuż tuż. I co? MVP naszej ligi zostaje żywa legenda. Legenda mająca 38 lat. Do tego występująca w ostatnim zespole ligi. Mamy mało polskich graczy na trójce, takich którzy z czysty sumieniem „łapaliby się ” do najlepszej narodowej piątki ligi.
Na rozegraniu lideruje Koszarek, który pokonał Szubargę i Milicicia. To też jakby kłopot (jak z naturalizacją panie Ludwiczuk?). Nie chcę odbierać umiejętności Koszarkowi, ale raczej pokazać jaką ubogą mamy ligę w przyzwoitych rodaków żyjących z grania w koszykówkę.
Przed sezonem burzliwym tematem był przepis o młodzieżowcu. Komu pomógł? Waczyńskiemu przede wszystkim. Bo o Zamojskim, Kikowskim czy Leończyku było głośno trochę wcześniej. Klub najlepszego młodzieżowca według „3 sekund”, nie czaruje. Zadziwia z kolei Polpharma z opiekunem Mariuszem Karolem. która jest w czubie tabeli. Wysoko są też Polonia i Kotwica. Bardzo mnie to cieszy. Ile można patrzeć na przepychających się graczy Turowa i Prokomu.
Polskich gwiazd nie ma, promocji ligi nie ma, oglądalności nie ma, wielu Polaków na poziomie nie ma.
Są objawienia jak Waczyński, są niespodzianki jak Polpharma (choć czy to niespodzianka?) czy Polonia, zawsze są Polacy za granicą i Amerykanie oczekujący na polski paszport. A, no i ME za 10 miesięcy.
Oj głowa boli...
Zapraszamy do wygłaszania swoich opinii na temat rankingów i całej rundy.
”Zaraz Ci tak wpier..lę, że Cię żaden lekarz nie poskłada!”
Rok temu kibice Czarnych zrobili istny najazd na Koszalin. Inwazja porównywalna np. z wypadami Stali do Wrocławia (i odwrotnie – zeszłoroczne play-offy), czy Turowa do Nymburka. Aby „zapobiec” powtórce, włodarze AZS-u wydali kuriozalne rozporządzenie co do sprzedaży biletów. Oberwało się za to zresztą podczas meczu prezydentowi tegoż miasta. Jednak czy podchodzenie do sektora kibiców i dodatkowe podjudzanie atmosfery jest inteligentnym zachowaniem? Moim zdaniem nie.
W każdym razie – kibice Czarnych dali radę, stawili się w liczbie zdecydowanie większej, niż „oficjalne” 61 osób. Przez cały mecz leciały, prócz normalnego dopingu, epitety w obie strony. Co ciekawe, poprzedzone wspólnym zbieraniem słodyczy dla dzieci z domu dziecka. Meritum, do którego dążę, to sytuacja po spotkaniu. A dokładniej POBICIE słupskich kibiców przez ochronę oraz policję. Jak wiadomo, na hali policja nie ma prawa interweniować, czy używać siły – chyba, że jest o to poproszona i jest to niezbędne do opanowania sytuacji. Wątpię, żeby fani „Czarnych panter” byli całkowicie niewinni i zachowywali się niczym ministranci, jednak napuszczenie na nich agresywnej ochrony to gruba przesada. Fakty, które zamierzam przytoczyć, szczegółowo zaczerpnąłem z opinii dość chłodno myślących i zachowujących się kibiców gości, będących na meczu. A zatem, po kolei:
„Jedni wyrzucali z hali pod pałki drugich. Wyglądało to dziwnie. (…)Tak, zostałem kilkakrotnie silnie uderzony, uderzali ochroniarze z drugiego rzędu. Kilku równocześnie. Koledzy obok też otrzymywali razy. (…)Za plecami słyszeliśmy krzyki bitych przez policję kolegów. Baliśmy się wyjść na zewnątrz, bo tam już czekali na nas pałkarze. Tymczasem ochroniarze i chyba ubrany w kominiarkę komandos wykręcili koledze rękę z komórką, aby nie mógł robić zdjęć. Znowu na nas naparli. Ilu nas było ? Może sześciu ? Ich ? Dużo. Trzydzieści-czterdzieści postaci w żółtych kamizelkach.”
To tylko fragment. I to początkowy. Więcej m.in. tu, czy tam. „Przy okazji” jeden z kibiców został bardzo dotkliwie pobity i zagazowany. Pomocy można mu było udzielić dopiero po kilku (-dzisięciu?) minutach. Jeżeli tak ma wyglądać profesjonalna ochrona i zabezpieczenie imprez masowych, a zwłaszcza meczy derbowych, to ja przepraszam.
Tyle o samym zdarzeniu. Więcej można poczytać na forach kibiców. Być może odezwą się głosy, że nie lubię AZS-u, szukam taniej sensacji, itp. itd. Wszystkim takim osobom od razu odparowuję – niezależnie od hali, na jakiej by się to zdarzyło, byłbym w głębokim szoku. Czemu wielkie święto, jakim z pewnością są derby na Pomorzu, jest kompletnie psute przez działaczy, policję, ochronę, prezydenta ?!? Czy w meczach Śląsk – Anwil nie było bluzgów? Nie było sugestii co do stosunków bądź kraju na R. w odwecie? Były. Ale jednocześnie kończyło się na „wymianie uprzejmości”, a nie zaciąganiu służb do linczowania gości. Ochroniarze mają tonować nastroje na trybunach, a nie dodatkowo wzniecać nienawiść pomiędzy kibicami z dwóch miast. Tutaj było zdecydowanie odwrotnie.
Czekam niecierpliwie na oficjalne informacje ze strony koszalińskiej. I, jeżeli wersja kibiców Czarnych się potwierdzi, na ukaranie osób dopuszczających się takiej samowolki. Bo, z całym szacunkiem dla piłki nożnej, takie sytuacje kojarzą się właśnie ze stadionami. A nie koszykarskimi halami.
piątek, 5 grudnia 2008
Euroliga: Siena była za mocna
Mistrzowie Polski mają w swojej grupie klarowną sytuację. Są tam bowiem dwie drużyny „w zasięgu” (SLUC Nancy, Żalgiris Kowno), z którymi trzeba wygrywać, jeśli się marzy o awansie do Top 16 oraz trzy zespoły ze topu rozgrywek (Panathinaikos, Siena, Barcelona). Każde zwycięstwo z ekipą z drugiej części tej wyliczanki byłoby prawdziwą sensacją. Zespoły z Polski w starciach z mocarstwami wygrywały niesłychanie rzadko. Śląsk Wrocław ograł mistrza Euroligi, Maccabi Tel Awiw (październik 2001), a dwa lata później zatrzymał Olympiacos Pireus oraz Efes Pilsen Stambuł. Z zespołem z Turcji poradził sobie także Prokom (po serii mniej lub bardziej dotkliwych porażek), a i wspomnianych Greków także miał na swym rozkładzie (debiutancki sezon 2005/2006). Były to jednakże pojedyncze i sporadyczne wyskoki, których w racjonalny sposób przewidzieć się nie da. Pozostaje więc „planowo” wygrywać z zespołami, z którymi mecze nie są „misją niemożliwą” i podejmować walkę z potęgami, bo tego wymaga ..duch sportu oraz duch zespołu, o których znaczeniu zapominać nie wolno.
Warto też pamiętać o tym, że najbliższe spotkania z Żalgirisem i Nancy odbędą się na wyjeździe. Mając w pamięci zwłaszcza zacięty mecz z Litwinami w domu, sopocianie muszą zdawać sobie sprawę z tego, co ich czeka. Jest to dodatkowy element presji, jaka na nich ciąży, bo w razie choćby jednego niepowodzenia czeka ich szaleńcza walka o punkty z Barcą lub Pao. Wiara w magię własnej hali, to piękna rzecz dla kibica, ale boiska w Eurolidze są wszędzie takie same i koniec końców decydują umiejętności i wynikający z nich spokój w grze.
Przekonał o tym mecz Prokomu z Montepaschi Siena. Włosi nie przejęli się presją gospodarzy i punktowali w kluczowych momentach gry, choć nie zagrali rewelacyjnego meczu. Mogli za to liczyć zwłaszcza na swego lidera, Terella McIntyre'a, który, trawestując rzymską maksymę wchodził, trafiał i wygrywał dla Sieny każde bardziej wyrównane spięcia na parkiecie. Oprócz gaszących rywala „trójek” popisywał się także zagraniami dwójkowymi z Shaunem Stonerookiem. Ten drugi nie imponował skutecznością, ale jak na złość zawsze wtedy gdy mecz robił się nieco bardziej wyrównany, obaj panowie wymyślali skuteczną receptę na gospodarzy. Świetnie grał również Rimas Kaukenas, który zapomniał już o problemach zdrowotnych i swoją ruchliwością zamęczał graczy z Trójmiasta po obu stronach boiska.
Ze strony Prokomu rękawicę podejmowali David Logan i Daniel Ewing, ale zwłaszcza w rzutach z dystansu nie mogli odnaleźć swojego rytmu. Podopiecznym Tomasa Pacesasa zabrakło też wsparcia spod kosza, gdzie nieskutecznością raził Pat Burke, a Filip Dylewicz sprawiał wrażenie przygaszonego, w porównaniu z energizerem, jakim był dla swej ekipy jeszcze wiosną tego roku. Jedynym pozytywnym aspektem jego formy jest możliwość dłuższej gry dla Adama Hrycaniuka oraz Przemysława Zamojskiego. Ten drugi skacze ostatnio z poziomu 1 ligi, do ekstraklasy i koszykarskiej Lidze Mistrzów. Tym razem pograł dłużej niż zwykle i choć notował „juniorskie” straty, to przynajmniej dorzucił punkty zza łuku. Cieszy postawa Alekseja Nesovicia, który do wcześniej prezentowanej zaciętości w obronie dokłada skuteczność w ataku. Pod tym względem przebił go Logan, który konsekwentnie udowadnia, że może zdobywać punkty niezależnie od tego, czy gra na podwórku, czy w starciu z gigantami Euroligi. Na plus dodałbym waleczną postawę Rona Burella, który udowadnia, że bycie gwiazdą nie wiąże się z unikaniem walki na boisku. W meczu ze Sieną brakowało jednak jego punktów, co ułatwiło gościom kontrolowanie przebiegu gry. Zespół znad morza jest stosunkowo młody i budowany niemal od zera, a takie układy potrzebują czasu, by się dotrzeć. Ważne, że na razie nie przynosi wstydu i wygrywa, to co możliwe. W obecnej sytuacji pozostaje wierzyć, że mecze z mistrzami Francji (w przyszłym tygodniu) i Litwy (za dwa tygodnie) będą udanym testem nowej jakości, która powstaje w Sopocie. Inaczej o awans do „16” będzie szalenie trudno.
Koszykarska Europa nie pasjonowała się niestety zmaganiami Polaków. Na emocje jednakże nikt nie narzekał. Oto bowiem na pięciu meczach skończyła się zwycięska seria CSKA Moskwa. Nawet jednak nie to jest sensacją, ale fakt, że zespół Ettore Messiny doznał porażki z rąk Milano - ekipy zamykającej tabelę grupy D. Kiedyś klub z Mediolanu trząsł europejską koszykówką (m. in. 3 mistrzostwa Euroligi, w latach 1966, 1987 –88), ale to odległe czasy. Ten sezon zaczął się dla niego słabiutko, stąd zrozumiała jest euforia, z jaką obrońca Marco Mordente na swym blogu przyrównuje środowy triumf mediolańczyków do momentów chwały sprzed lat, W CSKA niezdolny do gry jest Jon Robert Holden, zaś Matjaz Smodis po kontuzji jest daleki od formy. To wszystko nie usprawiedliwia utraty 20 –punktowej przewagi, jaką „Armiejcy” mieli nad rywalami w pierwszej połowie. W drugiej, mimo zejścia za piąte faule Luki Vitalego i Mike'a Halla, Włosi zdołali nie tylko dogonić gości z Moskwy, ale i doprowadzić do zaciętej końcówki. W niej błysnął David Hawkins, który trafił ważny rzut, zaś Jobey Thomas zabrał piłkę Ramunasowi Siskauskasowi i nie pozwolił Rosjanom na rozegranie akcji ostatniej szansy. Trzeba podkreślić, że to był udany tydzień dla ekip z Włoch. Lottomatika Rzym, mimo braku Saniego Becirovicia ograła Albę Berlin, zaś w Pucharze Europy Benettonu Treviso efektownie pokonał Chimki. Być może czołowe klubu z Italii kryzys mają już za sobą?
Warto też wspomnieć o zaciętych meczach zespołów bałkańskich. Partizan Belgrad już trzeci raz z rzędu znalazł receptę na Efes Pilsen Stambuł (grupa D), mimo tego że to Turcy wzmocnili się przed sezonem, a Serbowie tradycyjnie stracili największe gwiazdy. Z kolei Cibona Zagrzeb walczyła jak lew z coraz silniejszym Maccabi w Tel Awiwie (Grupa A). W zespole z Izraela błyszczy D'or Fisher, a wczoraj świetną partię rozegrali także Marcus Brown oraz dynamiczny Lior Eliahu. Odpowiadali im weterani Niksa Prkacin i Davor Kus oraz młodsi Vedran Vukusić i Earl Calloway. Po niesamowitej pogoni w 4 kwarcie Cibona dwukrotnie wychodziła na prowadzenie, ale błąd Callowaya i spokój na linii Tala Bursteina odebrały jej nadzieję na niespodziankę. Niemniej jednak mecze z udziałem tych zespołów stanowią ozdobę tegorocznej Euroligi i mam nadzieję, że obie ekipy będzie można obejrzeć także w kolejnych etapach rozgrywek.
Klasyki PLK (4): Śląsk - Olympiakos 2003/2004
Jakość myślę, że niezła. Całość waży 820 MB. Załączyłem też sampel.
Zapraszam do ściągania.
STATS
SAMPLE 2,7 MB
PART1 95,78 MB
PART2 95,78 MB
PART3 95,78 MB
PART4 95,78 MB
PART5 95,78 MB
PART6 95,78 MB
PART7 95,78 MB
PART8 95,78 MB
PART9 53,45 MB
greg: Cóż więcej można dodać. Debiut Lynna w Śląsku, w którym mocnym wejściem ostatecznie zwolnił Derricka Phelpsa. Niesamowity mecz Amerykanina. Do tego Tomczyk, który od lat nie wychylał się poza swoje solidne kilkanaście punktów, również zdobył 27 punktów, również na doskonałej. Mecz oczywiście wygrany 82:80. Mecz, który był początkiem niesamowitego sezonu, który nie zakończył się niestety ani awansem do TOP 16, ani mistrzostwem Polski. To spotkanie było początkiem ostatniego sezonu potęgi...
Dodatkowo chciałbym zaprosić do głosowania, który z meczów Pucharu Saporty 1999/2000 najbardziej chcielibyście obejrzeć. Łatwo się domyślić, że zapewne któryś z meczów z Adecco Mediolan, ale chciałbym spytać kibiców, szczególnie tych starszych, co kojarzą lepiej te czasy od nas. Także zapraszam do udziału w ankiecie po lewej stronie.
Po raz kolejny chciałbym podziękować Łuciowi za upload. I po raz czwarty zachęcić wszystkich do ściągania meczu, oglądania i komentowania.
środa, 3 grudnia 2008
Koszulki nie wystarczą!
Temat tłuczony już setki razy. Oklepany z każdej strony. Ale po najprostszym przykładzie z życia wziętym aż ciśnie się napisanie o tak fatalnej, beznadziejnej, (a jeszcze jeden przymiotnik) katastrofalnej promocji Eurobasketu 2009!
Sytuacja jest może trochę śmieszna, ale niestety prawdziwa, a wygląda następująco. Lekcja wychowania fizycznego, przebrani uczniowie oczekują na ćwiczenia. Miałem na sobie białą koszulkę z herbami miast i logo Eurobasketu. W pewnym momencie podchodzi kolega. Dialog wygląda tak:
- Co masz na koszulce? Co to jest Eurobasket 2009?
- Nie wiesz?
- Nie.
- Mistrzostwa Europy.
- Co ty gadasz? W Polsce?
- No tak. We wrześniu 2009.
- Ale jak to? Gdyby to była piłka nożna czy siatkówka to o tej porze cała Polska by tym żyła.
- Niestety...
Smutne, co? Cholernie nie mogę pogodzić się z tym gdzie jest koszykówka. Jedynym miejscem, gdzie śledzę ligowe rzucanie „pomarańczakiem” do obręczy jest strona itvp.pl. TVP Sport nie mam. Poczytać o PLK mogę na kilku stronach internetowych. Ach, przepraszam... „koszykówka jest w wiadomościach” – mówił niedawno Janusz Wierzbowski. Wejścia na 20-30 sekund. Brak stałych transmisji, umowy i to w połowie sezonu można nazwać jednorako – wstyd i to wielki. My organizujemy mistrzostwa Europy. Jeden genialny trailer TO ZA MAŁO!
Koszulki, jak widać, NIE STARCZAJĄ. I choćbyśmy mieli 20 Gortatów w NBA to TEŻ ZA MAŁO! Bo ludzie nie znają nawet jednego. NIE MA plakatów w szkołach, reklam w telewizji i na ulicach (choć pamiętam o akcji bilboardowej choćby z Adamem Wójcikiem).. Najwięcej o Eurobaskecie 2009 można poczytać na.... Wikipedii. W Polsce jest masa turniejów streetballowych, które sponsoruje firma Spalding. Wielkich czerwonych balonów z białym napisem EUROBASKET 2009 jest w Polsce tylko kilka?
Piknik Olimpijski, profesjonalne przygotowane losowanie, przyjazd Vlade Divaca – to są zalążki działania w dobrym kierunku. Tylko trzeba to jakoś kontynuować, czymś poprzeć i pociągnąć do przodu. Choćby odpowiednio zaplanowany Mecz Gwiazd może pomóc. Przyjazd Muli Katzurina, konferencja, sesja autografowa z udziałem trenera i zawodników kadry. Konkursy, gdzie można przebywać blisko reprezentantów. To wszystko jest męczące i trudne szczególnie dla zawodników. Ale czy za odpowiednie wynagrodzenie od PZKosz nie można podpisywać plakatów przez godzinę? Czy nie można porzucać z dzieciakami wyłonionymi w konkursie do kosza? Pozwolić sobie na fotkę? Uważam, że można.
Od przyznania nam prawa do organizacji minęły 4 lata i kilka dni. Jak dziś pamiętam, gdy szedłem do szkoły czytając „Basket” i ciesząc się, że wyprzedziliśmy Litwę. Wtedy na twarzy prawie 14-letniego chłopaka pojawił się uśmiech. Pomyślał, że zobaczy w Polsce gwiazdki koszykówki dotychczas oglądane tylko w Internecie, czasopismach i telewizji, zmagających się z nimi Polaków , a wszystko przy wspaniałej otoczce i atmosferze. Niestety czasy się zmieniają... Uśmiech z twarzy też schodzi.
Turów na deskach, Sopot na półmetku
Wcześniej pisałem, że grupa F, w której występują nasi przedstawiciele zapowiada się na bardzo wyrównaną. Tak właśnie jest, niemniej zgorzelczanie przyzwyczaili nas już lepszej gry. Zakładam, że wczorajsze zmagania Turowa śledziło więcej niż zwykle fanów basketu w Polsce, wiec nie będę zamęczał tutaj relacjonowaniem wydarzeń z hali w Tipsport Arena w Libercu. Parę rzeczy rzuca się jednak w oczy.
W spotkaniu z Belgami ekipa „brunatno – zielonych” zbyt łatwo spuściła głowy i straciła ogień w grze. Mecz ze Spirou nie układał im się od początku, ale takie obrazki pamiętamy także z poprzedniego, udanego sezonu w Pucharze ULEB. W takim meczu z Hapoelem Jerozolima, podopieczni trenera Filipovskiego też mieli problemy w pierwszej połowie, ale w drugiej przycisnęli w obronie i zdołali zamęczyć rywali swoją presją. Widać było w ich grze pasję, ale i myśl przewodnią. Wiadomo, że obecny zespół powstał niemal od zera, po odejściu kluczowych zawodników z poprzedniego sezonu, ale przecież aktualny zestaw również powstawał pod okiem słoweńskiego trenera...
Wyrównana walka w Libercu trwała w zasadzie do stanu 20:21. Potem jakby gospodarzom ktoś wyłączył opcję „play”. Całemu zespołowi brakowało konsekwencji w grze obronnej, czego wyrazem była przegrana walka o zbiórki. Ilustracją tej niemocy była piłka zebrana przez Matta Walsha po niecelnym rzucie wolnym Andre Riddicka. Ten drugi po ponownym jej otrzymaniu zapakował ją do kosza z taką radością, że o mały włos nie skręcił sobie obydwu stawów kolanowych. Entuzjazm weterana udzielił się reszcie zespołu, która znakomicie utrudniała konstruowanie ataku przeciwnikom..
Zespołowi Turowa brakowało strzelców, gdyż poza Damirem Miljkoviciem, zawiedli wszyscy, łącznie z Alexem Harrisem, czy Gorjanem Radnojiciem. Snajperem chce być Donald Copeland, ale od niego należy wymagać głównie kierowania grą drużyny. Niestety w tym elemencie szło mu kiepsko, a już proste straty, piłki wyjęte z kozła, każą się zastanowić, czy to jest gracz stworzony do roli playmakera. Lepiej to wszystko wyglądało, gdy za „klepanie” brał się Bryan Bailey, gdyż on przynajmniej starał się szukać rozwiązań zespołowych, jednak wobec braku wsparcia ogniowego z obwodu trener Filipovski postawił na „jedynkę” rzucającą. Stopień dezorganizacji gry Turowa obrazuje akcja, w której walczak podkoszowy, Chris Daniels znalazł się na dystansie, by kończyć akcję niecelną „trójką” pod presją czasu. Przez ostatnie dwa lata Turów umiejętnie zwalniał grę i specjalizował się w spokojnym, metodycznym rozbijaniu szeregów obronnych rywali. Teraz nie widać wykonawców takiej taktyki, gdyż brakuje zarówno snajperów, jak i podkoszowych, grających spokojne akcje tyłem do obręczy. W meczu z Belgami rozwiązaniem mogło być przyspieszanie gry (co momentami w końcówce prezentował reaktywowany z ławki Iwo Kitzinger) natomiast na przyszłość trener zgorzelczan będzie miał sporo przemyśleń na temat taktyki swej ekipy.
W drugim meczu „polskiej” grupy Crvena Zvezda Belgrad dość pewnie (choć nie aż tak okazale jak Turów) pokonała Bamberg 82:65. Wniosek z tego jest jedynie taki, że Niemcy póki co, dostarczają punkty rywalom, ale rok temu Śląsk Wrocław też trafił na takich niby –kelnerów, którzy zaczęli od porażek, by w rundzie rewanżowej notować serię zwycięstw. Czy takim zespołem będzie Brose Baskets, nie wiadomo, ale za to wyprawa do Belgradu w przyszły wtorek do przyjemnych należeć nie będzie. Walka o awans trwa, a po wczorajszym laniu szkoda głównie wrażenia, jakie gra Turowa zostawiła na widzach oglądających ją zarówno w czeskiej hali, jak i przed ekranami telewizorów. Jak wiadomo najtrudniej odzyskać utraconą reputację..
Tymczasem w Eurolidze nadchodzi czas rewanżów. Zespół Asseco Prokomu w pierwszej rundzie wygrał, to co miał wygrywać, czyli „domowe” mecze z Nancy i targanym kryzysem Żalgirisem Kowno. Teraz zespoły „w zasięgu” podejmą Polaków u siebie, więc ryzyko utraty punktów znacznie wzrasta. W tej sytuacji, „dla bezpieczeństwa” przydałaby się jakaś wygrana z zespołem wyżej notowanym. Spośród rywali z topu, najbardziej „do ugryzienia” wydaje się być Montepaschi Siena, z którą za kilka godzin sopocianie staną twarzą w twarz na swoim boisku. Łatwo się mówi, bo Włosi wszak uczestnicy ostatniego Final Four (z minimalnymi zmianami w składzie), a ich zwycięstwa nad Barceloną i ostatnie z Nancy robią wrażenie. Podopieczni trenera Tomasa Pacesasa toczyli wszakże z tą ekipą najbardziej wyrównany bój, jeśli chodzi o wyjazdowe przegrane z faworytami grupy B. Podbudowani wygraną z Koszalinem (może czas na dłuższy występ w Eurolidze Przemysława Zamojskiego?), powinni przynajmniej zrobić wszystko, by wyrwać dla siebie szansę na sukces. Tak, by później niczego nie żałować przez następny rok. I tego oczekuję po dzisiejszym występie nadmorskiej ekipy.
W 6 kolejce Euroligi najciekawiej zapowiada się rewanżowe starcie Partizana (w Belgradzie) z Efesem Pilsen Stambuł (gr. D). Pojedynki turecko – bałkańskie są zawsze pasjonujące, a pierwszy mecz tych ekip zakończył się jednopunktowym triumfem Turków. Na rewanż z Ciboną Zagrzeb (gr. A) gotują się pewnie wicemistrzowie Izraela, Maccabi Tel Awiw (po sensacyjnej porażce 79:81 w 1 kolejce), zaś mnie najbardziej ciekawi jak długo Lottomatika Rzym będzie postrachem faworytów grupy C. Po odejściu Erazma Lorbeka i Roko Ukicia Roma nie wyglądała już tak groźnie. Jednakże pod okiem trenera Jasmina Repesy odrodził się fenomenalny, choć hamowany w rozwoju przez kontuzje Sani Becirović. Słoweniec jako młodzian ogrywał swego czasu Śląsk (w barwach Pivovarny Lasko), a później efektowne występy przeplatał pobytami w szpitalu. Teraz gra wyśmienicie (MVP listopada w Eurolidze) i wraz Primozem Breźcem, Andre Hutsonem i „młodymi wilkami” – Luigi Datome i Brandonem Jenningsem (gwiazdą amerykańskiej ligi szkół średnich) utarł nosa kolejno - Badalonie, Olimpiji Lublana, TAU Ceramice i Fenerbahce Stambuł. Warto śledzić poczynania tej ekipy w dalszej części sezonu.
Z innych ciekawostek – pytanie – kiedy przegra CSKA Moskwa (gr. D)? Niby nie dziś, bo w Mediolanie podejmie ich słaby AJ Milano, ale na mecz z mistrzami każdy znajduje nowe pokłady ambicji i siły, więc kto wie?..
