Ponieważ wczoraj wybraliśmy się do Katowic na dwa decydujące o medalach miejsca, to czas na parę wniosków z podróży. Dodam, że zapewne wniosków z samych meczy nie będzie astronomicznie dużo, niektóre mogą być leciutko dziwne dla osób oglądających mecz w telewizji (czy z innych miejsc), ale cóż – tak już bywa. Wyjątkowo notka będzie w punktach, bo chyba tak łatwiej zahaczyć o wiele elementów bez tworzenia trzystu nowych akapitów. A więc…
- przede wszystkim pozdrowienia dla PKP. W Opolu wyświetliło się, że mamy pół godziny opóźnienia, a w Gliwicach byliśmy już 10min przed czasem. Magia, nieprawdaż?
- polskie dworce są straszne. Katowicki może nie jest w tym zestawieniu liderem, ale na pewno wysoką pozycję zajmuje. Jeśli ktoś z zagranicznych kibiców przybył do tego miasta pociągiem, mógł być nieco zaskoczony. Mi ”zaimponował” fakt, że tablice z odjazdami były puste i trzeba było szukać tych wydrukowanych kart z przyjazdami, żeby znaleźć pociąg powrotny. Pani w okienku nas olała i poza sprzedażą biletów zajęta była rozmową z koleżanką. Plus jest taki, że nie było do niej kolejki.
- na dworcu istnieje mapa najbliższych lokalizacji, dzięki czemu wiedzieliśmy, jak dotrzeć do Spodka. Fakt, że poszliśmy inaczej, ale mapa jest i to się liczy!
- w Katowicach na wprost dworca jest bulwar z knajpami i fajnym, dużym Mc’D. Minus jest taki, że przez dwadzieścia minut naszego pobytu w Katowicach z cztery razy ktoś nas prosił o pomoc, bądź o łyka Coli. Bynajmniej osoby te nie wyglądały na bezdomne. I na pełnoletnie też nie.
- do hali dotarliśmy wśród zapachu moczu i widoku starych (oraz bardzo starych) zabudowań. A na naszej drodze spotkaliśmy sporo kibiców z innych państw. Wniosek jeden – szkoda, że Spodek jest akurat tam, bo finały ME zrobią na gościach średnie wrażenie. Z drugiej strony nie ma się co dziwić, że 90% fanów spotkaliśmy w strefie kibica, a nie chodzących sobie po mieście i zwiedzających/ pijących gdzieś piwo/ imprezujących.
- śmieszne jest rondo pod Spodkiem. Oczywiście, jako że byliśmy na nim pierwszy raz w życiu, obeszliśmy praktycznie wokół. Ogólnie moim zdaniem nie jest złe, wygląda ok.
- było litewskie piwo! I sporo kibiców. Teraz pytanie – czy wszyscy naprawdę nie mogą się obyć bez trąbek? Grecy pokazali w meczu o trzecie, że można zrobić doping bez nich. Reszta jest chyba uzależniona…. A w tym „piwnym” namiocie, gdzie był duży tłok, dały nam się we znaki, oj dały… Ale i tak bardzo pozytywna atmosfera, mnóstwo fanów, "Hej Sokoły" po litewsku... tak powinna wyglądać strefa kibica!
- Spodek jest jak jaskinia – ma zacieki, tworzą się stalagmity małe na dole. Ogólnie widać, że to dawna budowla, ale wygląda nawet ok.
- doskonała obsługa. Nie pytała, po co mi latarka, szybko przetrzepali moją torbę, sprawdzili bilet, po wejściu od razu dwie osoby podeszły i zapytały jak mi pomóc. Oraz skierowały nas na właściwe miejsca. Ponoć mówią w wielu językach – nie wiem, nie sprawdzałem, ale wierzę. Fajnie, fajnie.
- Eventim nas zrobił w jajo. Bo z tego co pamiętam, to na ich mapce mieliśmy bilety na drugim końcu naszego sektora. Ale nic – było nieźle widać, chociaż z tego drugiego roku zdecydowanie lepiej. Czy ktoś miał podobne odczucia?
- a propos biletów. Historyjka spod hali. Idziemy oglądnąć halę z każdej strony, a tu Andrzej Adamek przez telefon na całą ulicę: „Sprzedać chcę te bilety, bo k***a ze związku dostałem gdzieś na ósmym piętrze…”. No tak – nie ma biletów, źle. Są – też źle… Bez komentarza.
- dla mnie ważniejszy był mecz Greków, którym kibicuję. Spanioulisowi dość zdecydowanie spotkanie nie wyszło. Za to Schortsanitis to jest gość! Co wchodził na parkiet, niszczył pod koszem, zwłaszcza atakowanym.
- odniosłem wrażenie, że obie drużyny miały problemy w walce o własną zbiórkę, za to o wiele lepiej radziły sobie na atakowanej tablicy. Ale to mogło być tylko wrażenie.
- pod koniec sytuację ratował Jaka Lakovic, ale zabrakło czasu. Gdyby tak zagrał od początku – Grecy chyba nie mieliby czego szukać. Chociaż pierwsza połowa była zdecydowanie ich i wydawało się, że obędzie się bez większych historii. Końcówka dramatyczna, ale ja odetchnąłem z ulgą. Sektor Greków niedaleko nas z pewnością też.
- Goran J. się nie popisał. Ledwo wszedł – dach. Potem dwa faule… A wszystko to w sześć minut.
- w przerwie meczu miało miejsce symboliczne przedstawienie pięciu osób, które lada chwila znajdą się w FIBA Hall of Fame. Szczerze mówiąc, nikt o tym nie wiedział, więc połowa wyszła na przerwę. Zainteresowanie było symboliczne. A był przecież Bill Russell!
- wielki pojedynek kibiców Grecji i Słowenii zdecydowanie dla tych pierwszych. Było ich o wiele mniej, ale doping przez cały mecz i było ich doskonale słychać. A gość w czepku piłkarza wodnego rządzi. Chociaż jak ci drudzy zaczęli rytmicznie skakać, to miałem wrażenie, że cała konstrukcja się buja. Mam nadzieję, że to była tylko jakaś amortyzacja trybun, bo odczucie było co najmniej dziwne. Ogólnie hala jest bardzo ok, duże nachylenie sprawia, że dobrze widać z każdego praktycznie miejsca. Nie to, co w Orbicie, która jest mała, ale odległość od parkietu olbrzymia…
- finał w zasadzie był do jednej bramki. Hiszpanie tradycyjnie na początek zafundowali kilka trójek oraz doskonałą obronę i wszędobylskiego P. Gasola. Facet rządzi i zdecydowanie słusznie został MVP turnieju. Serbów niby szkoda, ale mają jeszcze czas. A żółto-czerwoni przyjechali tu w jednym celu i widać, że jak trzeba było zacząć grać (mecz z Litwą) – to po prostu zaczęli i tak już turniej skończyli, walcując każdą napotkaną przeszkodę. A ich ławka rezerwowych była najfajniejszą i najbardziej zaangażowaną ławką turnieju. Wszyscy żyli, wszyscy się mobilizowali, a jak ktoś wchodził na zmianę, to dawał drużynie dodatkowego kopa. Niesamowite.
- Hiszpanie skandujący „campeones!” – fajne, fajne. Ale i tak Grekom i Słoweńcom nie daliby rady. Mimo, że było ich od groma na hali.
- dekoracja była robiona zdecydowanie na szybko. Tak jakby za chwilę miała się odbyć kolejna impreza i organizatorzy muszą opuszczać Spodek. Trochę szkoda. Ale ogólnie była radość, nagrody, hymn – było ok. Tylko nie dali się nacieszyć Hiszpanom z trofeum.
- powrót pośpiechem relacji Przemyśl – Świnoujście pozostawię bez wielu komentarzy, bo i po co.
Było fajnie, ale największa impreza już za nami. Skończyło się święto. Dla jednych większe, dla innych mniejsze. Teraz mistrzostwa w siatkę, które akurat mnie nie obchodzą. Polacy nie awansowali na MŚ, szkoda. Ciekawe, co stanie się z kadrą – a dokładniej kto przyjedzie za rok, żeby walczyć o możliwość wzięcia udziału w turnieju na Litwie. Bo ta kadra potencjał ma olbrzymi. Tylko musi grać ze sobą lata, a nie dwa miesiące i liczyć na cuda.
Zaczyna się też za niedługo liga. Czy ktoś zatrzyma gdyńskie Assecco? O tym pewnie będziemy pisali już za niedługo. Tymczasem jeszcze podelektujmy się tym, co za nami. Warto było odwiedzać Halę Ludową, warto było spędzać godziny przed telewizorem i wreszcie warto było pojechać do Katowic. Ciekawe, czy ta impreza skłoni prezesów do walki np. o Mistrzostwa Świata? Byłoby fajnie. Chociaż pytanie powinno być inne – czy prezesów cokolwiek może skłonić do sensownej walki o rozwój tej dyscypliny. Ale to już złośliwość na zupełnie inny artykuł. A żeby zakończyć radośniej, czas zakrzyczeć jedno słowo rozbijające mi się w głowie praktycznie przez cały turniej:
Hellas!!!
1 komentarze:
Mnie też Eventim zrobił w jajo.
Najpierw w kwietniu otworzył systemy o 13:45 zamiast tak jak zapowiedział, czyli o 14:00. Najlepszych biletów na Polska - Litwa po tych 15 minutach już nie było. Dostałem miejscówkę za koszem.
Potem, już we wrześniu, nie dało się zamawiać z mapy obiektu. A były na niej były super miejsca. Z automatu natomiast system przydzielił mi właśnie owo ośme piętro - sektor niebieski, rząd 14 (ostatni), znowu za koszem. No i ja się grzecznie pytam: po jaką cholerę na czwartkowe Katowice sprzedawano masowo bilety na sektor ZA KOSZEM (wypełnił się cały), a ten z boku boiska świecił pustkami? Wiem, że tak się nie robi, ale się po prostu ordynarnie przesiadłem. Nie lubię zza kosza oglądać.
Prześlij komentarz