Polacy nie gęsi i swój trade mają. W ostatnich dniach trzy z czterech najlepszych drużyn poprzedniego sezonu Polskiej Ligi Koszykówki dokonało zmian na kluczowej pozycji rozgrywającego. Traf chciał, że transfery te były ze sobą powiązane. I tak Asseco Prokom pożegnał Tyrone'a Brazeltona, który zasilił ekipę Energi Czarnych Słupsk, zastępując tam Dru Joyce'a. Tenże Joyce zmienił klimat na włocławski. Wszystkie te ruchy były możliwe dzięki temu, że gdynianie pokusili się o sprowadzenie do swej drużyny Lorinzy Harringtona (ten już z draftu, a więc z zewnątrz). Skoro mamy wymianę „prawie jak w NBA”, przyjrzyjmy się pokrótce, kto tu zyskał, a kto stracił.
Możecie się zgodzić lub nie, ale moim zdaniem najwięcej zyskał najsłabszy uczestnik tej operacji. Czarni grający wyraźnie poniżej oczekiwań pozbyli się Joyce'a, Gościa, który może i ma jakieś papiery na strzelca, ale i spore problemy z kreowaniem gry. Cały zespół ze Słupska gra słabo (w tym Polacy), ale od „jedynki” wymagamy, by była elementem uspokajającym, spajającym ten bałagan, więc na Amerykanina spada zasłużona krytyka. Jego miejsce zajmuje rezerwowy z bardzo silnej ekipy mistrzów Polski. Brazelton miał tam typowy problem zmiennika – w krótkim czasie pokazać maksimum możliwości. Wydaje się, że radził sobie nieźle jako zadaniowiec. Dodawał elementy gry obronnej i pozwalał odpocząć pierwszemu point guardowi. Czego chcieć więcej? Poza tym, cyferkowo prezentował się lepiej, niż pierwszy rozgrywający ze Słupska i to też daje do myślenia. Zresztą, już w barwach Ventspils pokazywał, że potrafi być liderem zespołu, a tego będą od niego oczekiwać w Słupsku. Wydaje się, że tym razem władze klubu z Pomorza dobrze trafiły. Gorzej być nie powinno, przynajmniej z kreowaniem pozycji rzutowych, a czy koledzy zaczną trafiać, to już inna bajka.
Prokom dokonał zmiany PR - owskiej. Porażki z Realem i zwłaszcza z Oldenburgiem stały się pretekstem, by coś namieszać w składzie. Kozłem ofiarnym został Brazelton. Na jego miejsce przyszedł Harrington, facet, któremu za same wpisy w CV płaci się więcej, niż za osiągnięcia Tyrone'a. Póki co, statystycznie wypada słabo, ale portfel Asseco jest przepastny i wiele zniesie. Poza tym, na krajowym podwórku nawet błędy personalne nie kosztują zbyt wiele, zaś Euroliga to jednak mimo wszystko taka dodatkowa błyskotka. Nikt przed sezonem nie opowiadał już starych wiców o grze w „Ósemce”, a Top 16 nadal jest osiągalna, więc nie ma się czym stresować. No i wreszcie – Junior Lorinza, jak na człowieka z bogatą przeszłością zawsze może znaleźć moment, by pokazać, że jednak jest wart wydanych pieniędzy, a jego zgranie z zespołem będzie już tylko lepsze.
Paradoksalnie najgorzej wygląda rewelacyjny dotąd Anwil. Trzecia drużyna minionego sezonu budowała zespół oszczędnościowy. Dziury w składzie widać gołym okiem, a mimo tego, włocławianie zajmowali do niedawna pozycję lidera PLK. Przeciętni zmiennicy pod koszem, „dwójki” z antytalentem do defensywy i słaby zmiennik na rozegraniu w niczym nie przeszkadzał. Punktem zwrotnym może być mecz z Polpharmą. Przed nim Włocławek opuścił sfrustrowany zmiennik Mike Trimboli i lider zespołu, Krzysztof Szubarga na „jedynce” został sam. Efekt w Starogardzie był widoczny – presja rywali, zmęczenie szefa drużyny i wynikająca po trosze z tego kontuzja. Szubar to dusza zespołu. Jego krytycy pamiętają Eurobasket, gdy Krzysiek służył wyłącznie za napędzacza szybkiej i mało pomysłowej gry naszej kadry. W lidze gra on inaczej, wolniej, szukając dwójkowych zagrań z wysokimi i trafiając zza łuku. Na PLK takie minimum zdrowego rozsądku plus serce do gry wystarczało. Teraz los zespołu zależy od tego, jak długo Szubi będzie poza grą. Im szybciej wróci, tym prędzej kolega LeBrona znajdzie się na ławce jako wsparcie dla głównego reżysera i wszystko na Kujawach wróci do normy. Chyba, ze i ten amerykański nabytek poczuje się zawiedziony ilością czasu spędzanego na boisku, ale to na razie melodia przyszłości..
0 komentarze:
Prześlij komentarz