Chyba wszyscy kibice koszykówki w Polsce są pod wrażeniem środowego zwycięstwa Asseco Prokomu Gdynia nad Realem Madryt w 7 kolejce Euroligi. Na temat samego meczu napisano już całkiem sporo, więc ja zainteresowałem się otoczką tego wydarzenia, czyli tym, co z tego wynika.
Sama wygrana jest na pewno krokiem w stronę czwartego udziału gdynian (wcześniej sopocian) w Top 16 w ciągu sześciu lat gry w najważniejszych rozgrywkach pucharowych Europy. Najważniejsze jednak ciągle przed nimi, bo Armani Jeans Mediolan – główny rywal do miejsca w Szesnastce także wygrało swój mecz skutecznie depcząc Polakom po piętach. Najprawdopodobniej więc o losach obu drużyn w Eurolidze zadecyduje starcie bezpośrednie. Znakomity mecz znacznie straciłby na znaczeniu, jeśliby nie poszedł za nim bardziej wymierny sukces w postaci awansu, a do tego ciągle jeszcze może nie daleka, ale wyboista droga.
Od tego, co dalej stanie się z zespołem mistrza Polski zależeć będzie jego postrzeganie przez kibiców z całej Polski. Klub, który zdominował rozgrywki ligowe, zarówno pod względem organizacyjnym, jak i sportowym ma więcej zadań „promocyjnych”, aniżeli szara reszta stawki. Jako wrocławianin nieraz w przeszłości nasłuchałem się, jakie to szkody robi naszej lidze Śląsk wygrywając kolejne tytuły. Wówczas mnie to śmieszyło, ale później sam zacząłem w podobny sposób postrzegać trofea za mistrzostwo Polski seryjnie lądujące w gablotce zespołu z Trójmiasta. Bo to nudne i powtarzalne, a pozostałym zespołom musi wystarczyć gra o finał. To może latem ten złoty medal przyznawać? Taniej wyjdzie i upokorzeń innym się oszczędzi..
Podobną sytuację obserwujemy w Izraelu. Obecny klub Macieja Lampego, Maccabi Tel Awiw trzęsie tamtejszą ligą, będąc Śląskiem i Prokomem do potęgi n -tej. Co sprawia, że na pokładzie nie nastąpił bunt, a liga nie stała się wyłącznym hobby dla fanów Maccabi? Przede wszystkim, ten dominator jest dumą i wizytówką izraelskiego basketu. Jego nazwa budzi szacunek w całym koszykarskim świecie, a ilością i jakością zdobywanych przezeń trofeów można obdzielić kluby z Polski, Niemiec, Czech i kilku innych krajów. Takiej drużynie sprzyjają choćby w głębi duszy nawet fani lokalnych rywali,gdyż stanowi ona wartość dodaną całej ligi.
Słusznie zwrócicie uwagę, że stawianie polskich drużyn w szeregu z izraelskim gigantem, to nadużycie. To przejdźmy na nasze podwórko. Tu mamy dwa skrajne w ostatnich latach przypadki – piłkarska Wisłę Kraków i siatkarską Skrę Bełchatów.
Ta pierwsza w ostatniej dekadzie zdobyła najwięcej tytułów ligowych i nadal nie ma sobie równych. Co prawda, ostatnie zwycięstwo to raczej efekt słabości konkurentów, którzy sami potknęli się na prostej drodze, ale cóż – zwycięzców się nie sądzi. Dopóki wygrywają. Tymczasem poza Polską Wiślacy od dawna nie osiągnęli nic spektakularnego, zaś ostatnie lata przyniosły takie epokowe wydarzenia, jak porażki z rąk mistrzów Norwegii, Gruzji, czy Estonii.
Zupełnie inaczej rzecz się ma ze Skrą. Z roku na rok coraz silniejszy skład, gwiazdy polskiej i światowej siatkówki (co staje się już powoli synonimem) i coraz agresywniejsze dobijanie się do wrót finału Ligi Mistrzów. Nawet fakt, iż potęga ta jest sponsorowana przez spółkę z udziałem skarbu państwa nie stanowi jakiegoś poważniejszego problemu. Po prostu – wizytówce polskiej siatkówki wolno więcej. Poniekąd słusznie.
Jak to wygląda na niwie koszykarskiej? Kiedyś mieliśmy Śląsk, który miał ambicję zostania klubem ogólnopolskim. Pierwsza firma sportowa inwestująca w marketing i reklamę, a co za tym idzie rozpoznawalna. Do tego ambitne cele sportowe – dominacja w kraju i awans do Euroligi. Dzięki realizacji tych zamierzeń pojawiały się już symptomy siły większej, niż tylko lokalna, trafiały się miejsca w Polsce, gdzie witano wrocławskich koszykarzy co najmniej z taką owacją, jak drużynę miejscową, choć były nadal i takie, gdzie rymowanki pod adresem WKS -u nie nadawały się do powtórzenia na forum publicznym.
W pewnym momencie nie starczyło chyba pomysłu i woli, by pójść za ciosem. Zamiast projektu „Top 16” i budowy nowej hali, wybrano trwanie z ręką na pulsie i trochę przypadkowe zmiany koncepcji trenerskich z zapasowym kołem ratunkowym o nazwisku Andrej Urlep. Gdy rezerwy energii z działań pozaboiskowych się wyczerpały, a nowych wyzwań zabrakło projekt zaczął zjadać własny ogon. Aż przyszedł Likwidator i dzieła dokończył.
Bardzo majętny Prokom wszedł w buty Śląska i podążył jego tropem. Top 16 x3, wygląda na papierze świetnie i jest kontynuacją starań wrocławskich, zakończonych na trzech podejściach do „Szesnastki” z jednym/dwoma wygranymi dzielącymi od raju. Co ciekawe, teraz wspomniane wyniki Prokomu spowszedniały, a plany wejścia do „Ósemki” po klapie sprzed dwóch lat nie utkwiły szerzej w pamięci zbiorowej. Nie stał się chyba Prokom klubem całej Polski, na co wpłynęły także czynniki zewnętrzne. Era sopocian/gdynian nadeszła w momencie, gdy basket w Polsce spadał do roli niszowej. Euroliga z Polsatu trafiła (i to z wielkim trudem) pod skrzydła dość ekskluzywnej Cyfry+, gdzie o widownię walczy z piłką nożną najwyższych lotów, czy NBA. Teraz bez spektakularnych sukcesów na przebicie się do szerszego grona odbiorców nie ma co liczyć.
Sukces mierzymy dziś według skali siatkówki, czy piłki ręcznej. Final Foury, „Ósemki” - nie niżej. Czy dzisiaj ktoś poza fanatykami basketu pamięta wygrane Śląska z Maccabi, Realem (słabszym, niż dzisiaj), Efesem Pilsen? A zwycięstwa Pruszkowa, choćby nad Benettonem Treviso, a miejsce Lecha Poznań w ósemce najlepszych Pucharu Europy (poprzednika Euroligi, a nie dzisiejszego Eurocup)? Pytania retoryczne. Krótko mówiąc – za wygraną z Realem musi pójść ciąg dalszy. Szybciej, wyżej i dalej. Ambitne cele i spektakularna gra – tego oczekujemy od najlepszej ekipy w lidze. W przeciwnym razie ten mecz pójdzie w zapomnienie, choć dziś wydaje się to niemożliwe, zaś nawet sezon PLK zakończony bez porażki może się spotkać z przeciągłym ziewnięciem reszty kraju.
I jeszcze uwaga na koniec. Klub posiadający ambicje bycia marką ogólnopolską musi walczyć o kibiców w całym kraju. Ostatnio na Forum Basketa toczy się dyskusja na temat oglądalności koszykówki. Jest ona niska, ale jaka ma być, skoro wizytówka polskiej ligi, czyli właśnie Asseco Prokom pojawi się po raz pierwszy w tym sezonie na ekranach TVP dopiero w najbliższy weekend. Dwa miesiące po inauguracji rozgrywek.. Czego by nie mówić o dawnym Śląsku, ale jego szefowie zdążyliby do tego momentu wyborować dziurę w brzuchu każdego możliwego decydenta z PLK i TVP, by ich klub pokazywany był częściej niż inne. Jeśli analogiczne działania były prowadzone przez szefów klubu z Gdyni, to można o nich powiedzieć tyle, że były nieskuteczne. A traci na tym nie tylko mistrz Polski, ale i cała liga.
sobota, 12 grudnia 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

2 komentarze:
nie wiem jaki miął znaczenie fakt, dominacji Asseco na początku sezonu z "przeciętniakami" na selekcję transmisji Prokomu w Tvp, ale wydaje się być rozsądnym wybranie tych meczów na pasmo telewizyjne, które mogą sprawić jakaś niespodziankę, czyli meczów z zespołami z czołówki tabeli (ANWIL, TURÓW). A samą Gdynię mogliśmy oglądać prawie, co tydzień Eurolidze, wszystko gra!
Z jednej strony masz rację, bo oczywiście lepiej jest oglądać mecze mniej więcej wyrównane od jednostronnego bicia.
Z drugiej strony to właśnie marki przyciągają ludzi przed ekrany. Kogo najczęściej oglądamy na Polsacie Sport Extra z ligi ACB? Reali Barcelonę, bo to są firmy kojarzone przez każdego, kto choć odrobinę interesuje się sportem. Pomysłem na słabo oglądaną PLK powinno być pokazywanie drużyn "kojarzonych szerzej", jak APG, Turów, czy Anwil.
Abstrahując - pisałem o tym, że to szefom Asseco PG powinno zależeć na tym, by ich drużyna była często obecna w tv:-) Euroliga jest niestety dla wybranych i mało kto ją ogląda, nad czym ubolewam.
Prześlij komentarz