piątek, 30 stycznia 2009
Ile jeszcze za państwowe?
Główne założenia? Zakaz sponsorowania pojedynczych klubów, ale w zamian wprowadzenie możliwości sponsorowania lig zawodowych. Aby państwowe spółki wspierały całe dyscypliny i wiele klubów w równym stopniu. W domyśle rozumiem, że możliwe byłoby sponsorowanie reprezentacji, rozgrywek juniorskich, szkolenia młodzieży itp.
I o ile zrozumiały jest zakaz dla spółek w których Skarb Państwa posiada 100% udziałów (wymierający gatunek), to już w przypadku spółek w których SP wciąż rozdaje karty za pomocą pakietu kilkudziesięciu procent udziałów (przykładowo: 41,79% w KGHM), wydaje się dość dziwne.
Cała Polska mówi o problemach jakie mogą z nowych ustaw wyniknąć dla Zagłębia Lubin czy Skry Bełchatów. A kto może stracić w koszykówce? Zająłem się najpoważniejszymi sytuacjami, czyli klubami, które mają państwowych sponsorów tytularnych. Tytularnych sponsorów w ogóle ma 11 z 14 klubów ekstraklasy, a 5 z tych 11 to spółki z udziałem Skarbu Państwa. Te kluby to Turów Zgorzelec, Czarni Słupsk, Górnik Wałbrzych, Polonia Warszawa i Anwil Włocławek. Udziały Skarbu Państwa u sponsorów przedstawiają się kolejno:
PGE 100%
Energa 100%
Victoria 100%
PGNiG 84,74%
PKN Orlen 27,52% (Anwil: 84,79% PKN Orlen; 5,56% bezpośrednio Skarb Państwa)
Należy tutaj podkreślić, że PGE jak i Energa są w planach prywatyzacyjnych Ministerstwa Skarbu na lata 2008-2011. Wałbrzyskie Zakłady Koksownicze VICTORIA także w tych planach były, ale zostały wycofane. Także trzy kluby sponsorowane przez te spółki miałyby szanse do powrotu do współpracy, ale to perspektywa kilku albo więcej lat.
Jakie byłyby skutki nowych regulacji dla ligi? Jednorazowo szokujące. Podstawowe źródło finansowania straciłyby trzy z pięciu najbogatszych klubów lidze. Nie można jednak wykluczać zmian tylko ze względu na to, że mogą być bolesne. Przy takim założenie można by z góry zrezygnować z wejścia do strefy Euro, bo może to zaboleć kieszeń każdego Polaka przez ładne kilka lat. Nie znaczy jednak, że taka zmiana w dłuższej perspektywie nie będzie korzystna. Bo po pierwsze - mniej śmiały w sponsoringu klubów kapitał prywatny może - zachęcony wyeliminowaniem nie do końca równej konkurencji ze strony spółek państwowych - odważniej wkroczyć do ekstraklasy. Po drugie, któraś z wyeliminowanych spółek może wyrazić zainteresowanie sponsorowaniem naszej ligi, a tutaj już od pół roku nie udaje się znaleźć nikogo... W tym wypadku raczej jasne jest, że po równo ale mało dla wielu da mniej widoczne efekty niż dużo dla jednego. I w końcu po trzecie może być to doskonała motywacja do większej profesjonalizacji działalności naszych klubów.
Faktycznych skutków nie poznamy dopóki nie sprawdzi się nowych reguł w praktyce. Spadek poziomu ligi czy upadek kilku klubów w spojrzeniu jest do przebolenia (oczywiste, że dla bezpośrednio zainteresowanych to dramat). Jedną z najgorszych i praktycznie pewnych dla ligi negatywnych konsekwencji mogą być ciężkie do nadrobienia w przyszłości straty w europejskich pucharach.
Pozostaje czekać na decyzje góry.
środa, 28 stycznia 2009
Top 16 Euroligi na starcie
Sopocianie teoretycznie mają statystować w grupie E. Ich sukcesem miał być awans do „16”, a reszta jest tylko przygodą. Dwa zespoły na papierze wyglądają na „nie do ugryzienia” (TAU i Olympiacos Pierus), ale przecież nie po wychodzi się na boisko, by dać się sfotografować z gwiazdami Euroligi.
...zwłaszcza, że kilku z nich w najbliższym czasie zabraknie w grze. Dzisiejsi rywale Prokomu mają wystąpić bez kontuzjowanego Tiago Splittera (oficjalnie dwa mecze poza składem), zaś w weekend przeciwko Maladze nie zagrał zmożony grypą Mirza Teletović. Niewykluczone jednak, ze dziś wybiegnie na parkiet. Z kolei w Pireusie trwały nerwowe poszukiwania zastępcy (następcy?) dla kontuzjowanego Josha Childressa. Najdroższy „skarb” Oly ma kontrakt trzyletni, ale latem może wrócić do NBA. Teraz w poszukiwaniu zdrowia postanowił posiedzieć w USA. Na jego miejsce szaleni bracia Angelopoulos widzieli Stephona Marbury'ego (przepłacony awanturnik z Nowego Jorku – ponoć jakiś kryzys ekonomiczny szaleje, czy może tylko grypa?). Na szczęście dla budżetu i atmosfery w zespole „Czerwonych” skończyło się na Jannero Pargo, Niestety piłka jest jedna, a na rozegraniu są już tacy gracze, jak Greer, Theo Papaloukas, Milos Teodosić..
Niby najłatwiej wyobrazić sobie wygraną Asseco z Armani Jeans Mediolan, ale Włosi zwyciężali (u siebie) takie firmy jak CSKA Moskwa, czy Real, tak więc wstrzymajmy się z dopisywaniem punktów dla mistrza Polski. Poza tym, do Mediolanu przybyli doświadczeni Maurice Taylor i Hollis Price, co czyni tę ekipę jeszcze groźniejszą.
Sopocianie na szczęście nie składają broni. Na razie straszą medialnie, sprowadzając Tyrone'a Brazeltona i przede wszystkim Qyntela Woodsa. Ten drugi (o ile faktycznie zagra w Polsce) na wiosnę o mały włos nie poprowadził Olympiakosu do wyeliminowania CSKA z fazy Final Four. Jeżeli dobrze wprowadzi się do zespołu, to może być transferem na miarę obrony tytułu w Polsce. Czy wystarczy, by zaleźć za skórę Grekom, Hiszpanom i Włochom? Sam jestem ciekaw. Na razie wygląda mi to jak ławka dla Przemysława Zamojskiego. Oby chociaż wyniki zrekompensowały ten ruch..
Jeśli chodzi o transfery „last minute”, to najlepiej wygląda to w Tel Awiwie (grupa, gdzie podążył atleta Charles Gaines oraz niski strzelec Dee Brown. Zespół z Izraela zmienił się dość znacznie w porównaniu z początkiem rozgrywek, ale wydaje się, że jakościowo są to ruchy na plus. Zresztą władze „Macca” nie mają wyjścia, skoro ich klub w walce o dwa miejsca w play off musi pokonać kogoś z dwójki Barcelona – Real. Wielkie firmy z Hiszpanii niewiele zmieniły w swych składach, ale jak się ma gwiazdozbiory, które w dodatku dobrze funkcjonują (choć lepiej w Katalonii, niż w Kastylii).. Koszykarskie Gran Derbi już dziś przed 21.
Najciekawiej zapowiada się rywalizacja w grupie G, gdzie syte brytany z Panathinaikosu i Malagi trafiają na głodne pitbule z Partizana i Lottomatiki. Rok temu belgradczycy zablokowali Pao drogę do play off. Czy Milenko Tepić, Novica Velicković i spółka znów odeślą „Wszechateńczyków” do domu? Niby wątpliwe, ale zarazem ciekawe, prawda? Podobnie jak ciekawostką jest forma wracającego do wielkiej koszykówki Saniego Becirovicia, który w Atenach furory nie zrobił, ale w Rzymie gra najlepiej od czasu występów w Olimpiji Lublana i Pivovarnie Lasko. Czy poprowadzi młody zespół Lotto do play off?
Skoro mowa o powrotach, to w barwach Fenebahce wreszcie zagra Gordan Giricek, zmagający się dotąd z kontuzją mięśnia brzucha. W Fener nadal brakuje świetnego Faruka Asika, który najpewniej ma bieżący sezon z głowy. Ich jutrzejszy rywal – CSKA nie ma łatwego życia – z drużyny odszedł sfrustrowany zmiennik Savrasjenko, zaś z kontuzjami borykają się Smodis i Woroncewicz. Spodziewany jest za to powrót do gry głównych „jedynek” – Holdena i Planinicia. Na razie Rosjanie nie wyglądają na tak „niezniszczalnych”, jak w zeszłym sezonie, ale warto pamiętać, że trzy lata temu zdobyli oni podwójną koronę (mistrzostwo Euroligi i Superligi) bez kontuzjowanej gwiazdy pod koszem – Davida Andersena. Zobaczymy, czy charakter moskwian nadal jest tak silny. Z drugiej strony może też się ujawnić u nich syndrom San Antonio Spurs, którzy w latach 2003 - 2007 też wygrywali co drugi sezon.. W obu ekipach prym wiodą weterani, a ich gra przypomina działanie szwajcarskiego zegarka. Pytanie jest jak zawsze jedno. O moc baterii..
Czy na Woronicza ktokolwiek myśli ?
Reklamy podczas hymnów, opóźnione „wracanie” na drugą połowę (jak widać studio po pierwszej jest ważniejsze niż 2-3 minuty drugiej) – to już standard. Jedyny pozytyw to znaczna poprawa jakości transmisji, która aż tak nie odbiega od relacji tworzonych przez Polsat, czy Canal +, jak to miało miejsce jeszcze kilka lat temu. A gdyby nie ukochani już Szaranowicz ze Szpakowskim (którzy jakby nie patrzeć potrafią zainteresować dyscypliną, a ich lapsusy językowe stają się hitami), to trudno byłoby wymienić sensownych i lubianych komentatorów.
Wczoraj telewizja weszła na wyżyny umiejętności. Zamiast hymnów – reklamy. Zamiast cieszących się Polaków po niesamowitej końcówce i zwycięstwie – reklamy i studio (a tam specjalista, mówiący, że ten mecz przegraliśmy przez własne błędy...). Ojciec się zdenerwował, a mi pozostał tylko pusty śmiech. Dlaczego? Bo to już norma i powinniśmy się cieszyć, że chociaż mecz był w miarę w całości pokazany – nie to, co w wielu innych sytuacjach...
Przykłady? Proszę bardzo. Celowo wybrałem po jednym – dwóch z różnych dyscyplin sportowych, żeby ukazać, że to nie jest kwestia lekceważenia, ale czysta nieudolność:
Wrzesień 2007r. - „W niedzielę TVP 1 przerwała po trzecim secie transmisję finału ME mężczyzn Rosja - Hiszpania, by nadać Teleexpress.” - mecz FINAŁOWY Mistrzostw Europy, w świetnie oglądanej siatkówce. I co? I przerwa, bo przecież wiadomości nie można było dać po spotkaniu... Dodatkowo dwa pasma reklamowe udało się zmieścić.
„O godz. 14.40 w TVP 3 przerwano w pierwszej połowie piłkarskie spotkanie Lechia Gdańsk - Warta Poznań, by transmitować z Białegostoku lokalną konwencję wyborczą PiS.” - a co tam! Drugoligowcy w końcu powinni się cieszyć, że chociaż przez chwilę byli w lokalnej telewizji..
„Godzina 18.30 – o tej porze wielu sympatyków piłki ręcznej zasiadło przed telewizorami aby za pośrednictwem telewizji publicznej obejrzeć szlagierowy mecz ekstraklasy, najlepszą reklamę krajowego szczypiorniaka – pojedynek Wisły z Vive. I większość bardzo się zawiodła, bo mówiło się o tym, że spotkanie pokażą wszystkie ośrodki regionalne TVP3 a nic z tego nie wyszło.” - tutaj pewne sprostowanie. Wyszedł program publicystyczny na ten przykład...
„Mecz Crvena – Groclin: Wielu kibiców zostało wprowadzonych w błąd, ponieważ w momencie, kiedy dobiegał końca serial "Barwy szczęścia", piłkarze grali już od 5 minut! Narastającego ostatecznie do 25 minut opóźnienia nie zdementował nawet Dariusz Szpakowski, który po paśmie reklam i usypiającej dyskusji z Jerzym Engelem ( o wynikach ostatniej Ligi Mistrzów...) jakby nigdy nic zaprosił kibiców na transmisję z Belgradu.” - szkoda, że TVP jednocześnie nie prowadziła jakichś zabaw sms-owych nt końcowego wyniku spotkania, bo dzięki livescore'owi można by było wtedy chociaż jakąś kasę wygrać...
Skoki narciarskie to oczywiście sztampowe rozpoczynanie serii, gdy już skaczą – niezależnie, czy jest to seria pierwsza, czy finałowa.
I na koniec coś, o czym każdy fan koszykówki pamięta, czyli rok 1999, finałowe starcia Śląsk – Anwil. Jesteśmy we Włocławku, szósty mecz finału, wynik brzmi 63:63 i nagle... zapraszamy na Teleexpress!
Reasumując, ja naprawdę długo nie chciałem się pastwić nad TVP. Bo to nie jest jakieś wielkie wyzwanie. Ale po prostu drażni mnie, jak telewizja teoretycznie publiczna przekłada zyski z reklam ponad to, co ludzie chcą zobaczyć. Jak Robert Korzeniowski i spółka marginalizują sport, który jest przejawem jak najlepszych ludzkich odruchów. Który dał szansę masie ludzi i który jednoczył naród o wiele bardziej niż nadany o czasie Teleexpress. I który to potem narzeka, że ludzie TVP nie lubią, że nie oglądają meczy (zwłaszcza tych w TVP Sport, który jest mniej powszechny w naszym kraju niż Al-Jazeera).
Tak – rzadko oglądam telewizję. Jeżeli już to są to wydarzenia sportowe, wiadomości, albo dobry film. Dlatego nadal nie rozumiem, jak od tylu lat nikt się w tej redakcji nie nauczył, że widz chce oglądać hymny, chce oglądać radość Polaków po zwycięstwie, chce wreszcie zobaczyć mnóstwo powtórek z najważniejszych fragmentów spotkania. A nie przykładowego Jacka Gmocha bazgrolącego po tablicy, czy Zygmunta Chajzera biegającego z proszkiem do prania (z całym szacunkiem dla obu).
Jest jednak coś, w czym TVP wyprzedza wszystkich. To kasowanie filmików z Youtuba. Tak – ja niestety nie zdążyłem zobaczyć za wielu polskojęzycznych powtórek bramki Siódmiaka, dającej nam awans i eliminującej Niemców. Dlaczego? Bo pojawia się komunikat: „his video is no longer available due to a copyright claim by Telewizja Polska SA”. Wprawdzie zadowoliła mnie wersja z niemieckim komentarzem (powiem nawet, że była świetna), ale sam fakt irytuje. Może najpierw należy zadbać o doskonałą relację, a potem bronić swoich praw i własności?
Szkoda, że na Woronicza myślą jak najwięcej zarobić na reklamach i prawach autorskich. A nie jak usatysfakcjonować widza. Tylko niech się potem nikt nie dziwi, że ludzie nie są skorzy do płacenia abonamentu. Bo najpierw warto popatrzeć na siebie, a potem szukać winy u innych...
wtorek, 27 stycznia 2009
Klasyki PLK (9): Śląsk - TAU 2003/2004
sample.avi
Kolejny meczyk Śląska w Eurolidze z sezonu 2003/2004. Tym razem niestety przegrany jednym punktem 87-88. Świetny mecz Śląska, szczególnie w pierwszej połowie, kiedy kolega Romański, kilkukrotnie był na Evereście po podaniach Greera do Rondla cz Hyżego. W drugiej połowie Baskowie trochę odjechali, ale Śląsk doprowadził do końcówki na osobiste. W kluczowym momencie jednak skompromitowali się nieporadnymi próbami popełnienia faulu taktycznego (Katzurin zostawił niemobilnego Zielonego na parkiecie...) i było po meczu.
A rywale? Andres Nocioni, Luis Scola, Jose Calderon, Arvydas Macijauskas, Tiaggo Splitter, Pablo Prigioni, Kornel David, Andrew Betts - z pamięci, jednym tchem wymienia się skład tamtego zespołu, który pozbawił Śląsk tej jednej kluczowej wygranej, który niczego ostatecznie nie osiągnął...
Komentują: Romański i Bartlewicz
Rozmiar: 1 GB
Wrzuta dzięki Łuciowi.
PART1 95,78 MB
PART2 95,78 MB
PART3 95,78 MB
PART4 95,78 MB
PART5 95,78 MB
PART6 95,78 MB
PART7 95,78 MB
PART8 95,78 MB
PART9 95,78 MB
PART10 95,78 MB
PART11 66,46 MB
Zapraszamy do ściągania, oglądania i komentowania.
poniedziałek, 26 stycznia 2009
Eurocup: 16 gniewnych w grze
Przed losowaniem grup szefowie ULEB –u martwili się dwiema kwestiami. Po pierwsze, by dwie drużyny z jednej grupy fazy zasadniczej nie wpadły na siebie w rundzie drugiej. Po drugie, chodziło o uniknięcie spotkania dwóch ekip z jednego kraju. A priori uznano, że ważniejsze jest, by kibice nie musieli oglądać spotkań tych samych zespołów po wielokroć i stąd też trafiły nam się takie kwiatki jak wewnętrzne pojedynki teamów z Rosji, Serbii oraz Grecji. Jako że najważniejsze jest, by publika się nie nudziła, nie narzekam na taki obrót sprawy. Co innego kibice z wymienionych wyżej krajów..
W grupie I dojdzie do prawdziwej batalii rosyjsko – greckiej. Dynamo Moskwa i Chimki spotkają się z przedstawicielami Hellady – Panelliniosem i Maroussi Ateny. Przed sezonem obstawiałbym awans kompletu ekip ze Wschodu, ale wobec problemów finansowych, niczego nie można być pewnym. A to strajk spowodowany dokręceniem kurka z kasą, a to ucieczka czołowych graczy – wiele się może zdarzyć. „Na szczęście” dla Rosjan także i Grecy nie mogą być pewni swego. Dynamo jest jednym z faworytów sezonu, a ze składu ostatnio ubył mu jedynie niedowartościowany zmiennik Hollis Price. Zważywszy jednak na fakt, że wcześniej posterunek opuścił Ariel McDonald trener David Blatt będzie musiał otoczyć specjalną opieką jedynego klasowego (choć nieklasycznego) rozgrywającego – Jannero Pargo. I tak siła zespołu tkwi pod koszami, gdzie królują Litwini – Lavrinovicz, Javtokas i oraz wszechstronny Słoweniec Nachbar.
Inaczej wygląda to w zespole Chimek. Ekipa spod Moskwy bardziej odczuwa problemy pod koszem, skąd ubył Jerome Moiso, a Jorge Garbajosa znów zaczyna zmagać się z własnym zdrowiem. Równie niepewne są występy Macieja Lampego, który co jakiś czas notuje jakiś uraz. Stad też widać, że chimczanie muszą liczyć na graczy obwodowych, jak Milt Palacio, Kelly McCarty, czy utalentowany, ale „niestabilny motywacyjnie” Carlos Delfino.
Spośród ekip z Grecji lepiej wygląda Panellinios (dodatkowo wzmocniony Mustafą Shakurem), ale w decydujących meczach doświadczenie Jarroda Stevensona i spryt Williama Keysa z Maroussi znów mogą dać tej drużynie drugi oddech.
Grupa J wydaje się być najbardziej szalona ze względu na brak papierowego faworyta. Teoretycznie najsłabsza z rosyjskich drużyn UNICS ma za sobą rewelacyjną pierwszą rundę. Słynny Benetton Treviso nie ma jeszcze gwiazdorskiego zestawienia, ale młodzi Amerykanie – Bobby Dixon, Dashaun Wood, Gary Neal i Judson Wallace wsparci weteranami – Soragną i Niceviciem mogą rozpocząć marsz Treviso w pogoni za dawną chwałą. Turecki Telekom Ankara ma w składzie starych znajomych z PLK – Michaela Wrighta i Krisa Langa, ale jest to przede wszystkim ekipa własnego boiska, o czym rywale nie powinni zapominać. Z kolei Zadar jeszcze pół roku temu prezentował się obiecująco. Niestety bez trenera Aco Petrovicia może nie odegrać czołowej roli w tej fazie rozgrywek. Chyba, ze znów da o sobie znać bałkański charakter..
W grupie K do skoku szykuje się faworyt rozgrywek – Pamesa Walencja. Wystarczy spojrzeć na jej potencjał pod tablicami – Perović, Nielsen, Miralles, Pietrus.. Nawet kontuzje Kuqo i zdolnego Clavera mogą nie zatrzymać Hiszpanów w drodze po zwycięstwo w grupie. Ale już w Final 8 będzie się liczył każdy doświadczony gracz.. Ten sezon miał należeć do „Bestii ze Wschodu”, ale Azovmasz zaczął się rozpadać, nim zdążył kogoś mocno ugryźć. Okazało się jednak, ze nawet w kryzysie można wygrać najtrudniejszą grupę regular season. Jeżeli nikogo istotnego nie zabraknie w Last 16, to Khalid el Amin i spółka mogą jeszcze sprawić lanie kilku mocnym rywalom. Dwie drużyny z Serbii nie wyglądają może tak groźnie, ale Crvena Zvezda ma na tyle mocną pierwszą linię, że jedynie kontuzje Robertsa i Dragicevicia dają nadzieje Oliverowi Steviciowi na więcej minut na boisku. Z kolei mistrzowie świata U –19 – Bobo Marjanović, Stefan Marković czy Milan Macvan w pojedynczych meczach mogą przyprawić o siwe włosy trenerów swoich rywali.
Grupa L to teoretycznie domena Bilbao i Lietuvos rytas. Hiszpanie jak na zespół z ligi ACB nie mają jednak megagwiazd, zaś Litwini pokazują co oznacza słowo „chimeryczność” w praktyce. Jaki LR zobaczymy w tej części? Ten z superwystępu z ASVELEM na inaugurację, czy też ze spotkań z Gran Canarią, gdy kibice z Wilna mogli poczuć na własnej skórze grozę stanu przedzawałowego? Do tego zestawu dorzućmy nieobliczalne Spirou Charleroi i Artland Dragons. Niemcy raczej nie błyszczeli w meczach z mocnymi firmami, zaś Belgowie zdominowali przeciętną, grupę z Turowem Zgorzelec. Teraz okaże się, czy Spirou jest jedynie postrachem średniaków, czy może jednak powalczy o coś więcej..
Teoretycznie walka o końcowy triumf miała się rozstrzygnąć w bitwie hiszpańsko – rosyjskiej. Drabinka powoduje, że Chimki i Dynamo wpadną w Final 8 na UNICS. Z obecnego grona L16 smak zwycięstwa w Pucharze poczuły kluby z Walencji, Moskwy (Dynamo) i Wilna. Dojdzie do powtórki, czy może do elity wedrze się ktoś nowy? Stawką jest niezmiennie awans do następnej edycji Euroligi.
piątek, 23 stycznia 2009
To w końcu kiedy gramy o mistrzostwo?
Najwięcej zamieszania jest w najbogatszych klubach (Prokom, Turów, Anwil, PBG Basket, Czarni), które oczywiście mają najwięcej środków na roszady. Jak widać - paradoksalnie - pieniądze przeszkadzają w budowaniu stabilnych składów... I nawet jeśli w ostatnich wielokrotnie narzekano na skostniałe rostery w Prokomie i Turowie, źle się dzieje dla ligi, że spore środki przeznacza się na nerwowe ruchy, niepewne transfery, z ograniczonym wyborem na rynku, ograniczonym czasem na decyzje i z ogromną presją wyniku.
W centrum zainteresowania jest Prokom, który szuka wzmocnień przed fazą TOP16. Poszukiwano następcy Alekseja Nesovicia. Na celowniku byli Mantas Kalnietis, Mustafa Shakur czy Aleksander Capin. Ostateczny wybór - Tyrone Brazelton z BK Ventspils - nie jest chyba typem gracza, którego wszyscy oczekiwali. Zawodnik bez większego doświadczenia w Europie, niezbyt nastawiony na podawanie, nie bardzo odbiegający od profilu Ewinga i Logana. No cóż. Najważniejsze, żeby z jego obecności w zespole było więcej pożytku niż z Nesovicia. Kolejna planowana zmiana to ktoś na obwód, najprawdopodobniej w miejsce Koko Archibonga. Tutaj w kręgu zainteresowań przewinął się Goran Jagodnik czy Marko Milić, ale podstawowym celem transferowym miałby wracający do gry po kolejnej kontuzji Arvydas Macijauskas. Tutaj problemy są dwa: chrapkę na Litwina ma nie tylko Prokom, a Macias nie będzie wolnym graczem dopóki nie zakończy się przedłużająca się już sprawa z Olympiakosem w greckim sądzie. Być może sądy w Grecji pracują lepiej niż polskie, ale ja bym za bardzo na tego gracza nie liczył.
Turów w centrum zmian. Wypisywać wszystkich nazwisk kandydatów na stanowisko trenera w Zgorzelcu nie ma sensu. Było ich mnóstwo, a skończyło się na zaskakującej dla wszystkich decyzji - pozostawieniem tymczasowego trenera Pawła Turkiewicza na stanowisku pierwszego... Kilka lat temu Turkiewicz zdobył wicemistrzostwo Polski juniorów starszych ze Śląskiem Wrocław (zmierzch sukcesów juniorów Śląska swoją drogą...). Większość osób obserwujących tamten finał osób była zgodna - Śląsk nie odbiegał potencjałem od Anwilu, tylko Turkiewicz został trenersko zniszczony przez niejakiego... Bobana Miteva. Biorąc pod uwagę, że Miteva nie cenię jakoś nadzwyczajnie jako trenera, to cóż powiedzieć o Turkiewiczu? Asystentem Turkiewicza został Andrzej Adamek. Moim zdaniem powinno być na odwrót. Zresztą zobaczymy co pokaże praktyka.
W bardzo nieprzyjemnych okolicznościach pożegnano się z Iwo Kitzingerem. Przy okazji pokazując pełne poparcie dla trenera - wartościowa sprawa w obecnej sytuacji. Nie dokładnie na pozycję Iwo, ale na pozycję wartościowego Polaka do Turowa ma trafić Marcin Stefański. I w tym miejscu zupełnie nie rozumiem narzekań na ten transfer. Marcin jest najlepszym Polakiem jakiego można było w tej chwili za Kitzingera ściągnąć. Na SF w Zgorzelcu nie ma żadnego wyklarowanego lidera. Roszyk po raz drugi w Turowie się zwinął. A Stefański gra o wiele lepszy sezon niż dwa lata temu w Śląsku, kiedy był graczem, którego chciałby mieć każdy zespół czołówki. I z całą pewnością ten lepszy sezon, to nie tylko zasługa grania w słabszych zespołach niż Śląsk 2006/2007. Znakiem zapytania pozostaje wzmocnienie na pozycji rozgrywającego. Może to być kluczowy transfer dla losów Turowa w tym sezonie.
O wiele spokojniej jest w Anwilu, ale tutaj także mieliśmy trochę zmian. W końcu do gry wraca Milos Paravinja. Niedoszły pierwszy center Anwilu. Wejście do gry miał ponoć niezbyt imponujące, ale wraca po kontuzji, więc do ocen jeszcze trochę daleko. Doszedł Tommy Adams, który zdaje się świetnie wkomponował się w zespół, wprowadzając większą konkurencją na pozycjach 2/3 w zespole. Jest chyba także zabezpieczeniem awaryjnym na rezerwie dla Łukasza Koszarka. Wciąż jednak zmiennikiem Koszara pozostaje Michalski.
Sprawa Omara Barletta to już jednak kuriozum. Przed przybyciem do Anwilu Omar był za drogi dla Czarnych. Omar przybył do Włocławka, zagrał jeden mecz i został zwolniony na warunkach, które sprawiły, że przestał już być za drogi Czarnych... To dopiero historia.
Wracają jeszcze do Adamsa. Tommy rozwiązał w Anwilu dwa problemy: mały udział w ataku Iana Boylana, niestabilność w owym ataku starzejącego się Andrzeja Pluty. Jeśli dodamy świetnie radzącego sobie Łukasza Koszarka, najlepszego rozgrywającego w obecnej lidze i co raz lepiej funkcjonującą formację podkoszową - otrzymujemy najpoważniejszego kandydata do walki o mistrzostwo z Prokomem.
Ręce opadają, kiedy spojrzy się na to co w tym sezonie wyczynia się w Czarnych. Wymieniono w praktyce cały zespół łącznie z obsadą trenerską. Wyników oczywiście nie ma, bo zespół właśnie skończył budowę... Trener Okorn ma wyraźnie najgorszy bilans w porównaniu do Podkovyrova i Lisztwana. Być może to tylko moje osobiste przekonanie, ale moim zdaniem, gdyby dano pracować trenerowi Podkovyrovowi, to Czarni obecnie byliby w tej chwili w o wiele lepszej sytuacji... A tak są porażki, które przecież się wybacza, bo zespół jest w przebudowie. Jeszcze, żeby z tego coś wynikło w tym sezonie, albo choćby przyszłym. A tak zapewne wyników w tym roku nie będzie, a od nowego sezonu zupełnie nowa ekipa. Wystarczyło spokojnie pracować, a nie wszystko co zbudowano roz...walać. Ukraiński trener od początku nie miał dobrej prasy, jego zespół nie był tyle słaby, co zupełnie inny od wcześniej wielbionej formuły zespołu trenera Griszczuka. I to zapewne było kluczem, że bardzo szybko stracono w Słupsku cierpliwość. Zupełnie na marginesie można dodać, że po raz kolejny na ratowaniu wyniku ucierpiała gra Pawła Leończyka.
Jeszcze gorzej można skomentować wydarzenia w Poznaniu. Ale, że trener Kijewski ma szczęście do bardzo silnych pleców w różnych miejscach w tym kraju, to już taki obrót spraw w PBG Basket nikogo nie dziwi.
Na koniec jeszcze chciałbym powrócić na chwilę do akcji PLK w Twoim mieście. O pierwszej odsłonie pisaliśmy tutaj i tutaj. I choć po Pucku kolejne promocje wypadały już lepiej, to wciąż akcja do dużych miast i hal nie raczyła i zdaje się nie planuje zawitać. Brak informacji zastąpiono propagandą - temat pociągnął yanoo tutaj.
wtorek, 20 stycznia 2009
Koszykówka vs. siatkówka – starcie pierwsze
Zanim jednak do porównań i jakichkolwiek wniosków, trochę zmian. Otóż jak wiadomo z zestawienia trzeba usunąć wrocławską Orbitę – a szkoda, bo była trzecim co do wielkości obiektem. Dalej hala Basketu Kwidzyn. Jak odpowiedział mi rzecznik klubu: „Hala ma 1002 miejsca siedzące w sytuacji gdy gra Basket czyli z trybunami rozstawianymi za koszem i wzdłuż band. Gdy doliczymy miejsca stojące to rzeczywiście mecze ogląda po ok. 1500 osób.” Czyli w statystykę wpisujemy liczbę 1002. Następna sprawa - Górnik nie gra „w domu”, tylko w położonych niedaleko Świebodzicach, gdzie miejsc siedzących mamy równiutki tysiąc. Reszta danych wydała mi się na tyle realna i prawdopodobna, że nie sprawdzałem. A zatem obecnie mamy czternaście hal. Łączna ich pojemność to 28,525 miejsca, co daje średnią 2,037 miejsca siedzącego na halę. Mało. Bardzo mało. Ale jak to wygląda w lidze siatkarskiej?
Ranking według stałych miejsc siedzących w lidze siatkarzy:
Bydgoszcz – 5,430
Rzeszów – 4,300
Kędzierzyn – 3,000
Częstochowa – 2,800
Bełchatów – 2,500
Warszawa – 2,200
Olsztyn – 2,000
Gdańsk – 1,900
Radom – 1,700
Jastrzębie – 1,000
Włodarze ligi siatkarskiej najprawdopodobniej kompletnie nie znają się na geniuszu strategicznym i nigdy nie słuchali prezesów Wierzbowskiego, Ludwiczuka czy też Mirosława Noculaka , którzy to w zmniejszaniu ligi widzą wielkie zło. A w siatkarskiej PlusLidze jest ekip zaledwie dziesięć (i sponsora mają!). Ale wracając do meritum – łączna pojemność wszystkich obiektów to 26,830 miejsc, czyli jak łatwo policzyć 2,683 miejsca na halę.
Kolejkę koszykarzy może więc obejrzeć średnio zaledwie 12,222 widzów (granych jest sześć meczy jak wiadomo), a siatkarzy 13,415. Różnica tylko teoretycznie nie jest wielka - zauważmy, że tutaj mamy do czynienia z zaledwie pięcioma spotkaniami na rundę – a wynik i tak jest wyższy. Dodatkowo przy tak niskich łącznych liczbach ponad tysiąc widzów robi różnicę. I to sporą.
Ale co z tego zestawienia jeszcze wynika? Jak widać popularność, wbrew temu co mówił greg, można zbudować na małych obiektach. Bo nie oszukujmy się – gdyby nie Bydgoszcz i Rzeszów, pojemności byłyby beznadziejne. A tak są tylko mocno przeciętne. Ekipy, które ostatnio najbardziej liczyły się w walce o medale – Skra, Jastrzębski, Olsztyn i Częstochowa mają w halach łącznie 8,300 miejsc. A jednak telewizja tym żyje, relacje są dobre (nawet z jastrzębskiego kurnika), a ludzie chodzą na mecze, robią oprawy i miło spędzają czas.
Nie znaczy to oczywiście, że chcę oglądać spotkania w halach na 500 osób. Bo faktem jest, że niepowtarzalna atmosfera 7-10 tysięcy widzów na hali o wiele lepiej przyciągnie ludzi niż mały, wypchany do granic możliwości obiekt, w którym po dwóch minutach można paść z gorąca i duchoty.
Minusem jest z pewnością fakt, iż na tym przykładzie doskonale widać, jak zaprzepaszczono boom na koszykówkę. Jak zamiast inwestować w przyszłość masowo sprowadzano zawodników na jeden sezon. Bo średnia pojemność na poziomie 2,000 widzów na kolana nie powala. Zresztą w tym jest chyba też siła ligi piłkarskiej – mimo niesamowitej korupcji oraz równie beznadziejnego zarządu trzyma się doskonale. Dlaczego? Bo na mecz Wisły, Lecha, Górnika czy Legii może przyjść spokojnie tyle widzów, ile na całą kolejkę PLK. I to przyjść nawet podczas deszczu, czy śniegu – bo po prostu ma kto i ma gdzie.
Greg napisał: „Bo widz ma przede wszystkim uwierzyć, zostać przekonany, że ogląda wielkie widowisko. To czy ono takie faktycznie jest, schodzi na dalszy plan.” Niewątpliwie jest to prawda. Ale wielkie widowisko da się zrobić też w małej hali. Oczywiście jest trudniej, ale się da. Więc chyba najpierw należy pomyśleć nad marketingiem, odpowiednią reklamą tego produktu, a dopiero potem, gdy to się uda, nad „wymianą” hal. Bo co da fajne widowisko w pustej hali na 10,000 miejsc? Ludzie muszą się z powrotem przywiązać do klubu, dyscypliny – wtedy sami chętnie będą się „dali przekonywać” o wspaniałości widowiska i dodatkowo będą zachęcali innych do przybycia następnym razem.
Dalej: "Dlaczego tamte są uznawane za lepsze, dlaczego przede wszystkim tamtymi wydarzeniami interesowały się miliony?". Dlaczego? Bo wtedy była moda na koszykówkę. Bo wtedy telewizja promowała efektowne wsady a nie serwisy. Bo wreszcie było mnóstwo Polaków, z którymi można się było identyfikować. A nie dlatego, że na finałowych meczach w Hali Ludowej było 7,000 osób. Ludzie czują żal i nostalgię, że tamte czasy odeszły, dlatego je wspominają i twierdzą, że były lepsze. A one po prostu były bardziej reklamowane i napędzane modą. A zresztą – trochę starszych kibiców wspomina również niesamowite spotkania Śląska z Gwardią, czy Górnikiem, które były rozgrywane… w Kosynierce.
Za końcowe odejście od meritum przepraszam. A teraz czas chyba podsumować. Jak wynika z wyżej wymienionych danych, hala nie robi różnicy. Te siatkarskie są nieco większe, jednak nie one są powodem tak wielkiej popularności siatkówki. A zatem argument, że „małe nie zawsze jest piękne” jest oczywiście… trafny, aczkolwiek nie jest kluczem do zmniejszania różnic między basketem a siatką.
Tytułowy temat jest (był) wałkowany w wielu miejscach. Czy i tutaj powinien być? Wydaje mi się, że tak, bo każda dyskusja, nawet najbardziej błaha może doprowadzić do interesujących wniosków. Szkoda, że nawet te sensowne przemyślenia prawdopodobnie znikną gdzieś w otchłani internetowej świadomości...
W każdym razie mogę obiecać, że ewentualne kontynuacje również będą poruszały temat jakby z innej strony, niż sztampowo i od frontu - bo jakie są największe różnice, to wie każdy. A diabeł ponoć tkwi jednak w szczegółach...
niedziela, 18 stycznia 2009
Ajajajaj!!!
descargasbasket.blogspot.com, bo to o ten blog dokładnie chodzi, jest stronką po Hiszpańsku, ale chyba każdy się połapie - w końcu chodzi tylko o ściąganie meczów. Do znalezienia dużo archiwów z Euroligi, NBA, NCAA, czy choćby juniorskie mistrzostwa świata, kiedy to w 1987 roku Kukoc, Divac, Radja czy w 1999 Gasol, Navarro, Lopez ogrywali w finałach amerykańskie ekipy z odpowiednio Garym Paytonem, Larrym Johnsonem i Stacey Augmonem w '87 oraz Bobbym Simmonsem i Nickiem Collisonem w '99.
Co wyróżnia to miejsce od innych? Nie jest to zależny od innych użytkowników sieci torrent, który szczególnie w przypadku meczów archiwalnych sprawdza się słabo. Nie jest to także wrzucanie kilkunastu partów, do których linki po kilku miesiącach wygasają. Można od razu bezpośrednio ściągać całe mecze.
Tagi według dat oraz według kluczowych nazw bardzo ułatwiają poszukiwanie interesujących meczów. Co ważne blog działa od września, ale nawet najstarsze linki wciąż są aktualne. Transfer może tylko niewymarzony - w tym momencie waha się wciąż koło 20 KB/s. Ale nie można mieć wszystkiego. W przypadku części spotkań Euroligowych są także linki do streamów.
U mnie na pierwszy rzut Masiulis, Adomaitis, Zidek i Maskouliunas wraz z Edenyem i Stombergasem wygrywający Euroligę. Później pewnie Drazen Petrović robiący to samo z Ciboną, a dalej mecze Arisu z Gallisem i Giannakisem w składzie.
Miłego spotkania z historią basketu.
Derby Katalonii: „Z kolanka, o deskę”
Jak na derby przystało mecz należał do kategorii palce lizać. Przez większość spotkania wynik na styku, imponująca walka pod koszem okraszona bardzo efektownymi wsadami i blokami, szaleńcze rzuty zza łuku, nerwowa końcówka na korzyść Blaugrany - skończyło się na 64:68
Prowadzenie zmieniało się bardzo często. Barcy na początku udało się dojść do stanu 16:10. Jeszcze przed drugą kwartą Jagla rzucił za trzy zmniejszając dystans dzielący obie ekipy.. Między dziesiątą a dwudziestą minutą badalończycy zagrali troszkę szybciej. Do szatni schodzili z dwupunktową zaliczką.
Po przerwie wybuchła „La Bomba”. Juan Carlos Navarro wrzucił wyższy bieg .Dzięki jego celnej trójce Barca przewodziła 47:42. To zdenerwowało trenera Joventutu Sito Alonso, który zaprosił swoich koszykarzy na pogadankę przy ławce rezerwowych. Mimo że goście kontynuowali dobrą passę (55:47), w pewnym momencie do głosu doszedł zespół z Badalony. Po udanym fragmencie 7:0, aż 7 tysięcy kibiców było świadkami nieustannej „mijanki” na tablicy świetlnej.
Jakieś 20 sekund przed końcowym gwizdkiem Navarro, po rzutach osobistych, Katalończycy jeszcze raz przodowali (66:64). Akcja w ataku należała do DKV. Piłkę w swoje ręce dostał Mallet, ale pod presją obrońcy stracił równowagę. Po niedokładnym podaniu od Amerykanina Ribas stracił piłkę. Po przechwycie wszędobylskiego Ilyasovy i udanej asyście, Roger Grimau pogrzebał jakiekolwiek szanse na zmianę rezultatu i przypieczętował triumf dumy Katalonii.
Rubio bez formy, Top 16 bez Joventutu (z bilansem 4-6 - pozdrawiamy Sopot), porażka w derbach Katalonii... i (dopiero?) czwarta lokata w ACB. Humory w Badalonie chyba średnie.
P.S. Występ Lubosa Bartona, który w poprzednim sezonie bronił barw Joventutu, zakończył się totalną klapą. Przed nowymi rozgrywkami przeniósł się bardziej na południe, do zespołu ze stolicy Katalonii. Dziś „zjadły go” wrzeszczący tłum w parze z tremą. Fani nie okazali się zbyt łaskawi witając go gwizdami. Czech w 5 minut odpowiedział im... niedolotem.
P.S.2. Grał dziś Cajasol Sewilla Michała Ignerskiego. Skrzydłowy reprezentacji Polski musi przełknąć gorzki smak następnej porażki. Tym razem na własnym parkiecie jego zespół uległ 64:71 z Ricoh Minersa, a „Igi” dołożył na konto Cajasolu 12 punktów i 2 zbiórki.
sobota, 17 stycznia 2009
A kto mistrzem Pomorza? I inne, luźne dywagacje…
Sopot, Kołobrzeg, Starogard Gdański, Koszalin, Słupsk, Kwidzyn – co łączy mieszkańców tych miast? Z pewnością wiele dzieli, ale są też elementy spójne – choćby to, że wszystkie miejscowości leżą nad morzem. A dokładniej na szeroko pojętym Pomorzu. Co jeszcze łączy? Wszystkie posiadają drużynę w najsilniejszej lidze koszykarskiej w Polsce. Tak, tak – te rejony koszykówką stoją. Albo koszykówka nimi… W każdym razie meczy zwanych derbami jest trzydzieści w sezonie. Czyli, lekko licząc, średnio co kolejkę dochodzi do takiego spotkania. A kto wiedzie prym w tych lokalnych „mini-rozgrywkach”?
Jak na razie rozegrano 19 meczy:
Prokom – Basket 75:60
Basket – Czarni 73:86 i 81:72
Polpharma – AZS 77:54 i 76:88
Prokom – Czarni 75:60
Kotwica – AZS 61:73 i 86:80
Polpharma – Basket 81:75 i 96:88
Polpharma – Prokom 80:81
Kotwica – Basket 75:69
Czarni – Polpharma 67:77
Kotwica – Prokom 84:89
Czarni – Kotwica 66:62
Basket – AZS 84:95
Polpharma – Kotwica 91:68
Prokom – AZS 94:73
AZS – Czarni 86:73
Tabela po tych spotkaniach prezentuje się następująco (użyłem oczywiście współczynnika zwycięstw, bo zespoły rozegrały różną liczbę meczy):
1. (1) Prokom 1,00 (0,80)
2. (2) Polpharma 0,71 (0,76)
3. (7) AZS 0,57 (0,55)
4. (3) Kotwica 0,40 (0,72)
5. (8) Czarni 0,33 (0,47)
6. (10) Basket 0,14 (0,33)
W nawiasach wyniki i miejsca tych drużyn w „prawdziwej” tabeli. Co z tego wynika? Ano, że Kotwicy, Czarnym i Basketowi zdecydowanie nie leżą rywale „zza miedzy”. Kołobrzeżanie zresztą są na trzecim miejscu w ogólnej tabeli, a na Pomorzu zdecydowanie lepiej od nich radzą sobie zawodnicy AZS-u. Basket, podobnie jak w lidze, zamyka stawkę sił znad Bałtyku.
Kto jednak korzysta na dużej ilości derbów najbardziej? Moim zdaniem Prokom, który dzięki stuprocentowej skuteczności wysforował się na czoło obu tabel. W każdym razie – przed nami jeszcze jedenaście takich spotkań – wszystkie bez wyjątku zapowiadają się ciekawie i emocjonująco – w końcu nawet ostatni w tabeli Basket, dowodzony przez prawdziwego lidera (Urlep) jest groźny dla każdego.
A teraz trochę tytułowych innych dywagacji. W ostatnich tygodniach działo się naprawdę wieeeele, a niestety natłok spraw nie pozwolił wcześniej o tym napisać. Tak więc, w pewnym skrócie i od podpunktów:
- gratuluję Prokomowi TOP 16. Łukasz Cegliński zastanawiał się, czy się śmiać, czy płakać ale… powiedzmy sobie prawdę w oczy. Pacesas nie jest (jeszcze?) wybitnym trenerem, więc trudno było oczekiwać od niego cudów. Przy okazji zebrał sporo krytyki (często słusznej), lecz cel wykonał. Miał być awans i jest. A ponieważ zwycięzców się nie sądzi, to styl, ledwie dwie wygrane, brak trenera w Atenach przemilczę. Na chwilę obecną TP wyszedł „na swoje”. Zobaczymy co będzie dalej…
- Saso Filipovski, którego w naszym kraju już nie ma w jakimś wywiadzie wspomniał, że chętnie tu wróci. Wprawdzie mówił, że na razie to w roli turysty, ale czy wkrótce nie zobaczymy go znowu przy ławce trenerskiej? Jak pokazał casus Andreja Urlepa – nawet nielubiany przez większość, ale profesjonalny i mający wyniki coach dostaje kolejne szanse na udowodnienie swoich ponadprzeciętnych umiejętności. Tylko czy w coraz biedniejszej rzeczywistości kogoś będzie na niego stać?
- ponoć ŁKS Łódź stracił strategicznego sponsora, a przy życiu klub ratują kibice. I to jest olbrzymi problem, bo żeby koszykówka wracała czołowe miejsca w głowach ludzi, musi wrócić do dużych miast. Takim z pewnością może być Łódź, gdzie budowana jest wielka hala koszykarska, na meczach są komplety widzów, ludzie żyją ŁKS-em. Cóż więcej powiedzieć… mam wrażenie, że jak zwykle w Polsce – najbardziej zaangażowani dostają piachem po oczach i ostatecznie nic nie wychodzi. Oby tym razem przysłowie „co nas nie zabije, to wzmocni” było prawdziwe…
piątek, 16 stycznia 2009
Przegląd podkoszowych PLK - odsłona druga
1.(-) Asseco Prokom Sopot (Dylewicz 11.4/7, Burke 7.9/7.8, Burrell 9.9/4.7, Hrycaniuk 3.8/3.8)
Pierwsze miejsce podobnie jak i ostatnie utrzymane. Obsada wysokich w Sopocie to właściwie kosmos dla reszty ligi. Kolejny mały krok do przodu Filipa Dylewicza, choć robiony z ławki. Burke imponuje zbiórką, a co go wyróżnia to doskonały atak tablicy przy zbiórkach ofensywnych i dobitkach. Burrell robi swoje, a Hrycaniuk jest powoli wprowadzany do gry. Często w S5, często im bliżej końca meczu, tym rzadziej na parkiecie.
2.(+7) PBG Basket Poznań (Wójcik 17.8/5.4, Bigus 8.4/7.6, Mclean 9/7.2, Brannen 8.3/6.3)
Aż siedem pozycji wyżej. Przyczyna oczywista - przyjście wciąż świetnego Adam Wójcika. Warto także zwrócić uwagę na to, ile zbiórek dostarcza cała czwórka swojemu zespołowi. Oława to najlepiej punktujący wysoki w lidze, a jego trzej koledzy także dokładają solidarnie porządne cyferki.
3.(+1) Anwil Włocławek (Brkić 12.4/5.6, Miller 9.8/5.2, Modrić 7.7/6.1, Barlett, Paravinja)
Trójka Brkić, Miller, Modrić gra bardzo dobrze, a nadchodzą posiłki: Omar Barlett i być może w końcu Milos Paravinja - wielki niespełniony talent Zmago Sagadina. Obaj po kilkumiesięcznej przerwie w grze.
4.(+3) Polpharma Starogard Gdański (Coleman 11.1/6.2, Tuljković 12.4/5.3, Żurawski 6.7/4.5, Kowalczuk 5.3/4.5)
Bardzo wyrównana czwórka, bardzo wyrównanego zespołu, który jest wiceliderem tabeli, który pomimo nie pewnych przewidywań za nic nie chce zacząć spadać w dół tabeli. Duży plus dla trenera Karola, że w zespole lubiącym grać na obwodzie, każdy z czterech podkoszowych jest efektywnie wykorzystywany.
5.(-3) Turów Zgorzelec (Daniels 9.3/5.9, Witka 8.2/4.3, Turek 8.2/4.8, Drobnjak 5/3.3)
Przeciętnie punktowo, ale zbiórka pozostawia już sporo do życzenia. Turów jest zdecydowanie najsłabszy w tym elemencie z całej pierwszej piątce rankingu. Im dalej w sezon tym co raz bardziej wychodzi brak manewrów Turka, czy w ogóle brak gry tyłem do kosza całej formacji. Taka poSasowa spuścizna... W innym kontekście Drobnjak wypada bardzo blado. A dla tych, którzy wciąż wierzą w moc wielkiego zawiadowcy obrony - Dragiszy, polecam porównanie osiągnięć Słoweńca z osiągnięciami Pawła Kowalczuka. Wyniki mogą być wstrząsające...
6.(-3) Stal Ostrów Wielkopolski (Okafor 13.8/7.1, Jovanović 14.2/4.9, Jocović 2.6/3.3, Ratajczak 2/2)
Co tu dużo mówić. Dwóch liderów ciągnących wózek, dwóch statystów. Zespół przeciętny, a dokładniej - z przeciętnymi wynikami. Za słabi by być wyżej, za mocni by być niżej.
7.(+5) Kotwica Kołobrzeg (Naymick 9.5/7.3, Cielebąk 9.5/4.4, Stelmach 6.8/3.1, Przybyszewski 3.9/2.5)
W Kotwicy bardzo wiele rzeczy dzieje się na obwodzie (Hamilton, Kikowski, Mills, Barrett, Crone). Obwód ma jednak solidne wsparcie pod deskami. Warto wspomnieć o jakimś przełamanie Piotra Stelmacha. W ostatnich sześciu spotkaniach notował średnio 12.2 pkt przy 64% skuteczności z gry.
8.(+5) Basket Kwidzyn (Tica 11.2/7.4, Hyży 9.7/5.6, Lubeck 7.3/4, Wallace 3.3/4.8, Mróz)
Przyjście Hyżego i Wallace'a sprawiło, że formacja wysokich w Kwidzynie nie wygląda już na tak wybrakowaną jak na początku sezonu. Brandon Wallace wygląda na człowieka z potencjałem, ale jakoś nie może zaskoczyć u Urlepa. Co wydaje się dziwne, kiedy spojrzymy ile w Baskecie wnosi człowiek bez potencjału - Radek Hyży. I zgadnijcie kto to powiedział? Wybrałem Kwidzyn ze względu na trenera Urlepa. Na treningach nie jest lekko, ale wiedziałem, że tak będzie. Mam nadzieję, że ciężka praca przyniesie efekty. O występach w reprezentacji Polski i mistrzostwach Europy jeszcze nie myślę. Po prostu chcę się rozwijać i wiem, że trafiłem do dobrego trenera. Tak, tak Paweł Mróz. No i Wąski tak wybrał rozwój, że nie gra w ogóle...
9.(+2) Polonia Warszawa (Ansley 11.2/5.7, Johnson 10.2/8.2, Bacik 6.3/5.4, Radke 4.2/2.9)
Cyferki wyglądają nieźle. 41-letni Ansley wciąż robi tu za gwiazdę, więc niech to będzie komentarzem. Do pary z Mario Bacikiem są to już weterani, którzy nie dają rady grać efektywnie przez cały mecz, Johnson jest nieokiełznany, a Hubert Radke to... Hubert Radke. Wygląda to wszystko bardzo przeciętnie, ale mimo to dwie pozycje w górę. Wyżej ubyło Śląska, Czarnych, AZS-u, Górnika, a przybyło Kotwicy i Basketu.
10.(-4) Czarni Słupsk (Kedzo 16.4/6.4, Leończyk 8.4/4.3, Booker)
Najtrudniejszy do sklasyfikowanie zespół. Przyznam, że miałem wszystko ustalone i zostali mi Czarni, których trzeba było gdzieś umieścić i wypadło właśnie tutaj - pod Polonią a nad Sportino. Tutaj jak w całym zespole Czarnych poważna rewolucja. Z początku sezonu został tylko Paweł Leończyk, a odpadli Howell, Ingram i Ratajczak. Przyszedł Kedzo, który spisuje się swietnie - w szczególności zza łuku. Drugi sezon z rzędu podobną historię przechodzi Paweł Leończyk. Po bardzo dobrym początku, następuje zmiana na nowego trenera, który musi gonić wyniki i jest od razu słabiej. W obecnej chwili to dość dziwne - Czarni mają dwóch ludzi pod koszem, a Kedzo lubi sobie postać za linią 6,25. Pozytywnego przełożenia na grę Polaka jednak nie ma. Do zespołu przyszedł właśnie Chris Booker i to się dopiero okaże jak się odnajdzie w Słupsku.
11.(-) Sportino Inowrocław (Landry 11.4/11.3, Gomez 9.4/5.5, Obrzut 4.6/3.5, Robak 1.8/2.8)
Nieklasyfikowane w październiku. Niesamowity Kyle Landry, a później im dalej w las tym gorzej. Myślę, że wiele osób więcej się spodziewało po Łukaszu "prawie zagrałem w NBA" Obrzucie. Opinie o tym jakoby Pacers wzięli go tylko po to, żeby mieć wysoką atrapę centra na treningach, okazały się chyba prawdziwe...
12.(-7) Górnik Wałbrzych (Barro 10.9/7, Zabłocki 7.9/3.5, Argrett 6.6/4.3, Ercegović 3.6/3.2)
Największy spadek rankingu. No i jednak Górnik umieszczony na bardzo wysokim miejscu w październiku okazał się największym wygłupem tamtego rankingu. Największą różnicę w tym wszystkim zrobiło to, że Kristjan Ercegović w ogóle nie okazał się jednak tym starym dobrym Kristjanem Ercegoviciem, którego znaliśmy z lat wcześniejszych.
13.(-3) AZS Koszalin (Reese 16.2/6.7, Oduok 6.4/2.9, Metelski 4.4/3.2, Diduszko 3.4/3.5)
Ubył Steffon Bradford, wyniki AZS-u diametralnie poszły do góry, ale pod koszem nadal jest TRAGEDIA. Reese szaleje, dostarcza dużo punktów, ale skoro jest już pod koszem, to 44% skuteczności z gry nie jestem w stanie uznać za dobry wynik. Już pomijając, że gry kolegi George'a nie jestem w stanie oglądać. A poza Amerykaninem też już tylko o wiele gorzej. Diduszko i Metelski - w Koszalinie są szczęśliwi, że COŚ da się z tych graczy wyciągnąć. A 50-letni Ime? Bardzo przydatny? Jakoś tego nie widać. W Polsce nigdy nie był specem od punktowania, ale doceniano go za zbiórki. Tylko gdzie ta deska?
14.(-) Znicz Jarosław (Reynolds 15.4/8.1, Miszczuk 9.6/3.9, Neltner 7.3/4, Mikołajko 2.2/1.9)
Szczerze mówiąc jest to jedyny zespół PLK, którego nie miałem okazji obejrzeć w tym sezonie. I nadal pozostając szczerym - wcale nad tym nie ubolewam. Może uda się Znicz, zobaczyć jutro. Może nie. W każdym razie wątpliwości co do ostatniej lokaty nie miałem.
I tak oto wygląda ranking styczniowy. Myślę, że ten jest lepszy i dokładniejszy. W końcu mamy za sobą o wiele większy kawałek sezonu. Podobnie jak poprzednio powiem, że nie wiem czy będą następne. W zależności od potrzeby.
A co Wy sądzicie na ten temat? Popełniłem jakieś tragiczne pomyłki?
środa, 14 stycznia 2009
Być albo nie być cz.3 grupy B i D Euroligi
W poprzednim wpisie zajmowałem się decydującymi meczami sezonu zasadniczego Pucharu Europy, dziś z kolei mamy pierwszy dzień walki o wszystko w Eurolidze. W grupie B mistrzowie Polski grają z Panathinaikosem Ateny. Prawdę powiedziawszy piszę trochę na wyrost, bo grecy wciąż walczą o drugą lokatę na koniec tej części sezonu, wiec ich motywacja będzie silna. Sopocianie muszą liczyć na korzystne rozstrzygnięcia w pozostałych meczach, w których potykają się zespoły – Nancy z Montepaschi Siena oraz Barcelona z Żalgirisem. Teoretycznie porażki Francuzów i Litwinów są zarówno prawdopodobne, jak i pożądane z polskiego punktu widzenia. Jednakże Nancy gra z Włochami u siebie, zaś rywal kownian, choć jest jednym z najpotężniejszych teamów w tych rozgrywkach – gra o pietruszkę mając pierwsze miejsce w kieszeni..
Gracze Prokomu muszą grać na całego i nie oglądać się na wyniki z innych hal, bo na to przyjdzie czas po skończonej grze. Nie warto, jak sądzę, kierować się ciężką przeprawą Pao w ostatnim meczu ligowym z AEK Ateny. Liga nie jest teraz priorytetem „Wszechateńskich” i takie sytuacje, jak w weekend mogą się zdarzać. Teraz nadszedł czas walki o rozstawienie przed Top 16 i gra idzie na całego. Trzymajmy mimo tego kciuki za zespół z Trójmiasta, bo to ostatni nasi Mohikanie w europejskich pucharach. Jeśli teraz odpadną, to następny kontakt z najlepszymi w Europie zanotujemy, jako polska koszykówka we wrześniu. W tym sezonie, jak i pod koniec poprzedniego, szansę gry dostają wreszcie gracze z szerokiej reprezentacji Polski. Oby Przemysław Zamojski i pozostali nasi gracze mogli jak najdłużej „przecierać się” przed Eurobasketem.
W grupie D szanse na awans ma nawet ostatni w tabeli Panionios (gra z Armani Jeans Mediolan). Ciężki bój toczą w Moskwie gracze Partizana Belgrad. Oni, podobnie jak Prokom też muszą liczyć nie tyko na siebie (czyli na cud, w zasadzie), ale i na porażkę mediolańczyków. Dzielnie walczyli z silniejszymi przeciwnikami przez cały sezon zasadniczy i szkoda byłoby ich pożegnać już teraz. Z kolei hitem dnia jest starcie Realu z Efesem Pilsen Stambuł. Turcy grają o wszystko, bo w wariancie pesymistycznym mogą z trzeciej lokaty wylądować poza Top 16. Już sporo się dzieje, a to dopiero początek zabawy.
Miłego śledzenia euroligowych zmagań.
Być albo nie być cz.2 - Puchar Europy
Na początek sypię głowę popiołem (choć karnawał jeszcze trwa..). W poprzednim wpisie zagalopowałem się pisząc o play –off w Pucharze Europy, a przecież w nowej formule czeka nas teraz druga faza grupowa na wzór euroligowej Top 16. Po tej samokrytyce możemy zacząć krótki przegląd wydarzeń na euroboiskach.
Jak już pewnie wiecie, PGE Turów nie zdołał sprawić niespodzianki w ostatniej kolejce Eurpocup, a co za tym idzie nie namieszał w końcowym układzie tabeli. Jak wiadomo, klub ze Zgorzelca musi teraz uporządkować swoje sprawy personalne, wybrać trenera (chyba, że postawi na Pawła Turkiewicza?) i wzmocnić skład, by walczyć o odzyskanie pozycji w Polskiej Lidze Koszykówki. W spotkaniu z Belgami sporo pograli dwaj słabsi dotąd obwodowi – Gorjan Radonjić i Alex Harris. Ciekawe, czy nadszedł ich czas, czy może był to łabędzi śpiew tych zawodników? Niepokoją przeciętne zawody Iwo Kitzingera i Krzysztofa Roszyka - wydawałoby się pewniaków na wrześniowy Eurobasket. Ważne też, by najtwardszy spośród podkoszowych Turowa – Dragisa Drobnjak szybko wrócił do zdrowia, bo teraz spotkań „o nic” już dla zgorzelczan nie będzie. Są to jednak kwestie na kolejny miesiąc. Na razie kończy się nieudana przygoda z pucharami, a jakimś pocieszeniem jest uniknięcie ostatniego miejsca w grupie. Może za rok nadejdą z Europy lepsze wieści?
„Polską” grupę wygrało Spirou Charleroi przed Crveną Zvezdą Belgrad. W ekipie serbskiej pod nieobecność kontuzjowanych Lawrence'a Robertsa i Tadiji Dragicevicia więcej minut spędził na parkiecie Oliver Stević (17,21 min. i 5 „oczek”). Póki co trener Svetislav Pesić bardziej ufa młodym wilkom – Vlado Stimacowi, czy Elmedinowi Kikanoviciowi, ale były gracz Śląska i Anwilu na pewno nie będzie bezczynnie czekał na swoje pięć minut. Sam jestem ciekaw, jak sobie poradzi..
W grupie A ostatnie rozdanie zmieniło układ sił. Targany kłopotami finansowymi ASK Ryga spadł z pierwszej na trzecią lokatę, zaś Maroussi Ateny zepchnęło Zadar z fotela lidera już tydzień temu. Ostatecznie Grecy i Chorwaci grają dalej, ale ci drudzy znaleźli się w podobnej sytuacji, jak Turów – potrzebny jest nowy trener..
W grupie B już wcześniej do dalszych gier awansował UNICS Kazań i Dynamo Moskwa. Inaczej było w grupie C, gdzie w bezpośrednim pojedynku Chimki wywalczyły sobie przewagę jednego miejsca nad Benettonem Treviso. Włosi walczyli ambitnie, ale w kluczowym akcje Kelly'ego McCarty'ego i Carlosa Delfino dały Rosjanom zwycięstwo. Maciej Lampe ma wrócić do gry w najbliższej kolejce ligi rosyjskiej.
W grupie D o kolejności w tabeli zadecydował ostatni zespół, a wiec Bnei Hasharon, pokonując Aris Saloniki i eliminując go z gry. Dało to awans Panellioniosowi, który pokonał triumfatora Turk Telekom Ankarę.
Zgodnie z oczekiwaniami zupełne szaleństwo panowało w grupie E. Jeszcze niedawno ostatni w tabeli Azovmasz Mariupol pewnie pokonał ASVEL, mając lidera w osobie wracającego w dobrym stylu do gry Khalida el Amina. Z kolei niedawny lider, Kalise Gran Canaria po chaotycznym meczu uległa Lietuvos rytas Wilno i pożegnała się z rozgrywkami. W tym spotkaniu żadna ze stron nie zachwyciła poziomem gry. Litwini przespali początek, zaś później Hiszpanie długo dawali się nabierać na proste akcje gospodarzy. Wreszcie fragmenty lepszej obrony dały niespodziewane prowadzenie Kalise. Litwini wrzucili piąty bieg w ostatniej odsłonie, ale wobec postawionej przez rywali strefy (która jest ich przekleństwem w tym sezonie) o mały włos nie roztrwonili sporej przewagi. Tym razem bardziej przegrał słabszy, niż zwyciężył lepszy i grając w tym stylu wilnianie będą mieli spore problemy w kolejnych etapach Eurocup.
„Szefem” grupy G była Pamesa Walencja i to ona zakończyła złudzenia Fortitudo Bolonia, jeśli chodzi o dalsze losy w Pucharze. Nie pomogła Włochom nawet dobra gra wypożyczonego z Realu Lazarosa Papadopoulosa, który zdobył 13 punktów i zebrał 6 piłek z tablic. Porażkę bolończyków wykorzystali Niemcy z Artland Dragons, pokonując u siebie FMP Belgrad.
Mistrzowie Czech, gracze Nymburka nie zdołali pokonać Hemofarmu Vrsac i nie dołączą do Bilbao w Last 16. Podobnie jak Turów, nie powtórzą swych dobrych wyników z poprzedniego sezonu zaplecza Euroligi. Z kolei w zespole z Vrsacu coraz lepiej sprawdzają się mistrzowie świata do lat 19 – Milan Macvan, Stefan Marković, czy olbrzymi Bobo Marjanović. Taką młodzież Hemofarm może z dumą pokazać całej Europie. I sprzedać z zyskiem..
Faza Last 16 startuje 27 stycznia. W każdej grupie jest dwóch liderów grup i dwie ekipy z drugich miejsc. Oto szczegóły:
Grupa I: Maroussi, Chimki, Dynamo Moskwa, Panellinios;
Grupa J: UNICS, Turk Telekom, Zadar, Benetton;
Grupa K: Azovmasz, Pamesa, Crvena Zvezda, Hemofarm Vrsac;
Grupa L: Spirou, Bilbao, Lietuvos rytas, Artland Dragons
Do dalszych gier awansują dwie najlepsze drużyny z każdej grupy.
wtorek, 13 stycznia 2009
6 kolejka Eurocup: Być albo nie być
W Pucharze Europy skończył się czas radosnego gromadzenia punktów i nadszedł dzień prawdy. Za kilka godzin dowiemy się, kto weźmie udział w fazie play off, a kto będzie musiał wrócić do ligowej szarzyzny. Z kolei w tych grupach, w których sprawa awansu została rozwiązana, ustalona zostanie hierarchia na miejscach 1-2, czyli kwestia rozstawienia w drabince fazy pucharowej.
Ze stoickim spokojem mogą przystąpić do spotkań 6 kolejki zwycięzcy grup B, G i H, czyli – UNICS Kazań, Pamesa Walencja oraz iurbentia Bilbao. Rożnie za to przedstawia się sytuacja ich grupowych rywali. W grupie B sprawa jest jasna – drugie miejsce ma w kieszeni ekipa Dynama Moskwa. Na przeciwnym biegunie znajdują się zespoły z grupy G, w której cała trójka oprócz Pamesy walczy o prawo dalszej gry. Najtrudniejsze zadanie czeka Fortitudo Bolonia, które musi wygrać właśnie z Hiszpanami, zaś ostatni w tabeli FMP Belgrad licząc na porażkę Włochów musi zwyciężyć na wyjeździe Artland Dragons. Za to w grupie H sprawa ma się bardzo klarownie – Buducnost Podgorica zagra o prestiż z Bilbao zaś Nymburk Mulego Katzurina stoczy we własnej hali bój o„wszystko albo nic” z Hemofarmem Vrsac, osłabionym brakiem Vladana Vukosavljevicia.
Nieco inaczej wygląda to w grupach A i D. Tam pewne jest tylko to, że swoją przygodę z pucharami zakończyły już „czerwone latarnie” – odpowiednio Chorale Roanne i Bnei Hasharon. Do końca marzeń tej ostatniej ekipy przyczynili się.. tureccy kibice (a właściwie chuligani), którzy wszczęli burdy na meczu Izraelczyków z Turk Telekomem Ankara. Turcy rozegrają jeden mecz przy pustych trybunach, ale gracze Hasharon po odmowie wyjścia na parkiet zostali ukarani walkowerem, który ostatecznie skazał ich na ostatnie miejsce w końcowej tabeli.
Stacja Eurosport 2 słusznie upatruje hitów kolejki w potyczkach Chimek Moskwa z Benettonem Treviso oraz Lietuvos rytas Wilno z Kalise Gran Canaria. W pierwszym wypadku słynny team z Włoch spróbuje odebrać Rosjanom pierwszą lokatę w grupie C. Graja z nimi co prawda na wyjeździe, ale Rosjanie stracili z powodów finansowych rozstali się z Jeromem Moiso, a nadal kontuzjowany jest Maciej Lampe. W tej sytuacji na środku będą musieli sobie radzić Nikita Szabałkin i Timofiej Mozgow, którym talentu odmówić nie można, ale o doświadczeniu tego samego powiedzieć się nie da. A naprzeciw nich stanie twardziel Judson Wallace i stary lis Sandro Nicević.. Jeszcze ciekawiej jest w grupie E, gdzie ostatnie miejsca w tabeli okupują faworyci, czyli wspomniana Grana Canaria oraz Lietuvos rytas. Starcie w Wilnie wyłoni zespół, który zagra w dalszej części rozgrywek, zaś drugim szczęśliwcem będzie triumfator potyczki w Mariupolu, gdzie dojdzie do konfrontacji gospodarzy z ASVEL –em Villeurbanne. Francuzi już swoja postawą już sporo namieszali w tabeli, ale wyeliminowanie faworytów grupy – to byłoby coś.
Niestety dla nas takich emocji zabraknie w grupie F. PGE Turów Zgorzelec już wcześniej pożegnał się z nadziejami na jakikolwiek sukces. Na koniec ma jednak szansę pomieszać szyki rewelacyjnym liderom – Spirou Charleroi, którzy w razie porażki z Polakami mogą stracić pierwsze miejsce w tabeli. Jeżeli równocześnie Crvena Zvezda pokona Bamberg nastąpi ostateczna zmiana lidera grupy. Może być też tak, że przy równoczesnej porażce Belgów i Serbów nie zmieni się nic. Dla polskich kibiców dobra wiadomość jest taka, że znany z występów w naszej lidze Oliver Stević może tym razem dostać dłuższą szansę gry wobec kontuzji Lawrencea Robertsa i Tadiji Dragicevicia.
Tak czy inaczej wicemistrzowie Polski powinni wykrzesać z siebie energię, by chociaż postawą w rewanżu zatrzeć złe wrażenie po wyraźnej porażce ze Spirou w Libercu. Inna sprawa, że teraz już definitywnie nie mogą liczyć na przywództwo trenera Saszy Filipovskiego przy linii bocznej. Debiut trenera Pawła Turkiewicza w meczu z Asseco Prokomem w Sopocie zakończył się porażką i widać, że sporo jeszcze pracy przed tym bądź innym szkoleniowcem zgorzelczan. Na razie trener Turowa musi spróbować ograniczyć okresy chaotycznej gry swych podopiecznych i natchnąć do bardziej urozmaiconej gry, jaka pokazali na początku pierwszej i trzeciej kwarty meczu z Prokomem, gdyz pójście na wymianę ciosów z dystansu nie jest najlepszą metodą na konsekwentną grę Charleroi. Jeśli uda się spełnić ten warunek, rywalizacja w ostatnim meczu pucharowym sezonu 2008 – 2009 może być dla kibiców Turowa całkiem ciekawy zaskoczeniem.
niedziela, 11 stycznia 2009
Klasyki PLK (8): Śląsk - Anwil, finał PLK 2001
Po drugiej stronie w zespole Stefana Tota poza stałymi bywalcami takimi jak: Griszczuk, Jankowski, Prawica, czy Tomaszewski grali także: Vladmir Krstić, Davor Marcelić, Evgeni Kisurin czy Miladin Mutavdzić.
Para komentatorska już niestety nie z tych najlepszych: Piotr Sobczyński i Rafał Darżynkiewicz.
Jakość video dosyć przeciętna, ale da się spokojnie oglądać. Rozmiar: 1 GB.
CZĘŚĆ I
PART1 107,42 MB
PART2 107,42 MB
PART3 107,42 MB
PART4 107,42 MB
PART5 107,42 MB
PART6 107,42 MB
PART7 107,42 MB
PART8 74,69 MB
CZĘŚĆ II
PART1 114,44 MB
PART2 113,79 MB
Ściągajcie, oglądajcie, komentujcie.
sobota, 10 stycznia 2009
5 lat tradycji na Kujawach
Pora na krótką wyliczankę, aby przypomnieć sobie pewne sytuacje i zdać sprawę ze skali zjawiska. Poprawcie jeśli o kimś zapomniałem. Oto gracze, którzy wzmacniali Anwil w środkowej części rozgrywek od sezonu 2004/2005 (w nawiasie średnia punktów w play-off):
2004/2005: Joe Crispin (13.5), Ed Scott (10.8), Dusan Jelić (9.8), Dragan Vukcević (9.3)
2005/2006: Brent Scott (9.1), Dante Swanson (8.8), Pete Lisicky (8.5)
2006/2007: Otis Hill (13.2), Goran Jagodnik (13.2), Chris Thomas (11.2), Ales Pipan
2007/2008: Vladimir Petrović (8.4), Zeljko Zagorac (nie grał w play-off, w sezonie zasadniczym - 8.4), Alan Daniels (7.8), Tomas Gaidamavicius (1.8)
2008/2009: Omar Barlett, Tommy Adams, Igor Griszczuk
A to przecież tylko ci którzy dograli sezon do końca. Tych na kilka meczów czy na testach było więcej. Tutaj pamiętać wszystkim na pewno nie dam rady, ale kilka nazwisk to: D'or Fisher, Slavko Duscak, Nate Erdmann, David Logan czy Travis Young.
Jak widać szczególnie w sezonach 2004/2005 i 2006/2007 cały szeroki trzon zespołu tworzono od podstaw w środku sezonu. W tym drugim także jeśli chodzi o ławkę trenerską. W 2005/2006 oraz 2007/2008 zmiany były znaczące, choć w ostatnim sezonie kontuzje Zagoraca i Petrovicia komplikowały sprawę.
Teraz możemy sobie zadać pytanie przydatne w dalszych rozważaniach - ilu z 14 kluczowych zawodników wzmacniających w Anwil w podczas trwania rozgrywek w latach 2004-2008 pozostało na kolejny sezon? Jeden - Ed Scott. Co chyba bardzo dobrze pokazuje jak bardzo te transfery miały charakter armii zaciężnej, a gracze najemników. Niby nic złego, bo przecież każdy przyzna, że w każdym sezonie te zmiany wydawały się bardzo rozsądne. Wzmocnienia były konieczne dla lepszych wyników. One później były, albo i nie.
Takie zmiany były rozsądne z perspektywy każdego kolejnego sezonu. Ale czy są takie z perspektywy pięciu lat? Anwil to wypalająca się organizacja. Co roku starają się wyciągać optimum na transfery, na gwiazdy wzmacniające zespół w trakcie sezonu i po kilku miesiącach odchodzące z zespołu. A wyniki na równi pochyłej: wyrównany finał, jednostronny finał, 4. miejsce, 5. miejsce.
Prezes Polatowski mówi, że bez wsparcia Anwilu klub upadnie. Ale tutaj właśnie widać najlepiej widać krótkowzroczność, wieczne przetrawianie całych środków tylko na działalność bieżącą. Anwil to zespół najbardziej komfortowej sytuacji finansowej na przestrzeni ostatnich 20 lat, czyli czasów, kiedy zaczęły się liczyć pieniądze. We Włocławku jest możny sponsor, stale łożący na zespół od kilkunastu lat. Nikt nie mógł pracować w takiej pewności stabilizacji finansowej w przyszłości. Dlaczego więc posiadanych pieniędzy sponsora nie zainwestowano tak, żeby można było sobie bez niego poradzić, kiedy odejdzie przynajmniej na poziomie minimum przetrwania? Dlaczego mówiąc o podejściu biznesowym w polskiej koszykówce mówi się głównie o braku długów i kolesiostwa przy obsadzaniu stanowisk, a nie podstawie w każdym biznesie - inwestowaniu w siebie i swoją przyszłość?
A czym są te inwestycje w koszykówce? Jest to szerokie pojęte szkolenie młodzieży graczy, rozwijanie infrastruktury klubowej, stawianie na stabilny skład, przez co zespół staje się co raz bardziej rozpoznawalny, a także ciągłe inwestowanie w promocję i marketing. Bo nie wiedzieć czemu Polskie kluby myślą, że jak mają pewną pozycję w swojej mieścinie i pełną halę na 1000 osób to, że już nic więcej w tej materii zrobić się nie da. A da się i owszem. Trzeba walczyć o popularność w regionie, w całym kraju, później w Europie, na świecie - w tym miejscu zapewne wielu czytelników puknie się w czoło. Tylko właśnie od takiego pukania ciężko się wygrzebać z własnego grajdoła...
O młodzieży wrocławskiej i niewrocławskiej
Po świętach Bożego Narodzenia rozmawiałem z Tomaszem Jankowskim, trenerem II-ligowego Śląska i selekcjonera kadry U20. Od lat kojarzony ze stolicą Dolnego Śląska i pracą z młodzieżą. Jednym z zagadnień było szkolenie, również to wrocławskie. Oto fragment:
Trzy lata temu mówił pan o Śląsku jako miejscu, gdzie szkolenie stoi na najwyższym poziomie w kraju. Dalej tak jest?
- Szkolenie trochę upadło. Wtedy byliśmy zespołem, który jako jedyny miał grających w ekstraklasie wychowanków. Odnosiliśmy sukcesy w różnych kategoriach wiekowych i dostarczaliśmy wielu kadrowiczów. Niedawno zastanawiałem się nad jedną sprawą. Gdybyśmy zebrali wszystkich zawodników rozsianych po ekstraklasie, pierwszej i drugiej lidze, byłoby to grono ludzi zdolnych do bicia się o wysokie lokaty w I lidze. Wszystko to kwestia pieniędzy i większej konkurencji.
W samym Wrocławiu koszykówki uczy się w kilku miejscach. Każdy młody wrocławianin pragnie sprawdzić się w Śląsku. Gdy tam się nie uda, pozostają inne możliwości.
OSSM Wrocław prowadzi chłopców z roczników 1990-92, którzy ogrywają się w II lidze. Sekcje młodzieżowe ma MKS, od kilku lat działa „GIMBASKET” – autorski pomysł Roberta Kościuka łączący w rozsądny sposób edukację szkolną z tą koszykarską. Coraz poważniej wygląda WKK Wrocław. Klub powstał w 2006 roku, ma dużego sponsora (Koelner SA). Czuwa nad chłopcami z roczników 93-99 oraz dziewczętami urodzonymi w latach 95-99. WKK stale wystawia zespoły w kadetach, młodzikach, ale także uczestniczy w elitarnej EYBL (European Youth Basket League). To liga wzorowana na seniorskiej Eurolidze – 32 ekipy z całej Europy walczą w dwóch 16-zespołowych grupach. Dochodzi do konfrontacji ze szkółkami Sabonisa czy Marciulionisa.
To świadczy o pomysłach, co ważniejsze wcielanych w życie, na rozhulanie koszykówki i wszczepienie jej bardzo młodym ludziom. WKK odnosi sukcesy, ma dobre warunki egzystencji, bo posiada sponsora. W dobie kryzysu ekonomicznego jest ktoś, kto chce przeznaczyć pieniądze na rozwój basketu. Żeby nie było tak słodko, czas na odrobinę kontrastu.
Zespół „Jankesa” zbiera co chwilę bęcki. Już po zarejestrowaniu wywiadu powiedział, że jego chłopcy oczywiście starają się, ale talentu im brak. Poza dwoma, może trzema wyjątkami. Pochwalił Jakuba Parzeńskiego (syn Dariusza Parzeńskiego), Dawida Mieczkowskiego i Pawła Bochenkiewicza. I tutaj trzeba zwrócić na pochodzenie tych graczy. Parzeński pochodzi z Ostrowa Wielkopolskiego, Mieczkowski ze Słupska. Tylko ostatni jest z Wrocławia – poza nim i ‘wrocławską’ młodzieżą brakuje uzdolnionych zawodników.
I tu miejsce na krótką refleksje. Można we Wrocławiu trenować, ale co z tego, jak szansę na karierę mają głównie ci, ściągani z innych klubów, już w jakiś sposób ukierunkowani. Znów „kasa misiu, kasa”, czy faktyczny, przeolbrzymi deficyt narybku? Z czego wynikają drobne sukcesy 13-15 letnich dzieci, a ich kompletny brak u starszych o 3-5 lat kolegów?
Jankowski zwraca uwagę na zbyt duże obciążenia trenerów i brak możliwości zaangażowania się tylko w ‘trenerke’. Przy wykupywaniu graczy przez większe ośrodki postuluje o wynagradzanie opiekunów z tych mniejszych – ma to być bodziec do dalszego szukania i kształcenia. W Polsce nie ma mowy o podobnych działaniach. Ale to droga do budowy czegoś trwalszego. Lukam jeden ze swoich wpisów okrasił przykładem o podobnym mechanizmie działającym w czeskim futbolu. Tam federacja wspiera kluby dostarczające uzdolnionych reprezentantów. Impuls do pracy przekłada się na efekty. „Jankes” chwali twór Waltera Jeklina pod nazwą Polonia 2011 Warszawa i olbrzymią pracę Mladena Starcevicia. Lecz i w tym miejscu podkreśla rolę środków dla szkoleniowców, mieszkania zawodników i inne potrzebne wydatki.
Do kasy PZKosz z racji organizacji Eurobasketu wpłynęło ponad 21 milionów złotych. Na co pójdą te pieniądze? Chyba to okazja do wprowadzenia przemyślanego i skutecznego systemu ukierunkowanego na diamenty do oszlifowania. Chodzi o to by nie szlifować ich w drugiej kwarcie, a w przyszłym sezonie i czwartej, a podążyć drogą przynajmniej podobną do obranej przez Polonii 2011.
piątek, 9 stycznia 2009
Oklaski dla Bałtów
Mistrzowie Polski grają ostatnio dobrze i w lidze odzyskali „swoje” miejsce na czele tabeli. We czwartek spotkali się wszakże z zespołem, na którym forma sopocian nie zrobiła wrażenia. Była próba podjęcia walki, wygrana pierwsza kwarta, a potem niestety powrót na ziemię. Gospodarze wyraźnie przegrali zmagania na tablicach i w tym elemencie pokazali swoją siłę. Nie mam zamiaru piętnować naszych reprezentantów za porażkę z Barceloną, zwłaszcza, że jak powszechnie wiadomo, już przed sezonem Prokom obniżył swoje oczekiwania wraz ze zmniejszeniem się liczby zer na budżetowym koncie. Poza tym, zgodnie z przewidywaniami najważniejsze dla nas rzeczy działy się w Kownie.
Pozwolicie, że nie będę wysyłał depesz z podziękowaniami dla Żalgirisu Kowno za to, że z Francuzami „grał dla nas”. Tam, gdzie chodzi o pieniądze, każdy gra dla siebie. Szczególnie, gdy nie ma ich zbyt wiele. Mój redakcyjny kolega, Greg, sporo miejsca poświęcił dramatycznej sytuacji finansowej klubów zza naszej wschodniej granicy. Dość powiedzieć, że z powodu zaległości płacowych, walizki zabrali już ze stolicy Litwy tacy gracze, jak Marcus Brown czy Willie Deane, zaś Loren Woods jeszcze jest odnotowywany w protokołach meczowych, ale jego obecność ma bardziej charakter formalny, niż faktyczny. W tak okrojonym składzie kownianie nie tylko nie zamierzają błagać o najmniejszy wymiar kary, ale w swej zadziorności poszli dalej – walczą o awans do Top 16. Najpierw (jeszcze z Woodsem) pokonali u siebie Sopot, a wczoraj odprawili z kwitkiem drugiego rywala w grze o „Szesnastkę” – SLUC Nancy. Jeśli chcecie wyobrazić sobie skalę osłabienia Litwinów, to pomyślcie o Prokomie grającym bez Pata Burke'a, Dana Ewinga i Davida Logana. Dajemy radę, prawda?
Jak się rzekło, nie tylko Litwini cierpią z powodu kryzysu. Podobne problemy (a nawet w większej skali) stały się udziałem ASK Ryga. Jeżeli jednokrotny zwycięzca Euroligi jest legendą, to co powiedzieć o ekipie ze stolicy Łotwy, która nawiązuje do tradycji zdobywcy pierwszych trzech trofeów Pucharu Europy (poprzednika dzisiejszej Euroligi, a nie protoplasty obecnego Eurocup)? Na szczęście Łotysze, drudzy przedstawiciele bitnych i zadziornych Bałtów także nie oddają nikomu pola za darmo. Następcy braci Muiznieksów i Janisa Kruminsa (facet był chyba pierwowzorem Mr Jawsa z przygód agenta 007) odnieśli już trzecie zwycięstwo w grupie A Pucharu Europy i w ostatniej kolejce grają z Zadarem o awans do „16” zaplecza Euroligi.
Co ważne, obie wymienione drużyny swoje ostatnie mecze wygrywały krajowymi składami. Myślę, że to w takich właśnie momentach prawdy widać, czyja koszykówka ma silne podstawy. My cieszymy się z postępów 22 –latka Przemysława Zamojskiego (słusznie, bo niedawno grywał częściej w 1 i lidze..), podczas, gdy Żalgiris do boju (w Eurolidze) wysyła niespełna dwudziestolatków – Sauliusa Vasiliauskasa i Zygimantasa Janaviciusa. Ci chłopcy nie podają ręczników starszym kolegom lecz punktują, jak weterani. Z kolei ASK do zwycięstwa nad niedawnym euroligowcem – Roanne poprowadził Ernests Kalve (rocznik 87’), jeden z największych łotewskich talentów, który zdążył już zaliczyć epizody w Benettonie Treviso. Miewał już w swej karierze wzloty i upadki, ale ilu to naszych młodziaków nie zdołało się po tych drugich podnieść?
To w jaki sposób pracuje się z młodzieżą powinno wyznaczać jakość basketu i w ogóle sportu w danym kraju. Klasowi obcokrajowcy jadą tam, gdzie im lepiej zapłacą, a jeśli nie mamy z czego spełniać ich oczekiwań płacowych, to kimś przecież trzeba grać. Na Bałkanach, czy wspomnianej Litwie, czy Łotwie dziury budżetowe można łatać młodzieżą. A u nas?
Litwini i Łotysze, to jedne z „najstarszych” koszykarskich nacji. Ci drudzy zdobyli pierwsze mistrzostwo Europy w historii, a ich śladem podążyli koszykarze ich zachodnich sąsiadów. To ich rodacy sprowadzali z USA pasję do basketu, nabytą podczas studiów. Dzięki tym nacjom, ich liczniejsi sąsiedzi - Polacy (przed wojną, gdy w granicach naszego kraju znajdowała się Wileńszczyzna) i Rosjanie (po wojnie) znacznie podnieśli swoje umiejętności koszykarskie. Wystarczy wspomnieć nazwiska wybitnych postaci naszego basketu, jak Walenty Kłyszejko, Jerzy Gregołajtis, czy radzieckiego – Sabonis, Chomicius, Marciulonis czy Krumins, by przekonać, się jak wiele dobrego Bałtowie (lub ludzie pochodzenia litewskiego i łotewskiego) wnieśli do rozwoju koszykówki w tych dwóch państwach. Wiadomo, że każdy kraj ma swoją specyfikę, ale może warto sięgnąć po wzorce szkoleniowe naszych bliskich sąsiadów, zamiast próbować wymyślać Amerykę, bądź co gorsza – nie robić nic?
A za tydzień sytuacja w grupie B Euroligi będzie już jasna. Trzech „aspirantów” do Top 16 – Prokom, Żalgiris i Nancy zagrają z – Panathinaikosem, Barceloną i Sieną. Niezłą sytuację ma Nancy, podejmujące Montepaschi, ale Żalgiris spotka się z pewną pierwszej lokaty Barcą. Solidarne porażki Polaków, Francuzów i Litwinów wypromują sopocian. Jest to możliwe, ale zarówno SLUC, jak i Kowno nieraz robiło w tym sezonie psikusy. Zresztą patrząc na ambitną walkę żalgirisowców mam mały dylemat – a może to oni powinni pójść dalej? Rozsądzi to boisko. W tym tygodniu do „16” dostali się gracze Realu i Fenerbahce Stambuł. A my czekamy na najbliższą środę.
środa, 7 stycznia 2009
Turów w kłopocie, Barca w Sopocie
Dla polskich kibiców nadzieje upadły jeszcze przed świętami. PGE Turów Zgorzelec, mimo wczorajszej wygranej nie liczy się w walce o udział w Last 16. Niemniej wygrana, jak zawsze cieszy, choć mało brakowało, by wysiłek został zaprzepaszczony. Trener Saso Filipovski tym razem nie zauważał na ławce Iwo Kitzingera i grał jednym rozgrywającym, Bryanem Bailey'em. Ten w drugiej połowie odpłacił dobrą postawą i ważnymi trafieniami w czwartej odsłonie, ale po jednym ze starć nabawił się urazu i nie wrócił do akcji do końca spotkania. W poczynania zgorzelczan wkradł się chaos, potęgowany przez nierozgrzanego Kitzingera, który starał się wejść w rytm meczu. Jego koledzy stanęli jednak na wysokości zadania i utrzymali korzystny wynik
Początek gry nie zapowiadał wygranej. Pełniący rolę gospodarzy podopieczni trenera Filipovskiego (w rozgrywkach pucharowych nie obowiązuje kara nałożona nań przez władze Polskiej Ligi Koszykówki) nie potrafili ustabilizować gry w ataku, robiąc proste błędy i pudłując niemiłosiernie. „Brylował” w tym lider zespołu, Damir Miljković, który w pierwszej części meczu nie mógł znaleźć patentu na zdobywanie punktów. Goście tym razem nie pozwalali ograniczyć swojej głównej broni, czyli „trójek”, w wykonaniu weteranów, Predraga Suputa i Demonda Greene'a. Gospodarzy utrzymywał w grze głównie Chris Daniels, który w zagęszczeniu pod koszami czuł się jak ryba w wodzie.
Na szczęście zespół ze Zgorzelca pokazał fragmenty tego, z czego słynął w latach poprzednich. Postawił twardszą obronę, wymuszając 18 strat przyjezdnych, zaś do Danielsa w zdobywaniu punktów dołączył Robert Witka, a także Miljković i Bailey. Polak miał swój udział w skutecznej pogoni zgorzelczan w trzeciej kwarcie, zaś Amerykanin bardzo dobrze dyrygował poczynaniami kolegów, a w obronie notował istotne przechwyty. Okazało się, że na spryciarzy z Niemiec wystarczyła solidna defensywa i większa dbałość o szczegóły w ataku. Ciekawe jak na zespół ze Zgorzelca wpłynie informacja o utrzymaniu kary nałożonej na trenera oraz czy kontuzja amerykańskiej „jedynki” okaże się poważna. Już bowiem pojawiły się głosy, że Turów nie ma środków na wzmocnienia, a Donald Copeland (swoja drogą raczej nie idealny playmaker) nie zagra do końca sezonu. W pucharach pozostał do rozegrania jeden mecz, ale liga dopiero się rozkręca..
W starciu na szczycie grupy F Crvena Zvezda po zaciętym meczu pokonała minimalnie Spirou Charleroi 93:91, ale to Belgowie nadal przewodzą stawce na kolejkę przed końcem tej części sezonu. O ostatecznej kolejności może rozstrzygnąć także Turów, jeśli wygra wyjazdowe spotkanie w Charleroi. We wczorajszym sukcesie Zvezdy minimalny udział miał Oliver Stević, który w niespełna 7 minut zaliczył punkt z linii, zbiórkę oraz pudło z gry.
Do grona zespołów pewnych awansu dołączyło Dynamo Moskwa oraz Chimki (bez kontuzjowanego Macieja Lampego). W grupie A zwycięstwa Maroussi nad Zadarem i grającego w krajowym składzie ASK Ryga nad Roanne skomplikowało sytuację przed ostatnią kolejką. W grupie H do gry po wygranej w Podgoricy wrócił Nymburk Mulego Katzurina z Goranem Jagodnikiem i Robertem Tomaszkiem. Za tydzień kluczowy mecz o awans Czesi zagrają u siebie z Hemofarmem Vrsac. Do skandalu doszło z kolei w Ankarze, gdzie kibice przeszkodzili w rozpoczęciu spotkania Turk Telekomu z Bnei Hasharon. Goście, mimo usunięcia miejscowych fanów z hali, odmówili udziału w meczu. Niestety polityka tym razem wygrała ze sportem.
Już zupełnie na sportowo wielkie emocje przeżywają kibice zespołów walczących w grupie E. Kalise Gran Canaria niespodziewanie uległa osłabionemu brakiem Marka Salyersa i Tomasa van den Spiegla Azovmaszowi Mariupol 74:82, zaś Lietuvos rytas Wilno uległ w Lyonie Asvelowi 90:93. Przez większą część meczu Francuzi zaskakiwali przeciwników obrona strefową. Jedyna odpowiedzią na nią były dwójkowe akcje Branko Milisavljevicia z Marionasem Petraviciusem. W końcówce „trójki” Steponasa Babrauskasa i Chucka Eidsona mogły przechylić szalę na korzyść LR. Ten sam Eidson zakozłował się jednak w kluczowej akcji, zaś faulowani gospodarze lepiej wykonywali rzuty z linii. Przed 6 kolejką na czele są Ukraińcy i Francuzi. Oni też zmierzą się ze sobą za tydzień w Mariupolu. Nad przepaścią znalazły się Gran Canaria i Lietuvos rytas i tylko zwycięzca konfrontacji w Wilnie będzie się liczył w wyścigu do play off.
Już dziś wielkie emocje czekają kibiców Asseco Prokomu Sopot. Ich pupile zmierzą się Barceloną w walce o fazę Top 16 Euroligi (początek meczu o 19.45). Porażki z Żalgirisem i Nancy zmuszają mistrzów Polski do szukania punktów w ostatnich meczach regular season z faworytami rozgrywek. Na początek podejmą oni u siebie ekipę Xaviego Pascuala z Juanem Carlosem Navarro, Davidem Andersenem i Ersanem Iliasovą. Jakimś pocieszeniem dla drużyny z Trójmiasta jest możliwa absencja Jaki Lakovicia, reżysera gry Katalończyków. Czy to wystarczy, by sprawić sensację? Wątpliwe, ale sam mecz wart będzie obejrzenia.
Niemniej istotne rzeczy będą się działy w Kownie, gdzie Żalgiris podejmie Nancy. Na razie wyżej w tabeli są Francuzi, a gospodarze grają o przetrwanie. Jak dotąd miejsce w Top 16 zapewniły sobie Olympiakos Pireus, Maccabi Tel Awiw (te drużyny spotkają się jutro w meczu na szczycie grupy A), Unicaja Malaga, Cibona Zagrzeb, Barcelona, Siena, Panathinaikos, TAU Ceramica i Lottomatica Rzym. W grupie D jedynym szczęśliwcem jest póki co CSKA Moskwa, zaś wszystkie pozostałe zespoły mogą jeszcze liczyć na sukces. Dziś Efes Pilsen podejmie „Armię Czerwoną”, Real zagra w Mediolanie, zaś Partizan zagra z Panelliniosem Ateny. Stawką tego ostatniego meczu jest miejsce w pierwszej czwórce tabeli.
wtorek, 6 stycznia 2009
Puchar Europy: o prestiż i renomę
Nasz jedynak w Eurocup, PGE Turów Zgorzelec stracił już szanse na awans do czołowej 16, więc ostatnie spotkania rozgrywa, cytując klasyka - „o nic, czyli o honor”. Osobiście wolę określenie „reputacja”, bo ono oddaje sytuację, w jakiej znalazł się wicemistrz Polski. Zespół znad zachodniej granicy po znakomitym debiucie w pucharach europejskich wyrobił sobie w Europie świetną markę. Szkoda byłoby zaprzepaścić ten dorobek w tak krótkim czasie. Jednocześnie o kolejne wygrane łatwo nie będzie.
Obecny Turów nie przypomina najwaleczniejszej drużyny ostatnich dwóch lat, zamęczającej rywali gęstniejącą obroną i niezłomnym charakterem. W dodatku na głowie pracowników klubu z ulicy Maratońskiej są teraz poważniejsze problemy. Dziś władze Polskiej Ligi Koszykówki mają ogłosić swoje stanowisko w sprawie odwołania klubu od trzymiesięcznej dyskwalifikacji, nałożonej na trenera Saszę Filipovskiego. Jeśli „wyrok” zostanie podtrzymany sytuacja Filipovskiego, głównego architekta sukcesów Turowa, stanie się bardzo trudna. Co za tym idzie pojawi się konieczność zmiany całej strategii w trakcie sezonu. Póki co jednak drużynę i kibiców czeka pożegnanie z halą Tipsport Arena w Libercu. Rywalem Turowa będzie Brose Baskets Bamberg, z którym zgorzelczanie odnieśli jedyne w tym sezonie i zarazem efektowne zwycięstwo. O powtórce nie myślę, ale drużynie i jej fanom przydałoby się dobre spotkanie, które zatarło wrażenie po ostatnich słabych występach. Początek meczu o 18.30. Relację przeprowadzi TV Wrocław.
Walka o pierwsze miejsce w grupie F toczy się pomiędzy niepokonanym Spirou Charleroi i Crveną Zvezdą Belgrad. Bezpośrednie starcie jest najlepszym sposobem na rozstrzygnięcie kwestii pierwszeństwa, więc w stolicy Serbii temperatura powinna być wysoka. Kibice z Polski będą mogli sprawdzić, czy gwiazda PLK, Oliver Stević dobrze wprowadził się do składu „Czerwonej Gwiazdy”.
Najwięcej emocji dostarcza moja ulubiona grupa E, w której wszystkie cztery ekipy legitymują się bilansem 2 –2. Dzisiejszy wieczór będzie kluczowy zwłaszcza dla ASVEL –u Lyon, który u siebie podejmuje Lietuvos rytas Wilno (najpewniej dziś już z Arturasem Jomantasem w składzie). Za tydzień Francuzów czeka wyprawa do Mariupola, więc lepszej okazji do odniesienia zwycięstwa niż dziś mogą już nie mieć. Transmisję z meczu ma przeprowadzić Eurosport 2. Z kolei Azovmasz po odejściu Tomasa van den Spiegla do Realu wydaje się być łatwiejszym kąskiem dla Gran Canarii, ale w tej grupie niczego nie można być pewnym do końca.
W grupie B, G i H znamy zwycięzców grup (odpowiednio UNICS Kazań, Pamesa Walencja oraz iurbentia Bilbao), zaś walka o drugą lokatę będzie trwała najpewniej do ostatniego meczu sezonu regularnego. W grupie H w swoim pierwszym meczu „o wszystko” Nymburk Mulego Katzurina spotka się z Buducnostią Podgorica z Nikolą Otaseviciem w składzie. W grupie C Chimki Macieja Lampego (występ niepewny z powodu kontuzji) wciąż walczą o pierwsze miejsce z Benettonem Treviso. Pierwszym etapem musi być wygrana w Hawrze przy równoczesnej porażce Benettonu z Besiktasem Cola Turka. W grupach A i D także trwa rywalizacja o pierwszą lokatę. O ile w pierwszym wypadku najlepszą pozycję ma prowadzący Zadar, o tyle w grupie D obydwaj liderzy (Turk Telekom Ankara z Michaelem Wrightem i Aris Saloniki) mają identyczny bilans i o kolejności rozstrzyga póki co wygrana Turków w bezpośredniej konfrontacji. Aris spotka się dziś w bratobójczym pojedynku z Panelliniosem Ateny, zaś Turk Telekom podejmie izraelski Bnei Hasharon.
Prezes cudotwórca i ci podli dziennikarze…
Ale od początku. W Pucku rozpoczęła się akcja o dumnej nazwie „PLK w Twoim mieście”. Mi wprawdzie się skojarzyła od razu z akcją rządu pod nazwą bodajże „Orlik 2012 – boisko w każdej gminie”. Ale nieważne, bo sam cel i idea ze wszech miar słuszna i godna pochwalenia. Szkoda, że jak to zwykle w związku, wszystko stoi na głowie. Nad wyborem miejsca inauguracji pastwił się już greg. Że 12 tysięcy mieszkańców, że nazwa „kameralna” to komplement dla hali, że złe miasta wybrane… Ale oczywiście nie dla prezesa. Prokom przyjechał w, delikatnie mówiąc, mocno okrojonym składzie. Co na to prezes?
„Z meczu w Pucku i tak jestem zadowolony. Obejrzała go pełna hala widzów... Mała, bo mała, ale pełna.”
MAŁA ?!? Gratuluję dobrego dowcipu. Hala liczy około 180 krzesełek. To ja zapraszam Prokom do Wrocławia – w mojej byłej Szkole Podstawowej na halę wejdzie gdzieś z 60-70 osób. Będzie kameralnie, ale przecież komplet widzów. A jak widać o to panu prezesowi chodzi – w końcu już kiedyś mówił, że przecież jest świetnie, bo na halach są komplety widzów…
Ponadto zdjęcia sugerowały, że rzekomego kompletu wcale nie było. Do tego wszystkiego dodajmy fakt, iż większość stanowili kibice obu klubów – to gdzie tu promocja? Zresztą – czy na Pomorzu, które obecnie ma pierwszy (Prokom), drugi (Polpharma), trzeci (Kotwica), szósty (AZS), ósmy (Czarni) i dziesiąty (Basket Kwidzyn) zespół w Ekstraklasie, dodatkowa promocja jest potrzebna? Szczerze wątpię. Tam kibice już są, a zdobywać ich raczej trzeba w innych regionach (a zwłaszcza we wspomnianych już dużych miastach).
Coś o samym meczu – po jednym najczęściej powtarzanym fakcie odnośnie każdej drużyny. W Prokomie wielki show robił Przemek Zamojski, który do efektownych akcji podczas meczu dołożył 9/10 w konkursie rzutów z dystansu. Oby tak dalej. Natomiast w ekipie Czarnych z dystansu raził Mateo Kedzo, a dobry debiut zaliczył Antonio Burks. Dodać powinienem słowo – podobno, bo niestety meczu nie widziałem i zdaję się na relacje innych. Więcej konkretów na temat formy obu poznamy już w sobotę – słupszczanie jadą do Inowrocławia i żeby się liczyć w walce o pierwszą szóstkę muszą wygrać. Podsumowując – Czarni wygrali, ale z tak zdziesiątkowanym Prokomem powinni poradzić sobie łatwiej. No, ale to tylko sparing, a zwycięstwo to zwycięstwo.
A teraz wracamy do prezesa i jego kolejnej złotej myśli:
„Poza tym pierwsze koty za płoty. W Krośnie to będzie impreza! Na trybunach ma być 3 tys. widzów!”
I tutaj właśnie objawia się cud. No, chyba że pan Wierzbowski jest jakimś rekordzistą Guinnessa we wpychaniu maksymalnej ilości ludzi do samochodu średniej klasy. Chciałem napisać o Maluchu, ale stwierdziłem, że będzie to obraza dla hali w Krośnie. Hali, która na tle naszej mizerii jest całkiem dobra, a w dodatku wygląda nowocześnie. Jednak pewnych rzeczy nie da się przeskoczyć – na oficjalnej stronie MOSiR-u wyraźnie jest napisane, iż rozsuwane trybuny teleskopowe są w stanie pomieścić niemal 1500 widzów.
Gdzie zatem popisy Crazy Dunkers (to się powoli staje mania, aż dziw, że nie wzięli udziału w losowaniu grup Eurobasketu) ma oglądać drugie tyle fanów? Bo mecz będzie jeden, trybuny pomieszczą góra 1,5 tys. osób… może za oknem albo na podłodze…? pomysłów jest wiele, ale to tylko kpienie i gdybanie. Dodam – ze stwierdzenia, które świadczyć może albo o kompletnej niewiedzy prezesa, albo ludzi reklamujących swój obiekt sportowy. Obawiam się, iż bliżej prawdy mogą być ci drudzy…
A na koniec deser. Prawdziwa wisienka na torcie. Majstersztyk elokwencji i umiejętności kontrolowania tego, co się mówi – funkcji ponoć niezbędnych na takim stanowisku. W końcu już na studiach uczą, iż 90% czasu managera (a za takiego chyba „robi” prezes Wierzbowski?) to mówienie. A zatem, co spędza sen z powiek ciężko pracującemu i rzucającemu co chwila świetnymi pomysłami prezesowi? Co niszczy polską koszykówkę? I kto się nie zna?
"Denerwuje mnie to ciągłe czepianie się słabej promocji koszykówki. Jacyś debile non stop pieprzą w mediach, że koszykówka dołuje, a ja mam w tej sprawie zupełnie inne zdanie."
Hmm… cóż można dodać do tego. Ponieważ na blogu piszemy, iż koszykówka przeżywa kryzys, a jest to jakiś tam rodzaj mediów… chyba powinniśmy się czuć zaszczyceni, bo jednak w dość wybitnym gronie przyjdzie nam się znaleźć. Szkoda, że tylko i wyłącznie dzięki temu, iż do tego jednego wora wrzuciła nas osoba, która o samokrytyce pewnie nawet nie słyszała. Która widząc, jak bardzo spadła średnia oglądalność po przenosinach z Polsatu do TVP mówi, iż jest o wiele lepiej. I dla której mecz w hali mieszczącej sto osiemdziesiąt osób jest fantastyczną promocją polskiej koszykówki. A ludzie starający się podrzucać (bezinteresownie – z miłości do tego sportu!) pomysły na zwiększenie zainteresowania basketem – nazywani debilami i traktowani niczym wysłannicy szatana…
PS: Cytaty pochodzą z artykułu Grzegorza Kubickiego. Jest w nim ledwie dziewięć zdań wypowiedzianych przez prezesa Wierzbowskiego - ale jak widać, perełek nie brakuje...
