poniedziałek, 30 marca 2009
Działo się, oj działo...
Po pierwsze faza pre play-off. Przyznam, że typy Grega mnie zadziwiły, tym razem doza ryzyka się nie opłaciła. Ale z pewnością uzasadnienia miał ciekawe. W każdym razie zawiodły mnie dwie drużyny – są to oczywiście ekipy trenerów Urlepa i Kijewskiego. Dlaczego nie Polonia Warszawa? Bo ona i tak sporo już w tym roku zrobiła, jak również i tak by odpadła w kolejnej fazie. Zresztą tak jak Stal, po trzech krótkich meczach. Może u Czarnych Koszul wygrały względy finansowe? Jeżeli tak, to wielka szkoda, bo porażka 0-2 z osłabioną ekipą trenera Kowalczyka chluby nie przynosi. A zresztą – kto w tej lidze się tym przejmuje (prócz kibiców)?
Ukarany został trener Urlep. Najciekawsza para tej rundy okazała się mocna nie tylko na papierze. Ostatecznie wygrali Czarni, jednak każdy wynik w tej rywalizacji był realny. Słupszczanie wydają się grać naprawdę fajną koszykówkę (na szczęście w odpowiednim momencie pozbierali się po tej żenadzie m.in. w pucharach i dzięki przebudowie są przynajmniej solidnym teamem) i mogą pokusić się o pokonanie Kotwicy na jej terenie. Przy okazji tej pary mała dygresja – nie podoba mi się praktyka stosowana przez Urlepa, czyli odpuszczanie meczy, ale dość podobnie postąpiła Polonia czy Prokom i ukarani z taką „promocję koszykówki” powinni zostać wszyscy.
Polpharma, czyli zespół wybitnie własnego parkietu mnie zaskoczył. Myślałem, że Adam Wójcik i spółka chociaż u siebie wyrwą zwycięstwo. A tymczasem duet Sulowski – Tuljković wybił im to z głowy i podbił parkiet w stolicy Wielkopolski. Czy to dobrze? Ja jednak trochę żałuję, że ta seria tak szybko się skończyła. A w starciach z Anwilem stawiam mimo wszystko na podopiecznych Griszczuka.
A zatem przed nami niezwykle ciekawa faza ćwierćfinałów. Tu też nawiązanie do Grega – moim zdaniem to właśnie ten etap rywalizacji będzie najciekawszy i może być najdramatyczniejszy. Dlaczego? Przede wszystkim, prócz pary Prokom – Stal, wszystko może się wydarzyć. Mamy mecze derbowe Czarnych z Kotwicą (o ile ta nie zbankrutuje po drodze, co byłoby dramatem, bo to ich fenomenalny sezon), starcia nieobliczalnego AZS-u z Turowem prowadzonym przez niedoświadczonego Pawła Turkiewicza oraz wspomnianą parę Anwil – Polpharma (jak wiadomo, starogardzianie już kilkukrotnie niespodziewanie wygrywali w Hali Mistrzów). Spotkania w Koszalinie będą miały zapewne dodatkowy smaczek, bo w końcu to tam legła w gruzach polska przygoda Saso Filipovskiego. A ponieważ jest to ciekawe wyzwanie, pokuszę się o typy tej fazy rozgrywek:
Prokom – Stal 3:0
Turów – AZS 3:1
Kotwica – Czarni 2:3
Anwil – Polpharma 3:1
Drugi temat, czyli Puchar Polski. Tak jak rok temu, Turów dość niespodziewanie odpadł ze Śląskiem, tak i tym razem jego katem okazała się Kotwica. Jednak większą sensację sprawiła w finale, pokonując Prokom i zapewniając sobie pierwsze trofeum w sezonie. Wprawdzie wszyscy mówią, jaka to ona jest niedoceniana, jednak nadal uważam, że w twardej walce w play-off polot może nie wystarczyć. A w tej, mało prestiżowej imprezie, po prostu dali radę. Może byli najbardziej zmotywowani, może po prostu trafili z formą – nie wiem, nie miałem niestety czasu oglądnąć. W każdym razie w wesołej kanonadzie (odpowiednio 88 i 98 punktów rzucanych) byli najlepsi i za to im chwała. Jednak nadal uważam, że formuła rozgrywania PP jest beznadziejna, nie daje najmniejszych szans na popularyzację koszykówki ani przyciągnięcie uwagi i wydaje się być tworzona na siłę. Ale to już temat na zupełnie inny tekst – w skrócie powiem, że wzorem powinny być angielskie rozgrywki pucharowe, gdzie do wysokich rund udaje się dojść często drużynom z niższych klas rozgrywkowych, a mecze w tych miastach z potentatami zawsze wzbudzają olbrzymie zainteresowanie. Niestety – u nas oczywiście nie ma na to czasu i nie jest to realne. A szkoda...
Podpunkt trzeci ma nazwę Mecz Gwiazd. Hasło tylko nieco mniej napuszone niż „starcie gigantów”, jednak pod kątem tych gwiazd niewiele lepsze. Mówiąc w skrócie – zabrakło najlepszych, a taki Filip Dylewicz zagrał sobie niecałe sześć minut, w których nie oddał nawet rzutu. Jak dla mnie koszykarze, którzy nie mogli zagrać mimo wyboru, powinni być automatycznie zawieszeni na pierwszy mecz ćwierćfinałów. Dlaczego? Bo na najważniejszej imprezie promującej koszykówkę w sezonie, na pół roku przed EuroBasketem, zwyczajne olewanie takiego eventu jest kpiną w żywe oczy. Publika raczej nie przyszła oglądać Quintona Daya (z całym szacunkiem), ale chciała zobaczyć Burke'a, Zamojskiego czy Edneya. Niestety – znowu był pseudo-sukces całej dyscypliny i nierozłączny duet Ludwiczuk & Wierzbowski mogą chodzić dumni ze swojej wspaniałości. Szkoda, że w tej dumie nie widzą, jak kluby robią ich w przysłowiowego balona (cisną się na usta troszkę inne określenia, ale to w miarę kulturalny serwis jest). Aha – mecz ponoć był CAŁKOWICIE pozbawiony obrony. Fajnie, że chłopaki sobie poszaleli, ale nawet w NBA się broni i ostatnia kwarta zwykle jest grą na poważnie. Szkoda, że u nas jak zwykle wyszło amatorsko, „ale efektownie”.
Fakt czwarty – Saso Filipovski. Szybko znalazł sobie nową posadę, po zakończeniu pracy w Turowie – obecnie pracuje w Lokomotivie Rostov, wysyłając do boju m.in. Szymona Szewczyka. Z jednej strony wiadomym było, że taki fachowiec długo pracy szukał nie będzie, z drugiej jednak myślałem, że na jakiś czas odpocznie od zgiełku hal. Jak widać miłość do koszykówki była silniejsza. Po prawdzie nie lubiłem jego stylu prowadzenia gry i to bynajmniej nie z powodu bycia rodowitym wrocławianinem i dwukrotnego 1:4 w półfinale. Po prostu oparta na cwaniactwie, mega obronie i jednej – dwóch opcjach w ataku gra mnie nie pociągała. Nie zmienia to faktu, że fachowcem jest wielkim i na jego odejściu nasza liga straciła. Bo o ile pojawiły się nowe twarze (Nordgaard, Machowski...), wrócił Urlep, Kijewski odszedł do drużyny „z ambicjami” - to Saso będzie mi brakowało. W przyszłym sezonie, przy pozostawieniu tych wszystkich szkoleniowców na miejscu, mogło być niezwykle ciekawie, mogliśmy zobaczyć wielkie zderzenie stylów gry i pomysłów na nie. Niestety, jeden z fanatyków gry w obronie jest już w zupełnie innym miejscu i nie zanosi się na jakiś szybki powrót.
Sprawa piąta nie jest związana z rodzimą ligą. Od dawien dawna jestem fanem Phoenix Suns. Ich run'n'gun mnie zawsze pozytywnie nastrajało – to byli tacy pozytywni bohaterowie z filmów bez happy endu. Wszyscy lubili to oglądać, niestety nigdy nie dawało to spektakularnego sukcesu, a raczej klęski po epickich bataliach. Prowadzeni przez genialnego moim zdaniem D'Antoniego oraz duet Nash – Studamire Sunsi byli fantastyczną drużyną. Gdy doszedł, zwany Wielkim Kaktusem, Shaq, wielu obawiało się o styl drużyny. Po wielu miesiącach jakoś to się dopasowało, jednak całość organizmu kompletnie rozsypała zmiana trenera. Dodajmy – tragicznie zła, bo Porter miał zupełnie odmienną wizję gry, której efektem jest wielce prawdopodobny brak awansu do play-off. Mówiąc krótko – cierpię, ale też czekam na kolejny sezon. Będzie to zapewne ostatnia szansa dla Nasha i Shaqa na wielki sukces w Phoenix. Oby się udało, chociaż na razie trudno w to uwierzyć.
Aha – moim faworytem do mistrzostwa są obecnie Lakersi, co zapewne wielkim szokiem nie będzie. Orlando jest za mało doświadczone, sam Cleveland brakuje wsparcia dla LeBrona, Detroit jest ogólnie za słabe, a Boston wypalony. Rzecz jasna generalizuję, ale po prostu takie mam odczucia.
Punkt ostatni, spoza koszykówki - pierwszy raz uważam, że Leo musi jednak odejść. Nie z powodu porażki po żenującym meczu z Irlandią Płn, ale Holender po prostu się wypalił. Wygląda na zainteresowanego wszystkim tylko nie kadrą, dostrzega błędy wszędzie tylko nie u siebie i chyba nie ma pomysłu, jak z tej zgrai zrobić dobrze naoliwiony organizm, który będzie żyły wypruwał przez pełne 90 minut spotkania. Niestety...
Co dalej? Boruc też powinien chyba odpocząć od reprezentacji, bo to w dużej mierze „dzięki” niemu mamy zero punktów w dwóch ostatnich meczach. Polska myśl szkoleniowa tutaj nic nie da, sam pomysł selekcjonera zza granicy był doskonały i uważam, że powinniśmy to kontynuować. Tylko może takiego fachowca lepiej wesprzeć, niż wbijać mu szpile i rzucać kłody pod nogi co chwila, jak to robią działacze najbardziej znanego związku sportowego w Polsce...
PS: Słyszeliście, że PZKosz nie zorganizował turnieju ulicznego dlatego, że wszystko zostało zrobione amatorsko, na ostatnią chwilę i ostatecznie po prostu nie dostał zgody na przeprowadzenie tego eventu? Zaprawdę jestem pod wrażeniem – nawet turniej uliczny przerasta możliwości naszego ukochanego związku...
piątek, 27 marca 2009
Euroliga: ćwierćfinały do przerwy
Wydaje się, że klubowi mistrzowie Europy – CSKA Moskwa mają otwartą drogę do Berlina. Dwa mecze wygrane, w tym drugi naprawdę wyraźnie, dają znakomitą pozycję wyjściową przed meczami w Belgradzie. Katem Serbów w tej kampanii jest konsekwentnie Erazem Lorbek. Tym razem Słoweniec zanotował 21 punktów i 7 zbiórek, wymuszając do tego 10 fauli przeciwników. Wszystkie jego zdobycze złożyły się na eval 33 i tytuł MVP drugiego dnia zmagań play off. Tegoroczna rywalizacja może uczynić z niego gracza ścisłej czołówki euroligowej, a bardziej doświadczeni koledzy zdają się mu nie przeszkadzać. Gdzieś tam w cieniu pozostają tacy gracze, jak JR Holden, czy zmagający się w tym sezonie z kontuzjami Matjaz Smodis, zaś Trajan Langdon, etatowy snajper „Krasnoarmiejców” nie imponuje w play off zdobyczami punktowymi. Na razie jednak belgradczycy nie zmusili podopiecznych Ettorego Messiny do uczynienia czegoś wielkiego. Prawdziwym testem każdego uczestnika play off są mecze wyjazdowe. Także i teraz warto poczekać do wtorku, by przekonać się, czy mistrzowie Serbii mają jeszcze jakiegoś asa w rękawie (poza fanatyczną publicznością), bo teraz to od nich zależy, czy emocje w tej parze potrwają nieco dłużej niż przez standardowe trzy mecze.
„Armia Czerwona” wygrywa dość wyraźnie, zaś „Czerwoni” z Pireusu muszą swoje wygrane wykuwać w pocie czoła. Robią to jednak niezwykle skutecznie, jak na zespół zmagający się z Realem Madryt. W drugim meczu obu ekip potencjał ofensywny Olympiakosu okazał się w całej pełni. Okazuje się, że zespół Panayotisa Giannakisa nie potrzebuje wielkiego wsparcia Josha Childressa, by zwyciężać – i to w ważnych meczach. Potrzebuje za to Lynna Greera, który w drugim meczu tego ćwierćfinału znowu potrafi wziąć na siebie ciężar wykańczania ważnych akcji. Tym razem oprócz punktów z gry filigranowy Amerykanin dodał skutecznie wykonywane rzuty z linii, które nie pozwoliły gościom z Madrytu na skuteczny pościg w końcówce spotkania. Drużyna z Kastylii mogła liczyć na swój niezawodny duet Louis Bullock – Felipe Reyes, ale gospodarze uruchomili aż cztery strzelby oraz Iannisa Bouroussissa, który tym razem zaczapował koszykarskiego Raula – Lopeza, gasząc kolejny zryw „Królewskich”. W tej parze jeszcze wszystkiego nie powiedziano. Real na swoim terenie przegrali jedynie z CSKA i także teraz nie odda swej twierdzy bez walki. O ile w parze Moskwa – Partizan można się spodziewać emocji o tyle w rywalizacji grecko – hiszpańskiej możliwe jest nawet wyrównanie stanu serii. Pytanie tylko, czy obrona zespołu Joana Plazy zdoła zatrzymać rozpędzoną machinę Giannakisa, bo w pojedynku na siłę ognia raczej nie ma szans.
Więcej znaków zapytania pojawiło się w parze Panathinaikos Ateny – Montepaschi Siena. W pierwszym meczu Włosi do końca pozostawali tuż za gospodarzami i zdołali nieco naruszyć ich pewność siebie. W drugim spotkaniu poszli dalej i wyrwali niezwykle istotne zwycięstwo w hali OAKA Arena. Pomógł im niewątpliwie powrót Ksistofa Lavrinovicza, dzięki któremu już nie tylko mali gracze Sieny zagrażali rzutem ekipie mistrza Grecji. Drugi z wielkich nieobecnych meczu numer 1 – Dimitris Diamantidis nie zdołał odegrać w rewanżu kluczowej roli, zaś popisy w obronie były domeną gości. Rimantas Kaukenas wreszcie może skupić się na grze po serii kontuzji i nie marnuje czasu. Oprócz 2 punktów (8/11 rzutów z gry) zanotował 4 przechwyty, w tym jeden niezwykle istotny – na Vasilisie Spanoulisie w czwartej kwarcie meczu. Wsparty przez (jak zwykle) najlepszego strzelca Montepaschi – Terella McIntyre'a oraz wspomnianego Lavrinovicza poprowadził przyjezdnych do wygranej. Zespół Simone Pianigianiego ma przed sobą dwa mecze we własnej hali, by sprawić sporą sensację. Włosi dorównują rywalom pod względem zgrania i stabilności składu. Jeden z nielicznych nowych graczy, Henry Domercant jest w tej kampanii jednym ze słabszych ogniw drużyny. Powrót do formy Amerykanina jest kluczem do sukcesu.
W parze wewnątrzhiszpańskiej także mamy remis, ale tutaj to gospodarze walczyli o życie. Druga porażka we własnej psychologicznie skazywałoby Barcelonę na pożarcie w perspektywie dwóch spotkań w Baskonii. Nic jednak z tego – Katalończycy po wyrównanej pierwszej kwarcie przejęli inicjatywę w meczu i odnieśli dość wysokie zwycięstwo. Tym razem udało im się mocno ograniczyć poczynania Tiago Splittera, wymuszając jego trzy faule w pierwszej kwarcie. Potwierdza się, po raz kolejny, że koncentracja w grze jest jednym z głównych niedostatków Brazylijczyka, zaś szybko łapane przewinienia stawiają jego zespół w trudnym położeniu. Wczoraj niezłą partię rozegrał co prawda Will McDonald, ale Amerykanin nie jest tak pewną opcją w ataku, jak Tiago wokół którego kręci się wiele istotnych trybików w baskońskiej machinie. Słabszy dzień Pete'a Mickeala sprawił, że notujący świetny sezon Igor Rakocević działał we czwartek niemal w pojedynkę. Wygrał wprawdzie bezpośredni pojedynek z Joanem Carlosem Navarro, ale teraz gra idzie o większą stawkę, niż indywidualne popisy. W przyszłym tygodniu Barcelona i TAU Ceramica spotkają się w Vitorii, ale Katalończycy odzyskali wigor i po raz pierwszy w tym sezonie pokonali mistrzów Hiszpanii. Co ważne, najlepszy mecz po powrocie do zdrowia rozegrał Jaka Laković. Jego skuteczność nie była może rewelacyjna (zwłaszcza z obwodu – 3/8 celnych prób), ale punkty zdobywane przez słoweńską superstrzelbę przeważyły losy meczu. Ciekawe, jak na tę zmianę odpowie trener TAU Dusko Ivanović i jego zawodnicy..
czwartek, 26 marca 2009
Polska - Niemcy '39
Rzadko dajemy notki z samymi filmikami z youtube, ale ten jak najbardziej na to zasługuje. Mimo, że pojedynek Polska - Niemcy z 1939 roku ciężko skojarzyć ze sportem, niesamowitą sprawą jest zobaczyć chociaż skrawek ówczesnej koszykówki.
Warto nadmienić, że podkład muzyczny z epoki też daję radę. A już odchodząc od tego materiału trzeba powiedzieć, że filmy zgromadzone w profilu Pathe1939 są niesamowite.
środa, 25 marca 2009
Play off Euroligi - po pierwszym dniu
Na dobrej drodze do awansu znalazł się obrońca tytułu, CSKA Moskwa. W hali najlepszego zespołu w Europie Partizan Belgrad nie zdołał powtórzyć wyczyny z końcówki sezonu regularnego i wyraźnie przegrał. Jeden element wszakże znów miał miejsce, czyli niski wynik. Tak to jednak się dzieje, gdy z jednej strony mamy wygrywających defensywą mistrzów, a z drugiej reprezentantów szkoły bałkańskiej, która w słowie „defence” dostrzega kwintesencję koszykówki. Trudno też wymagać by młoda drużyna dowodzona przez inteligentnego trenera poszła na wymianę ciosów z moskiewska maszyną do wygrywania. Jeżeli nie stanie się jutro jakiś cud, belgradczycy będą musieli poszukać wygranych dopiero na własnym terenie. Póki co, oprócz obrony gospodarzy najbardziej zaleźli im za skórę Słoweniec Erazem Lorbek, który coraz lepiej czuje się w roli następcy Davida Andersena. W ekipie przyjezdnych słabiej spisał się duet Tepić- Velicković, który poprowadził mistrzów Serbii do kilku sensacyjnych wygranych w poprzednich fazach sezonu. Może wypełniona po brzegi hala Pionir zainspiruje podopiecznych coacha Vujosevicia do kolejnych zrywów, ale na razie faworyt wygrywa zgodnie z planem.
Podobnie jak Rosjanie niegościnnymi okazali się wczoraj także Grecy. Panathinaikos od stanu 4:6 nie pozwolił na prowadzenie gościom ze Sieny. Włosi mogli przed meczem liczyć na lekką przewagę swojego obwodu pod nieobecność króla defensywy Dimitrisa Diamantidisa. Gospodarze, przy wsparciu 18 –tysięcznej widowni pokazali jednak jak wspaniałe mają rezerwy. Będący w cieniu Drew Nicholas godnie zastąpił swego kolegę, ale królem polowania okazał się Nikola Peković. Czarnogórzec z gwiazdy Partizana musiał przeistoczyć się w element układanki trenera Zeljko Obradovicia. Nie przeszkadza mu to jednak w przejmowaniu na siebie roli głównej strzelby, gdy bardziej doświadczeni zawodnicy nie rozgrywają wielkiego meczu. Tym razem mniej widoczni byli Saras Jasikevicius i Kostas Tsartsaris, ale i tak Montepaschi nie zdołała odrobić strat z pierwszej połowy meczu. Pod nieobecność Krzysztofa Lavrinovicza jego drużynie udało się wprawdzie wygrać walkę na deskach, ale ciężar zdobywania punktów pozostał na obwodzie, skąd bombardowali przeciwnika Terell McIntyre i Romain Sato. Ich świetna gra nie przechyliła jednak szali zwycięstwa, choć dała też rywalom do myślenia. Trzykrotny uczestnik Final Four nie ma zamiaru się poddać, choć bez litewskiego podkoszowego trudno będzie zrównoważyć potencjał mistrzów Grecji.
Druga ekipa z Hellady, Olympiacos szczęśliwie uniknął sporych problemów. Największym mógł być brak Iannisa Bouroussisa – głównej opcji pod koszami. Wychowanek AEK stanął jednak do walki i choć nie błyszczał w ataku, to jego obecność w polu trzech sekund dała o sobie znać rywalom.
Gracze Realu stawili „Czerwonym” twardy opór. Tercet Bullock – Reyes – Lopez rozszalał się w drugiej połowie i dał gościom z Madrytu prowadzenie i wygraną trzecią partię. W decydującej części meczu do głosu doszedł znany nam doskonale z gry we Wrocławiu Lynn Greer, którego seryjnie zdobywane punkty przywróciły spokój i prowadzenie gospodarzy. W kolejnych minutach dali o sobie znać rezerwowi Oly – Panos Vasilopoulos i Giorgios Printezis, zaś Bouroussis dał próbkę swych możliwości blokując Axela Hervelle'a. Mimo gwiazdorskich transferów nadal w Pireusie liczą się punkty i gra zawodników greckich, których pewnie w komplecie ujrzymy podczas wrześniowego Eurobasketu. Swój wielki wieczór miał także Theo Papaloukas, który z dorobkiem 13 asyst wyrównał rekord play off, należący do Elmera Benneta. Absolutny rekord Euroligi, lepszy o jedno „oczko” dzierży nadal Tyus Edney i przynajmniej do końca jego gry w Zgorzelcu – niech tak pozostanie.
Nie zawiódł hit wieczoru, czyli „derbowe” starcie Barcelony z TAU Ceramiką. Barca po letnich wzmocnieniach wydawała się legitymować najdłuższą ławką rezerwowych w Europie, ale to goście mogli wczoraj liczyć na graczy drugoplanowych. Akcje Sergiego Vidala, jednego z najlepszych zadaniowców w lidze ACB oraz popis strzelecki Pablo Prigioniego przełamały opór Dumy Katalonii. Zgodnie z przewidywaniami mniej widoczny był Tiago Splitter, a Igor Rakocević tylko o punkt wyprzedził lidera Katalończyków, Joana Carlosa Navarro. Co ciekawe, obaj snajperzy oddali po 14 rzutów z gry, zaś z linii solidarnie wykorzystali wszystkich sześć prób. Graczem, który robił różnicę był Prigioni. Zazwyczaj jego domeną jest kreowanie gry, a znakiem firmowym fenomenalne podania, po których nie wypada jego kolegom pudłować. Wczoraj oprócz dania firmowego (8 asyst) Argentyńczyk z hiszpańskim paszportem zaserwował także festiwal trafień zza linii 6,25 cm., co niewątpliwie zachwiało planem gry obronnej podopiecznych Xaviego Pascuala. Jasnym punktem Barcy są niezmiennie wysocy, sprawni skrzydłowi – Ersan Iliasova i Fran Vasquez, zaś weterani – Andersen, Ganni Basile, czy Lubos Barton, drugiego tak przeciętnego meczu w serii zagrać nie powinni. Dobrą wiadomością dla fanów Blaugranas jest powrót Jaki Lakovicia, któremu po kontuzji brakuje jeszcze właściwego rytmu, ale jego wpływ na grę jest tak duży, że trener Pascual nie wahał się zostawić na ławce rozgrywającego z doświadczeniami w NBA, Andre Barretta. Kluczowe jednak jest to, że Barcelona, jeden z faworytów sezonu, jako jedyna przegrała w tej serii we własnej hali. Jaki będzie ciąg dalszy tej rywalizacji przekonamy się już jutro.
Pierwszy czwartkowy mecz, tak jak wczoraj – CSKA z Partizanem – rozpoczyna się o 18.15. Półtorej godziny później zacznie się rewanż Olympiakosu z Realem, a o 20.45 startują zawody w Barcelonie i Atenach.
wtorek, 24 marca 2009
Euroliga: Zaczynamy play off
Tak się jakoś składa, że największe hity dnia odbędą się równolegle na sam koniec rywalizacji (miły zbieg okoliczności..), gdyż spotkania w Pireusie i Barcelonie są niewątpliwie najbardziej prestiżowe. Po obu stronach staną wielkie firmy mające ze sobą jak zwykle stare rachunki do wyrównania. Wcale nie jest jednak powiedziane, że w pozostałych parach powieje nudą. Zazwyczaj bywa, że przy teoretycznej nierównowadze między rywalami, ten słabszy wspina się na wyżyny umiejętności i dzieją się rzeczy niespodziewane. Zresztą w bieżącej edycji jedynym Kopciuszkiem jest mistrz Euroligi sprzed 17 lat i trzykrotny triumfator Pucharu Koraca, czyli Partizan.
Serbowie od kilku sezonów oprócz szkolenia i promowania talentów zaczęli myśleć także o budowie coraz silniejszej drużyny. Dzięki temu przestali dostarczać punkty przeciwnikom (pamiętacie, jak w sezonie 02/03 euroligowy Śląsk pokonywał zespół ze stolicy Serbii i wielu uważało to za normę?) i w ubiegłym sezonie mocno namieszał szyki faworytom w fazie Top 16. Także i w bieżącym bardziej doświadczone zespoły dostawały baty od podopiecznych Dusko Vujosevicia. W zacnym gronie obok Panathinaikosu, Malagi, czy Lottomatiki znalazła się też ekipa aktualnych klubowych mistrzów Europy, czyli CSKA. Spotkanie to, co prawda, nie mogło zmienić pozycji moskwian przed fazą Top 16, ale porażka na własnym terenie zawsze jest bolesna. W zespole z Belgradu nie ma już takich graczy, jak Dusan Peković, Milt Palacio czy Dusan Kecman, ale odpływ największych gwiazd nie jest tam niczym nowym. Najważniejsze, że udało się znaleźć następców, takich jak latający czołg Stephane Lasme, czy mobilny dryblas Jan Vesely. Dynamicznie rozwijają się Novica Velicković i Milenko Tepić. Ich mecze, to nierzadko horrory, ale w plat off wyżej ceni się spokój i doświadczenie..
Z kolei CSKA mimo całej swojej potęgi nie wydaje się być zespołem nie do pokonania. W różnych momentach sezonu kontuzje odnosili tacy gracze, jak Matjaz Smodis, JR Holden, a Aleksiejowi Sawrasenko znudziła się rola zmiennika i poprosił o transfer. Nie oznacza to, że niespodzianka w tej parze jest pewna, bo byłaby to przesada. Wygląda jednak na to, że wbrew pozorom ta rywalizacja może być szalenie ciekawa.
Żadnych kompleksów wobec swoich przeciwników nie powinni mieć koszykarze Sieny. Co prawda ich osiągnięcia pucharowe (i nie tylko) bledną przy tym, co zdobył w historii (także najnowszej) Panathinaikos Ateny, ale to Montepaschi jest ostatnio regularnym uczestnikiem turnieju Final Four, choć nie udało się temu klubowi przypieczętować żadnego występu końcowym triumfem. Ekipa z Italii jest jednym z najszybciej rozwijających się klubów w Europie. Trener Simone Pianigiani konsekwentnie buduje swój zespół w oparciu o atletyzm, stabilizację składu i dobrą atmosferę. Mistrzowie Grecji oprócz przewagi swojej hali, przeciwstawią mu niesamowitą potęgę w strefie podkoszowej. Pretendenci z Włoch mają natomiast prawo czuć się pewnie na obwodzie, gdzie Bootsy'ego Thorntona zastąpiła maszyna do punktowania – Henry Domercant. Jedna i druga ekipa słynie z rozciągania obrony cierpliwymi akcjami pod rzut z dystansu. Obie mają też fantastycznych liderów w osobach Terrella McIntyre'a i Sarunasa Jasikeviciusa. Szansą Włochów jest kontuzja fenomenalnego obrońcy Pao, Dimitrisa Diamantidisa, który może nie zagrać w dwóch pierwszych spotkaniach play off. Wobec siły zespołu Zeljko Obradovicia w strefie podkoszowej nie jest to jeszcze handicap przesądzający, ale brak takiego „plastra” w obronie „Koniczynek” może znacznie ułatwić zdobywanie punktów asom ze Sieny. Goście dzisiejszego spotkania mają jednak poważniejszy problem – kontuzję Krzysztofa Lavrinovicza, która znacznie ułatwia zadanie greckim podkoszowym. Czyja absencja okaże się ważniejsza?
Dla drużyny z Pireusu pojedynki z Realem będą pierwszym wielkim testem ekipy budowanej za olbrzymie (nawet w skali czołówki europejskiej) pieniądze. Celem tej operacji jest zdobycie mistrzostwa Euroligi oraz triumf na krajowym podwórku, a sukces mają zapewnić sławy z boisk NBA i jej okolic. Ostatnio jednak armadzie zmiasta portowego zaczyna się nieco łamać szyk. Kontuzje dopadły dopadały kolejno Josha Childressa – najdroższego koszykarza w Europie, Iannisa Bouroussisa oraz Jannero Pargo, strzelca, który dołączył do drużyny celem zastąpienia w roli egzekutora byłego gracza Atlanta Hawks. Do tego grona dodajmy zwalistego Sofoklisa Schortsianitisa, którego klub zawiesił z powodu niesportowego trybu życia. Dodajmy, że nie jest to pierwszy taki przypadek w jego karierze – wcześniejsze były związane z niedostateczną dbałością o sportową sylwetkę. Strata „Baby Shaqa” nie jest jednak tak bolesna, jak brak Bouroussisa. Mimo wielkich transferów to właśnie Grek wraz ze znanym w Polsce Lynnem Greerem stanowi stały i solidny element układanki trenera Panayiotisa Giannakisa. Jeśli nie uda się postawić go na nogi na mecze ćwierćfinałowe, pod tablicami więcej wolnej przestrzeni będą mieć sprawni i wszechstronni wysocy „Królewskich” – Felipe Reyes, Tomas van den Spiegel i Jerry Massey. Jeśli w tej parze ktoś ma wygrać na wyjeździe, to chyba właśnie dziś może to zrobić Real, chyba że obwód Oly z Greerem, Yotamem Halperinem i Theo Papaloukasem zagra dziś na miarę Final Four.
Ostatnia, ale za to najciekawsza jest para hiszpańska. Dwaj czołowi reprezentanci najlepszej ligi w Europie „wytną się” drodze do Final Four, a pojedynek Barcelony z TAU wydaje się być niemal przedwczesnym finałem. Ostatniego lata Barcelona nie zamierzała dać się wyprzedzić Olympiakosowi w wyścigu zbrojeń. Ekipa wzmocniona Davidem Andersenem, Joanem Carlosem Navarro i Danielem Santiago pewnie dotarła do fazy play off. Drużynę omijała plaga kontuzji, choć ubiegłoroczny lider zespołu, Jaka Laković jest tutaj pechowym wyjątkiem. Występ Słoweńca jest dzisiaj zresztą przewidywany. Z kolei Vitoria będzie miał problem z realizacją swojej ulubionej taktyki, polegającej na „dożywianiu” podaniami swojego głównego centra, Tiago Splittera. Przeciwko niemu wystąpi cała koalicja wysokich graczy Barcy z zadaniem sprowokowania Brazylijczyka do fauli i strat. Baskowie mają w zanadrzu grającego jak w transie Igora Rakocevicia, którego pojedynek z Navarro powinien być ozdobą całej rywalizacji. W lidze hiszpańskiej górą jest TAU, ale dziś stawka jest znacznie wyższa. Vitoria jest ostatnio regularnym uczestnikiem fazy Top 16, możnaby rzec – dyżurnym i niespełnionym faworytem. Barcelona z kolei od roku nie zaznała smaku ostatecznej rozgrywki w Eurolidze. Kogo z gigantów zabraknie w Berlinie?
piątek, 20 marca 2009
Tak będzie wyglądał play-off PLK
1. Prokom 9-4
2. Kotwica 9-4
3. Anwil 9-4
4. Czarni 9-4
5. Turów 7-6
6. AZS 7-6
7. Basket 7-6
8. PBG 7-6
9. Polpharma 6-7
10. Polonia 5-8
11. Stal 5-8
12. Sportino 5-8
13. Znicz 5-8
14. Górnik 2-11
Potrzeba też tutaj trochę komentarza, gdyż nie wszystko jest tutaj miarodajne. Niektóre zespoły przeżyły duże osłabienie w drugiej rundzie (Stal, Górnik), niektóre specjalnie przegrywały, niektóre odpuszczały, niektóre miały mocny finisz (Czarni, Turów, Kotwica), niektóre bardzo słaby (Polpharma). Najciekawsza jest sytuacja Basketu Kwidzyn, który z dużym prawdopodobieństwem celowo przegrał trzy ostatnie spotkania (AZS, PBG, Sportino), w których był faworytem, a mimo to zakończył rundę z bilansem 7-6. Ale może do typów.
PRE-PLAY-OFF
Polpharma Starogard Gdański - PBG Basket Poznań
Stawiam na basket. A to z kilku przyczyn. Trener Kijewski ma bardzo silny personalnie zespół. Wyników nie było i ta 12. pozycja to dla niego kompromitacja, ale to drużyna złożona z bardzo dobrych, doświadczonych graczy. Zespoły Kijewskiego mają to do siebie, że budują się długo poprzez zgrywanie i do tego procesu już doszło. Do tego poznaniacy mają bardzo duża przewagę w polskiej obsadzie nad z Polpharmą (Wójcik, Kitzinger, Szawarski, Bigus vs Żurawski, Sulowski, Kowalczuk), co może mieć duże znaczenie. No i Gienek ma Wójcika.
Z Polpharma natomiast w poważnym kryzysie. Zwolniono Griffina, Barkleya, trener Mariusz Karol nie panuje nad zespołem. Przypuszczenia, że SKS jest bardzo przeszacowany po pierwszej rundzie, między innymi dzięki dużej liczbie spotkań we własnej hali. Wiele wygranych Polpharma wyciągnęła poprzez walkę i twardą obronę.
Czarni Słupsk - Basket Kwidzyn
Najciekawsza para tej rundy play-off. Basket po przyjściu Andreja Urlepa miał bardzo dobrą passę, ale przyszło kilka wpadek (Polpharma, Znicz, Polonia), które sprawiły, że zespół stracił szanse na miejsce wyższe niż ósme. Lokaty 8. i 9. oznaczały spotkanie z Prokomem ćwierćfinale, a nie pasowało to ambitnym planom Basketu. Kwidzyn nie miał szans na lepsze miejsce, ale musiał się bardzo napocić, żeby spaść poniżej 9. Dzięki trzem porażkom w ostatnich spotkaniach i kuriozalnemu meczowi ze Sportino jednak się udało.
Na nieszczęście Urlepa 11. lokata oznacza z spotkanie z Czarnymi, którzy po przebudowanie zespołu odnotowali 7 zwycięstw z rzędu. Trzeba zaznaczyć, że ogranie Górnika, Znicza czy Prokomu w rezerwowym składzie, to nie są jakieś olśniewające osiągnięcia. Choć i tak mocno zaskoczyli mnie tą serią.
Marcin Sroka zapowiada medal... Moim zdaniem nie ma jednak na to szans. Seria zwycięstw zaciera obraz Czarnych, tak jak i porażki u Basketu. Kwidzynianie mają przede wszystkim przewagę na ławce trenerskiej, Basket ogrywał wszystkich możnych tej ligi, zespół jest bardzo dobrze poukładany. Natomiast Czarni uzbierali bardzo ciekawy skład personalnie. Ale improwizowany atak w pre-play-off może nie wystarczyć - szczególnie przeciwko obronie Urlepa.
AZS Koszalin - Sportino Inowrocław
Stawiam na AZS. Drużyna Jeffa Nordgaarda grała lepiej w przekroju całego sezonu. Koszalinianie mają dużą siłę na obwodzie. O wiele gorzej jest pod koszem. Tutaj może być duża nadzieja Sportino w Kyle'u Landrym. Ime Oduok i Adam Metelski to nie jest najwyższy poziom, a potrafią mieć problemy z faulami.
Sportino zawalczy, ale bez powodzenia.
Polonia Warszawa - Stal Ostrów Wielkopolski
Teoretycznie najbardziej wyrównana para. W rzeczywistości jest zupełnie inaczej. Polonia miała słabszą drugą rundę. Podobnie jak w przypadku Polpharmy przez całą pierwszą rundę można było się zastanawiać nad fenomenem tego zespołu. Zupełnie nic ciekawego, a jednak wyniki. Polonia podobnie jak Polpha był przeszacowana przez wiele wyrwanych zwycięstw.
Nie zmienia to jednak faktu, że poloniści spotkają się z bardzo słabym przeciwnikiem. Mająca problemy finansowe Stal zwolniła liderów zespołu, kiedy tylko uzyskała pewne utrzymanie. Tylko pięć wygranych Ostrowian w drugiej rundzie z czego dwie to spotkania z Górnikiem i w ostatniej właśnie z Polonią, która bez liderów oddała mecz.
Czarne Koszule mają przeżywającego renesans formy Grega Harringtona oraz przeżywającego już dziesiąty renesans formy Micheala Ansleya. Do tego kilku solidnych zawodników. Musi to spokojnie wystarczyć na rywala, którzy być może myśli tylko o jak najszybszym zakończeniu sezonu...
ĆWIERĆFINAŁY
Prokom Trefl Sopot - Polonia Warszawa
Rozstrzygnięcie może być tylko jedno. Nawet przy bardzo słabym występie Prokomu jak na ich możliwości. Ciężko coś więcej skomentować.
Turów Zgorzelec - AZS Koszalin
Turów Zgorzelec pod wodzą Pawła Turkiewicza wyszedł z kryzysu, zaczął grać dobrze i dość nieoczekiwania obronił przypisywaną mu przed sezonem pozycję. Jak zwykle w takich sytuacjach rozstrzygnięcie czyje zasługi są większe - czy Turkiewicza czy Filipovskiego. Będą bardzo trudne. Fakty są takie, że Turów gra bardzo dobrze. Zespół wzmocnili Tyus Edney i Marcin Stefański, w końcu na żadne kłopoty zdrowotne nie narzeka Bryan Bailey, w końcu potencjał zaczyna pokazywać Alex Harris, w końcu Chris Daniels zaczyna grać swoje.
Będzie to pojedynek dwóch najmłodszych stażem trenerów w lidze. Naprawdę nie wyobrażam sobie, aby Turów z przewagą własnego parkietu był w stanie to przegrać.
Kotwica Kołobrzeg - Basket Kwidzyn
Kotwica zajmując 3. miejsce w tabeli odniosła największy sukces w historii klubu. Szkoda, że nie mając pieniędzy na zespół... Sebastian Machowski zbudował dość niepozorny zespół, który po cichu został największą sensacją tego sezonu. Co jest największym zaskoczeniem - nie wiem ile osób w Polsce przed tym sezonem powiedziałoby, że Kevin Hamilton to rozgrywający. Że zostanie najlepiej asystującym w lidze średnią 6 asyst. Poza Hamiltonem najważniejsze postaci to mocni Polacy - Kikowski, Cielebąk oraz bardzo efektywny środkowy, o którym też się bardzo mało mówiło, czyli Drew Naymick. Poza tym Julien Mills, który zgasł trochę w drugiej części sezonu: Sefton Barret, który zdaje się, że zrobił krok w stronę dojrzalszej koszykówki w porównaniu do sezonu poprzedniego, Brandon Crone, Piotr Stelmach i Dawid Przybyszewski. Bardzo niepozorny zespół na 3. pozycji w lidze. Niewątpliwy sukces trenera Machowskiego.
Atuty Kotwicy w tej rywalizacji to przewaga parkietu i Paweł Kikowski jako zawodnik z rocznika 1986. Mimo wszystkich pozytywów stawiam nadal na Basket. Kotwicy jako całości, jak i każdemu z osobna brakuje doświadczenia. Urlep z całą pewnością to wykorzysta. Mam tutaj przede wszystkim na myśli Chrisa Garnera, który jest świetnym liderem, zawiadowcą zespołu. W przeciwieństwie do stojącego naprzeciw Hamiltona, który potrafi się pogubić. Nie wolno nie doceniać doświadczenie Radka Hyżego. Poza tym Kwidzyn dysponuje bardzo szeroką utalentowaną ekipą z wieloma możliwościami liderów punktowych.
Anwil Włocławek - PBG Basket Poznań
Poznański zespół jest w stanie pokonać Polpharmę w serii do dwóch wygranych. Wygrać w rywalizacji best-of-five z Anwilem bez przewagi własnego parkietu nie ma jednak szans. Pewne rzeczy są nie do przeskoczenia. W szczególności słabość poznańskiej obrony może być decydująca przeciwko Anwilowi, który w ataku potrafi grać świetnie i kiedy jest na fali niezwykle trudno go powstrzymać.
Jeżeli Eugeniusz Kijewski nadal będzie miał do dyspozycji bardzo dobre środki finansowe, pozostawi trzon tego zespołu i dokoptuje do niego kilku zawodników - PBG będzie bardzo mocne w przyszłym sezonie. Ale to dopiero za rok. Teraz jeszcze nie ich czas.
PÓŁFINAŁY
Prokom Trefl Sopot - Anwil Włocławek
Tutaj tradycyjnie będzie bardzo dużo emocji, pięknych meczów i dramaturgii. Szykuje się jednak już trzecia z rzędu piękna porażka w wykonaniu Anwilu. Zespół Giszczuka gra fajny basket, ale oparty na niepewnych podstawach. Euforyczny atak często zamienia się w załamanie w ataku, zastój, bezradność. Łukasz Koszarek jest osamotniony na pozycji rozgrywającego. Wszyscy znamy jego problemy - wytrzymanie serii play-off do czterech zwycięstw, grając średnio po 35 minut przy dużym nacisku ze strony rywali, to ponad jego siły. Prokom ma bardzo dużą przewagę pod samymi koszami, pomijając już fakt, że w ogóle ma dużą przewagę potencjału na każdej pozycji poza PG. Dochodzą do tego jeszcze bardzo cenne doświadczenia z Euroligi.
Anwil musi liczyć na niezniszczalność Koszarka, udany powrót Stipe Modricia, bardzo dobrą skuteczność zza łuku, brak defensywnego wyłomu jaki stworzy gra Andrzeja Pluty przeciwko Davidowi Loganowi, włączenie się spod samej dziury Millera, Brkicia i Paravinji - bardzo słabe podstawy na wiarę w sukces.
Turów Zgorzelec - Basket Kwidzyn
Tak, tak. Turów ma dobry zespół. Jednak Paweł Turkiewicz jest kompletnie zielony w kontekście play-offów. W przeciwieństwie do Andreja Urlepa. Podkreślam to tutaj już któryś raz z rzędu. Ale taką mamy sytuację w tegorocznej lidze, że nad pozycjami 9., 10., 11. i 12. (Kowalczyk, Krutikov, Urlep, Kijewski) najstarsi stażem trenerskim szkoleniowcy to Mariusz Karol i Wojciech Kamiński...
To może być długa i pasjonująca seria, ale Basketowi Turów pasuje, co pokazali w ostatnim bezpośrednim spotkaniu - choć jeszcze nie z Turowem w obecnej formie. Turów pasuje także charakterologicznie. Nie jest to już zespół walczaków Filipovskiego, którzy właśnie potężnym charakterem miażdżyli Śląsk Urlepa w półfinale 2007. Zwycięzca tych play-offowych szachów może być tylko jeden.
FINAŁ
Prokom Trefl Sopot - Basket Kwidzyn
No niestety cudów nie ma. Awans z 11. miejsca do finałów, to już i tak byłoby coś niesamowitego. Coś w stylu pierwszego sezonu Urlepa w Polsce i roku 1998. Basketowi powinno zabraknąć argumentów, ale także i sił po długim play-offowym maratonie.
Prokom góruje potencjałem nad każdym zespołem ligi w sposób niespotykany w naszej lidze od bardzo dawna, albo w ogóle. I choć wiele zespołów ma z nimi szanse w pojedynczym meczu, to w serii nie ma o czym mówić.
A więc kolejność na koniec sezonu 2008/2009 PLK będzie przedstawiała się następująco:
1. Prokom Trefl Sopot
2. Basket Kwidzyn
3.-4. Turów Zgorzelec, Anwil Włocławek
5. Kotwica Kołobrzeg
6. AZS Koszalin
7. Polonia Warszawa
8. PBG Basket Poznań
9. Polpharma Starogard Gdański
10. Czarni Słupsk
11. Stal Ostrów Wielkopolski
12. Sportino Inowrocław
13. Znicz Jarosław
14. Górnik Wałbrzych
Jak widać nie podjąłem się typowania meczu o brąz. Te spotkania mają zawsze swoją nieprzewidywalną specyfikę. Wynikają też bardzo z samego przebiegu półfinałów. Typowanie ich teraz miałoby mały sens i niepotrzebnie mogłoby obniżyć trafność typów.
Weryfikacja już za niedługo.
czwartek, 19 marca 2009
Euroliga: play off w nowej szacie
Tegoroczna rywalizacja o udział w turnieju Final Four będzie szczególna i być może zapoczątkuje nową erę w europejskiej koszykówce. Często pisze się takie słowa, by nadać głębszy sens jakiemuś mało znaczącemu wydarzeniu lub by zwiększyć zainteresowanie nim zainteresowani. Tym razem jednak wydaje mi się, że na naszych oczach rodzi się coś naprawdę ciekawego.
Nie chodzi tutaj o nawet o sam poziom zespołów, które wezmą udział ćwierćfinałowych zmaganiach, choć ten powinien być niebotyczny. Na razie warto wspomnieć o zmianie w systemie rozgrywek, która wchodzi w życie w bieżącym sezonie. Do tej pory tradycją play off Euroligi były serie do dwóch zwycięstw. Na niższych poziomach było z kolei jeszcze prościej, bo zwycięzcę wyłaniano systemem mecz – rewanż zmuszając zespoły do ciułania małych punktów. Na szczęście Euroliga nie każe kibicom i klubom bawić się w rachmistrzów i stawia na wygrywanie spotkań – nieważne jaką różnicą punktową.
Seria „do dwóch zwycięstw” (czyli best of three) ma swoją tradycję, ale jest jednak swego rodzaju erzacem play offów. Tak naprawdę zanim emocje rozkręcały się na dobre mieliśmy już rozstrzygnięcie danej batalii, a przewaga własnego boiska nierzadko wystarczała do odniesienia zwycięstwa. Taka liczba spotkań była jednak swego rodzaju ukłonem w stronę lig krajowych, które rezerwowały dla siebie przywilej grania „prawdziwych” play offów, czyli do trzech i czterech wygranych. W sposób zrozumiały przynosiło to też ograniczenie kosztów całej pucharowej zabawy. Jednakże od kiedy Euroliga stała się (zwłaszcza od zakończenia fazy Top 16) miejscem spotkań tytanów i bogaczy, taka oszczędność nie ma chyba racji bytu. Władze Euroligi poszły więc w dobrym kierunku, wprowadzając dodatkowy dreszczyk emocji w postaci jeszcze jednego meczu, jaki trzeba wygrać, by stanąć do końcowej rywalizacji. Za dobry przykład mogą tu posłużyć władze NBA, które poszły jeszcze dalej i wprowadziły formułę do czterech zwycięstw na każdym etapie zmagań play off. Seria best of seven byłaby na razie zbyt głęboką zmianą w stosunku do dotychczasowej formuły, więc system do pięciu spotkań wydaje się być optymalnym rozwiązaniem.
Czy jeden mecz więcej do wygrania robi tak wielką różnicę? Myślę, że tak. Konieczność wygrania takiej kampanii jest lepszym weryfikatorem klasy zespołów i eliminuje przypadkowych zwycięzców. Kibice mają frajdę oglądania większej liczby ciekawych pojedynków, a play offy Euroligi zyskują większy prestiż i rozgłos. Mam nadzieję, że nowa formuła dobrze sprawdzi się w praniu i w jej ocenie nie przeważą głosy, że mecze pucharowe ingerują w terminarz lig krajowych. Rozgrywki w europejskiej elicie są wizytówką basketu na Starym Kontynencie, zwłaszcza w dobie kryzysu gospodarczego. W tych rozgrywkach nie ma na szczęście tak ewidentnych autsajderów i bankrutów, jak w ligach narodowych (w Polsce wiemy coś na ten temat) i dlatego trzeba maksymalnie eksponować ich blask. A na niedobór gwiazdorskich rozbłysków nie powinniśmy narzekać. Pary ćwierćfinałowe przedstawiają się bowiem następująco:
Olympiacos Pireus (1) – Real Madryt
FC Barcelona (1) – TAU Ceramica Vitoria
Panathinaikos (1) – Montepaschi Siena
CSKA Moskwa (1) – Partizan Belgrad
Zwycięzca pary Oly – Real zmierzy się w Final Four z lepszym w pojedynku Pao i Sieny, zaś wygrany w boju między dwoma ekipami z Hiszpanii wpadnie na kogoś z dwójki CSKA – Partizan. Zespoły grają w systemie – 2 –2 –1, a więc dwa mecze w hali ekipy wyżej rozstawionej w danej parze (zwycięzca grupy w fazie Top 16 – tutaj z „jedynką”), dwa w hali drugiej drużyny i ewentualny tie break na terenie gospodarza dwóch pierwszych konfrontacji. Na brak wrażeń nie powinniśmy narzekać.
wtorek, 17 marca 2009
Marcin Gortat - fenomen
W marcu miał miejsce trzeci przełom w karierze Polaka po wskoczeniu do rotacji w ostatnim play-off oraz występach w pierwszej piątce w grudniu ubiegłego roku. Marcin zaczął grać dużo z ławki, z mocnymi rywalami, co kluczowe obok Dwighta Howarda i w dużej mierze grać dobrze.
Kariera Gortata to wręcz nieprawdopodobny przykład potwierdzający slogan o tym jak ciężko praca potrafi czynić cuda. Zanim jednak obwieścimy całemu światu tę piękną nowinę warto podkreślić kilka spraw. Gortat wciąż najlepszym graczem na świecie nie jest, wciąż ma 213 cm wzrostu, wciąż jak na ten wzrost charakteryzuje go niespotykana koordynacja ruchowa i szybkość przy zachowanym dużym atletyzmie. No może niespotykana była w Europie, ale w NBA wciąż pozostaje nieprzeciętna. Dlatego poniekąd zaskakujące dla mnie jest, że w Orlando od początku pracy z Marcinem starają się go tej niezwykłości pozbawić. Robiąc z niego gracza fizycznie podobnego do reszty, ale uboższego w talent, doświadczone i stracone dla koszyków lata młodości. Dziwi to szczególnie, że Gortat jest rozważony jako zawodnik grający na PF - jeśli to ma się sprawdzić Marcin powinien przestać przybierać na wadze i nie ma tutaj znaczenia, że chodzi o najczystszą nawet masę mięśniową.
Wracając jednak jeszcze do tematu ciężkiej pracy i talentu. Prawie dokładnie rok młodszy od Gortata jest Maciej Lampe. Maciek debiutował w Realu Madryt mając 16 lat jeszcze zanim Marcin zaczął grać w koszykówkę... Ciekawe, prawda?
Najgorętszym tematem obecnie są dywagacje na temat przyszłego kontraktu Gortata. Na obecnym etapie sprowadza się to właściwie do pytania - czy powinien zostać w Orlando. Tutaj sytuacja jest dość paradoksalna, bo najlepiej możliwości Marcina znają Magic, którzy zdaje się bardzo starają się przeszkodzić Polakowi w rozwinięciu skrzydeł. Abstrahując tutaj oczywiście od wszystkich zasług zespołu z Orlando - trzeba tutaj podchodzić do sprawy realnie. Że Gortata Magicy chcą to pewne. Bo kto by nie chciał tak pracowitego gracza warunkami fizycznymi, z potencjałem, który na boisku daje z siebie wszystko, a kiedy oddaje się grę gwiazdom i gwiazdkom potulnie kibicuje z ławki i robi to jeszcze za drobniaki? Hipoteza, że Gortat jest ukrywany przed innymi, aby udało się go podpisać za odpowiednio niskie pieniądze, nie jest tutaj nieuzasadniona...
Ale pozostawiając dywagacje i to co siedzi w głowie Stanowi Van Gundy oraz włodarzom Magic - przejdźmy do faktów:
1. Rozmawiamy z perspektywy zdarzeń dokonanych, ale nie należy zapominać, że fakt, iż poruszam tutaj takie kwestie zawdzięczamy w dużej mierze kontuzji Dwighta Howarda. Jego dwumeczowej absencji, która w perspektywie całej kariery Dwighta jest potężną anomalią. Prędzej czy później i tak dostałby taką szansę? Śmiem wątpić. Skoro po kolejnych dowodach dobrej gry i ogromnej produktywności nadal są problemy z minutami zaufaniem dla Polaka. Bez tego fajnego grudnia, Marcin mógł zostać zwykłym mięsem transferowym biorącym udział w wymianach mających na celu załatanie dziury na PG po utracie Jameera Nelsona.
2. No właśnie Nelson. Marzec jest taki fajny między innymi dlatego, że po odejściu Jameera, nie ma rzucającego tak bardzo PG, a styl gry zespołu zauważalnie się zmienił. Oczywiście korzystnie dla Gortata. Ale Nelson od przyszłego sezonu wraca.
3. Przy całym progresie jaki Polak poczynił od początku gry w Stanach nikt nie jest w stanie mnie przekonać, że tego co wnosi do drużyny dziś, nie mógł wnosić wiosną 2008 czy jesienią 2007. Każdy wierzył, że te powolne wdrożenie ma na celu ukształtowanie z niego zupełnie nowego gracza, ale na litość - zbierania, blokowania i dobijania piłek spod dziury nie nauczono go w Orlando.
4. W zespole, który ma trzech prawdziwych podkoszowych, Gortat gra po kilkanaście minut. Naprawdę bardzo słabe podstawy do tego aby wierzyć, że za rok nagle liczba tych minut wydatnie wzrośnie. Trenerowi podoba się idea grania obniżonym rzucającym składem z jednym centrem i raczej nie zamierza z tego rezygnować.
Wizja trzeciego sezonu z rzędu czekania na szanse i ciągłego udowadniania swojej przydatności jest zbyt gorzka, aby ją rozważać. Bez gwarancji otrzymanych minut na parkiecie Gortat w Magic nie powinien zostawać. Jedynym minusem takiego rozwiązania byłoby to, że trochę czasu zajęło oswojenie polskiego - słabo zaznajomionego z basketem - kibica z faktem, że mamy w NBA fajnego koszykarza imieniem Marcin właśnie w Orlando Magic. Warto jednak zwrócić uwagę na to, że dla kariery Gortata taki argument jest nieistotny. Na zmianie marketingowo mógłby nawet zyskać trafiając choćby do LA Lakers. Pojawiały się informacje o zainteresowaniu z tej strony. Marketingowo ruch byłby świetny, natomiast zupełnie nie pojmuję głosów jakoby miejsce w rotacji za Pau Gasolem i Andrew Bynumem miało być lepsze od miejsca za Dwightem Howardem i Rashardem Lewisem. Bo na jakiej podstawie? Kontuzjogenność Bynuma to jakby trochę za mało...
I na koniec warto jeszcze zaznaczyć. Że play-off NBA przed nami, a tam mogą się zdarzyć różne rzeczy, które mogą sprawić, że wartość Marcina na rynku może gwałtownie wzrosnąć. Ale to wszystko na dziś niewiadoma.
niedziela, 15 marca 2009
(bez)Sens komisji UEFA
Opowiadać na ten temat mogę głównie z punktu widzenia ostatniego przystanku na drodze całej ekspedycji (prócz gości było oczywiście również kilka osób z PZPN-u, jak z ze spółki PL 2012). Tej ostatniej dowodził zresztą Pan Marcin Herra, który potraktował pracowników lotniska jak głupków, po dziesięć razy próbując tłumaczyć destynacje końcowe kolejnych gości, podczas gdy to wszystko było już wiadome i gdy pytania dotyczyły zupełnie innych spraw. Ale to tylko tak na marginesie.
Do Wrocławia bus z działaczami (tak, tak – jechali małym autobusikiem) dotarł krajowymi drogami publicznymi. Ponoć nikt nie był zachwycony, czemu się zresztą nie dziwię. Ale być może jest to jedyna szansa, aby powstała szybka trasa Wrocław – Poznań w najbliższych latach – na razie jedzie się przez cały stos wiosek i wioseczek, co statystycznego zagranicznego kibica z pewnością wyprowadzi z równowagi. O ile nie będzie już „wyprowadzony” czymś innym oczywiście…
Szkoda, że oficjele nie mieli szans na zobaczenie z bliska pewnych „walorów” stolicy Dolnego Śląska. Komu groził menel na Dworcu Głównym wie, o czym mówię. Ale niestety – kawalkada przejechała tylko podziwiając całkiem ładną fasadę zewnętrzną budowli. Ponoć po wpuszczeniu ich na Centralny w Warszawie, tego typu punkty zostały zdecydowanie wykreślone z programu „wycieczki”. A to dziwne, bo przecież nie wszyscy kibice przyjadą własnymi samochodami, bądź przylecą na Starachowice samolotem. No, ale przecież wizytacja z okien autobusu też się liczy, prawda?
Ponoć było wielkie spotkanie na placu budowy stadionu. Przybyć tam mieli również włodarze mojego pięknego miasta i zachwycać się przyszłą budowlą na czterdzieści tysięcy osób (tu ciekawostka – już kilka razy cena stadionu rosła, a pojemność wręcz przeciwnie – paradoks?). Niestety nie mam pojęcia, czy tak się stało, ale gdzieś
Wiadomo, że najważniejsza jest infrastruktura drogowa. Ale po tym, jak przejechali w konwoju policyjnym, przypadkowy członek komisji powie zapewne, że Strzegomską da radę przejechać w 5 minut. I wszystko pięknie, tylko że akurat w godzinach największego ruchu poniżej czterdziestu nikt nie schodzi. Tylko skąd ludzie decydujący o ostatecznej opinii nt miasta mają to wiedzieć?
Osobiście najbardziej ciekawi mnie, czy cała „drużyna” została zaprowadzona na miejsce budowy nowego terminala. Terminala, którego oddanie do użytku już zostało przesunięte o dwa lata, a to dopiero prace projektowe… Obecnie oficjalna data to 2011 rok. Oby chociaż to się udało…
Podsumowując. Komisja przyjechała, obłowiła się (torba prezesa Laty właściwie brzęczała od swoistych butelek), wydano sporo pieniędzy (hotele, imprezy, transport) i wszyscy zadowoleni wrócili do domów. A jakie wnioski można wyciągnąć? Że budowy idą pełną parą, że Wrocław ma piękny dworzec kolejowy i niewielkie problemy z infrastrukturą, bo na lotnisko dojeżdża się błyskawicznie. Szkoda tylko, że tyle w tym prawdy, ile w stwierdzeniu, że Polska będzie faworytem tego Euro…
PS: Po tym co zobaczyłem, wolę nie wiedzieć, jak wyglądają komisje FIBA, które również w końcu się zachwycają stanem przygotowań do EuroBasketu...
wtorek, 10 marca 2009
Z nieba do piekła i z powrotem
Stawka meczu kreuje gwiazdy i tak było dzisiaj, gdy ważyły się losy uczestników kwietniowego turnieju finałowego Pucharu Europy. W równolegle rozgrywanych spotkaniach w Belgradzie i Vrsacu, a także w nieco późniejszych zmaganiach w Bilbao oglądaliśmy popisy strzeleckie zawodników do niedawna mało znanych szerokiej, europejskiej publiczności.
W pierwszym wypadku błysnął Richard Guinn z Azovmasza Mariupol, który dzielnie sekundował Simonasowi Serapinasowi w dziele rozbijania Crvenej Zvezdy Belgrad. Sześć „trójek” Amerykanina, który miał być tańszą wersją Marka Salyersa, stanowiło gwóźdź do trumny gospodarzy, którzy w czwartej kwarcie meczu z Ukraińcami nie byli już w stanie nawiązać kontaktu z przeciwnikiem. Absolwent uczelni Baylor i była gwiazda ligi fińskiej, szwedzkiej i słabszych klubów na Ukrainie i w Turcji ma szansę dołączyć do grona gwiazd koszykarskiej Europy, a ten mecz może być odskocznią do ciekawej kariery. Jego występ nie dał jednakże najważniejszego, a więc prawa udziału Azvomasza w Finale Ośmiu. Tego dnia bowiem jeszcze większe cuda działy się w innym miejscu.
Był też bowiem inny strzelec, dla którego dzisiejszy wieczór może mieć spore znaczenie na przyszłość. Miljan Pavković, dla którego Hemofarm Vrsac jest jak dotąd największym klubem w karierze, rzucał dziś z gorszą skutecznością, niż Guinn (6/11 przy celności 6/8 za trzy Amerykanina), ale też jego rola w grze zespołu była większa. Serbowie nawet jak na własne standardy szarżowali z rzutami z daleka. Oddali ich aż 31 (przy 14 oddanych przez ich rywali, Pamesę Walencja) i trafili 11. Wobec braku kontuzjowanego Vladana Vukosavljevicia nie mieli za bardzo możliwości, by skutecznie atakować spod kosza. Mimo tej szalonej, acz słusznej taktyki, gospodarze przeżyli niesamowitą huśtawkę emocji. W pierwszej kwarcie zdołali zaskoczyć gości i wyszli na prowadzenie dające im awans bez oglądania się na wynik w Mariupolu (powyżej 9 punktów przewagi nad Pamesą). W drugiej kwarcie Hiszpanie zacieśnili obronę i na dużą przerwę schodzili z przewagą dwóch punktów. Z nieba do piekła spadli gospodarze w trzeciej kwarcie, gdy przewaga rywali sięgał dziesięciu oczek, a wieści z Belgradu były takie, że tylko cud może odebrać zespołowi Azovmasza wygraną nad „Czerwoną Gwiazdą”. Nad zespołem Stevana Karadzicia czuwał jednak fantastyczny Pavković, który niczym nakręcona zabawka wciąż tak samo składał się do rzutu i posyłał Pamesie „trójkę”. Gdy do szalejącego Miljana dołączył Milos Borisov, który wyjął przeciwnikom kluczowe piłki z kozła i trafiał w końcówce z każdej pozycji, pogoń gospodarzy okazał się skuteczna. Nie udało się, co prawda uzyskać przewagi gwarantującej pierwszą lokatę, ale wobec zwycięstwa Mariupola, Serbowie po prostu musieli swój mecz wygrać. W ekipie gości warto zwrócić uwagę na Bożydara Avramova. Zdolny dziewiętnastolatek z Bułgarii swoimi bezkompleksowymi zagraniami przyćmił gwiazdy Pamesy i dał swej ekipie prowadzenie. Przez cały mecz toczył wyścig z Pavkoviciem i chociaż jego zespół przegrał, to on pokazał, że można mu powierzać ważne role w zespole. Przyszłość należy do niego.
Janis Blums nie jest dla polskiego kibica postacią tak nieznaną, jak wyżej opisywani, ale w europejskiej koszykówce do gwiazd nie należy. Tym razem jednak jego niesamowite trafienia z daleka dobiły ekipę Lietuvos rytas Wilno i zakończyły jej marzenia o pierwszym miejscu przed turniejem w Turynie. Fakt faktem, że to obrona strefowa (nie pierwszy raz w tym sezonie) wybiła z rytmu podopiecznych Rimasa Kurtinaitisa, zaś niesamowity walczak Marko Banić o mały włos nie wyfaulował gwiazdy LR Marionasa Petraviciusa. Chorwat z rankingiem 35 (m. in. 24 punkty i 14 zbiórek) ma spore szanse na tytuł MVP kolejki. Dopóki Litwini byli w stanie zaskakiwać iurbentię Bilbao defensywą, a „trójki” wpadały (w sumie 32 oddane rzuty zza łuku..) – było dobrze. Potem jednak maszynka się zacięła i brak klasowego reżysera gry wyszedł na jaw z wszelkimi konsekwencjami. „Odjazd” gospodarzy, okraszony trafieniami Łotysza (wszystkie 12 punktów dzięki rzutom zza linii 6,25cm.) pozwolił nie tylko na odrobienie 3 „oczek” straty po pierwszym meczu w Wilnie, ale także na spokojne i pewne zwycięstwo.
O co tak naprawdę toczyła się gra? Chodziło o rozstawienie w drabince Turnieju Final 8, który w dniach 2 –5 kwietnia ukoronuje sezon Pucharu Europy. Hemofarm i Pamesa walczyły o uniknięcie już w pierwszym meczu spotkania z Dynamem Moskwa choć druga ekipa grupy I – Chimki też do słabeuszy nie należy. Z kolei Lietuvos rytas i iurbentia nie chciały wpaść na rosnący w siłę Benetton Treviso (wyraźnie wygrał z Zadarem i zajął pierwsze miejsce w grupie J). O tym jednak warto będzie napisać jeszcze kilka słów, gdy Final Eight (który w całości będzie można obejrzeć na antenie Eurosportu 2) będzie się zbliżał milowymi krokami.
Eurocup:Ostatni akord Last 16
6, decydująca seria spotkań wyłoni zespoły, które zajmą pierwsze i drugie miejsca w poszczególnych grupach Eurocup. Jedynie w grupie I mecze będą miały charakter towarzyski – Dynamo Moskwa zapewniło sobie pierwszą, a Chimki Moskwa drugą lokatę na zakończenie tej części rywalizacji. Tym samy oba kluby wystawią swe zespoły w turnieju Final Eight, który odbędzie się w Turynie.
W pozostałych przypadkach, czekają nas jeszcze emocje. W grupach J i L dojdzie do najfajniejszych z możliwych pojedynków – obaj pretendenci do końcowego triumfu rozstrzygną twarzą w twarz, któremu z nich należy się miano najlepszego.
W pierwszym wypadku ambitny Zadar spróbuje pomieszać szyki wracającemu powoli do dawnej chwały Benettonowi Treviso. Gospodarzom tego meczu, Włochom, zdarzyła się w tym sezonie tylko jedna pucharowa porażka we własnej hali. 6 stycznia Palaverde została zdobyta przez Besiktas Cola Turka. Statystyka jest wyraźnie po stronie podopiecznych Oktaya Mahmutiego. W fazie „Szesnastek” wygrali oni komplet gier na własnym terenie, a do tego dołożyli wyjazdowe zwycięstwo nad jutrzejszymi rywalami. Chorwaci natomiast na wyjeździe mają bilans typowy dla stosunkowo młodych ekip, mianowicie 1 –4. Tyle cyferki na korzyść gospodarzy – goście tego meczu na szczycie dwa tygodnie pokonali na wyjeździe silniejszy kadrowo UNICS Kazań, kończąc jego marzenia o Final 8. Następnie w domu uporali się z mocnym Turk Telekomem Ankara i w sumie notują serię trzech wygranych pod rząd. Czy zdołają podtrzymać ją na trudnym terenie w Treviso? Do zajęcia pierwszego miejsca w grupie istotna jest liczba 9. Jeżeli goście okażą się lepsi właśnie o tyleż „oczek”, niespodziewanie wygrają całą rywalizację. Jeśli nie, mimo nawet wygranej mogą liczyć jedynie na miejsce drugie.
Podobną sytuację mamy w grupie L, z tym że tutaj różnica między liderującym Lietuvos rytas Wilno a drugą w tabeli iurbentią Bilbao wynosi tylko 3 punkty, gdyż o tyle Litwini okazali się lepsi w pierwszym starciu obu ekip. Podopieczni Rimasa Kurtinaitisa mimo straty kluczowych zawodników – Matta Nielsena i Branko Milisavlijevicia w trwajacej fazie rozgrywek zanotowali serię czterech wygranych z rzędu. Jedyną porażkę w tej rundzie zanotowali na jej starcie – w wyjazdowym spotkaniu ze Spirou Charleroi. Właśnie w statystyce spotkań poza Wilnem mogą upatrywać słabości rywala gracze z Baskonii. Oni sami nie zaznali jeszcze smaku pucharowej porażki w hali Municipal la Casilla. W przeciwieństwie do gości dzisiejszego meczu grają jednak w kratkę i sam jestem ciekaw, jakie oblicze tej drużyny zobaczymy dziś wieczorem. Iurbentia straszy formą swojego obwodu, gdzie brylują Luke Reker i Reinaldas Seibutis, ale także pod koszami czają się groźni fighterzy – Marko Banić i Salva Guardia. Przebłyski dobrej formy ma niegdysiejszy talent europejskiego basketu Damir Markota (choć on mimo wzrostu centra preferuje akcje z dala od tablicy). Goście mają wciąż pod tablicami groźny zestaw Petravicius – Zavackas – Bjelica, ale po odejściu Milisavjlevicia powstał problem z dostarczaniem mu piłek do rąk. Jeżeli zespół znad Wilii zdoła rozwiązać ten kłopot powinien zakończyć dzisiejsze starcie na plusie.
Bardziej skomplikowali sobie życie uczestnicy grupy K. Pamesa Walencja jest co prawda pewna gry w turnieju finałowym, ale jeśli przegra dziś z Hemofarmem Vrsac różnicą pięciu i więcej punktów – pożegna się z pierwszeństwem w tabeli. Serbowie z kolei mogą zajać miejsce pierwsze, ale jeśli przegrają spotkanie z Hiszpanami, a Azovmasz Mariupol pokona na wyjeździe Crveną Zvezdę Belgrad. Na razie, na początku drugiej kwart, Vrsac prowadzi 31:25. (mecz pokazuje stacja Eurosport 2). Emocje gwarantowane!
niedziela, 8 marca 2009
Warszawa górą
Życzę Polonii 2011 awansu do ekstraklasy w tym sezonie. Myślę, że wielu kibiców w Polsce czeka na obejrzenie w akcji takich nazwisk jak Berisha, Śnieg czy Pamuła. Prokom pozostaje nadal bez mistrzostwa w tej kategorii wiekowej i zdaje się, że w najbliższych latach już go nie zdobędzie. Następcy z FRE Trefl nie rokują na mistrzów.
O samym turnieju finałowym więcej nie będzie, bo nie widziałem. Będzie za to trochę o czym innym. Warszafka dominuje i tutaj taki wniosek, który nasuwał już mi się we wcześniejszych fazach pucharowych mistrzostw.
Półfinały: 11/16 zespołów to przedstawiciele 7 z 9 największych aglomeracji w Polsce (700 tysięcy ludzi i więcej)
Finały: 6/8 zespołów to przedstawiciele 4 z 7 największych aglomeracji w Polsce (780 tysięcy ludzi i więcej)
Poza tym to ogólnie miasta rozsądnej wielkości. Najmniejsze w szesnastce to Zgorzelec i Ostrów. Ostrów (a i tu można się na siłę doszukać aglomeracji: kalisko-ostrowska - 250 tysięcy) doszedł do finałów, a Turów był w półfinałach głównie za sprawą Szymańskiego. Coś gdzie Sebastian rzuca w jednym meczu 12/31 z gry ciężko nazwać dobrym zespołem...
I nie jest tu kluczowe komu jest łatwiej mieć mocne zespoły juniorskie. Kluczem jest to, że struktura rozkładu talentu w juniorach nie ma odbicia w rozkładzie zespołów ekstraklasowych. I to jest problem. Juniorzy nie mają blisko mocnych zespołów, a mocne zespoły nie mają młodych blisko pod obserwacją. A największy problem w tej kwestii to brak klubu w PLK na Górnym Śląsku (MCKiS Jaworzno, AZS Katowice, GTK Fluor Britam Gliwice). Poza tym Kraków (Korona) i miejmy nadzieję tylko chwilowo - Wrocław.
Bezpośrednio a nie geograficznie klub w ekstraklasie ma 7/16 półfinalistów (Pyra=PBG) oraz 5/8 finalistów Mistrzostw. I choć od tej strony może wygląda to nieźle, możemy spojrzeć na sprawę także z drugiej - prawie połowa (6/14) zespołów PLK nie miała zespołu juniorów starszych nawet na poziomie ćwierćfinałowych turniejów Mistrzostw Polski...
sobota, 7 marca 2009
Pół roku...
Po pierwsze – hale. Ta na granicy Gdańska i Sopotu ponoć nie powstanie na czas. Biorąc pod uwagę rozpadającą się Oliwię oraz ewentualnie (ale to mocno ewentualnie) halę w Gdyni – Trójmiasto wypada niestety blado. We Wrocławiu zamiast odrestaurować obiekt przy ulicy Wystawowej, miasto woli wyłożyć kosmiczne pieniądze na fontannę obok niej. Tak – zamiast zainteresować się niszczejącymi elewacjami czy oknami, lepiej wywalić dwadzieścia milionów złotych na fontannę.
Dalej mamy Spodek, który według pogłosek również wymaga pewnych remontów. Jednak obie hale są solidnej konstrukcji, a w dodatku mają swoją „atmosferę”, więc źle nie jest. Najlepiej oczywiście wypada Bydgoszcz, Łódź i Warszawa, które akurat problemów z halami nie mają najmniejszych. Poznańska Arena również zdaje się być w najlepszym porządku.
Drugi problem – kibice. W zasadzie komplety powinny być we Wrocławiu. Bo jeśli nie Polacy, to Litwini zapełnią Halę Ludową. A ponoć szykowane są również „wycieczki” z Turcji. Akuat stolica Dolnego Śląska jest w komfortowej sytuacji, co udowodniło ostatnie starcie prawie-gigantów z prawie-reprezentacją. Reklamy praktycznie nie było, magnesem w zasadzie byli Wójcik, Koszarek, Stefański i Chanas, a jednak spokojnie te sześć tysięcy przyszło. Gorzej będzie w miastach „nie czujących” tej dyscypliny – Torwar i Arena mogą niepokojąco świecić pustkami. Dla stolicy próbą generalną będzie marcowy Mecz Gwiazd – jeżeli hala zapełni się w 70%, to i o mistrzostwa będę spokojny.
Katowice wprawdzie nie mają jakichś wielkich tradycji, a tym bardziej obecnie wielkich sukcesów, jednak tam odbędą się starcia finałowe, co sprawia, że sporo ludzi przyjedzie spoza Śląska. Natomiast Łódź ma wiernych fanów, ma Marcina Gortata i ma wiarę, że on, jako lider reprezentacji przyjedzie do tego miasta i będzie prowadził swoją drużynę do strefy medalowej.
Kwestia trzecia – marketing. Nie uważam, żeby potrzebne były reklamy za granicą. Ale w Polsce, przynajmniej w miastach organizatorach są niezbędne. Jak na razie nie wiadomo kiedy będzie można kupić bilety, jak, za ile. Powiem więcej – obecnie masa osób nie ma pojęcia, że w ogóle taka impreza się odbędzie! Jak najprościej i najszybciej przemówić do całego narodu i postarać się go „uświadomić”? Z pewnością nie poprzez mecze pokazowe w Pucku...
Czwarte zagadnienie to infrastruktura. Niestety, ale wszystko w naszym pięknym kraju jest podporządkowane pod Euro kopane, co sprawia, iż np. Wrocław będzie we wrześniu rozkopany. A dworzec na pewno nie będzie wyremontowany, więc kibiców zza granicy przyjeżdżających pociągiem może spotkać niezły szok już na dzień dobry.
Ciekawe też będzie przemieszczanie się między miastami. O ile z Poznania do Warszawy, czy z Wrocławia do Katowic drogi są w porządku i pozwolą szybko przemieścić się sporym grupom ludzi, to już podróż na trasie Wrocław – Warszawa będzie zabierała przynajmniej z pół dnia. Kolej niewiele poprawia – ta sama trasa zajmuje minimum pięć i pół godziny, natomiast transport lotniczy wewnątrz kraju nadal jest dość przeciętnie rozwinięty. Zresztą część lotnisk jak na razie również nie jest przystosowanych do przyjmowania nadspodziewanych nadwyżek pasażerów oraz nagłego zwiększenia liczby lotów.
Całe szczęście, że przyjezdnych będzie się liczyło w tysiącach, a nie setkach tysięcy. Dlaczego? Bo część z tych osób będzie chciała gdzieś spać. A jak wiemy z raportów UEFA i „źródeł do nich zbliżonych” Polska ma w tym temacie olbrzymie zaległości, problemy i dziury.
Kampania reklamowa powinna być wręcz natrętna. Żeby każdy w tym kraju się dowiedział, że takowe mistrzostwa będą, gdzie będą transmitowane, o której, itp. itd. Pozostało dziewięć miesięcy, a ja mam wrażenie, że prócz przyjmowania kolejnych komisji oraz ogłoszenia naboru na wolontariuszy, zbyt wiele PZKosz w sprawie promocji i organizacji imprezy nie zrobił. Obym się mylił, a końcowy efekt sprawił, że wypluję własne słowa. Jak na razie jednak widać więcej problemów, niż powodów do optymizmu...
piątek, 6 marca 2009
Euroliga - w komplecie do play off
W większości wypadków niespodzianek nie było – do głosu doszli faworyci sezonu. Jedynie w grupie G młoda ekipa Partizana Belgrad zagra dalej kosztem Unicai Malaga. Klub z Hiszpanii jak co roku skompletował silny zespół, ale o ile w lidze ACB zdarzało mu się wykorzystywać swój potencjał, o tyle w pucharach europejskich nie może od lat doczekać się spełnienia. Tym razem mocny, defensywnie usposobiony zespół pod wodzą legendy hiszpańskiej koszykówki, Aito Garcii Renesesa na dwie kolejki przed końcem fazy Top 16 musiał rozgrywać mecze o pietruszkę. Dla nas najciekawszym wydarzeniem spotkania Malagiz Lottomatiką Rzym był spektakularny występ Thomasa Kelatiego. Były gracz Turowa Zgorzelec zdobył 33 punkty (na pewno najwięcej od trzech lat, gdyż w barwach wicemistrzów Polski takich osiągnięć nie notował). Mało tego, Amerykanin wyrównał rekord w liczbie celnych „trójek” – 9, należący do Sauliusa Stombergasa. Na korzyść Litwina przemawia jednak fakt, że on nie spudłował ani jednego rzutu zza łuku, zaś była gwiazda PLK potrzebowała aż 19 prób, by dorównać temu dokonaniu.
W tym tygodniu panowała zresztą sprzyjająca aura dla świetnych występów indywidualnych. Podobnie, jak w wypadku Pucharu Europy, także i w pucharowej elicie dwóch graczy podzieliło się nagrodą MVP 5 kolejki. Mike Hall z AJ Milano (m. in. 27 punktów, 9 zbiórek i 3 przechwyty) i Charles Gaines z Maccabi Tel Awiw (22 punkty, ale za to 12 zbiórek i 7 wymuszonych fauli) solidarnie zanotowali eval 33, z tym że o ile ten drugi poprowadził swój zespół do wygranej nad Albą Berlin, o tyle Hall musiał wraz z kolegami przełknąć gorycz porażki z rąk Olympiacosu Pireus. Kelatiemu zabrakło do zwycięskiego duetu ledwie trzech punktów rankingowych..
Jeśli chodzi o Gainesa, to jego transfer zaczyna się szefom Maccabi zwracać. W momencie, gdy podkoszowy lider D’or Fisher nie mógł zagrać z powodu ran odniesionych w czasie bójki w jednym z lokali, były gracz Joventudu Badalona wyrasta na główną opcję ofensywną w polu trzech sekund. Zwalisty, ale i bardzo sprawny skrzydłowy nie jest może takim asem przestworzy, jak jego wielcy poprzednicy w Tel Awiwie z Maceo Bastonem na czele, ale jego siła i atletyzm mogą być spory atutem, zwłaszcza że data powrotu do gry Fishera nie jest jeszcze znana. Szkoda tylko, że dalszej fazie rozgrywek zarówno on, jak i pozostali podopieczni Piniego Gershona będą się przyglądać sprzed telewizora, bądź monitora komputerowego. Ekipa z Marcusem i Dee Brownem, Carlosem Arroyo i Liorem Eliahu żegna się z walką o puchar Euroligi, ale odnoszę wrażenie że w innej grupie, niż „grupa śmierci” z Barceloną i Realem, byłoby zupełnie inaczej. Cóż, jeśli się chce wygrywać tytuły, trzeba jednak umieć wygrywać z największymi..
Wielkim wydarzeniem tej kolejki był mecz w Belgradzie. Zainteresowanie meczem Partizana z Panathinaikosem było tak wielkie, że hala Pionir nie zdołałaby go zaspokoić. Na szczęście w stolicy Serbii jest do dyspozycji inny obiekt – Belgrad Arena. Tam organizatorzy zdołali upchnąć aż 22 567 widzów, co jest wynikiem godnym meczu NBA. Gospodarze niesieni dopingiem tej rekordowej widowni pokonali wielkiego rywala 63:56. Obie ekipy miały już zapewniony awans do play off, zaś Pao po wysokiej wygranej nad Serbami w pierwszej kolejce T16 ma już pierwsze miejsce w kieszeni. Niemniej wygrana nad legendarnym klubem z Aten, to zawsze wielka sprawa, zwłaszcza na oczach takich tłumu fanów. Na koniec ciśnie się na usta refleksja, ze taka biedna Serbia ma takie obiekty „rezerwowe”, na których można bić rekordy oglądalności, a w wicemistrzowie Polski musieli szukać pucharowego domu w hokejowo usposobionych Czechach..
Po pięciu kolejkach udział w play off zagwarantowały sobie – TAU Ceramica Vitoria i Olypiacos (walka pierwsze miejsce w grupie E rozstrzygnie się w najlepszy sposób – czyli w bezpośrednim starciu w przyszłym tygodniu), Barcelona i Real Madryt („Królewscy” zagrają z Albą, a Katalończycy podejmą Maccabi w walce zwycięstwo w grupie F) CSKA (pierwsze miejsce w grupie H) i Siena oraz wspomniany Panathinaikos z Partizanem z grupy G.
"Szesnastki", kolejka 5 - Puchar Europy
W fazie Last 16 mamy cztery grupy po cztery ekipy. Z każdej z nich do turnieju finałowego awansują dwa najlepsze zespoły. Z prostego rachunku widać, że w trzech grupach jest już „pozamiatane”.
W grupie I niespodzianek nie było – do decydującej rozgrywki weszły obie drużyny z Rosji. Zaskakiwał jedynie fakt, że Chimki (nadal bez Macieja Lampego) musiały walczyć tak długo o promocję do dalszych gier. Mało tego, były takie momenty, gdy zespół spod Moskwy okupował ostatnie miejsce w tabeli. Teraz jednak wszystko wróciło do normy. Tydzień temu dzięki dobrej grze duetu Anton Ponkraszow – Timofiej Mozgow Rosjanie pokonali Panellinios, zaś dzisiaj mimo słabszej gry tej dwójki, pewnie pokonali Maroussi Ateny. Podopieczni Sergio Scariolo nauczyli się grać bez swego krnąbrnego lider, Carlosa Delfino, a jego punktami „podzielili się” Kelly McCarty i Milt Palacio. McCarty zagrał tak, jak w czasach, gdy sięgał z Hapoelem Jerozolima po Puchar ULEB, a jego rzuty załamywały momentami przyzwoitą obronę gości. Z kolei Palacio, świetnie dyrygował kolegami i „pilnował”, by wypracowana różnica punktowa nie uciekła Chimkom w końcówce. Od chwili, gdy zadania ofensywne zostały rozłożone na większą liczbę graczy, chimczanie urozmaicili swoją koszykówkę i teraz z przyjemnością ogląda się ich grę. Cieszy także zaangażowanie Lampego, który wreszcie żywiołowo reaguje na poczynania kolegów i coraz lepiej widać, że jest częścią drużyny. Oby tak dalej..
Bez niespodzianek obyło się także w grupie L. Tam bowiem Lietuvos rytas pokonał groźne Spirou Charleroi dając awans nie tylko sobie lecz także zespołowi z Bilbao. Na pewno szkoda teamu z Belgii, w którym ważne role odgrywali byli gracze z PLK – Jerry Johnson i Justin Hamilton, ale trzeba docenić charakter Litwinów, którzy mimo straty głównej (i jedynej) „jedynki” – Branko Milisavljevicia wygrali decydujące bitwy Last 16.
W grupie J niespodzianką jest odpadniecie niepokonanego po pierwszej rundzie UNICS –u Kazań. Zespół ze wschodniej Rosji dwukrotnie przegrał z Zadarem i to okazało się gwoździem do jego trumny. Dowodzeni przez Roka Stipcevicia, następcę rozgrywającego UNICS –u Marko Popovicia Chorwaci są rewelacją tej części sezonu. Dzisiaj, mimo świetnego występu Michaela Wrighta (6/6 rzutów z gry) oraz Erwina Dudleya (10/11) Turk Telekom Ankara nie zdołał wyszarpać wygranej podopiecznym Zmago Sagadina. Odpadnięcie Telekomu i Kazania daje pojęcie o klasie ich pogromców.
Ostatnia niewiadoma, to kwestia drugiej drużyny, która awansuje z grupy K. Porażka Hemofarmu Vrsac w Mariupolu odłożyła świętowanie w Serbii. Druga drużyna z Bałkanów, Crvena Zvezda Belgrad zagrała z walczącą o pierwsze miejsce Pamesą Walencja. Hiszpanie ostatecznie dopięli swego, ale po meczu, który kosztował ich trenera i kibiców sporo nerwów.
Podopieczni Nevena Spahiji w drugiej kwarcie narzucili swój styl gry i zdominowali ekipę gości. Utalentowani podkoszowi Zvezdy nie byli w stanie sforsować zasieków obronnych gospodarzy, a gra belgradczyków zaczęła wyglądać chaotycznie. Nerwy tracił ich trener, Svetislav Pesić, który po jednej z żywiołowych wymian zdań z arbitrami „zarobił” dla drużyny przewinienie techniczne. Znakomicie grający Albert Oliver wykorzystał ten prezent trafiając z dystansu, dając tym samym sygnał do odjazdu swej ekipy.
Pieklący się Pesić i jego jeźdźcy bez głowy w szatni przeszli wspaniałą metamorfozę. Po dużej przerwie rzucili się na rywali i zaczęli zmuszać ich do serii błędów. Swój show w drugiej połowie miał Mirko Kovac, jeden z nielicznych weteranów młodej ekipy ze stolicy Serbii. Wspierany przez Tadiję Dragicevicia doprowadził niemal do remisu, ale Oliver Stević otrzymał od rywali piorunującą czapę w kontrze i pościg w trzeciej kwarcie zakończył się na czterech punktach różnicy. Doświadczeni Vule Avdalović, Oliver i Matt Nielsen wyprowadzili swój zespół na 10 oczek przewagi i wydawało się, że walka właśnie się skończyła. Jednakże w ostatniej odsłonie przyjezdni jeszcze mocniej przykręcili śrubę w defensywie. Ukoronowaniem ich starań były fantastyczne bloki rozgrywającego Andre Owensa, w tym zwłaszcza drugi na szykującym się do wsadu Albercie Mirallesie. Różnica wzrostu między hiszpańskim centrem i Owensem wynosiła 15 centymetrów.. Amerykanin grając z podkręconym stawem skokowym mógł zostać bohaterem meczu, ale w końcówce nie wyhamował i wpadł na Rafę Martineza rzucającego zza łuku. W jednej z ostatnich akcji meczu zaliczył także stratę. Pamesa w najważniejszych momentach mogła liczyć na spokój i pewną rękę Shammonda Williamsa oraz Olivera, zaś młodzi Serbowie nie wytrzymali presji po szaleńczym pościgu, trwającym przeszło dwie kwarty. Gdy wreszcie udało im się wyjść na prowadzenie (po niesamowitej „Trójce” z siedmiu metrów o tablicę w wykonaniu Dragicevicia) do głosu doszły nerwy, a w grę w ataku wkradł się ponownie chaos. Tym razem to goście mieli kłopot z wyprowadzeniem piłki, co obrazowała strata piłki przy wznowieniu gry zza linii końcowej (przy dobrej presji Williamsa). O charakterze Serbów świadczy jednak fakt, że nawet nie mając już szans na zwycięstwo grali do końca, a trójka Dragicevicia trafiona równo z syreną uciszyła nieco okrzyk zwycięstwa (lub westchnienie ulgi..) kibiców Pamesy. I za postawę belgradzkiej młodzieży należą się duże brawa – takie mecze są najlepszą reklamą basketu, mimo utyskiwań purystów na nierówną grę obu drużyn.
W ten sposób jednakże skończyły się marzenia graczy „Czerwonej Gwiazdy” o grze w Wielkim Finale. Ich szanse poszły jednakże z dymem nie podczas zaciętej bitwy w Walencji lecz w fatalnie rozegranych meczach z Hemofarmem. W najbliższy wtorek zespół z Vrsaca podejmie Pamesę, zaś Azowmasz spróbuje zdobyć halę Pionir w Belgradzie.
Na koniec warto wspomnieć o MVP kolejki. Znakomity występ McCarty'ego przeciw Maroussi (31 punktów) nie dał mu zawodnikowi Chimek samodzielnego lauru. Musiał się nim podzielić z Khalidem el Aminem z Mariupola. Obaj zanotowali ranking 35 – el Amin zdobył o dwa punkty mniej, ale „nadrobił” asystami, których dostarczył 9, przy zerowy dorobku skrzydłowego Chimek.
środa, 4 marca 2009
Chęci ponoć są
O tej sprawie napisano już mnóstwo i to bardzo podobnych tekstów. Ja nie chcę się powtarzać. Chciałbym tylko podkreślić, że czas w tym momencie to kluczowa sprawa. Jeśli robić powrót to z klasą, a nie prowizorycznie, na szybko. Powiedzenie lepszy rydz niż nic, może być bardzo złą filozofią budowy klubu...
Teraz zmieniając trochę temat - choć nie do końca - chciałbym jeszcze raz powrócić do Pojedynku Gigantów. A dokładniej do propagandy jaka pojawiła się szczególnie we wrocławskiej prasie (do propagandy ze strony PLK i PZKosz już przywykliśmy, więc to nic nadzwyczajnego) na temat atmosfery w Hali Ludowej. Owszem hala była pełna i to zainteresowanych kibiców, a nie przypadkowych ludzi, ale atmosfery nie było. Hala Ludowa to miejsce, gdzie dopingu kilku tysięcy gardeł nie da się nie zauważyć. W niedzielę dopingu nie było. I to może martwić w kontekście dopingu na polskim Eurobaskecie.
Oczywiście zrozumiałe są przyczyny pisania w takim tonie. I może tutaj chodzić nie tyle o budowę atmosfery wokół Mistrzostw, a przede wszystkim o przekonanie ludzi decydujących o przeznaczeniu większych zasobów pieniężnych do postawienia na odbudowujący się Śląsk. Oby takie naginanie rzeczywistości przyniosło pozytywne skutki w obu sprawach.
Pozostając przy spotkaniu reprezentacji - dosyć uderzające spostrzeżenie. Reprezentację Polaków z PLK prowadzą dwa trenerzy, którzy nie pracują w tej lidze. Owszem trener Czerniak ogląda materiały i wysyła raporty Katzurinowi, ale ciężko nie oprzeć się wrażeniu, że to za mało i straty informacyjne są bardzo duże. Oglądanie video nigdy nie będzie tym samym co obserwowanie gracza z pozycji parkietu. Czytanie raportów i oglądanie graczy na zgrupowaniach nigdy nie będzie tym samym co obserwowanie gracza na przestrzeni całego sezonu w bardzo różnych sytuacjach. Główne decyzje personalne będą podejmowane na granicy dwunastki meczowej. Na górze nie ma o czym decydować - Lampe, Gortat, Ignerski, Szewczyk zagrają. Osobiście bardzo jestem ciekaw jaki stan wiedzy trenerów reprezentacji na temat formy takich graczy jak Michał Chyliński, Olek Czyż, Jakub Wojciechowski czy Tomasz Kęsicki. Szczególnie Michał Chyliński wobec twierdzenia, że trzecim rozgrywającym może być Iwo Kitzinger oraz wobec niejasnej sytuacji na pozycji rzucającego obrońcy. W końcu to właśnie Michał był kilka lat temu największym diamentem rocznika '86, który obecnie ma zupełnie innych bohaterów. Debiutował w reprezentacji w 2005 roku, już 4 sezony temu grał regularnie z powodzeniem w lidze. I to bez pomocy żadnego boiskowego limitu.
Na koniec jeszcze link do bardzo fajnej serii wywiadów, którą zauważyłem dopiero o kilku miesiącach istnienia. Seria nosi nazwę 4 kwarty z gwiazdą, a jej autorem jest Michał Falkowski z serwisu sportowefakty.pl. Seria zawiera wywiady z gwiazdami europejskiego basketu podane w bardzo ciekawej formie. Te gwiazdy to między innymi Marko Popović, Sani Becirović, Henry Domercant, Tomas van den Spiegel, Jeremiah Massey i inni. Jak by nie było to powiew świeżości w polskich internetowych mediach koszykarskich. A oto i 4 kwarty z gwiazdą.
niedziela, 1 marca 2009
Blaski i cienie Meczu Gigantów
Mecz stanowił apogeum weekendowej akcji promocyjnej Eurobasketu 2009. Wcześniej na wrocławskim Rynku polscy koszykarze spotkali się z kibicami w specjalnie zaaranżowanym koszykarskim miasteczku, zaś Adam Wójcik i Kamil Chanas odwiedzili jedną ze szkół. Tyle działań z zakresu reklamy bezpośredniej. Pośredniej nie było prawie wcale, bo media (nawet lokalne i zwłaszcza elektroniczne) praktycznie nie zauważały całej imprezy. Będąc w hali nie wiedziałem, czy mecz był ostatecznie transmitowany na kanale Info, ale jeśli chodzi o nagłaśnianie wydarzenia przed jego rozpoczęciem, to był jak zazwyczaj, czyli źle.
Mimo pewnych błędów organizacyjnych kibice dość szczelnie wypełnili Halę Ludową, zwaną Stulecia, co po raz kolejny pokazuje, że zapotrzebowanie na widowiska w dużej scenerii we Wrocławiu nadal jest. Gorzej z atmosferą, której z pewnością nie służył didżej włączający natarczywą muzykę w momentach, w których mogło się tlić jakieś zarzewie dopingu. Osobiście jestem zwolennikiem bardziej spontanicznej reakcji widowni, a wszelkie „efekty specjalne” mogą być co najwyżej dodatkiem do dania głównego. Rozumiem, że organizatorzy chcieli koniecznie uniknąć ciszy w hali, ale już na meczu Polska - Bułgaria na warszawskim Torwarze miałem wrażenie uczestnictwa w czymś nieco sztucznym. Może jednak więcej wiary w publiczność, a mniej w moc głośników? Szczególnie we Wrocławiu, gdzie ludzie jeszcze nie zapomnieli, co to są emocje koszykarskie..
W aspekcie sportowym mecz był toczony w dość sennej atmosferze, przerywanej pojedynczymi zrywami młodych graczy po obu stronach (Brandon Wallace i Javier Mojica wśród „stranierich” oraz Paweł Kikowski i Przemysław Zamojski po stronie kadry Pzkosza). Polacy mogli liczyć na swoich liderów, z których najpierw z animuszem rozrzucał się Wójcik. Superweteran uhonorowany nagrodą PZKosz w swoim stylu (choć już nieco wolniej), dostarczał punkty po wejściach pod kosz i dobitkach. Na dystansie rozhulał się Robert Witka, który utrzymywał różnicę na korzyść „Gospodarzy”. Dobrą czwartą kwartę miał z kolei Filip Dylewicz, który umiejętnie wykańczał akcje w polu trzech sekund.
Obcokrajowcy grali w stylu pośrednim między zabawą, a indywidualnymi popisami (z nielicznymi wyjątkami) i to jest zrozumiałe. Spotkali się przed meczem, trochę poruszali i zagrali, tak, by pokazać, co potrafią jako gwiazdy ligi. Brak czołowych graczy Asseco Prokomu oraz Turowa Zgorzelec (z wyjątkiem Damira Miljkovicia) odbił się na poziomie gry ekipy prowadzonej przez Mariusza Karola. Z Patem Burke, Qyntelem Woodsem, Ronniem Burrellem, czy Tyusem Edneyem zabawa byłaby dużo ciekawsza, a wynik ważyłby się do końca meczu.
Wartość tego spotkania ocenimy pewnie za jakiś czas. Na razie wydaje mi się, ze są pewne wady, jak też i zalety tego wydarzenia, które warto wziąć pod uwagę.
Po pierwsze zebranie kadry (wraz z trenerem Mulim Katzurinem) w trakcie sezonu jest dobrym pomysłem i nawet całkiem nieźle udało się ten plan wykonać. Po sezonie będzie paradoksalnie mało czasu, na pracę szkoleniową, a nie wiemy też czy i kiedy cała drużyna zbierze się na wspólnym zgrupowaniu. Każda inicjatywa mająca na celu zwołanie maksymalnej liczby graczy przypomnieniu pewnych zagrań i wskazówek, jakich udzielił zawodnikom coach latem ubiegłego roku. Minusem jest krótki czas na treningi, ale z drugiej strony, która kadra narodowa zebrał się o tej porze na mecz? Niestety obecność naszych głównych strzelb z lig zagranicznych – Marcina Gortata, Macieja Lampego, czy Michała Ignerskiego z różnych względów nie był możliwy, ale też nikt poważnie na to nie liczył. Być może lepszy pomysłem byłoby rozegranie tego meczu w poprzedni weekend, gdy większość lig miała przerwę na krajowe puchary? Taka Cajasol Sewilla Ignerskiego miał w tym czasie „wolne”, ale dziś to gdybanie po fakcie.
Po drugie wspomniany już ograniczony czas na wspólną pracę nie pozwolił na odbudowanie zgrania drużyny. Widać to było choćby w grze obronnej, w której sporo było luk. W ataku wiele zależało od klasy trzech wspomnianych liderów, a brakowało nieco ustawionych zagrań zespołowych. Na tle zbieraniny obcokrajowców było całkiem nieźle, ale też miałem nadzieję na nieco więcej. Inna rzecz, że trener Katzurin przepracował z reprezentacją Polski dopiero jeden rok (czytaj: sezon letni). W tym czasie musiał dokonywać sztuczek rotacyjnych, by na każdym zgrupowaniu mieć do dyspozycji choć część kluczowych graczy. Widać wiec, ze lato 2009’ będzie kluczowy momentem budowy zespołu na Eurobasket. A to jest wielka niewiadoma..
Dość oryginalny dobór uczestników meczu spowodował, ze tak do końca trudno było „złapać jego klimat”. Nie był to typowy mecz gwiazd, bo z jednej strony mieliśmy reprezentację Polski (a przynajmniej pewną jej część). Nie był to też typowy mecz kontrolny kadry narodowej, bo przeciwnik mocno „niereprezentacyjny”, a skład (mam nadzieję) jednak daleki od optymalnego. Co za tym idzie był to mecz nadziei, gdyż:
1. Mam nadzieję, że latem będziemy mogli liczyć na Lampego, Gortata i pozostałe nasze gwiazdki z zagranicy. Bez nich siła rażenia kadry będzie niestety przeciętna. Nie wypowiadam się na temat szans „załatwienia” zagranicznej „jedynki” bądź strzelca na obwodzie, bo nadal konkretów w tej sprawie brak. A szkoda, bo przydałby się ktoś z umiejętnościami i osobowością lidera w rodzaju JR Holdena w kadrze Rosji..
2. Mam też nadzieję, na lepszą promocję, zwłaszcza medialną, bo nie tyle mecze reprezentacji, co spotkania w innych grupach mogą się odbywać przy wtórze dźwięków piłki odbijającej się od parkietu, a nie dopingu tysięcy fanów. W Chorwacji jakiś czas temu rozgrywano Mistrzostwa Europy siatkarek. Mecze przy niemal pustych trybunach i sennej atmosferze. Tak wygląda turniej źle wypromowany. Niech władze PZKosz oraz firmy reklamujące nasz Eurobasket mają ten fakt w pamięci i strzegą się go jak ognia.
3. Na koniec nadzieja „lokalna” – na odrodzenie Śląska. Szkoda byłoby gdyby po Eurobaskecie „Ludowa” miał pozostać wyłącznie miejscem imprez pozasportowych. Wiadomo, że kryzys torpeduje działania „reaktywacyjne”, ale zainteresowanie wrocławskim basketem wciąż jest żywe i szkoda byłoby je rozpuścić we mgle zapomnienia...
michcio: Kicz sezonu dla Polski
Byłem, widziałem, jestem rozczarowany. A czytając opis spotkania na stronie PZKosz-a, ogarnęła mnie lekka rozpacz na temat obiektywności opisów. Wiadomo – dobry PR jest ważny, ale tutaj dziennikarze czynią już cuda… A ponieważ plusy i słodzenie już jest, więc ode mnie tak zwana łyżka dziegciu – a właściwie subiektywna opinia, bo będą i plusy i minusy tego widowiska.
Ledwo weszliśmy na halę (tak, tak – cała „redakcja” była obecna na tym widowisku) a już słyszeliśmy gadaninę raperów. Zbyt głośne nagłośnienie sprawiało, że ich krzyk do mikrofonu był naprawdę donośny. Czy rozgrzali publikę? Hmm… kwestia gustu.
Pozytyw – faktycznie był prawie komplet (ale nie nadkomplet drodzy redaktorzy z pzkosz-a!). Miło widzieć wypełnioną Halę Ludową, zapewne jest to pokłosie tanich biletów – zdecydowanie świetny ruch. Szkoda, że muzyka waląca z głośników non stop, często podczas akcji kompletnie paraliżowała próby dopingu. Zresztą, co rozczarowujące – do skandowania ‘Polska, Polska’ chętnych można było policzyć na palcach obu rąk (w przeliczeniu na sektor), za to do muzyki z ‘kaczuszek’ klaskała zdecydowana większość. Od razu powiem – nienawidzę sterowanego dopingu z głośników. A tutaj właściwie był tylko taki. A dodatkowo pieśni typu ‘polska biało-czerwoni’ zabrakło… Jak dla mnie gigantyczny minus.
Dalej spikerzy. Wiadomo, starali się zrobić show. Wprawdzie byli zdecydowanie lepsi niż znani z Meczy Gwiazd Skiba czy Konjo, ale troszkę niedociągnięć rzucało się w oczy. Przede wszystkim nie sygnalizowanie zmian, za to gadanie o wszystkim innym. Kibice nie mieli nawet szans, żeby wejście Marcina Stefańskiego nagrodzić większymi brawami – nie dość, że nikt o tym nie powiedział, to jeszcze w momencie zmiany leciała jakaś głośna muzyka…
Bardzo podobał mi się mecz młodych koszykarzy. Z pewnością była to dla nich wielka sprawa, a i dla mnie stali się o wiele ciekawszym wydarzeniem niż trzech tancerzy, czy też śpiewający hip-hopowcy. Ponoć grali synowie Adama Wójcika – wprawdzie nie wiemy, którzy to, ale ponieważ dwóch wybijało się umiejętnościami (częste treningi z tatą?), to podejrzenia mamy. Dość ciekawe były również konkursy, chociaż jak wybierano tych dwóch gości, którzy mieli szansę na tysiaka – nie mamy pojęcia. No i szkoda, że nie udało się wygrać karnetu na mecze Polaków podczas EuroBasketu – ale to też bardzo fajna inicjatywa i pomysł.
A teraz o całym meczu. Generalnie na początku obcokrajowcom się chciało. Gdyby nie Wójcik (7pkt. z pierwszych dziesięciu drużyny), mogło być ciekawiej. Widać było, że Katzurinowi bardzo zależało na zwycięstwie – na początku Pan Adam praktycznie nie schodził z parkietu. Potem, w miarę jak obcokrajowcy tracili zapał i bardziej martwiły ich głośniki tuż za ławką – było łatwiej, lżej i przyjemniej. Zwłaszcza po przerwie rzuty za trzy zgasiły ekipę trenera Karola. Tutaj brylował Robert Witka, jednak im bliżej kosza, tym radził sobie gorzej. Duży spokój wprowadził Koszarek, rzucać przestał Roszyk, sporo akcji szło pod kosz i zwycięstwo w zasadzie nie było zagrożone. Powiem wprost – z drużyny obcokrajowców nie jestem w stanie nikogo wyróżnić. Zwłaszcza, że w drugiej połowie właściwie wszyscy grali ‘na stojąco’. W zasadzie każdy miał krótkie i dobre momenty, ale zdecydowanego lidera nie było.
Jak zwykle nierozłączna była para Wierzbowski – Ludwiczuk. No cóż – taka specyfika polskiej koszykówki, w której oni razem decydują o wszystkim i razem pokazują się na większych imprezach. Aż dziw, że tym razem w przerwie nie było ulubieńców tego drugiego, czyli Crazy Dunkers-ów. No ale szansa na ‘poprawę’ już dwudziestego dziewiątego.
Ogólnie spotkanie miało plusy i minusy. Z pewnością fajnie, że cokolwiek zostało zorganizowane i że miało to miejsce we Wrocławiu, który chyba nadal łaknie koszykówki na najwyższym poziomie. Hala Ludowa była świadkiem spotkania nieco kiczowatego (mam wrażenie, że Mecz Gwiazd przebije je pod tym względem), w którym zaprezentowali się reprezentanci Polski (zapewne część z nich po raz ostatni w narodowej koszulce) i chyba udowodnili, jak mocno przeciętna jest nasza liga. Szkoda, że zabrakło największych gwiazd, z Patem Burke na czele.
Dobrze, że bilety były tanie. Dzięki temu przyszło naprawdę dużo osób, momentami tłok przypominał ten z meczy Śląska a może i ktoś się tym sportem zainteresuje i przyjdzie również na EuroBasket. Sama impreza z pewnością jest potrzebna, ale może zamiast tak ciągle chwalić wszystko i uznawać za wielkie sukcesy warto posłuchać głosów krytycznych i postarać się, aby w przyszłości było jeszcze lepiej? Bo zdecydowanie może być…
greg: Powiedziane jest już sporo, także wspólne wnioski. Więc postaram się treściwie i bez nadmiaru powtórzeń. Aktor główny Pojedynku Gigantów to oczywiście muzyka. W Hali Ludowej szczególnie na wyższych sektorach nagłośnienie potrafi doprowadzić do dłuższej głuchoty. A muzyka nie chciała przestać grać przez okrągłe 2 godziny od wejścia na hale aż po jej opuszczenie. I jeśli to miała być poważna próba przed Eurobasketem we Wrocławiu, to zastanawialiśmy co mówią na temat muzyki w trakcie akcji przepisy FIBA. Nawet w NBA melodia puszczana jest tylko w początkowej fazie akcji przy wyprowadzaniu piłki. Sposób prowadzenia dopingu miał przypominać ten siatkarski, a przecież i tam czas akcji to świętość i jedyny hałas mogą robić kibice. Zdajemy sobie sprawę, że to spotkanie w Ludowej to bardziej promocyjny event niż mecz koszykarski, ale w końcu to chyba koszykówkę mamy promować? Do obsługi nagłośnienia został posadzony ktoś moim zdaniem niekompetentny. Już naprawdę wiele można by wybaczyć. Nawet głośną muzykę podczas prezentacji zawodników (jaką rolę miała wtedy spełniać?), ale ten idiota puszczał sobie jakiś kawałek podczas wręczenia nagrody Adama Wójcika. Nie dając kibicom zupełnie szansy skwitowania tego potężną owacją. A akurat Oława jest jedną z niewielu rozpoznawalnych i szanowanych postaci tej reprezentacji, co bardzo widać po reakcjach ludzi.
Co do samego meczu. W pierwszych minutach Gwiazdy wyglądały na zespół lepiej poukładany od kadry Polski. U naszych Krzysiu Roszyk robił za człowieka biegającego po zasłonach i oddającego szybkie rzuty za 3. Straszny zgrzyt taktyczny, ale wyglądało to zaplanowane sytuacje. Być może eksperyment. No cóż - wiadomo do czego już nie trzeba wracać... Klasę pokazywał Adam Wójcik. Zagrał skutecznie zresztą podobnie jak cała nasz czwórka podkoszowa, która zdobyła ponad połowę wszystkich punktów zespołu. Tutaj taktyka była dość prosta. Dużo izolacji dla wysokich, sporo pick&rolli, z obwodem głównie inside-outside. Taka powinna być właśnie charakterystyka gry reprezentacji Polski pod dojściu jeszcze Lampe, Gortata, Szewczyka. Wszystko powinno zaczynać się pod koszem - granie na wysokich, granie z wysokimi, ich oddania piłki na obwód, ich współpraca między sobą. To jest trzon taktyki. Poza tym jeszcze na Ignerskiego.
Gwiazdy miały niezły początek, ale kiedy do głosu (znaczy się do piłki) doszli tacy gwiazdorzy jak Quinton Day i Eddie Miller (razem 3/16 z gry) to dobre granie się skończyło. Chciałoby się powiedzieć kto to do cholery jest? Najlepsi chyba dzisiaj Tuljković i Daniels nie wiedzieć czemu grali bardzo mało. Ale ogólnie rzecz biorąc poziom gry naszych gwiazd pozostawiał wiele do życzenia i jakby popatrzeć na statystyki z naszej ligi, to pewnie by wyszło, że nie mieli prawa przegrać...
Teraz jeszcze do kwestii kibicowania. Hala wypełniła się dość szczelnie. Nagłośnienie sabotowało próby dopingu. Ale kiedy odpuszczało i te próby się pojawiały, choćby z naszego sektora - odzew był praktycznie żaden. I pod tym względem można się obawiać, czy we wrześniu Litwini nie będą grali u siebie...
PS Gratuluję dobrnięcia do końca tekstu.
