„(...). To, co mnie spotkało, gdy wreszcie powróciłem do świata sportowych informacji, przeraziło mnie. Postanowiłem wiec wybrać trzy największe pomyłki ostatniego tygodnia. W kategorii największe g...o w mojej klasyfikacji wygrywa Janavor Weatherspoon, który został pierwszym trenerem Znicza Pruszków. To jest upadek polskiej myśli szkoleniowej, to jakiś matrix, pokaz debilizmu, to niestety kolejny przykład, że mądrych działaczy sportowych jest u nas jak na lekarstwo.
Tuż, tuż za nim uplasował się trener Rimas Kurtinaitis, który zostaje pierwszym po Bogu w Lietuvos Rytas Wilno. W tym miejscu winien wam jestem parę słów wyjaśnienia. Ten fakt uważam za osobistą zniewagę, gdyż miałem wątpliwą przyjemność pracy z tym panem. Muszę też przyznać, że zachowałem się jak patafian. Zamiast powiedzieć całej koszykarskiej rodzinie w Polsce, jaki to beznadziejny, naprawdę beznadziejny, trener bez żadnego warsztatu, wolałem siedzieć cicho, dostawać wypłatę i mieć spokój.”
Oczywiście każdy posiada prawo do własnego zdania Jakie Radosław Hyży ma o swoim byłym szkoleniowcu za czasów gry w Śląsku możemy przeczytać powyżej. Ekscentryczny skrzydłowy wielkiej aprobaty u litewskiego trenera nie zyskał, minut na parkiecie dostawał mało, ale wszystko to, co nie przeminęło u Radosława Hyżego to cięty język.
Kurtinaitis zaraz na początku 2008 roku miał niecały miesiąc na porządki we wrocławskim zespole. I takowe się udały. Przyszły wygrane z Prokomem czy Anwilem oraz w ćwierćfinale z ostrowską Stalą (zakończenie serii w gorącej hali przy Kusocińskiego). Nadeszły ciężkie momenty w półfinałowych konfrontacjach z Turowem, co w ostatecznym rozrachunku złożyło się na obronę trzeciej pozycji w kraju po boju z Polpakiem Świecie. A nie zapominajmy o pozostawieniu dobrego wrażenia w ówczesnym Uleb Cup.
Niestety pomimo przystępnych wyników, zaczęło buchać w wulkanie pod nazwą drużyna. Przodowali w tym oczywiście Amerykanie. Trener nie był obdarzony odpowiednim szacunkiem, team spirit stał na niskim poziomie, w zespole dało wyczuć się niezadowolenie niektórych graczy. Panowała opinia o uprzedzeniu do Polaków i faworyzowaniu zagranicznych koszykarzy. Krótko mówiąc to raczej niekomfortowe warunki. Na ile to wynikało z widzimisię i przeświadczeniu o swoich ponadprzeciętnych umiejętnościach wśród obcokrajowców, na ile z błędów trenera, a na ile z niereformowalności poszczególnych ogniw zespołu już się nie dowiemy.
Mimo to podczas rozgrywek nadeszła gorąca oferta prosto z Lietuvosu Rytas. Kurtinaitis postąpił bardzo etycznie i podziękował za lukratywny kontrakt w ojczyźnie. Ba, gdy Śląsk przystępował do swoich schyłkowych rozgrywek, Litwin wołał o dach nad głową i możliwość pracy, by tylko wypełnić dwuletni kontrakt. Po upadku klubu, trafił do Sopotu. Wtedy działacze Rytas znów przypomnieli sobie o Kurtinaitisie i tym razem pozyskali szkoleniowca.
Okazało się, że ten wybór był strzałem w dziesiątkę, bowiem Litwin zdołał dopisać do klubowego konta Lietuvosu Puchar Litwy po zwycięstwie z Żalgirisem Kowno czy ostatni sukces w Lidze Bałtyckiej. To i tak nic przy kwietniowej bombie jaką był awans do Euroligi poprzez wygraną w EuroCup. Finałowej walki z BC Khimki nikomu nie trzeba przypominać. Tu ciekawostka. Porównanie wysokości budżetów wypada zatrważająco jednoznacznie. Moskwianie dysponowali ponad dziesięciokrotnie więcej pieniędzy niż Rytas.
Zbliżamy się do pytania czy Kurtinaitis to trener bez warsztatu? Nie wysunąłbym aż tak odważnego wniosku. Pamiętam jak przed obecnymi rozgrywkami Oliver Stević jako powód kontynuowania kariery we Wrocławiu wspomniał o takim samym ruchu ze strony trenera. To o czymś świadczy. A w jakich klubach grają/grali Stević i Hyży w tym sezonie?
W Lietuvosie na pewno wpływ na relacje trener-koszykarze miała narodowość opiekuna oraz większości składu. Właściwie na starcie pewna baza, pozwalała nie myśleć o konfliktach, a o koncentracji nad praca.
Osobiście Rimasa Kurtinaitisa uważam za lepszego zawodnika niż trenera – przynajmniej na razie. Niemniej każdy popełnia błędy, każdy z nas uczy się całe życie. Litwin ma za sobą bardzo żyzny okres. Każdemu kto w koszykarskim światku kieruje zespół do Euroligi, należą się gratulacje i określania znacznie cieplejsze niż beznadziejny. No a Eidson, Petravicius i spółka walczą jeszcze o mistrzostwo kraju!
Na zakończenie dodam, iż chciałbym doświadczyć trenera Kurtinaitisa ponownie radzącego sobie w naszej rodzimej lidze. Może nawet z Hyżym w składzie.
czwartek, 30 kwietnia 2009
wtorek, 28 kwietnia 2009
Reprezentacja Polski 10 lat temu, czyli Mariusz Bacik opowiada
Jesteśmy w przededniu Mistrzostw Europy w Polsce, nasza kadra zagra na tej imprezie po raz drugi z rzędu, mamy dobrego trenera, organizacyjnie wszystko jest w porządku, zawodnicy nie odmawiają masowo gry, mamy kilku bardzo mocnych graczy, ale co ważniejsze wszyscy kadrowicze regularnie grają w swoich klubach.
Przypadkowo trafiłem na pewien wywiad, który dwa lata temu na chwilę wywołał sporą burzę. Jest to wywiad w którym Mariusz Bacik mówił o sprzedanych meczach w PLK pod koniec ubiegłego wieku. Później szybko się z tego wycofał, ale to tutaj nie jest przedmiotem. Wywiad jest Życia Warszawy, ale oryginalny link się nie zachował, więc przytoczę go tutaj, dla przypomnienia pewnych spraw. Opowiada Mariusz Bacik:
(...)
Sprawę zawalili działacze PZKosz. Każde kolejne eliminacje kończyły się porażką, zwłaszcza organizacyjną. Pieniędzy brakowało na wszystko. Nie mam na myśli kasy dla zawodników, bo grać dla ojczyzny to, przynajmniej dla mnie, zawsze był wielki honor. PZKosz nie chciał jednak płacić nawet za ubezpieczenie. Gdybym odniósł kontuzję, w ciągu sezonu nie zarobiłbym pół złotego, bo kierownictwo kadry nie brało za to odpowiedzialności. Brakowało też strojów, butów...
(...)
Langosz był kolejnym w panteonie niedoszłych zbawicieli polskiego basketu. Naobiecywał różnych cudów... Na prowadzonych przez niego treningach częściej leżałem na parkiecie, niż po nim biegałem. Nie tylko ze śmiechu. Jego ulubionym ćwiczeniem były... rzuty na piłkę. I to takie, żeby krew z kolan leciała! Część graczy rzucała się rzadziej, inni częściej. Pewnego dnia Langosz oznajmił nam: Panowie, mam dodatkowy budżet. Kto będzie rzucał się najbardziej efektownie, dostanie ode mnie 100 dolarów.
Krzysiek Wilangowski od razu padł na parkiet z takim impetem, że aż w całej hali zadudniło. Langosz na to: Brawo Krzysiu, brawo! Tak trzymać! Na to „Wiluś”: Trenerze, jak pan chce, to mogę jeszcze raz. Dawaj Krzysiu, dawaj! – usłyszał, więc znów walnął z całej siły w parkiet. I jeszcze raz, i jeszcze... Na koniec treningu podszedł do selekcjonera i pyta: Gdzie są moje pieniądze? Langosz zaczął stękać i wymigiwać się, czym tylko rozsierdził Wilangowskiego. Krzysiek spojrzał na niego ostrym wzrokiem i powiedział stanowczo: Trenerze, niech mnie trener nie denerwuje! Należy się ponad tysiąc baksów. Jak ich nie dostanę, zaraz panu przypier... Langosz wystraszył się i wypłacił wszystko. Co do centa. Następnego dnia oznajmił, że dodatkowy budżet się wyczerpał (śmiech).
(...)
Po zgrupowaniu w Cetniewie graliśmy pokazowy mecz w Sopocie. Langosz chciał mi pokazać, kto rządzi, i przytrzymał na ławce przez 38 minut. Po czym zakomenderował: Wchodzisz! Odmówiłem. W efekcie doszło do ostrej wymiany zdań, po której obróciłem się na pięcie i poszedłem do szatni. Zmierzając do niej, słyszałem Langosza, który ujadał, że jestem skończony, że on już mnie załatwi. Ale to były czasy, kiedy grałem w Pruszkowie. Moi kochani kibice dali trenerowi selekcjonerowi wyrazy wdzięczności podczas meczu eliminacyjnego z Czechami. Ubarwili jego marynarkę kilkoma jajami.
Na koniec dla uzupełnienia dodam od siebie analizę 7. meczu finałów PLK 1999 i gry kadrowiczów jednego z głównych bohaterów powyższych opowiadań - trenera Piotra Langosza:
Mój osobiście ulubiony cytat:
Naczy... No... Ośmioma punktami prowadzi Zepter, czyli ma osiem punktów, no... przewagi (...)
Dziś ciężko sobie coś takiego wyobrazić i to przy całej obecnej krytyce PZKosz. A to jest tylko 10 lat wstecz. A to właśnie wtedy był szczyt popularności basketu w Polsce...
Nieścisłością byłoby nie zauważyć, że jeszcze 4 lata temu było zupełnie podobnie. Veselin Matić trenerem reprezentacji spadającej do Dywizji B, fatalne warunki treningu, dziura pokoleniowa w reprezentacji: doświadczeni odmawiający gry, młodzi dziś kluczowi gracze niedojrzali, kontuzjowani albo również odmawiający gry. A wszystko to okraszone potężnymi długami PZKosz.
Od przyjścia Romana Ludwiczuka sporo się zmieniło i warto o tym pamiętać. Nie znaczy to, że nie wolno wymagać i nie dawać przykładów jak ten powyższy jako przestrogę przed marnowaniem kolejnych wielkich szans...
Przypadkowo trafiłem na pewien wywiad, który dwa lata temu na chwilę wywołał sporą burzę. Jest to wywiad w którym Mariusz Bacik mówił o sprzedanych meczach w PLK pod koniec ubiegłego wieku. Później szybko się z tego wycofał, ale to tutaj nie jest przedmiotem. Wywiad jest Życia Warszawy, ale oryginalny link się nie zachował, więc przytoczę go tutaj, dla przypomnienia pewnych spraw. Opowiada Mariusz Bacik:
(...)
Sprawę zawalili działacze PZKosz. Każde kolejne eliminacje kończyły się porażką, zwłaszcza organizacyjną. Pieniędzy brakowało na wszystko. Nie mam na myśli kasy dla zawodników, bo grać dla ojczyzny to, przynajmniej dla mnie, zawsze był wielki honor. PZKosz nie chciał jednak płacić nawet za ubezpieczenie. Gdybym odniósł kontuzję, w ciągu sezonu nie zarobiłbym pół złotego, bo kierownictwo kadry nie brało za to odpowiedzialności. Brakowało też strojów, butów...
(...)
Langosz był kolejnym w panteonie niedoszłych zbawicieli polskiego basketu. Naobiecywał różnych cudów... Na prowadzonych przez niego treningach częściej leżałem na parkiecie, niż po nim biegałem. Nie tylko ze śmiechu. Jego ulubionym ćwiczeniem były... rzuty na piłkę. I to takie, żeby krew z kolan leciała! Część graczy rzucała się rzadziej, inni częściej. Pewnego dnia Langosz oznajmił nam: Panowie, mam dodatkowy budżet. Kto będzie rzucał się najbardziej efektownie, dostanie ode mnie 100 dolarów.
Krzysiek Wilangowski od razu padł na parkiet z takim impetem, że aż w całej hali zadudniło. Langosz na to: Brawo Krzysiu, brawo! Tak trzymać! Na to „Wiluś”: Trenerze, jak pan chce, to mogę jeszcze raz. Dawaj Krzysiu, dawaj! – usłyszał, więc znów walnął z całej siły w parkiet. I jeszcze raz, i jeszcze... Na koniec treningu podszedł do selekcjonera i pyta: Gdzie są moje pieniądze? Langosz zaczął stękać i wymigiwać się, czym tylko rozsierdził Wilangowskiego. Krzysiek spojrzał na niego ostrym wzrokiem i powiedział stanowczo: Trenerze, niech mnie trener nie denerwuje! Należy się ponad tysiąc baksów. Jak ich nie dostanę, zaraz panu przypier... Langosz wystraszył się i wypłacił wszystko. Co do centa. Następnego dnia oznajmił, że dodatkowy budżet się wyczerpał (śmiech).
(...)
Po zgrupowaniu w Cetniewie graliśmy pokazowy mecz w Sopocie. Langosz chciał mi pokazać, kto rządzi, i przytrzymał na ławce przez 38 minut. Po czym zakomenderował: Wchodzisz! Odmówiłem. W efekcie doszło do ostrej wymiany zdań, po której obróciłem się na pięcie i poszedłem do szatni. Zmierzając do niej, słyszałem Langosza, który ujadał, że jestem skończony, że on już mnie załatwi. Ale to były czasy, kiedy grałem w Pruszkowie. Moi kochani kibice dali trenerowi selekcjonerowi wyrazy wdzięczności podczas meczu eliminacyjnego z Czechami. Ubarwili jego marynarkę kilkoma jajami.
Na koniec dla uzupełnienia dodam od siebie analizę 7. meczu finałów PLK 1999 i gry kadrowiczów jednego z głównych bohaterów powyższych opowiadań - trenera Piotra Langosza:
Mój osobiście ulubiony cytat:
Naczy... No... Ośmioma punktami prowadzi Zepter, czyli ma osiem punktów, no... przewagi (...)
Dziś ciężko sobie coś takiego wyobrazić i to przy całej obecnej krytyce PZKosz. A to jest tylko 10 lat wstecz. A to właśnie wtedy był szczyt popularności basketu w Polsce...
Nieścisłością byłoby nie zauważyć, że jeszcze 4 lata temu było zupełnie podobnie. Veselin Matić trenerem reprezentacji spadającej do Dywizji B, fatalne warunki treningu, dziura pokoleniowa w reprezentacji: doświadczeni odmawiający gry, młodzi dziś kluczowi gracze niedojrzali, kontuzjowani albo również odmawiający gry. A wszystko to okraszone potężnymi długami PZKosz.
Od przyjścia Romana Ludwiczuka sporo się zmieniło i warto o tym pamiętać. Nie znaczy to, że nie wolno wymagać i nie dawać przykładów jak ten powyższy jako przestrogę przed marnowaniem kolejnych wielkich szans...
sobota, 25 kwietnia 2009
Eurobasket raport 2 i nie tylko
Bilety na Eurobasket (przynajmniej te na mecze Polaków i część finałową) poszły jak świeże bułeczki. Reklama i promocja sprzedaży była jak była, ale kibice czuwali i w odpowiednim momencie rzucili się do kupowania.
Zainteresowanie organizowanym w Polsce turniejem cieszy i pokazuje, że nie jest prawdą, iż publiczność koszykarska nagle wybrała się na Księżyc bądź przerzuciła się na siatkówkę, czy armwrestling. Ci ludzie nadal tu są i trzeba kreatywnego działania, by ich zagospodarować, ponownie zachęcić do odwiedzania hal. To zadanie na dłuższy okres. Póki co, jest nadzieja, ze obiekty goszczące mistrzostwa Europy nie będą świecić pustkami (ponoć PZKosz ma jeszcze w zanadrzu bilety do rozprowadzenia na krótko przed turniejem, więc to jeszcze nie koniec zabawy). Teraz wypadałoby rozpocząć akcje promocyjne dla publiczności telewizyjnej (choćby przy użyciu trailera, zaprezentowanego podczas ceremonii losowania), ale pewnie ze względów oszczędnościowych start tej operacji przesunie się w czasie. Szkoda, bo cieszące się zainteresowaniem wejściówki mogłyby zapoczątkować udaną kampanię. No, ale dobre i to, że budżet turnieju nieco się podreperuje, bo o sponsorów będzie, zwłaszcza w dobie kryzysu, szalenie ciężko..
Jeśli chodzi o to, kogo zobaczymy w grze, podczas Eurobasketu, to w ostatnim czasie wyjaśniła się nieco sprawa Tony’ego Parkera. Gwiazdor „Trójkolorowych” wstępnie uzgodnił ze swoją federacją i trenerem Vincentem Colletem, że będzie wspierał kadrę narodową do Igrzysk Olimpijskich w Londynie. Krótko mówiąc T –Park wzmocni skład Francji podczas letniego turnieju barażowego, a czy zagra na samych mistrzostwach, to już rozstrzygnie się w pasjonująco zapowiadającym się wyścigu między „Les Bleus”, Włochami i być może Bośnią i Hercegowiną.
Z nieco innej beczki – ciekawe rzeczy dzieją się lidze rosyjskiej. Do półfinału weszły zespoły CSKA, Chimek, UNICS –u i Spartaka Sankt Petersburg. Największym przegranym tego sezonu jest Dynamo Moskwa. „Milicjonarzy” tak jak przed rokiem zbudowali silny zespół i zakładali wywalczenie przepustki do Euroligi. Po raz drugi z rzędu ponieśli sromotną klęskę, zarówno na froncie krajowym, jak i pucharowym. W poprzednim sezonie, w walce o finał Pucharu ULEB, w którym sama obecność mogła dać Dynamu awans do elity drogę zagrodziła Akasvayu Girona. Młodszy brat Pau Gasola, Marc, niesamowicie przeczołgał potężnego centra moskwian, Robertasa Javtokasa, będąc jednym z autorów triumfu. Dziś klub z Girony jest wspomnieniem, ale wówczas mógł się przyśnić graczom ze stolicy Rosji w koszmarach, nawet w środku lata.
W tym roku zamiast giganta wystarczyło postawić na drodze podopiecznych Davida Blatta charakterne ekipy Hemofarmu Vrsac i Spartaka, by obnażyć słabości niedoszłych mistrzów. Zespół, który obok CSKA zdawał się być na Wschodzie Europy najmniej zranionym skutkami kryzysu finansowego, najpierw niespodziewanie poległ w ćwierćfinale Pucharu Europy z młodą ekipą z Serbii, a teraz na tym samym etapie w lidze rosyjskiej dość gładko przegrał ze Spartakiem. W dobie kryzysu zespoły z Europy Wschodniej obok płynności finansowej straciły wielu świetnych koszykarzy. Dynamo utrzymało większość swych gwiazd, z wyjątkiem kompletu rozgrywających. Być może w tym leży przyczyna niepowodzeń, bo choćby w ćwierćfinale Superligi moskiewskie „jedynki” nie umiały wyjść z cienia niedoszłego reprezentanta Polski Andrew Wisniewskiego. Tak czy inaczej, wśród najlepszych w Europie zabraknie jednego z najbardziej przeinwestowanych klubów Starego Kontynentu. Może czas na zmianę koncepcji?
Inny klub z ambicjami, BC Chimki, może jeszcze uratować sezon. Co prawda pierwsza szansa nie została wykorzystana (choć porażka nastąpiła w finale Pucharu Europy i z rąk lepszej ekipy, niż Hemofarm), ale za to kwestia triumfu w lidze jest wciąż otwarta. Droga jednak do tego daleka, a na niej poważne wyboje, w postaci pogromców Dynama, a w ewentualnym finale zapewne tak jak rok temu, CSKA. Problemem chimczan są kontuzje. W różnych momentach sezonu brakowało w składzie takich asów, jak Jorge Garbajosa, Carlos Delfino, czy nasz Maciej Lampe. Do tego doszła rejterada Jerome'a Moiso, zniechęconego kłopotami finansowymi swego pracodawcy. Jakby tego było mało, po konflikcie na linii Delfino – trener Kemżura ten ostatni pożegnał się z zespołem. Obecnie wydaje się, ze porażka w finale Eurocup upuściła gwiazdorom Chimek nieco sodówki. Wygrana z Lokomotiwem Rostów (z nieźle grającym Szymonem Szewczykiem) pokazuje już nieco lepszy obraz drużyny. Poza tym, Sergio Scariolo to solidna firma i ma lepszy kontakt ze słynnymi gwiazdami drużyny. Pojedynek trenerski z Ettore Messiną powinien być ozdobą sezonu w Rosji. Najpierw jednak trzeba przejść Spartaka, w składzie którego oprócz Wisniewskiego, bryluje desant byłych graczy CSKA, z olbrzymim Aleksiejem Sawrasenką i starym lisem Zacharem Paszutinem na czele. Z tym pierwszym ciężko się dotąd grało Lampemu, ale teraz ma do pomocy giganta, Timofieja Mozgowa, który najbardziej skorzystał na wyjeździe Moiso. Młody Rosjanin najpierw zajął miejsce Francuza, a potem niejednokrotnie godnie zastępował kontuzjowanego Polaka. Jego pojedynki z Sawrasenką mogą otworzyć drogę do finału.
Polityka władz ULEB –u prowadzi do sytuacji, w której z silnej ligi rosyjskiej jedyną drogą do Euroligi jest pokonanie CSKA. Czy jest to realne już w tym sezonie? Przekonamy się w maju. Chyba, ze planowane reformy najważniejszych rozgrywek na Starym Kontynencie coś w tej kwestii zmienią, ale decyzji w tej sprawie jeszcze nie ma. Na razie Lampe z kolegami ma możliwość wywalczenia sobie Euroligi na boisku i jak sądzę warto się tej rywalizacji przyglądać. Kto wie, może doświadczenia z pojedynków przeciw centrom CSKA przydadzą się byłemu graczowi Knicksów we wrześniu?
Zainteresowanie organizowanym w Polsce turniejem cieszy i pokazuje, że nie jest prawdą, iż publiczność koszykarska nagle wybrała się na Księżyc bądź przerzuciła się na siatkówkę, czy armwrestling. Ci ludzie nadal tu są i trzeba kreatywnego działania, by ich zagospodarować, ponownie zachęcić do odwiedzania hal. To zadanie na dłuższy okres. Póki co, jest nadzieja, ze obiekty goszczące mistrzostwa Europy nie będą świecić pustkami (ponoć PZKosz ma jeszcze w zanadrzu bilety do rozprowadzenia na krótko przed turniejem, więc to jeszcze nie koniec zabawy). Teraz wypadałoby rozpocząć akcje promocyjne dla publiczności telewizyjnej (choćby przy użyciu trailera, zaprezentowanego podczas ceremonii losowania), ale pewnie ze względów oszczędnościowych start tej operacji przesunie się w czasie. Szkoda, bo cieszące się zainteresowaniem wejściówki mogłyby zapoczątkować udaną kampanię. No, ale dobre i to, że budżet turnieju nieco się podreperuje, bo o sponsorów będzie, zwłaszcza w dobie kryzysu, szalenie ciężko..
Jeśli chodzi o to, kogo zobaczymy w grze, podczas Eurobasketu, to w ostatnim czasie wyjaśniła się nieco sprawa Tony’ego Parkera. Gwiazdor „Trójkolorowych” wstępnie uzgodnił ze swoją federacją i trenerem Vincentem Colletem, że będzie wspierał kadrę narodową do Igrzysk Olimpijskich w Londynie. Krótko mówiąc T –Park wzmocni skład Francji podczas letniego turnieju barażowego, a czy zagra na samych mistrzostwach, to już rozstrzygnie się w pasjonująco zapowiadającym się wyścigu między „Les Bleus”, Włochami i być może Bośnią i Hercegowiną.
Z nieco innej beczki – ciekawe rzeczy dzieją się lidze rosyjskiej. Do półfinału weszły zespoły CSKA, Chimek, UNICS –u i Spartaka Sankt Petersburg. Największym przegranym tego sezonu jest Dynamo Moskwa. „Milicjonarzy” tak jak przed rokiem zbudowali silny zespół i zakładali wywalczenie przepustki do Euroligi. Po raz drugi z rzędu ponieśli sromotną klęskę, zarówno na froncie krajowym, jak i pucharowym. W poprzednim sezonie, w walce o finał Pucharu ULEB, w którym sama obecność mogła dać Dynamu awans do elity drogę zagrodziła Akasvayu Girona. Młodszy brat Pau Gasola, Marc, niesamowicie przeczołgał potężnego centra moskwian, Robertasa Javtokasa, będąc jednym z autorów triumfu. Dziś klub z Girony jest wspomnieniem, ale wówczas mógł się przyśnić graczom ze stolicy Rosji w koszmarach, nawet w środku lata.
W tym roku zamiast giganta wystarczyło postawić na drodze podopiecznych Davida Blatta charakterne ekipy Hemofarmu Vrsac i Spartaka, by obnażyć słabości niedoszłych mistrzów. Zespół, który obok CSKA zdawał się być na Wschodzie Europy najmniej zranionym skutkami kryzysu finansowego, najpierw niespodziewanie poległ w ćwierćfinale Pucharu Europy z młodą ekipą z Serbii, a teraz na tym samym etapie w lidze rosyjskiej dość gładko przegrał ze Spartakiem. W dobie kryzysu zespoły z Europy Wschodniej obok płynności finansowej straciły wielu świetnych koszykarzy. Dynamo utrzymało większość swych gwiazd, z wyjątkiem kompletu rozgrywających. Być może w tym leży przyczyna niepowodzeń, bo choćby w ćwierćfinale Superligi moskiewskie „jedynki” nie umiały wyjść z cienia niedoszłego reprezentanta Polski Andrew Wisniewskiego. Tak czy inaczej, wśród najlepszych w Europie zabraknie jednego z najbardziej przeinwestowanych klubów Starego Kontynentu. Może czas na zmianę koncepcji?
Inny klub z ambicjami, BC Chimki, może jeszcze uratować sezon. Co prawda pierwsza szansa nie została wykorzystana (choć porażka nastąpiła w finale Pucharu Europy i z rąk lepszej ekipy, niż Hemofarm), ale za to kwestia triumfu w lidze jest wciąż otwarta. Droga jednak do tego daleka, a na niej poważne wyboje, w postaci pogromców Dynama, a w ewentualnym finale zapewne tak jak rok temu, CSKA. Problemem chimczan są kontuzje. W różnych momentach sezonu brakowało w składzie takich asów, jak Jorge Garbajosa, Carlos Delfino, czy nasz Maciej Lampe. Do tego doszła rejterada Jerome'a Moiso, zniechęconego kłopotami finansowymi swego pracodawcy. Jakby tego było mało, po konflikcie na linii Delfino – trener Kemżura ten ostatni pożegnał się z zespołem. Obecnie wydaje się, ze porażka w finale Eurocup upuściła gwiazdorom Chimek nieco sodówki. Wygrana z Lokomotiwem Rostów (z nieźle grającym Szymonem Szewczykiem) pokazuje już nieco lepszy obraz drużyny. Poza tym, Sergio Scariolo to solidna firma i ma lepszy kontakt ze słynnymi gwiazdami drużyny. Pojedynek trenerski z Ettore Messiną powinien być ozdobą sezonu w Rosji. Najpierw jednak trzeba przejść Spartaka, w składzie którego oprócz Wisniewskiego, bryluje desant byłych graczy CSKA, z olbrzymim Aleksiejem Sawrasenką i starym lisem Zacharem Paszutinem na czele. Z tym pierwszym ciężko się dotąd grało Lampemu, ale teraz ma do pomocy giganta, Timofieja Mozgowa, który najbardziej skorzystał na wyjeździe Moiso. Młody Rosjanin najpierw zajął miejsce Francuza, a potem niejednokrotnie godnie zastępował kontuzjowanego Polaka. Jego pojedynki z Sawrasenką mogą otworzyć drogę do finału.
Polityka władz ULEB –u prowadzi do sytuacji, w której z silnej ligi rosyjskiej jedyną drogą do Euroligi jest pokonanie CSKA. Czy jest to realne już w tym sezonie? Przekonamy się w maju. Chyba, ze planowane reformy najważniejszych rozgrywek na Starym Kontynencie coś w tej kwestii zmienią, ale decyzji w tej sprawie jeszcze nie ma. Na razie Lampe z kolegami ma możliwość wywalczenia sobie Euroligi na boisku i jak sądzę warto się tej rywalizacji przyglądać. Kto wie, może doświadczenia z pojedynków przeciw centrom CSKA przydadzą się byłemu graczowi Knicksów we wrześniu?
środa, 22 kwietnia 2009
Plotki, transfery, zmiany # 2
Dziś na początek naprawdę duży news. Ricky Rubio - złote dziecko światowej koszykówki - zadeklarował, że przystąpi do draftu w tym roku. Więcej - chce w NBA zagrać już w najbliższym sezonie. Szczerze mówiąc nie jestem zbytnim entuzjastą tego pomysłu. Za wcześnie, można jeszcze poczekać. To oczywiste, że w przypadku Rubio nie można mówić o samym wieku, bo ten 18-latek ma za sobą trzy sezony gry na poważnym poziomie w Europie - i to dość oszczędnie licząc. Doświadczenia z ACB, Euroligi, ULEB Cup i Igrzysk Olimpijskich w Pekinie. W kwestii trafienia do NBA zawsze trzeba być ostrożnym, bo przedwczesne pójście potrafi wiele zaszkodzić. Wystarczy wymienić takich graczy jak Darko Milicić (nr 2 - 2003), Macieja Lampe (nr 30 - 2003) czy Yaroslav Korolev (nr 12 - 2005). Wszyscy trafili do NBA w wieku 18 lat. Milicić ma teraz 23-lata, 6 sezonów w NBA za sobą i pewność, że nigdy nie będzie takim graczem jakim być mógł. Historię Maćka Lampe znają wszyscy - NBA klapa, dziś gwiazda w rosyjskiej superlidze. W tej samej lidze w Dynamo marginalną rolę pełni obecnie Korolev. Różni ich młodego Hiszpana, to że decyzję o ich wybraniu w drafcie podejmowana w ogromnej mierze na ocenie gry w drużynach juniorskich i tzw. potencjału, a nie sprawdzeniu gracza na wysokim poziomie europejskim i światowym.
Jednak nie chodzi tutaj tylko o wiek i doświadczenie. Do NBA ma trafić z drugim numerem (wg draftexpress.com i nbadraft.net - ja bym zakładał, że pójdzie jednak niżej) wątły chłopiec, którego średnie czasu gry nie wykroczyły poza 20 minut na mecz. To czy wytrzyma atletycznie rywalizację i trudy długiego sezonu w NBA musi budzić wątpliwości. Oczywiście można powiedzieć, że nie musi grać dużo. Tylko po co wtedy ma iść do NBA? Jego kontrakt z Joventutem Badalona jest ważny jeszcze przez 2 lata i co kluczowe ma wpisane 6 milionów dolarów odstępnego. Z przyczyn regulaminowych żaden klub NBA nie może go oficjalnie pokryć. Grom będzie musiał zapłacić sam gracz - co jest oczywiste zostanie to wzięte pod uwagę przy negocjacjach kontraktowych. Tylko gdzie w tym wszystkim jest sens. Do NBA może pójść lepszy bo dojrzalszy Rubio 20-latek jako wolny zawodnik - czy stanie się jakaś tragedia? Idąc do NBA już tego lata Ricky ryzykuje załamanie swojej kariery, do którego na dodatek będzie musiał słono dopłacić - tak jak jego kolega z reprezentacji - Juan Carlos Navarro - dopłacał do rocznej przygody z koszykówką za oceanem.
Odchodząc od głównego wątku. Dan Dickau jeszcze przed opuszczeniem Brose Baskets Bamberg wypowiadał się w niemieckiej prasie, że dla niego sprawa gry dla reprezentacji Polski jest wciąż otwarta. Twierdził także, że sprawy przyznania obywatelstwa są wciąż w toku, chociaż nie zna szczegółów. Ciekawe co na to prezes Ludwiczuk.
Kolejna plotka dotycząca bardzo aktywnego plotkowo klubu - czyli Maccabi Tel-Aviv. Tym razem przymierzanym graczem jest Paulius Jankunas, który raczej na pewno nie pozostanie w rozpadającym się Żalgirisie Kowno. Litwin miałby zastąpić mającego odejść Liora Elyahu. Składa się to w logiczną całość, przy czym trzeba zaznaczyć, że kreatywność mediów zarówno izraelskich jak litewskich bywa bardzo duża. Ja osobiście nie mogę już się doczekać doniesień mediów greckich na temat wielkiej gwiazdy NBA będącej już jedną nogą w Panathinaikosie Ateny - to zawsze daje sporą dawkę emocji.
Zmierzając już do końca - bo poza decyzją Rubio nie dużo ostatnio się w transferowym interesie działo - chciałbym przypomnieć sylwetkę gracza, który na rok zniknął z poważnej koszykówki, ale przyszły sezon ma szansę stać jego powrotem - być może triumfalnym. Chodzi o Jona Stefanssona. Islandczyk, który w ostatnich latach reprezentował barwy Lottomatiki Roma, był nękany w takim stopniu przez kontuzje, że sezon 2008/2009 postanowił spędzić na powrocie do dobrej dyspozycji w rodzimej lidze islandzkiej. Jego zespół zdobył mistrzostwo a sam gracz notował średnio w sezonie zasadniczym: 17 pkt, 47.3% za 2, 46.6% za 3, 5.1 as, 4.1 zb oraz w play-off: 21.9 pkt, 60.7% za, 42.1% za 3, 6.8 as, 3.9 zb. Wygląda na to, że z islandzkim rzucającym wszystko już porządku, a więc czekamy na powrót.
Plotki, transfery, zmiany # 1
Jednak nie chodzi tutaj tylko o wiek i doświadczenie. Do NBA ma trafić z drugim numerem (wg draftexpress.com i nbadraft.net - ja bym zakładał, że pójdzie jednak niżej) wątły chłopiec, którego średnie czasu gry nie wykroczyły poza 20 minut na mecz. To czy wytrzyma atletycznie rywalizację i trudy długiego sezonu w NBA musi budzić wątpliwości. Oczywiście można powiedzieć, że nie musi grać dużo. Tylko po co wtedy ma iść do NBA? Jego kontrakt z Joventutem Badalona jest ważny jeszcze przez 2 lata i co kluczowe ma wpisane 6 milionów dolarów odstępnego. Z przyczyn regulaminowych żaden klub NBA nie może go oficjalnie pokryć. Grom będzie musiał zapłacić sam gracz - co jest oczywiste zostanie to wzięte pod uwagę przy negocjacjach kontraktowych. Tylko gdzie w tym wszystkim jest sens. Do NBA może pójść lepszy bo dojrzalszy Rubio 20-latek jako wolny zawodnik - czy stanie się jakaś tragedia? Idąc do NBA już tego lata Ricky ryzykuje załamanie swojej kariery, do którego na dodatek będzie musiał słono dopłacić - tak jak jego kolega z reprezentacji - Juan Carlos Navarro - dopłacał do rocznej przygody z koszykówką za oceanem.Odchodząc od głównego wątku. Dan Dickau jeszcze przed opuszczeniem Brose Baskets Bamberg wypowiadał się w niemieckiej prasie, że dla niego sprawa gry dla reprezentacji Polski jest wciąż otwarta. Twierdził także, że sprawy przyznania obywatelstwa są wciąż w toku, chociaż nie zna szczegółów. Ciekawe co na to prezes Ludwiczuk.
Kolejna plotka dotycząca bardzo aktywnego plotkowo klubu - czyli Maccabi Tel-Aviv. Tym razem przymierzanym graczem jest Paulius Jankunas, który raczej na pewno nie pozostanie w rozpadającym się Żalgirisie Kowno. Litwin miałby zastąpić mającego odejść Liora Elyahu. Składa się to w logiczną całość, przy czym trzeba zaznaczyć, że kreatywność mediów zarówno izraelskich jak litewskich bywa bardzo duża. Ja osobiście nie mogę już się doczekać doniesień mediów greckich na temat wielkiej gwiazdy NBA będącej już jedną nogą w Panathinaikosie Ateny - to zawsze daje sporą dawkę emocji.
Zmierzając już do końca - bo poza decyzją Rubio nie dużo ostatnio się w transferowym interesie działo - chciałbym przypomnieć sylwetkę gracza, który na rok zniknął z poważnej koszykówki, ale przyszły sezon ma szansę stać jego powrotem - być może triumfalnym. Chodzi o Jona Stefanssona. Islandczyk, który w ostatnich latach reprezentował barwy Lottomatiki Roma, był nękany w takim stopniu przez kontuzje, że sezon 2008/2009 postanowił spędzić na powrocie do dobrej dyspozycji w rodzimej lidze islandzkiej. Jego zespół zdobył mistrzostwo a sam gracz notował średnio w sezonie zasadniczym: 17 pkt, 47.3% za 2, 46.6% za 3, 5.1 as, 4.1 zb oraz w play-off: 21.9 pkt, 60.7% za, 42.1% za 3, 6.8 as, 3.9 zb. Wygląda na to, że z islandzkim rzucającym wszystko już porządku, a więc czekamy na powrót.Plotki, transfery, zmiany # 1
poniedziałek, 20 kwietnia 2009
Eurobasket raport
Od piątku trwa sprzedaż biletów na najważniejszą imprezę koszykarską i największe wydarzenie sportowe bieżącego roku, czyli Eurobasket. Z tej okazji postanowiłem dorzucić kilka zdań na temat zbliżającego się turnieju z nadzieją, że uda się zrobić z tego „opowieść w odcinkach”. Jak wyjdzie, zobaczymy – oby lepiej niż promocja samego turnieju..
Na pięć miesięcy przed Mistrzostwami Europy mamy kilka wiadomości dobrych i kilka złych – od której by tu zacząć?
Dobrze, że ruszyła sprzedaż biletów na turniej, bo doświadczenie pokazuje, że im szybciej się zaczyna, tym lepiej. Teraz jeszcze można pewne rzeczy usprawnić, a za pięć dwunasta, nie zawsze jest to możliwe. Szkoda, że dynamizm w działaniu Polskiego Związku Koszykówki wymusiła raczej dziura budżetowa na rachunku imprezy, niż przemyślana strategia, także promocyjna. Lepszy jednak rydz niż nic, bo przynajmniej coś się wokół Eurobasketu dzieje. Niestety liczące się media praktycznie nie zauważyły faktu rozpoczęcia sprzedaży biletów, co jest niewątpliwą porażką marketingową organizatorów. Generalnie więc o sprawie wiedzą fanatycy basketu w Polsce i zagranicą, co może poskutkować wykupieniem wejściówek przez liczniejsze od przewidywanego grona fanów spoza Polski (które dość pilnie śledzą rozwój sytuacji na rynku wejściówek) oraz garstkę miejscowych. Obym się mylił..
Pozytywem jest „podłączenie” stacji TVP Sport do oferty platformy cyfrowej Polsatu. Jeżeli nic się w tej kwestii nie zmieni, całkiem spora rzesza kibiców będzie mogła obejrzeć mistrzostwa w telewizji. Jest to szalenie istotne, bo w przeciwieństwie do Hiszpanii, która organizowała poprzedni turniej, nie dysponujemy wieloma obiektami, zdolnymi pomieścić kilkanaście tysięcy ludzi. Prawdę mówiąc, to poza katowickim Spodkiem, na Eurobaskecie nie zaprezentuje się żadna taka hala. W rezultacie, to publiczność telewizyjna zadecyduje o sukcesie, bądź klapie imprezy. Przy tej okazji wspominano o tym, że mecze reprezentacji Polski mają być transmitowane na kanale TVP 2. Kto wie, może tak będzie, ale życie uczy wierzyć w to co już jest, a nie w cuda..
Kolejnym tematem raportu powinien być „czynnik gwiezdny” mistrzostw. Zainspirowany artykułem Radosława Spiaka w ostatnim „Baskecie”, postanowiłem rzucić okiem na to, które gwiazdy europejskiej koszykówki mogą zawitać we wrześniu na nasze parkiety. We wspomnianym artykule znajdziemy zestawienie, z którego wynika, że na „naszym” Euro może pojawić się rekordowa liczba (28–37) Europejczyków wystepujących w lidze NBA. Dobrze, by było, bo obok dobrego wyniku Polaków, nic tak nie napędza koniunktury na daną dyscyplinę, jak spektakularne występy wielkich gwiazd.
Życie, niestety może ostudzić zapał. Generalnie przed każdym taki turniejem, ileś tam wybitnych postaci odmawia gry, zasłaniając się kontuzją, zmęczeniem, nagrywaniem płyty czy pogrzebem psa. Obok powodów prawdziwych pojawiają się wydumane czy też naciągane. Zachęcam do śledzenia rozwoju wypadków w tej sprawie, ale już dziś niepokoi kilka przypadków i to mocnych.
Z grona czterech/pięciu, najlepszych europejskich koszykarzy na polski Eurobasket może nie pojechać dwóch moim zdaniem największych. I tak – Dirk Nowitzki już w zeszłym roku zarzekł się, że po Igrzyskach w Pekinie czas na dłuższe wakacje od kadry. Pocieszeniem może być fakt, że Niemiec co roku straszył swą federację i żądał prawa do osobistego trenera, czy dodatkowego ubezpieczenia. Groził, że tym razem nie zagra..,ale przed kolejnym turniejem zmieniał zdanie. Oby teraz było podobnie, choć szanse tym razem „Wunderdirk” brzmiał dość kategorycznie. Z kolei Pau Gasol, który z reprezentacją Hiszpanii, osiągnął niemal wszystko, odkąd trafił do Los Angeles Lakers ma prawo czuć się zamęczony. Także i w tym roku może zajść wysoko w play offach NBA i o wakacjach może nie być mowy. A trzydziestka na karku już stuka i czasu na regenerację nie zastąpi mu żadna terapia u najlepszych speców na świecie. W ostatnim wywiadzie Pau nadal podtrzymuje deklarację z minionego lata, że tym razem ma zamiar odpocząć od reprezentacji, choć jakiś cień nadziei jednak pozostawia..
Innego rodzaju problemy mają gwiazdy reprezentacji Francji i Włoch. Jak wiadomo obie te drużyny w eliminacjach spisały się na tyle kiepsko, że szans na występ na mistrzostwach muszą upatrywać w sierpniowo – wrześniowych barażach. A miejsce do wygrania jest tylko jedno.
Tak więc z jednej strony może zabraknąć nam na turnieju młodych Włochów – Andrei Bargnaniego z Toronto, Marco Bellinellego z GS Warriors oraz poważnie kontuzjowanego Danilo Gallinariego z NY Knicks. Można powiedzieć, że gracze ci sami są sobie winni, bo minionego lata Squadra Azzurra nie mogła liczyć na ich wsparcie, ale wydawało się, że Italia ma taki potencjał, że i bez nich powinna awansować na Eurobasket.
Z kolei kadry Francji nie trzeba chyba przedstawiać. A w zasadzie jej lidera, Tony'ego Parkera, mistrza NBA z San Antonio i prawdziwej ikony europejskiej koszykówki. Inna rzecz, że na ostatnich mistrzostwach można było donieść wrażenie, iż gwiazdor Spurs jest jakby nieobecny, a na timeoutach wodzi wzrokiem po trybunach w poszukiwaniu małżonki, zamiast skupiać się na planie gry. Do tego doszły pudła z linii w kluczowych meczach ze Słowenią i Rosją.. Cóż nie jest to może taki „szef” zespołu jak Nowitzki, mobilizujący kolegów i doradzający trenerowi najlepsze ustawienie zespołu, ale i tak jego brak byłby sporą stratą dla poziomu turnieju. Nawet nieliczne przebłyski Parkera mogą zmienić losy meczu i zapaść w pamięć kibiców. Poza tym, z punktu widzenia mediów przyjazd do Polski Evy Longorii byłby większym wydarzeniem od występów jej męża. Ściskajmy kciuki w barażach za „”Les Bleus”, bo rozgłos jest naszemu Eurobasketowi potrzebny jak deszcz Saharze.
Do grona potencjalnych nieobecnych można spokojnie dorzucić kilku graczy, którzy niejako „tradycyjnie” albo nie mieszczą się w koncepcji trenerów (także z własnej winy) lub po prostu odnawiają gry. Do czołowych orłów z tego zestawu zaliczmy Peję Stojakovicia, Zydrunasa Ilgauskasa, Vlado Radmanovicia, czy Beno Udriha. Mam nadzieję, że pójdą oni w ślady Rasho Nesterovicia, który dwa lata temu dał się namówić na powrót do kadry Słowenii i będziemy mogli obejrzeć ich w akcji na żywo.
Na NBA świat się nie kończy. Także gwiazdy Euroligi mogą się poczuć niedysponowane między jednym a drugim ciężkim sezonem. Na razie wiemy (i to od ostatniej Olimpiady), że karierę reprezentacyjną zakończył Ramunas Siskauskas. Z punktu widzenia naszej kadry to może nie smuci, ale szkoda, że takiej postaci zabraknie na naszych boiskach. Na szczęście europejska koszykówka nie ma problemu z „produkowaniem” talentów, których jedyną wadą w porównaniu z wymienionymi jest brak doświadczenia i mniejsza rozpoznawalność. Gdyby takie młode strzelby, jak Ersan Iliasova, Sergio Llull, Goran Dragić, Antoine Diot czy Nicolas Batum rozegrały swój pierwszy wielki Eurobasket właśnie u nas, byłoby to pamiętne wydarzenie kojarzone z naszą imprezą. Poza tym, polscy kibice zobaczyliby, że warto śledzić rozwój basketu na Starym Kontynencie, a o to także w tej zabawie chodzi.
A jakie sławy europejskich boisk zawitają do naszych hal, będziemy się przekonywać na bieżąco im mniej czasu pozostanie do startu czempionatu. I między innymi o tym będą traktować kolejne „Eurobasket raporty”. Aby do września.
Na pięć miesięcy przed Mistrzostwami Europy mamy kilka wiadomości dobrych i kilka złych – od której by tu zacząć?
Dobrze, że ruszyła sprzedaż biletów na turniej, bo doświadczenie pokazuje, że im szybciej się zaczyna, tym lepiej. Teraz jeszcze można pewne rzeczy usprawnić, a za pięć dwunasta, nie zawsze jest to możliwe. Szkoda, że dynamizm w działaniu Polskiego Związku Koszykówki wymusiła raczej dziura budżetowa na rachunku imprezy, niż przemyślana strategia, także promocyjna. Lepszy jednak rydz niż nic, bo przynajmniej coś się wokół Eurobasketu dzieje. Niestety liczące się media praktycznie nie zauważyły faktu rozpoczęcia sprzedaży biletów, co jest niewątpliwą porażką marketingową organizatorów. Generalnie więc o sprawie wiedzą fanatycy basketu w Polsce i zagranicą, co może poskutkować wykupieniem wejściówek przez liczniejsze od przewidywanego grona fanów spoza Polski (które dość pilnie śledzą rozwój sytuacji na rynku wejściówek) oraz garstkę miejscowych. Obym się mylił..
Pozytywem jest „podłączenie” stacji TVP Sport do oferty platformy cyfrowej Polsatu. Jeżeli nic się w tej kwestii nie zmieni, całkiem spora rzesza kibiców będzie mogła obejrzeć mistrzostwa w telewizji. Jest to szalenie istotne, bo w przeciwieństwie do Hiszpanii, która organizowała poprzedni turniej, nie dysponujemy wieloma obiektami, zdolnymi pomieścić kilkanaście tysięcy ludzi. Prawdę mówiąc, to poza katowickim Spodkiem, na Eurobaskecie nie zaprezentuje się żadna taka hala. W rezultacie, to publiczność telewizyjna zadecyduje o sukcesie, bądź klapie imprezy. Przy tej okazji wspominano o tym, że mecze reprezentacji Polski mają być transmitowane na kanale TVP 2. Kto wie, może tak będzie, ale życie uczy wierzyć w to co już jest, a nie w cuda..
Kolejnym tematem raportu powinien być „czynnik gwiezdny” mistrzostw. Zainspirowany artykułem Radosława Spiaka w ostatnim „Baskecie”, postanowiłem rzucić okiem na to, które gwiazdy europejskiej koszykówki mogą zawitać we wrześniu na nasze parkiety. We wspomnianym artykule znajdziemy zestawienie, z którego wynika, że na „naszym” Euro może pojawić się rekordowa liczba (28–37) Europejczyków wystepujących w lidze NBA. Dobrze, by było, bo obok dobrego wyniku Polaków, nic tak nie napędza koniunktury na daną dyscyplinę, jak spektakularne występy wielkich gwiazd.
Życie, niestety może ostudzić zapał. Generalnie przed każdym taki turniejem, ileś tam wybitnych postaci odmawia gry, zasłaniając się kontuzją, zmęczeniem, nagrywaniem płyty czy pogrzebem psa. Obok powodów prawdziwych pojawiają się wydumane czy też naciągane. Zachęcam do śledzenia rozwoju wypadków w tej sprawie, ale już dziś niepokoi kilka przypadków i to mocnych.
Z grona czterech/pięciu, najlepszych europejskich koszykarzy na polski Eurobasket może nie pojechać dwóch moim zdaniem największych. I tak – Dirk Nowitzki już w zeszłym roku zarzekł się, że po Igrzyskach w Pekinie czas na dłuższe wakacje od kadry. Pocieszeniem może być fakt, że Niemiec co roku straszył swą federację i żądał prawa do osobistego trenera, czy dodatkowego ubezpieczenia. Groził, że tym razem nie zagra..,ale przed kolejnym turniejem zmieniał zdanie. Oby teraz było podobnie, choć szanse tym razem „Wunderdirk” brzmiał dość kategorycznie. Z kolei Pau Gasol, który z reprezentacją Hiszpanii, osiągnął niemal wszystko, odkąd trafił do Los Angeles Lakers ma prawo czuć się zamęczony. Także i w tym roku może zajść wysoko w play offach NBA i o wakacjach może nie być mowy. A trzydziestka na karku już stuka i czasu na regenerację nie zastąpi mu żadna terapia u najlepszych speców na świecie. W ostatnim wywiadzie Pau nadal podtrzymuje deklarację z minionego lata, że tym razem ma zamiar odpocząć od reprezentacji, choć jakiś cień nadziei jednak pozostawia..
Innego rodzaju problemy mają gwiazdy reprezentacji Francji i Włoch. Jak wiadomo obie te drużyny w eliminacjach spisały się na tyle kiepsko, że szans na występ na mistrzostwach muszą upatrywać w sierpniowo – wrześniowych barażach. A miejsce do wygrania jest tylko jedno.
Tak więc z jednej strony może zabraknąć nam na turnieju młodych Włochów – Andrei Bargnaniego z Toronto, Marco Bellinellego z GS Warriors oraz poważnie kontuzjowanego Danilo Gallinariego z NY Knicks. Można powiedzieć, że gracze ci sami są sobie winni, bo minionego lata Squadra Azzurra nie mogła liczyć na ich wsparcie, ale wydawało się, że Italia ma taki potencjał, że i bez nich powinna awansować na Eurobasket.
Z kolei kadry Francji nie trzeba chyba przedstawiać. A w zasadzie jej lidera, Tony'ego Parkera, mistrza NBA z San Antonio i prawdziwej ikony europejskiej koszykówki. Inna rzecz, że na ostatnich mistrzostwach można było donieść wrażenie, iż gwiazdor Spurs jest jakby nieobecny, a na timeoutach wodzi wzrokiem po trybunach w poszukiwaniu małżonki, zamiast skupiać się na planie gry. Do tego doszły pudła z linii w kluczowych meczach ze Słowenią i Rosją.. Cóż nie jest to może taki „szef” zespołu jak Nowitzki, mobilizujący kolegów i doradzający trenerowi najlepsze ustawienie zespołu, ale i tak jego brak byłby sporą stratą dla poziomu turnieju. Nawet nieliczne przebłyski Parkera mogą zmienić losy meczu i zapaść w pamięć kibiców. Poza tym, z punktu widzenia mediów przyjazd do Polski Evy Longorii byłby większym wydarzeniem od występów jej męża. Ściskajmy kciuki w barażach za „”Les Bleus”, bo rozgłos jest naszemu Eurobasketowi potrzebny jak deszcz Saharze.
Do grona potencjalnych nieobecnych można spokojnie dorzucić kilku graczy, którzy niejako „tradycyjnie” albo nie mieszczą się w koncepcji trenerów (także z własnej winy) lub po prostu odnawiają gry. Do czołowych orłów z tego zestawu zaliczmy Peję Stojakovicia, Zydrunasa Ilgauskasa, Vlado Radmanovicia, czy Beno Udriha. Mam nadzieję, że pójdą oni w ślady Rasho Nesterovicia, który dwa lata temu dał się namówić na powrót do kadry Słowenii i będziemy mogli obejrzeć ich w akcji na żywo.
Na NBA świat się nie kończy. Także gwiazdy Euroligi mogą się poczuć niedysponowane między jednym a drugim ciężkim sezonem. Na razie wiemy (i to od ostatniej Olimpiady), że karierę reprezentacyjną zakończył Ramunas Siskauskas. Z punktu widzenia naszej kadry to może nie smuci, ale szkoda, że takiej postaci zabraknie na naszych boiskach. Na szczęście europejska koszykówka nie ma problemu z „produkowaniem” talentów, których jedyną wadą w porównaniu z wymienionymi jest brak doświadczenia i mniejsza rozpoznawalność. Gdyby takie młode strzelby, jak Ersan Iliasova, Sergio Llull, Goran Dragić, Antoine Diot czy Nicolas Batum rozegrały swój pierwszy wielki Eurobasket właśnie u nas, byłoby to pamiętne wydarzenie kojarzone z naszą imprezą. Poza tym, polscy kibice zobaczyliby, że warto śledzić rozwój basketu na Starym Kontynencie, a o to także w tej zabawie chodzi.
A jakie sławy europejskich boisk zawitają do naszych hal, będziemy się przekonywać na bieżąco im mniej czasu pozostanie do startu czempionatu. I między innymi o tym będą traktować kolejne „Eurobasket raporty”. Aby do września.
niedziela, 19 kwietnia 2009
dawidmazur.com
Wczoraj natrafiłem na blog Dawida Mazura i jestem pod ogromnym wrażeniem. Blog zawiera opisy zagrywek oraz ćwiczeń koszykarskich popartych schematami i filmami, tłumaczenia artykułów trenerów koszykówki - m.in. bloga Ettore Messiny, komentarze rozgrywek juniorskich, rozgrywek żeńskiej ekstraklasy oraz wiele, wiele innych interesujących rzeczy, które po prostu musicie sami zobaczyć. Rzadko udaje mi się spotkać w internecie miejsce, gdzie można znaleźć coś więcej niż na standardowych stronach i blogach koszykówce - dawidmazur.com to właśnie takie miejsce. Od wczoraj udało mi się przeczytać prawie wszystko z ostatnich trzech miesięcy, a jest co czytać. Do czego zachęcam wszystkich.
A z rzeczy, które się mi się z owej strony bardzo spodobały to film z prezentacją firmowych zagrań Manu Ginobiliego:
Z kolei zagrania Ricky'ego Rubio i Steve'a Nasha (szczególnie Rubio), to już jest uczenie zawodników robienia niesionej czy też kroków:
Ewentualne argumenty Widziałem to tysiące razy i sędziowie nie gwiżdżą, Każdy tak gra, Tak jest efektowniej nie są tutaj sednem.
A z rzeczy, które się mi się z owej strony bardzo spodobały to film z prezentacją firmowych zagrań Manu Ginobiliego:
Z kolei zagrania Ricky'ego Rubio i Steve'a Nasha (szczególnie Rubio), to już jest uczenie zawodników robienia niesionej czy też kroków:
Ewentualne argumenty Widziałem to tysiące razy i sędziowie nie gwiżdżą, Każdy tak gra, Tak jest efektowniej nie są tutaj sednem.
sobota, 18 kwietnia 2009
Puchar Polski może być promocją ligi
Ten temat był już kilka razy poruszany. Zarówno tutaj, jak i na innych blogach. Jednak moim zdaniem formuła rozgrywek o krajowy puchar jest tak beznadziejna, że ten potencjalny lep na nowych fanów jest całkowicie zmarnowany. Dlaczego? Bo jakich nowych kibiców zainteresuje starcie czterech najlepszych ekip w kraju, odbywające się w jeden weekend?
Jasne – dla zainteresowanych jest to niezły interes, bo grając dwa mecze można zdobyć trofeum. Ale pod kątem marketingowym, ten towar nie ma prawa się „sprzedać” w całym kraju, zwłaszcza gdy koszykówka zdecydowanie leży. Ale po co o tym piszę, skoro każdy wie, że jest źle? Bo mam pomysł na zdecydowaną zmianę. Totalną rekonstrukcję, która dałaby szansę na poprawienie wizerunku ligi, jak i również mogłaby zainteresować większe rzesze ludzi Pucharem Polski. Jaki? Otóż należy zrobić dwie rzeczy – po pierwsze zmniejszyć ligę do maksymalnie 12 zespołów (biorąc pod uwagę twardsze przestrzeganie kryteriów, choćby finansowych, nie jest to bardzo trudna sprawa). Tym sposobem powstanie kilka luźnych weekendów. A drugi punkt to odwzorowanie na najstarszych rozgrywkach na świecie, czyli angielskim FA Cup, który został wymyślony jak wiadomo w 1871 roku. Przekładając to na nasz „rynek”:
Mamy dwanaście zespołów w ekstraklasie (po tej minimalnej redukcji), osiemnaście w pierwszej lidze (bo dwa dodamy) oraz po czternaście w trzech grupach ligi drugiej. Łącznie daje to niezwykle kolosalną liczbę siedemdziesięciu dwóch drużyn. A to daje nam łącznie siedem rund (razem z finałem). Tak więc w pierwszej rundzie, gdzie odpaść by musiało zaledwie osiem zespołów, grałyby tylko drużyny z drugiej ligi (oczywiście trzeba rozegrać osiem spotkań, a reszta ma tzw. „wolny los”). W kolejnej dołączają już pierwszoligowcy, a od trzeciej zespoły z Ekstraklasy. Jest jeden mecz, toczony na parkiecie drużyny z niższej klasy rozgrywkowej (jeżeli jest ta sama liga, to losowo by można wybierać gospodarza). Z góry można by wyznaczać gospodarza finału, a jego zwycięzca miałby zagwarantowany udział w europejskim pucharze – to by mogło sprawić, iż kluby podeszłyby ambitniej do tych rozgrywek – w końcu to ledwie kilka meczy i już szansa na pokazanie się w Europie, a więc sponsorzy, lepsi zawodnicy (teoretycznie) byliby łatwiej dostępni.
Maksymalnie taki Prokom, który wiecznie narzeka, że nie ma kiedy trenować, miałby dodatkowe pięć spotkań – odejmując od tego cztery mniej w lidze, wychodzi na zaledwie jedno. A za to kibice w Jeleniej Górze, Katowicach, czy Białymstoku mieliby szanse na zobaczenie prawdziwych gwiazd – i to by była prawdziwa promocja koszykówki, a nie bujanie się po Lublinie, gdzie nie ma nawet drużyny na poziomie związkowym.
Dlaczego chcę jednocześnie zmniejszać ligę? Bo terminy w pucharach europejskich nie gwarantują, że taki Prokom, Turów, czy Anwil będą mogły grać w środku tygodnia. Poza tym na spotkanie w weekend może przyjdzie więcej fanów, niż w środę, czy czwartek. Chociaż osobiście wolałbym, aby te rozgrywki odbywały się jednak w tygodniu.
Czy ten projekt ma szansę realizacji? Nie. Dlaczego? Bo panowie prezesi twierdzą, że teraz Puchar był super, bo nikt w zarządzie nie zająknie się nawet o zmniejszeniu ligi, bo w końcu trenerPacesas jednej z czołowych ekip stwierdzi, że to nóż w plecy reprezentantowi Polski na arenie międzynarodowej i on się wycofuje z Pucharu. Poza tym, jakby nie patrzeć – różnica klas między Ekstraklasą (zdominowaną przez obcokrajowców), a pozostałymi ligami jest spora. Chociaż, moim zdaniem, z roku na rok się zmniejsza, a możliwość walki przeciwko zawodnikom znanym tylko z gazet i telewizji mogłaby być doskonałą szansą promocji, dzięki czemu mecze byłyby zdecydowanie niejednostronne.
Niestety – nie widzę szans, aby taki projekt mógł być chociażby wzięty pod rozwagę. W końcu ważniejszym problemem jest paszport dla Logana ,czy zapraszanie Crazy Dunkers na kolejne imprezy. A szkoda, bo moim zdaniem rodzimy basket tylko by mógł zyskać na takiej formie rozrywek, a jakby jeszcze jakiś słabszy zespół niespodziewanie dotarł do finałowych rund…
Parę faktów:
FA Cup (Puchar Anglii):
14 rund (6 kwalifikacji, 6 właściwych, półfinał i finał)
Zwycięzca: start w Pucharze UEFA
Polska liga:
Ekstraklasa – 12 zespołów docelowo
1 liga – 18 zespołów
2 ligi – 42 zespoły
7 rund (2 kwalifikacyjne, 3 właściwe, półfinały i finał).
Zwycięzca: start w Pucharze Europy?
Jasne – dla zainteresowanych jest to niezły interes, bo grając dwa mecze można zdobyć trofeum. Ale pod kątem marketingowym, ten towar nie ma prawa się „sprzedać” w całym kraju, zwłaszcza gdy koszykówka zdecydowanie leży. Ale po co o tym piszę, skoro każdy wie, że jest źle? Bo mam pomysł na zdecydowaną zmianę. Totalną rekonstrukcję, która dałaby szansę na poprawienie wizerunku ligi, jak i również mogłaby zainteresować większe rzesze ludzi Pucharem Polski. Jaki? Otóż należy zrobić dwie rzeczy – po pierwsze zmniejszyć ligę do maksymalnie 12 zespołów (biorąc pod uwagę twardsze przestrzeganie kryteriów, choćby finansowych, nie jest to bardzo trudna sprawa). Tym sposobem powstanie kilka luźnych weekendów. A drugi punkt to odwzorowanie na najstarszych rozgrywkach na świecie, czyli angielskim FA Cup, który został wymyślony jak wiadomo w 1871 roku. Przekładając to na nasz „rynek”:
Mamy dwanaście zespołów w ekstraklasie (po tej minimalnej redukcji), osiemnaście w pierwszej lidze (bo dwa dodamy) oraz po czternaście w trzech grupach ligi drugiej. Łącznie daje to niezwykle kolosalną liczbę siedemdziesięciu dwóch drużyn. A to daje nam łącznie siedem rund (razem z finałem). Tak więc w pierwszej rundzie, gdzie odpaść by musiało zaledwie osiem zespołów, grałyby tylko drużyny z drugiej ligi (oczywiście trzeba rozegrać osiem spotkań, a reszta ma tzw. „wolny los”). W kolejnej dołączają już pierwszoligowcy, a od trzeciej zespoły z Ekstraklasy. Jest jeden mecz, toczony na parkiecie drużyny z niższej klasy rozgrywkowej (jeżeli jest ta sama liga, to losowo by można wybierać gospodarza). Z góry można by wyznaczać gospodarza finału, a jego zwycięzca miałby zagwarantowany udział w europejskim pucharze – to by mogło sprawić, iż kluby podeszłyby ambitniej do tych rozgrywek – w końcu to ledwie kilka meczy i już szansa na pokazanie się w Europie, a więc sponsorzy, lepsi zawodnicy (teoretycznie) byliby łatwiej dostępni.
Maksymalnie taki Prokom, który wiecznie narzeka, że nie ma kiedy trenować, miałby dodatkowe pięć spotkań – odejmując od tego cztery mniej w lidze, wychodzi na zaledwie jedno. A za to kibice w Jeleniej Górze, Katowicach, czy Białymstoku mieliby szanse na zobaczenie prawdziwych gwiazd – i to by była prawdziwa promocja koszykówki, a nie bujanie się po Lublinie, gdzie nie ma nawet drużyny na poziomie związkowym.
Dlaczego chcę jednocześnie zmniejszać ligę? Bo terminy w pucharach europejskich nie gwarantują, że taki Prokom, Turów, czy Anwil będą mogły grać w środku tygodnia. Poza tym na spotkanie w weekend może przyjdzie więcej fanów, niż w środę, czy czwartek. Chociaż osobiście wolałbym, aby te rozgrywki odbywały się jednak w tygodniu.
Czy ten projekt ma szansę realizacji? Nie. Dlaczego? Bo panowie prezesi twierdzą, że teraz Puchar był super, bo nikt w zarządzie nie zająknie się nawet o zmniejszeniu ligi, bo w końcu trener
Niestety – nie widzę szans, aby taki projekt mógł być chociażby wzięty pod rozwagę. W końcu ważniejszym problemem jest paszport dla Logana ,czy zapraszanie Crazy Dunkers na kolejne imprezy. A szkoda, bo moim zdaniem rodzimy basket tylko by mógł zyskać na takiej formie rozrywek, a jakby jeszcze jakiś słabszy zespół niespodziewanie dotarł do finałowych rund…
Parę faktów:
FA Cup (Puchar Anglii):
14 rund (6 kwalifikacji, 6 właściwych, półfinał i finał)
Zwycięzca: start w Pucharze UEFA
Polska liga:
Ekstraklasa – 12 zespołów docelowo
1 liga – 18 zespołów
2 ligi – 42 zespoły
7 rund (2 kwalifikacyjne, 3 właściwe, półfinały i finał).
Zwycięzca: start w Pucharze Europy?
piątek, 17 kwietnia 2009
Po bilety marsz!
Przed kilkoma godzinami ruszyła sprzedaż biletów na EuroBasket 2009. Bilety można kupować internetowo lub w punktach sprzedaży w całej Polsce. O szczegółach można przeczytać na stronie PZKosz.

Bilety kosztują od 40 do 300 złotych. Niestety w grupie Polski, której mecze będą rozegrane w Hali Ludowej, bilety sprzedawane są na poszczególnie spotkania, a nie jak w pozostałych grupach na całe dni. Około połowa wszystkich wejściówek jest niedostępna w przedsprzedaży. Są to miejsca dla związków koszykarskich danych zespołów i bilety pozostawione dla sprzedaży w kasach.
Zachęcamy szczególnie do zakupu biletów na mecze Polski we Wrocławiu, bo jak wiadomo Litwini zgłosili kilkukrotnie większe zapotrzebowanie na bilety niż przyznano im limitu dla związku (dokładniej - chcieli więcej miejsc niż mieści Hala Ludowa) i nie chcielibyśmy, aby ich doping zdominował spotkanie Polska - Litwa.
Także - po bilety marsz!

Bilety kosztują od 40 do 300 złotych. Niestety w grupie Polski, której mecze będą rozegrane w Hali Ludowej, bilety sprzedawane są na poszczególnie spotkania, a nie jak w pozostałych grupach na całe dni. Około połowa wszystkich wejściówek jest niedostępna w przedsprzedaży. Są to miejsca dla związków koszykarskich danych zespołów i bilety pozostawione dla sprzedaży w kasach.
Zachęcamy szczególnie do zakupu biletów na mecze Polski we Wrocławiu, bo jak wiadomo Litwini zgłosili kilkukrotnie większe zapotrzebowanie na bilety niż przyznano im limitu dla związku (dokładniej - chcieli więcej miejsc niż mieści Hala Ludowa) i nie chcielibyśmy, aby ich doping zdominował spotkanie Polska - Litwa.
Także - po bilety marsz!
czwartek, 16 kwietnia 2009
Plotki, transfery, zmiany # 1
Nowości na kolejny raport transferowy uzbierało się szybciej niż się spodziewałem. Na początek informacje może z tych niezbyt optymistycznych.
Żalgiris Kowno tonie w długach. O tej sytuacji pisałem jeszcze w grudniu ubiegłego roku. Długi wywołane zostały wirtualnymi budżetami w ostatnich latach, a kryzys spowodował, że wszystko wybuchło ze zdwojoną siłą. Długi Żalgirisu wynoszą obecnie 20 milionów litów, co po obecnym kursie daje prawie 6 milionów Euro. Sprawy w sądzie przeciwko klubowi z Kowna prowadzą: Marko Popović, Goran Jurak, Ratko Varda i Vilmantas Dilys. Żalgiris powinien dokończyć ten sezon, ale jego przyszłość jest niepewna. Nie wyklucza się nawet upadłości jeśli klub nie otrzyma zastrzyku gotówki. Wobec tych problemów niemal pewne jest, że na rynku transferowym tego lata pojawią się tacy gracze jak Jonas Maciulis, Paulius Jankunas czy Mantas Kalnietis, którzy już w trakcie tego sezonu kuszeni byli przez wiele klubów znajdujących się w lepszej kondycji finansowej.

Maccabi Tel-Aviv nie czeka na rozwój sytuacji i już buduje skład na przyszły sezon. Niedoszły Polak Andrew Wiśniewski ma trafić do Izraela na najbliższe dwa sezony. Wybrał ofertę wartą łącznie 1,7 miliona dolarów pomimo również dwuletniej propozycji za 2 miliony z jego dotychczasowego klubu - Spartaka Sankt Petersburg. Także przejście Chucka Eidsona do Maccabi - o którym wspominałem w poprzedniej notce transferowej - uznaje się za przesądzone. Tak wczesne zakupy Maccabi mogą być spowodowane chęcią wyprzedzania konkurencji, ale także nie bez znaczenia jest tutaj fakt, że pierwszy trener zespołu - Pini Gershon - przez sporą część wakacji będzie zajęty przygotowaniem i prowadzeniem reprezentacji Bułgarii na Mistrzostwach Europy w Polsce.
Chris Hunter w New York Knicks. Były gracz AZS Koszalin (sezon 2007/2008) trafił do NBA po bardzo dobrym sezonie w D-League, gdzie w barwach Fort Wayne Mad Ants (niezła nazwa swoją drogą) notował średnio 19,3 pkt, 9,4 zb and 1,2 bl. Szczegóły umowy nie zostały ujawnione, ale chodzi najprawdopodobniej o krótkoterminowy kontrakt.
Darko Milicić nadal opowiada o tym jak źle mu w NBA i że chciałby wrócić do Europy. Tym razem nawet uściślij najbardziej preferowane miejsce do przejścia, a jest nim Olympiakos Pireus. Milicić to jedno z największych rozczarowań europejskiej koszykówki ostatnich lat obok Milosa Vujanicia i Sofoklisa Shortsanitisa. Milosowi przeszkodziły kontuzje, Big Sofo tylko rósł, a z Darko, który był numerem drugim najprawdopodobniej najmocniejszego draftu w historii NBA, było w wszystko w porządku. Gadkami o Europie można się jednak na razie nie przejmować. Podobne rzeczy opowiada Marcin Gortat oraz jego agent i niekoniecznie musi coś z tego wyniknąć - zwykłe podbijanie ceny.
Kolejny niedoszły Polak - Dan Dickau - został zwolniony z Brose Baskets Bamberg. Amerykanin zdążył zagrać w barwach niemieckiego klubu 5 spotkań, po czym doznał kontuzji pachwiny. Opuścił 8 meczów, ale mówi się także, że w klubie nie podobał się jego brak gry w defensywie, a także sam zawodnik chciał powrócić do USA.

Pracę stracił również Pepe Sanchez, którego zwolnił Real Madryt. Po świetnym okresie gry w Unicaja Malaga, ostatnie dwa lata dla Argentyńczyka były niezbyt udane. Najpierw gra w FC Barcelona, gdzie Pepe grał zamiennie z Jaką Lakoviciem (zespół co chwilę musiał się przestawiać na zupełnie inny styl rozegrania) i to niezbyt przekonująco. Później już zupełnie słaby obecny sezon w Madrycie. Pojawiają się spekulację o zakończeniu kariery przez tego 31-letniego zawodnika. Nic dziwnego - jego kariera zdaje się kończyć w błyskawicznym tempie. Tutaj wszystko zależy od samego zawodnika. Z całą pewnością chętnych do zapłacenie sporych sum pieniędzy za jego grę nie będzie brakowało.
Z informacji mniejszych. Będący niegdyś jedną nogą w Prokomie Oscar Torres przeszedł ze Snadeiro Udine do Turk Telekom Ankara, w którym występuje były MVP finałów PLK - Michael Wright. Telekom niedawno wzmocnił się także Khalidem El-Aminem z mającego problemy finansowe Azovmashu Mariupol. W podobny sposób jeszcze wcześniej pozyskano z BC Kijów Kenana Bajramovicia.
Link do poprzedniego raportu: Nieśmiało rusza sezon transferowy
Żalgiris Kowno tonie w długach. O tej sytuacji pisałem jeszcze w grudniu ubiegłego roku. Długi wywołane zostały wirtualnymi budżetami w ostatnich latach, a kryzys spowodował, że wszystko wybuchło ze zdwojoną siłą. Długi Żalgirisu wynoszą obecnie 20 milionów litów, co po obecnym kursie daje prawie 6 milionów Euro. Sprawy w sądzie przeciwko klubowi z Kowna prowadzą: Marko Popović, Goran Jurak, Ratko Varda i Vilmantas Dilys. Żalgiris powinien dokończyć ten sezon, ale jego przyszłość jest niepewna. Nie wyklucza się nawet upadłości jeśli klub nie otrzyma zastrzyku gotówki. Wobec tych problemów niemal pewne jest, że na rynku transferowym tego lata pojawią się tacy gracze jak Jonas Maciulis, Paulius Jankunas czy Mantas Kalnietis, którzy już w trakcie tego sezonu kuszeni byli przez wiele klubów znajdujących się w lepszej kondycji finansowej.

Maccabi Tel-Aviv nie czeka na rozwój sytuacji i już buduje skład na przyszły sezon. Niedoszły Polak Andrew Wiśniewski ma trafić do Izraela na najbliższe dwa sezony. Wybrał ofertę wartą łącznie 1,7 miliona dolarów pomimo również dwuletniej propozycji za 2 miliony z jego dotychczasowego klubu - Spartaka Sankt Petersburg. Także przejście Chucka Eidsona do Maccabi - o którym wspominałem w poprzedniej notce transferowej - uznaje się za przesądzone. Tak wczesne zakupy Maccabi mogą być spowodowane chęcią wyprzedzania konkurencji, ale także nie bez znaczenia jest tutaj fakt, że pierwszy trener zespołu - Pini Gershon - przez sporą część wakacji będzie zajęty przygotowaniem i prowadzeniem reprezentacji Bułgarii na Mistrzostwach Europy w Polsce.
Chris Hunter w New York Knicks. Były gracz AZS Koszalin (sezon 2007/2008) trafił do NBA po bardzo dobrym sezonie w D-League, gdzie w barwach Fort Wayne Mad Ants (niezła nazwa swoją drogą) notował średnio 19,3 pkt, 9,4 zb and 1,2 bl. Szczegóły umowy nie zostały ujawnione, ale chodzi najprawdopodobniej o krótkoterminowy kontrakt.
Darko Milicić nadal opowiada o tym jak źle mu w NBA i że chciałby wrócić do Europy. Tym razem nawet uściślij najbardziej preferowane miejsce do przejścia, a jest nim Olympiakos Pireus. Milicić to jedno z największych rozczarowań europejskiej koszykówki ostatnich lat obok Milosa Vujanicia i Sofoklisa Shortsanitisa. Milosowi przeszkodziły kontuzje, Big Sofo tylko rósł, a z Darko, który był numerem drugim najprawdopodobniej najmocniejszego draftu w historii NBA, było w wszystko w porządku. Gadkami o Europie można się jednak na razie nie przejmować. Podobne rzeczy opowiada Marcin Gortat oraz jego agent i niekoniecznie musi coś z tego wyniknąć - zwykłe podbijanie ceny.
Kolejny niedoszły Polak - Dan Dickau - został zwolniony z Brose Baskets Bamberg. Amerykanin zdążył zagrać w barwach niemieckiego klubu 5 spotkań, po czym doznał kontuzji pachwiny. Opuścił 8 meczów, ale mówi się także, że w klubie nie podobał się jego brak gry w defensywie, a także sam zawodnik chciał powrócić do USA.

Pracę stracił również Pepe Sanchez, którego zwolnił Real Madryt. Po świetnym okresie gry w Unicaja Malaga, ostatnie dwa lata dla Argentyńczyka były niezbyt udane. Najpierw gra w FC Barcelona, gdzie Pepe grał zamiennie z Jaką Lakoviciem (zespół co chwilę musiał się przestawiać na zupełnie inny styl rozegrania) i to niezbyt przekonująco. Później już zupełnie słaby obecny sezon w Madrycie. Pojawiają się spekulację o zakończeniu kariery przez tego 31-letniego zawodnika. Nic dziwnego - jego kariera zdaje się kończyć w błyskawicznym tempie. Tutaj wszystko zależy od samego zawodnika. Z całą pewnością chętnych do zapłacenie sporych sum pieniędzy za jego grę nie będzie brakowało.
Z informacji mniejszych. Będący niegdyś jedną nogą w Prokomie Oscar Torres przeszedł ze Snadeiro Udine do Turk Telekom Ankara, w którym występuje były MVP finałów PLK - Michael Wright. Telekom niedawno wzmocnił się także Khalidem El-Aminem z mającego problemy finansowe Azovmashu Mariupol. W podobny sposób jeszcze wcześniej pozyskano z BC Kijów Kenana Bajramovicia.
Link do poprzedniego raportu: Nieśmiało rusza sezon transferowy
wtorek, 14 kwietnia 2009
Poznaj swojego blogera: michcio
Dwa miesiące temu Greg rozpoczął akcję pod tytułowym hasłem. Długo to trwało, nie mogłem się zebrać w sobie, ale wreszcie i ja postanowiłem odpowiedzieć na większość pytań. Nawet mimo przekonania, iż to odpowiedzi mojego poprzednika wzbudzają największe zainteresowanie ogółu – w końcu jest on najlepiej kojarzony i najbardziej kontrowersyjny. Kategorie różnią się minimalnie, kilka wykreśliłem, kilka dodałem. Zapraszam do czytania – ogólnie wygląda to tak:
Ulubiony klub: Śląsk Wrocław
Ulubiony gracz: Maciej Zieliński
Ulubiony trener: Piero Bucchi
Ulubiony klub (Euroliga, Europa): Panathinaikos Ateny
Ulubiony gracz (Euroliga, Europa): Sarunas Jasikevicius
Ulubiony trener (Euroliga, Europa): Dusko Ivanović
Ulubiony klub (NBA): Phoenix Suns
Ulubiony gracz (NBA): Steve Nash
Ulubiony trener (NBA): Mike D’Antoni
Ulubiona reprezentacja (obecnie): Grecja
Najlepszy gracz w historii koszykówki: Michael J.
Najlepsza ekipa w historii koszykówki: Dream Team '92
Najlepszy gracz w historii polskiej koszykówki: Mieczysław Łopatka
Najlepsza ekipa w historii polskiej koszykówki: Śląsk Wrocław 2001/02
Najlepszy trener w historii polskiej koszykówki: Andrej Urlep
Wsad czy łatwy dwutakt? łatwy dwutakt
Rzut czy minięcie? rzut
Atak czy obrona? atak
Szybki czy silny? szybki
Indywidualność czy zespół? zespół
Efektywność czy efektowność? efektywność
Trener czy zawodnicy? trener
Przechwyt czy obrona na nogach? przechwyt
Próba bloku czy zastawianie tablicy? blok
Obwód czy podkoszowi? obwód
Twarda obrona czy wymuszony ofens? wymuszony ofens
Konkurs wsadów czy trójek? trójek
Młodość czy doświadczenie? doświadczenie
10 asyst czy 20 punktów? asysty
Pełna uczciwość czy cwaniactwo? cwaniactwo
-2 pkt, 15 sekund: gra na dogrywkę czy na zwycięstwo? gra na zwycięstwo
Szybkie ataki, czy ustawiane akcje? run’n’gun
Wilt czy Bill? Wilt
Celtics czy Lakers? Lakers
NBA czy Euroliga? Euroliga
Kobe czy LeBron? Kobe
Bałkański fanatyzm, czy amerykańskie ‘defense’? bałkański fanatyzm
Ulubiona pozycja: rozgrywający/rzucający obrońca
Career high: coś koło 20pkt w meczu repry liceum
Akcja życia: zdecydowanie takowej brak
Motto: C’est la vie.
Cytat: „Dla ciebie jestem ateistą, dla Boga – konstruktywną opozycją.”- W. Allen
Ulubione sporty poza basketem: tenis ziemny, piłka nożna, żeglarstwo
Ulubiony klub poza basketem: FC Barcelona
Ulubieni zawodnicy poza basketem: Rafa Nadal, Leo Messi
Ulubiony film: Killer
Ulubione zespoły muzyczne: Nirvana, Kazik, Elektryczne Gitary
Ulubiony utwór muzyczny: Kobranocka – Kocham Cię jak Irlandię
Ulubiona książka: 6 dni Kondora
Ulubiona gra komputerowa: Football Manager
Ulubiona gra o baskecie: NBA Live 1998
Ulubiony samochód: Citroen C5
Ulubione potrawy: pizza, schabowy
Ulubione napoje: piwo, sok multiwitaminowy
Ulubiona roślina: kaktus
Teraz krótkie wyjaśnienia. Piosenka Kobranocki ma pewne osobiste podteksty, dlatego jest moim ulubionym utworem. Ogólnie lubię polskie kino, a Killer jest klasykiem. Problem miałem z graczem NBA, bo wielkim szacunkiem darzę geniusz Steve’a jak i również szaleństwo oraz umiejętność dominacji Shaq’a. Jednak zwyciężyło przywiązanie do mojej pozycji na boisku. Co do potraw i napoi są one oczywiście zróżnicowane w zależności od sytuacji.
To chyba na tyle. Mam nadzieję, że forma, jaką wybraliśmy się spodoba – w końcu dobrze wiedzieć coś o osobach, których opinie się czyta, polemizuje z nimi i prowadzi dyskusje. Zresztą chętnie poczytałbym odpowiedzi bardziej znanych i renomowanych dziennikarzy na podobne zagadnienia.
Ulubiony klub: Śląsk Wrocław
Ulubiony gracz: Maciej Zieliński
Ulubiony trener: Piero Bucchi
Ulubiony klub (Euroliga, Europa): Panathinaikos Ateny
Ulubiony gracz (Euroliga, Europa): Sarunas Jasikevicius
Ulubiony trener (Euroliga, Europa): Dusko Ivanović
Ulubiony klub (NBA): Phoenix Suns
Ulubiony gracz (NBA): Steve Nash
Ulubiony trener (NBA): Mike D’Antoni
Ulubiona reprezentacja (obecnie): Grecja
Najlepszy gracz w historii koszykówki: Michael J.
Najlepsza ekipa w historii koszykówki: Dream Team '92
Najlepszy gracz w historii polskiej koszykówki: Mieczysław Łopatka
Najlepsza ekipa w historii polskiej koszykówki: Śląsk Wrocław 2001/02
Najlepszy trener w historii polskiej koszykówki: Andrej Urlep
Wsad czy łatwy dwutakt? łatwy dwutakt
Rzut czy minięcie? rzut
Atak czy obrona? atak
Szybki czy silny? szybki
Indywidualność czy zespół? zespół
Efektywność czy efektowność? efektywność
Trener czy zawodnicy? trener
Przechwyt czy obrona na nogach? przechwyt
Próba bloku czy zastawianie tablicy? blok
Obwód czy podkoszowi? obwód
Twarda obrona czy wymuszony ofens? wymuszony ofens
Konkurs wsadów czy trójek? trójek
Młodość czy doświadczenie? doświadczenie
10 asyst czy 20 punktów? asysty
Pełna uczciwość czy cwaniactwo? cwaniactwo
-2 pkt, 15 sekund: gra na dogrywkę czy na zwycięstwo? gra na zwycięstwo
Szybkie ataki, czy ustawiane akcje? run’n’gun
Wilt czy Bill? Wilt
Celtics czy Lakers? Lakers
NBA czy Euroliga? Euroliga
Kobe czy LeBron? Kobe
Bałkański fanatyzm, czy amerykańskie ‘defense’? bałkański fanatyzm
Ulubiona pozycja: rozgrywający/rzucający obrońca
Career high: coś koło 20pkt w meczu repry liceum
Akcja życia: zdecydowanie takowej brak
Motto: C’est la vie.
Cytat: „Dla ciebie jestem ateistą, dla Boga – konstruktywną opozycją.”- W. Allen
Ulubione sporty poza basketem: tenis ziemny, piłka nożna, żeglarstwo
Ulubiony klub poza basketem: FC Barcelona
Ulubieni zawodnicy poza basketem: Rafa Nadal, Leo Messi
Ulubiony film: Killer
Ulubione zespoły muzyczne: Nirvana, Kazik, Elektryczne Gitary
Ulubiony utwór muzyczny: Kobranocka – Kocham Cię jak Irlandię
Ulubiona książka: 6 dni Kondora
Ulubiona gra komputerowa: Football Manager
Ulubiona gra o baskecie: NBA Live 1998
Ulubiony samochód: Citroen C5
Ulubione potrawy: pizza, schabowy
Ulubione napoje: piwo, sok multiwitaminowy
Ulubiona roślina: kaktus
Teraz krótkie wyjaśnienia. Piosenka Kobranocki ma pewne osobiste podteksty, dlatego jest moim ulubionym utworem. Ogólnie lubię polskie kino, a Killer jest klasykiem. Problem miałem z graczem NBA, bo wielkim szacunkiem darzę geniusz Steve’a jak i również szaleństwo oraz umiejętność dominacji Shaq’a. Jednak zwyciężyło przywiązanie do mojej pozycji na boisku. Co do potraw i napoi są one oczywiście zróżnicowane w zależności od sytuacji.
To chyba na tyle. Mam nadzieję, że forma, jaką wybraliśmy się spodoba – w końcu dobrze wiedzieć coś o osobach, których opinie się czyta, polemizuje z nimi i prowadzi dyskusje. Zresztą chętnie poczytałbym odpowiedzi bardziej znanych i renomowanych dziennikarzy na podobne zagadnienia.
poniedziałek, 13 kwietnia 2009
Najlepsi w Eurolidze
Na oficjalnej stronie Euroligi właśnie dobiega końca głosowanie na najlepszą piątkę. Świetna okazja do podzielenia się własnymi typami:

Terrell McIntyre
17.3 pkt, 4.4 as, 68.7% za 2, 39.5% za 3

Igor Rakocević
18 pkt, 2 as, 50.7% za 2, 39.8% za 3

Juan Carlos Navarro
14.8 pkt, 3.7 as, 49.5% za 2, 37% za 3

Tiago Splitter
14 pkt, 5.4 zb, 1.6 bl, 65.9% za 2

D'or Fischer
14.6 pkt, 7.6 zb, 1.7 bl, 69.8% za 2
McIntyre zagrał doskonały sezon pomimo tego, że tym razem Montepaschi nie wystąpi w FinalFour. W szczególności postawa Terrella w rywalizacji przeciwko Panathinaikosowi budzi podziw. Już po ubiegłym sezonie w swoim składzie chciała mieć cała Euroliga. Na przeszkodzie stanęło jednak odstępne żądane przez włoski klub. Rakocević to rasowy strzelec, który już od lat pokazuje swoją klasę. Moim zdaniem główny kandydat do MVP po McIntyrze. Podobnie można napisać o Navarro, który Igora jest wszechstronniejszy i jest o wiele lepszym liderem mentalnym. Kolejnym graczem w piątce jest Tiago Splitter, którego chyba nie trzeba specjalnie przedstawiać. Brazylijczyk w TAU przechodzi drogę bardzo podobną do Luisa Scoli. Kontrakt z TAU ma jeszcze na kilka lat - oby do NBA wybrał się jak najpóźniej. Na koniec były zawodnik Anwilu Włocławek - D'or Fischer - którego kiedyś zwolnił Andrej Urlep. Jestem przekonany, że nigdzie indziej nie grałby tak dobrze jak w Tel-Avivie i nie byłby brany pod uwagę do pierwszej piątki. Ale nie jest to wybór ulubionych graczy, ani odpowiedź na pytanie jak zbudowałbym zespół. Chodzi o to co dany gracz prezentował w danym sezonie, a Fischer grał świetnie, co należy podkreślić przy doskonałej współpracy z zespołem. Dokonał wręcz niemożliwego - sprawił, że nikt w Maccabi nie płacze dziś po stracie Nikoli Vujcicia.
I choć nie ma tego w oficjalnym głosowaniu chciałbym przedstawić także moją drugą piątkę:
Theodoros Papaloukas
Rimantas Kaukenas
Thomas Kelati
Erazem Lorbek
Nikola Peković
Theo to wirtuoz europejskiej koszykówki, geniusz efektywności, wciąż grający z ławki - niestety musiał przegrać ze zdobywającym dwa razy więcej punktów i mającym również doskonałe inne wskaźniki McIntyrem. Kaukenas - nie za do dużo do komentowania. Kolejny bardzo dobry sezon Rimasa, który jest drugim budowniczym sukcesu obok McIntyre'a, a konkurencja w zespole szczególnie ze strony Henry'ego Domercanta bardzo duża. Tomek Kelati trochę z braku laku, ale przede wszystkim za rozwój i dojrzewanie koszykarskie przez ostatnie trzy lata. Swoją postawą w Maladze bardzo mnie zaskoczył. Lorbek to świetny transfer CSKA po utracie Davida Andersena. Słoweniec po tym jak był niewypałem w Maladze, przechował się trochę we Włoszech, w końcu spełnia pokładane w nim oczekiwania. Nikola Peković - taran podkoszowy, który dorastał w cieniu innego giganta - Kosty Perovicia. Objawił się po odejściu tego drugiego i już dziś można powiedzieć, że bije swojego byłego kolegę z Partizana na głowę. Pytanie - kiedy do NBA? I czy na pewno jest typem gracza, który się tam sprawdzi?
Jako, że pod koszami w Eurolidze w tym sezonie jest bardzo wysoki poziom chciałbym wymienić jeszcze kilku graczy, którzy się do piątek nie zmieścili (w kolejności nieprzypadkowej) takich jak: Lior Elyahu, Ioannis Bourousis, Mike Batiste, Nikola Vujcić, Niksa Prkacin, Felipe Reyes czy doskonała czwórka podkoszowa Barcy (Andersen, Ilyasova, Vazquez, Santiago). Pewnie i tak kogoś pominąłem, bo pod deskami jest po prostu świetnie.
Na koniec chciałbym jeszcze skomentować głosowanie kibiców z całej Europy, którego wyniki można zobaczyć tutaj. Niestety z realiami ma to niewiele wspólnego. Pomimo bardzo dobrego sezonu Montepaschi i wręcz sensacyjnego sukcesu Partizana Tepić, Velicković i Kszysztof Ławrynowicz to zdecydowanie nie są najlepsi gracze na swoich pozycjach. Tym bardziej, że sukcesy tych zespołów - w szczególności Partizana - to wynik pracy całego zespołu. Jasiek i Siska względnie mogliby być uznani za tych najlepszych, ale to wciąż nie to.
W całej czołowej piętnastce głosowania widać, że głosowanie zdominowali kibice z Litwy, Serbii i Grecji, którzy głosowali na swoich graczy bądź graczy ze swoich zespołów. Ogromną większość z tej piętnastki można uzasadnić wg tego klucza. Nie pasuje tylko McIntyre i Holden. Co się tyczy tego pierwszego, to Montepaschi jest popularne na Litwie dzięki Kaukenasowi i Ławrynowiczowi, no i w końcu Amerykanin ma świetny sezon. Co do Holdena to nie będę na siłę robił teorii, że Litwini lubią CSKA przez Siskauskasa, bo było to tragicznie naciągane. Kompletne pominięcie klubów hiszpańskich (jeden jedyny Rakocević - w końcu Serb) można by uznać za wręcz skandaliczne.
Na szczęście Euroliga wzięła poprawkę na takie zachowanie kibiców i ich głosowanie będzie miało tylko 20% znaczenia przy 80% wpływu głosów ekspertów na ostateczne wyniki.

Terrell McIntyre
17.3 pkt, 4.4 as, 68.7% za 2, 39.5% za 3

Igor Rakocević
18 pkt, 2 as, 50.7% za 2, 39.8% za 3

Juan Carlos Navarro
14.8 pkt, 3.7 as, 49.5% za 2, 37% za 3

Tiago Splitter
14 pkt, 5.4 zb, 1.6 bl, 65.9% za 2

D'or Fischer
14.6 pkt, 7.6 zb, 1.7 bl, 69.8% za 2
McIntyre zagrał doskonały sezon pomimo tego, że tym razem Montepaschi nie wystąpi w FinalFour. W szczególności postawa Terrella w rywalizacji przeciwko Panathinaikosowi budzi podziw. Już po ubiegłym sezonie w swoim składzie chciała mieć cała Euroliga. Na przeszkodzie stanęło jednak odstępne żądane przez włoski klub. Rakocević to rasowy strzelec, który już od lat pokazuje swoją klasę. Moim zdaniem główny kandydat do MVP po McIntyrze. Podobnie można napisać o Navarro, który Igora jest wszechstronniejszy i jest o wiele lepszym liderem mentalnym. Kolejnym graczem w piątce jest Tiago Splitter, którego chyba nie trzeba specjalnie przedstawiać. Brazylijczyk w TAU przechodzi drogę bardzo podobną do Luisa Scoli. Kontrakt z TAU ma jeszcze na kilka lat - oby do NBA wybrał się jak najpóźniej. Na koniec były zawodnik Anwilu Włocławek - D'or Fischer - którego kiedyś zwolnił Andrej Urlep. Jestem przekonany, że nigdzie indziej nie grałby tak dobrze jak w Tel-Avivie i nie byłby brany pod uwagę do pierwszej piątki. Ale nie jest to wybór ulubionych graczy, ani odpowiedź na pytanie jak zbudowałbym zespół. Chodzi o to co dany gracz prezentował w danym sezonie, a Fischer grał świetnie, co należy podkreślić przy doskonałej współpracy z zespołem. Dokonał wręcz niemożliwego - sprawił, że nikt w Maccabi nie płacze dziś po stracie Nikoli Vujcicia.
I choć nie ma tego w oficjalnym głosowaniu chciałbym przedstawić także moją drugą piątkę:
Theodoros Papaloukas
Rimantas Kaukenas
Thomas Kelati
Erazem Lorbek
Nikola Peković
Theo to wirtuoz europejskiej koszykówki, geniusz efektywności, wciąż grający z ławki - niestety musiał przegrać ze zdobywającym dwa razy więcej punktów i mającym również doskonałe inne wskaźniki McIntyrem. Kaukenas - nie za do dużo do komentowania. Kolejny bardzo dobry sezon Rimasa, który jest drugim budowniczym sukcesu obok McIntyre'a, a konkurencja w zespole szczególnie ze strony Henry'ego Domercanta bardzo duża. Tomek Kelati trochę z braku laku, ale przede wszystkim za rozwój i dojrzewanie koszykarskie przez ostatnie trzy lata. Swoją postawą w Maladze bardzo mnie zaskoczył. Lorbek to świetny transfer CSKA po utracie Davida Andersena. Słoweniec po tym jak był niewypałem w Maladze, przechował się trochę we Włoszech, w końcu spełnia pokładane w nim oczekiwania. Nikola Peković - taran podkoszowy, który dorastał w cieniu innego giganta - Kosty Perovicia. Objawił się po odejściu tego drugiego i już dziś można powiedzieć, że bije swojego byłego kolegę z Partizana na głowę. Pytanie - kiedy do NBA? I czy na pewno jest typem gracza, który się tam sprawdzi?
Jako, że pod koszami w Eurolidze w tym sezonie jest bardzo wysoki poziom chciałbym wymienić jeszcze kilku graczy, którzy się do piątek nie zmieścili (w kolejności nieprzypadkowej) takich jak: Lior Elyahu, Ioannis Bourousis, Mike Batiste, Nikola Vujcić, Niksa Prkacin, Felipe Reyes czy doskonała czwórka podkoszowa Barcy (Andersen, Ilyasova, Vazquez, Santiago). Pewnie i tak kogoś pominąłem, bo pod deskami jest po prostu świetnie.
Na koniec chciałbym jeszcze skomentować głosowanie kibiców z całej Europy, którego wyniki można zobaczyć tutaj. Niestety z realiami ma to niewiele wspólnego. Pomimo bardzo dobrego sezonu Montepaschi i wręcz sensacyjnego sukcesu Partizana Tepić, Velicković i Kszysztof Ławrynowicz to zdecydowanie nie są najlepsi gracze na swoich pozycjach. Tym bardziej, że sukcesy tych zespołów - w szczególności Partizana - to wynik pracy całego zespołu. Jasiek i Siska względnie mogliby być uznani za tych najlepszych, ale to wciąż nie to.
W całej czołowej piętnastce głosowania widać, że głosowanie zdominowali kibice z Litwy, Serbii i Grecji, którzy głosowali na swoich graczy bądź graczy ze swoich zespołów. Ogromną większość z tej piętnastki można uzasadnić wg tego klucza. Nie pasuje tylko McIntyre i Holden. Co się tyczy tego pierwszego, to Montepaschi jest popularne na Litwie dzięki Kaukenasowi i Ławrynowiczowi, no i w końcu Amerykanin ma świetny sezon. Co do Holdena to nie będę na siłę robił teorii, że Litwini lubią CSKA przez Siskauskasa, bo było to tragicznie naciągane. Kompletne pominięcie klubów hiszpańskich (jeden jedyny Rakocević - w końcu Serb) można by uznać za wręcz skandaliczne.
Na szczęście Euroliga wzięła poprawkę na takie zachowanie kibiców i ich głosowanie będzie miało tylko 20% znaczenia przy 80% wpływu głosów ekspertów na ostateczne wyniki.
piątek, 10 kwietnia 2009
Nieśmiało rusza sezon transferowy
Nie w Polsce, nie w NBA, a w Europie. Ta notka to początek serii wpisów o transferach i wszelkich plotkach odnoszących się do zmian barw klubowych w Europie tego lata. Z całą pewnością ten blog powinien być najlepszą skarbnicą wiedzy na ten temat w polskim internecie. Co jednak nie jest pewne to ilość czasu jaką będą mógł poświęcić na śledzenie wszelkich ruchów. W każdym razie kilka pierwszych newsów na dobry początek.

Will Solomon wraca do Euroligi po tym jak został zwolniony z Sacramento Kings. Amerykański rozgrywający ponownie zagra w Fenerbahce Ulker. Pomoże zespołowi już w obecnym play-off ligi tureckiej, ale oczekuje się, że umowa będzie obowiązywała jeszcze przez dwa kolejne sezony.
Pojawiają się plotki o przedłużeniu umowy Drew Nicholasa z Panathinaikosem Ateny o kolejne dwa lata. Nicholas po dość słabych początkach, w drugiej części sezonu zdecydowanie się rozkręcił i z całą pewnością to przekonało włodarzy PAO.
Nowo wyłoniony mistrz EuroCup - Lietuvos Rytas - przedłużył o rok umowę z Milko Bjelicą, po tym jak typowy podkoszowy produkt Crvenej Zvezdy bardzo solidnie prezentował się w obecnym sezonie.
Lietuvos po kolejnym awansie do Euroligi będzie niewątpliwie potrzebował wzmocnień. Ciężkie może być jednak utrzymanie jednego z liderów - Chucka Eidsona. Amerykaninem zainteresowane jest Maccabi Tel-Aviv. I jeśli mnie pamięć nie myli już po raz kolejny. Maccabi ma słabość do Lietuvos Rytas, bo często z nim przegrywa. I tak na przykład dwa lata temu ściągano do Izraela Nevena Spahiję i Simasa Jasaitisa właśnie po porażkach z tym zespołem. W ubiegłym sezonie Eidson rzucił 28 punktów w wygranym przez Rytas meczu w Tel-Avivie, gdzie Maccabi nieczęsto przegrywa.

Telindus Ostenda zwolnił Erica Hicksa. Bezpośrednim powodem było niestawienie się gracza na treningu. Jednak niesportowe prowadzenie się Erica w Telindusie zauważono już wcześniej i opuszczenie treningu było kroplą, która przelała czarę goryczy. Nie jest to zbyt zaskakujące, bo Hicksa poznaliśmy już od tej strony, kiedy w ubiegłym sezonie jako zawodnik Polapku Świecie po alkoholu pobił się z kolegą z drużyny, demolując wynajęte przez klub mieszkanie.
Na zakończenie jeszcze kilka informacji dobrych znajomych z PLK i klubach, w których będą kończyć ten sezon. Marius Prekevicius który zaczynał obecne rozgrywki w Lietuvos Rytas przeniósł się do Azovmashu Mariupol; Roberts Stelmahers zamienił ASK Ryga na Primę Veroli z włoskiej LegaDue, gdzie ma zastąpić również znanego ze Śląska Wrocław Dawana Robinsona; a Boban Mitev sezon będzie kończył jako pierwszy trener macedońskiego MDK Skopje.

Will Solomon wraca do Euroligi po tym jak został zwolniony z Sacramento Kings. Amerykański rozgrywający ponownie zagra w Fenerbahce Ulker. Pomoże zespołowi już w obecnym play-off ligi tureckiej, ale oczekuje się, że umowa będzie obowiązywała jeszcze przez dwa kolejne sezony.
Pojawiają się plotki o przedłużeniu umowy Drew Nicholasa z Panathinaikosem Ateny o kolejne dwa lata. Nicholas po dość słabych początkach, w drugiej części sezonu zdecydowanie się rozkręcił i z całą pewnością to przekonało włodarzy PAO.
Nowo wyłoniony mistrz EuroCup - Lietuvos Rytas - przedłużył o rok umowę z Milko Bjelicą, po tym jak typowy podkoszowy produkt Crvenej Zvezdy bardzo solidnie prezentował się w obecnym sezonie.
Lietuvos po kolejnym awansie do Euroligi będzie niewątpliwie potrzebował wzmocnień. Ciężkie może być jednak utrzymanie jednego z liderów - Chucka Eidsona. Amerykaninem zainteresowane jest Maccabi Tel-Aviv. I jeśli mnie pamięć nie myli już po raz kolejny. Maccabi ma słabość do Lietuvos Rytas, bo często z nim przegrywa. I tak na przykład dwa lata temu ściągano do Izraela Nevena Spahiję i Simasa Jasaitisa właśnie po porażkach z tym zespołem. W ubiegłym sezonie Eidson rzucił 28 punktów w wygranym przez Rytas meczu w Tel-Avivie, gdzie Maccabi nieczęsto przegrywa.

Telindus Ostenda zwolnił Erica Hicksa. Bezpośrednim powodem było niestawienie się gracza na treningu. Jednak niesportowe prowadzenie się Erica w Telindusie zauważono już wcześniej i opuszczenie treningu było kroplą, która przelała czarę goryczy. Nie jest to zbyt zaskakujące, bo Hicksa poznaliśmy już od tej strony, kiedy w ubiegłym sezonie jako zawodnik Polapku Świecie po alkoholu pobił się z kolegą z drużyny, demolując wynajęte przez klub mieszkanie.
Na zakończenie jeszcze kilka informacji dobrych znajomych z PLK i klubach, w których będą kończyć ten sezon. Marius Prekevicius który zaczynał obecne rozgrywki w Lietuvos Rytas przeniósł się do Azovmashu Mariupol; Roberts Stelmahers zamienił ASK Ryga na Primę Veroli z włoskiej LegaDue, gdzie ma zastąpić również znanego ze Śląska Wrocław Dawana Robinsona; a Boban Mitev sezon będzie kończył jako pierwszy trener macedońskiego MDK Skopje.
czwartek, 9 kwietnia 2009
Starcie Bestii:Barca czy TAU?
Dziś wieczorem poznamy ostatniego, ale nie byle jakiego uczestnika Final Four Euroligi. Wszystko rozegra się w wewnętrznym pojedynku klubów ligi ACB. O 20,45 rozpocznie się pojedynek między Barceloną i TAU Ceramiką Vitoria.
W tej rywalizacji nie ma miejsca na „magię własnej hali”, czy zaskoczenie przeciwnika. Przeciwnicy znają się jak łyse konie i mają w składzie graczy, który nie przeraża presja widowni. Możemy być spokojni o to, że będzie to starcie klasy i talentu, bez udziału czarów.
Jedynym czynnikiem paranormalnym, nazwijmy go numerologicznym, o którym warto tu wspomnieć, jest prawo serii. W tej baskijsko – katalońskiej kampanii ćwierćfinałowej zespoły zwyciężają na przemian – raz TAU, raz Barca. Tym razem wypadałoby na Vitorię..
Wspomniałem też o czynniku własnej hali – w tej parze nie ma on żadnego znaczenia. Obie drużyny wygrały po jednym meczu na terenie rywala, tak więc Baskowie nie mają psychologicznych barier przed meczem w Palau Blaugrana. To zwiastuje wspaniałe emocje. Przypomnijmy jeszcze, że TAU Ceramica wygrywała pierwszy mecz po zmianie gospodarza rywalizacji. Każdy mecz nieparzysty, a dziś mamy starcie numer 5..
No, ale dosyć już tego wróżbiarstwa. Przed nami finał przedwczesnego finału Euroligi. Najlepsze zespoły najsilniejszej ligi świata po NBA rozegrają tie break. Gospodarze meczu, to ekipa wyrównana, w której nie ma wyraźnego lidera punktowego. Minimalnie najlepszy pod tym względem jest Joan Carlos Navarro, który u trenera Xaviego Pascuala ma zielone światło na własną inwencję w sytuacjach kryzysowych. Siłą drużyny z Katalonii jest poziom talentu graczy podkoszowych. Daniel Santiago, Fran Vasquez, David Andersen, wspierający ich Lubos Barton oraz latające szczudło Ersan Iliasova, dają Barsie statystyczną przewagę w zbiórkach. Nie chodzi tylko o tabele statystyczne, ale o konkretne mecze. W drugim starciu ćwierćfinału, Katalończycy zmiażdżyli Basków na deskach – 41:28, zaś w spotkaniu numer 4, przewaga podopiecznych coacha Pascuala wyniosła 12 zbiórek (38:26). Najistotniejszymi zawodnikami pierwszej linii są młodzi – Iliasova i Vasquez i to oni, a nie doświadczeni, jak Andersen, czy Santiago dodają Barcelonie energii. Znamy slogan, iż play off jest czasem weteranów, ale w ekipie z Palau Blaugrana, póki co ta reguła nie do końca się sprawdza.
Nie do końca, ponieważ znakomite play offy rozgrywają starzy wyjadacze obwodowi – Navarro, Laković (mimo kontuzji) i Basile. Tu jednakże Duma Katalonii napotyka na największy opór TAU. Podopieczni Dusko Ivanovicia przewyższają swych rywali pod względem skuteczności w rzutach z dystansu, co nie dziwi, biorąc pod uwagę fakt, że wśród nich jest lider strzelców Euroligi, Igor Rakocević. Serb zdominował całą drużynę i jest zdecydowanie najlepszym jej snajperem, ze średnią 18,4 punktu na mecz. Co istotne jego średnia w play off są wyższa niż w fazie Top 16 18 w porównaniu z 15,8), co pokazuje, ze były gracz Minnesoty T –Wolves złapał silny wiatr w żagle. Ma to swoje złe strony, bo tak wyraźny lider jest głównym celem wyeliminowania dla każdego rywala z Barceloną na czele. Dzielnie wspiera go, co prawda Pete Mickeal, ale Amerykanin długo nie mógł nawiązać do świetnej dyspozycji z końcówki poprzedniego sezonu. Kończąc jednakże temat „trójek” – TAU Ceramica wygrywa z Barcą te mecze, w których osiąga lepszą skuteczność zza linii 6,25cm. Swego czasu w naszej lidze dominowała teza, ze „trójkami meczów się nie wygrywa” Jest ona prawdziwa, pod warunkiem, że twój rywal nie tłamsi cię pod tablicami. Wtedy masz dwa wyjścia – zaczynasz trafiać z obwodu albo poddać mecz.. Jak się ma takich graczy, jak Rakocević, Prigioni, czy Ilievski, można pokusić się o pierwszą z tych opcji.
Dobrą wiadomością dla fanów Vitorii jest coraz lepsza dyspozycja Tiago Splittera. Brazylijski center i jego zagrania z Prigionim były kluczem do zdobycia mistrzostwa Hiszpanii. W ostatnich meczach nie zawsze udawało się wyegzekwować te akcje i zaczęły się schody. Od postawy Tiago zależy wiele, bo jego partnerzy pod tablicami mają swoje wady. Will McDonald jest graczem dość jednostronnym i stosunkowo łatwym do „odczytania” w zagraniach ofensywnych, zaś Mirza Teletović lepiej czuje się na dystansie i dynamicznych wejściach na kosz, aniżeli w żmudnej walce w polu 3 sekund. Do tego trzeba przyznać, ze Bośniak rozgrywa przeciętne play offy, a w finałach ligi ACB, zagrożenie jakie stanowił z obwodu dały Splitterowi sporo miejsca do gry pod koszem. W dzisiejszym starciu nie pomoże mu także Stanko Barac, którego zabraknie z powodu kontuzji stopy. Jego wkład w grę TAU nie jest może imponujący, ale przy 217 centymetrach wzrostu, zawsze mógłby stanowić jakieś zagrożenie, zwłaszcza pod bronionym koszem. Jego brak nie jest może powodem do wielkiej radości w szeregach gospodarzy dzisiejszego meczu, ale pokazuje jak na dłoni, że przyjezdni mają w pierwszej linii dość istotne braki. Oczywiście w porównaniu z Barceloną, a nie z 90 na 100 drużyn na Starym Kontynencie..
Co zadecyduje o zwycięstwie - Obwód TAU, czy pierwsza linia Barcelony? A może do wielkiej formy wróci Tiago i pociągnie swój zespół, jak w finałach ligi ACB? Po drugiej stronie na wielki mecz w tej serii czeka Navarro...Jedno jest pewne – ta rywalizacja jest godna finału Euroligi. Szkoda, ze jednej z tych ekip zabraknie w Final Four.
W tej rywalizacji nie ma miejsca na „magię własnej hali”, czy zaskoczenie przeciwnika. Przeciwnicy znają się jak łyse konie i mają w składzie graczy, który nie przeraża presja widowni. Możemy być spokojni o to, że będzie to starcie klasy i talentu, bez udziału czarów.
Jedynym czynnikiem paranormalnym, nazwijmy go numerologicznym, o którym warto tu wspomnieć, jest prawo serii. W tej baskijsko – katalońskiej kampanii ćwierćfinałowej zespoły zwyciężają na przemian – raz TAU, raz Barca. Tym razem wypadałoby na Vitorię..
Wspomniałem też o czynniku własnej hali – w tej parze nie ma on żadnego znaczenia. Obie drużyny wygrały po jednym meczu na terenie rywala, tak więc Baskowie nie mają psychologicznych barier przed meczem w Palau Blaugrana. To zwiastuje wspaniałe emocje. Przypomnijmy jeszcze, że TAU Ceramica wygrywała pierwszy mecz po zmianie gospodarza rywalizacji. Każdy mecz nieparzysty, a dziś mamy starcie numer 5..
No, ale dosyć już tego wróżbiarstwa. Przed nami finał przedwczesnego finału Euroligi. Najlepsze zespoły najsilniejszej ligi świata po NBA rozegrają tie break. Gospodarze meczu, to ekipa wyrównana, w której nie ma wyraźnego lidera punktowego. Minimalnie najlepszy pod tym względem jest Joan Carlos Navarro, który u trenera Xaviego Pascuala ma zielone światło na własną inwencję w sytuacjach kryzysowych. Siłą drużyny z Katalonii jest poziom talentu graczy podkoszowych. Daniel Santiago, Fran Vasquez, David Andersen, wspierający ich Lubos Barton oraz latające szczudło Ersan Iliasova, dają Barsie statystyczną przewagę w zbiórkach. Nie chodzi tylko o tabele statystyczne, ale o konkretne mecze. W drugim starciu ćwierćfinału, Katalończycy zmiażdżyli Basków na deskach – 41:28, zaś w spotkaniu numer 4, przewaga podopiecznych coacha Pascuala wyniosła 12 zbiórek (38:26). Najistotniejszymi zawodnikami pierwszej linii są młodzi – Iliasova i Vasquez i to oni, a nie doświadczeni, jak Andersen, czy Santiago dodają Barcelonie energii. Znamy slogan, iż play off jest czasem weteranów, ale w ekipie z Palau Blaugrana, póki co ta reguła nie do końca się sprawdza.
Nie do końca, ponieważ znakomite play offy rozgrywają starzy wyjadacze obwodowi – Navarro, Laković (mimo kontuzji) i Basile. Tu jednakże Duma Katalonii napotyka na największy opór TAU. Podopieczni Dusko Ivanovicia przewyższają swych rywali pod względem skuteczności w rzutach z dystansu, co nie dziwi, biorąc pod uwagę fakt, że wśród nich jest lider strzelców Euroligi, Igor Rakocević. Serb zdominował całą drużynę i jest zdecydowanie najlepszym jej snajperem, ze średnią 18,4 punktu na mecz. Co istotne jego średnia w play off są wyższa niż w fazie Top 16 18 w porównaniu z 15,8), co pokazuje, ze były gracz Minnesoty T –Wolves złapał silny wiatr w żagle. Ma to swoje złe strony, bo tak wyraźny lider jest głównym celem wyeliminowania dla każdego rywala z Barceloną na czele. Dzielnie wspiera go, co prawda Pete Mickeal, ale Amerykanin długo nie mógł nawiązać do świetnej dyspozycji z końcówki poprzedniego sezonu. Kończąc jednakże temat „trójek” – TAU Ceramica wygrywa z Barcą te mecze, w których osiąga lepszą skuteczność zza linii 6,25cm. Swego czasu w naszej lidze dominowała teza, ze „trójkami meczów się nie wygrywa” Jest ona prawdziwa, pod warunkiem, że twój rywal nie tłamsi cię pod tablicami. Wtedy masz dwa wyjścia – zaczynasz trafiać z obwodu albo poddać mecz.. Jak się ma takich graczy, jak Rakocević, Prigioni, czy Ilievski, można pokusić się o pierwszą z tych opcji.
Dobrą wiadomością dla fanów Vitorii jest coraz lepsza dyspozycja Tiago Splittera. Brazylijski center i jego zagrania z Prigionim były kluczem do zdobycia mistrzostwa Hiszpanii. W ostatnich meczach nie zawsze udawało się wyegzekwować te akcje i zaczęły się schody. Od postawy Tiago zależy wiele, bo jego partnerzy pod tablicami mają swoje wady. Will McDonald jest graczem dość jednostronnym i stosunkowo łatwym do „odczytania” w zagraniach ofensywnych, zaś Mirza Teletović lepiej czuje się na dystansie i dynamicznych wejściach na kosz, aniżeli w żmudnej walce w polu 3 sekund. Do tego trzeba przyznać, ze Bośniak rozgrywa przeciętne play offy, a w finałach ligi ACB, zagrożenie jakie stanowił z obwodu dały Splitterowi sporo miejsca do gry pod koszem. W dzisiejszym starciu nie pomoże mu także Stanko Barac, którego zabraknie z powodu kontuzji stopy. Jego wkład w grę TAU nie jest może imponujący, ale przy 217 centymetrach wzrostu, zawsze mógłby stanowić jakieś zagrożenie, zwłaszcza pod bronionym koszem. Jego brak nie jest może powodem do wielkiej radości w szeregach gospodarzy dzisiejszego meczu, ale pokazuje jak na dłoni, że przyjezdni mają w pierwszej linii dość istotne braki. Oczywiście w porównaniu z Barceloną, a nie z 90 na 100 drużyn na Starym Kontynencie..
Co zadecyduje o zwycięstwie - Obwód TAU, czy pierwsza linia Barcelony? A może do wielkiej formy wróci Tiago i pociągnie swój zespół, jak w finałach ligi ACB? Po drugiej stronie na wielki mecz w tej serii czeka Navarro...Jedno jest pewne – ta rywalizacja jest godna finału Euroligi. Szkoda, ze jednej z tych ekip zabraknie w Final Four.
poniedziałek, 6 kwietnia 2009
Puchar Europy: Cud turyński
Dziesięć lat temu ubogi, jak na warunki Euroligi, Żalgiris Kowno w finale tych rozgrywek pokonał sławniejszy i majętniejszy zespół Kindera Bolonia. Stawką wczorajszego meczu był dopiero awans do europejskiej elity, ale nie umniejsza to sukcesu Lietuvos rytas. Zespół z Wilna pokonał Chimki Moskwa i zdobył Puchar Europy.
Ani przed meczem, ani w jego trakcie niewiele wskazywało na to, że będziemy świadkami niespodzianki. Zespół z Litwy to nie jest już ten team, który triumfował w 2005 roku w Pucharze ULEB (czyli poprzedniku Pucharu Europy) w składzie z takimi graczami jak Robertas Javtokas, czy Matt Nielsen. Kryzys finansowy przerwał proces wzrastania klubu, będącego następcą Statyby Wilno. Kłopoty budżetowe spowodowały odejście wspomnianego Nielsena oraz Branko Milisavljevicia, czyli głównego centra i rozgrywającego drużyny. W trakcie rozgrywek zmienił się też trener – doświadczonego Antanasa Sireikę zastąpił świetnie nam znany, ale wciąż początkujący na tak wysokim poziomie Rimas Kurtinaitis.
Po drugiej stronie barykady stanął zespół dobijający się do europejskiej czołówki. Chimki także poniosły straty na skutek kryzysu, ale jednak gwiazdorski trzon pozostał bez większych zmian. Nawet Carlos Delfino mimo narzekań na aklimatyzację i poprzedniego trenera został w klubie spod Moskwy, by zdobyć dlań przepustkę do Euroligi.
Podopieczni Sergio Scariolo po wyrównanej pierwszej kwarcie wzięli się ostro do pracy i twardą defensywą utrudnili wilnianom grę pod kosz. Zespołowi znad Wilii pozostały próby rzutów z dystansu, które ostatnio zdecydowanie im nie leżą. Znikli gdzieś bohaterowie poprzednich spotkań – Mindaugas Lukauskis i Arturas Jomantas, zaś Chuck Eidson uwikłany w rozgrywanie nie miał energii, by brylować w ataku swej drużyny. Jedynym pocieszeniem dla jego kolegów były szybkie faule wysokich graczy Chimek (w tym Macieja Lampego), co dawało nadzieję na rozluźnienie obrony pod samym koszem.
Podobny problem miał jednak także środkowy LR, Marionas Petravicius, ale umiejętną rotacja składem trener Kurtinaitis zdołał uchronić swego centra przed piątym faulem. Mało tego, olbrzym rodem z Silute rozkręcał się każdą minutą, a jego dwójkowe akcje z Eidsonem stały się główną bronią Litwinów. Z drugiej strony, strzelcy Chimek, Delfino i Kelly McCarty regularnie dziurawili litewski kosz. McCarty już raz zakosztował zwycięstwa na zapleczu Euroligi w barwach Hapoelu Jerozolima i tym razem też wszystko wskazywało na to, że Amerykański obrońca wzniesie statuetkę dla MVP meczu. Jego trafienia dały Rosjanom spokojne prowadzenie przed ostatnią kwartą i jedynym problemem Scariolo był piąty faul Lampego.
Pierwszy Polak w finale Europucharu nie grał dobrego meczu, ani całego turnieju. Po kontuzji stracił pewność w grze i skuteczność w ataku. Nigdy nie był tytanem obrony, ale trzy faule w jednej kwarcie meczu z rytas, to jednak trochę za dużo złego. Po przerwie zdobył co prawda swoje punkty (także trafieniem zza łuku), ale po fantastycznej czapie od Jomantasa i faulu wynikającym z frustracji, łodzianin zakończył udział w spotkaniu. Nie wydawało się to wtedy problemem, gdyż godnie zastępował go młody Timofiej Mozgow, a cały zespół spod Moskwy bił rywali na głowę spokojem i pewnością w grze. Jedynie Jorge Garbajosa sygnalizował problemy bezskutecznie szukając „swojej klepki”
To co się stało w czwartej kwarcie było niesamowite. Gwiazdy Chimek z nonszalancją pudłowały zerwane rzuty, a Litwini złapali wiatr w żagle. Fantastyczny pościg (w pewnym momencie 12 – 0) z udziałem Steponasa Babrauskasa i Jomantasa przejdzie do historii Pucharu Europy. Znakomitą partię nadal rozgrywał Petravicius, który w kluczowym momencie dołożył blok i zbiórkę w obronie. Wilnianie, po serii punktów Jomantasa złapali kontakt z rywalem, a rzut z rogu Babrauskasa dał im prowadzenie. Na taki obrót spraw odpowiedział Delfino, doprowadzając do remisu po 71. Gdy wydawało się, że gwiazdy rosyjskiej drużyny przejmą kontrolę nad meczem, sprawy w swoje ręce wziął Eidson. Amerykanin nie potrzebował doświadczeń z NBA, by wiedzieć, czego potrzebuje jego zespół. Trafienie po minięciu i celne rzuty z linii pozwoliły złapać oddech ekipie z Wilna. Chimczanie stracili pomysł na grę, a pudła zdarzały się gwiazdom, nie mówiąc o młodym Mozgowie, który w najważniejszym momencie udanego dla siebie turnieju popełnił błąd kroków. Po czarnej serii Chimek Babrauskas dobił rywali kolejnym trafieniem zza linii 6,25, po którym pozdrowił fanów, szalejących na trybunach.
Po meczu szaleli także i litewscy zawodnicy, a szef klubu, który w przerwie opowiadał o przepaści dzielącej jego zespół od Rosjan wyglądał na oszołomionego. Z kolei dla mnie szokujący był widok zapłakanego McCarty'ego, faceta który sporo już w życiu zdobył i przegrana w takim meczu teoretycznie mogła być dla niego kolejnym dniem zawodowego koszykarza. Cały zespół spod Chimek przedstawiał obraz nędzy i rozpaczy. Chyba dopiero wtedy dotarło do gwiazdorów ze Wschodu, że droga do Euroligi w sezonie 09/10 będzie wiodła przez pokonanie CSKA Moskwa w finale Superligi..
Prezes LR wspominał o cudach, jakich dokonał trener Kurtiniatis. Nie wiem, czy praca jest cudem, ale jej efekty były wczoraj obiecujące. Od pamiętnego triumfu Żalgirisu nie oglądaliśmy niespodzianki na tak wysokim poziomie. Warto przy tym wspomnieć, że w ekipie z Kowna grali wówczas Tyus Edney, Jirzi Żidek, czy Sam Bowie, a więc ludzie z ładną kartą w NBA. W Lietuvos rytas gra tymczasem dwóch stranierich, dla których sukcesami była dotąd gra w lidze francuskiej. MVP meczu, Petravicius ostatnie sezony spędził w cieniu Matta Nielsen i Joao Batisty, a wcześniej grywał w Belgii, Niemczech czy na Łotwie. Wczorajszy przykład pokazuje, co jest najważniejsze w sporcie. Nie budżet, który raz bywa wysoki, a raz dużo niższy. Istotny jest pomysł i ludzie. Rzetelnie wyszkoleni i dobrze zmotywowani. A na boisku wygrywają ludzie, nie zaprogramowane maszyny. Po trzech świetnych kwartach i przy takich asach jak Garbajosa, Delfino, czy McCarty karta nie miała prawa się dla Rosjan odwrócić.Stało się inaczej, co daje nadzieję na to, że charakter i wola walki może się jeszcze w dzisiejszych czasach obronić.
Po meczu poczułem lekki niedosyt. Przecież Polak mógł po raz pierwszy wznieść w górę europejski puchar w baskecie. Na osłodę pozostał jednak widok autentycznej radości niespodziewanych zwycięzców i przyjemny dreszczyk sensacji, który rzadko się dziś trafia. „W zastępstwie” Lampego, Europuchar trafił do rąk trenera Kurtinaitisa i Donatasa Zavackasa. Czyli PLK była jakoś tam obecna na szczytach.. To tak ku pokrzepieniu serc. A może podkoszowy rodem z Łodzi odbije sobie niepowodzenie we wrześniu pod flaga biało – czerwoną? Nie wiem, czy nie będzie tu łatwiej o jakikolwiek sukces niż w ewentualnym finale ligi rosyjskiej z „Armią Czerwoną”..
Ani przed meczem, ani w jego trakcie niewiele wskazywało na to, że będziemy świadkami niespodzianki. Zespół z Litwy to nie jest już ten team, który triumfował w 2005 roku w Pucharze ULEB (czyli poprzedniku Pucharu Europy) w składzie z takimi graczami jak Robertas Javtokas, czy Matt Nielsen. Kryzys finansowy przerwał proces wzrastania klubu, będącego następcą Statyby Wilno. Kłopoty budżetowe spowodowały odejście wspomnianego Nielsena oraz Branko Milisavljevicia, czyli głównego centra i rozgrywającego drużyny. W trakcie rozgrywek zmienił się też trener – doświadczonego Antanasa Sireikę zastąpił świetnie nam znany, ale wciąż początkujący na tak wysokim poziomie Rimas Kurtinaitis.
Po drugiej stronie barykady stanął zespół dobijający się do europejskiej czołówki. Chimki także poniosły straty na skutek kryzysu, ale jednak gwiazdorski trzon pozostał bez większych zmian. Nawet Carlos Delfino mimo narzekań na aklimatyzację i poprzedniego trenera został w klubie spod Moskwy, by zdobyć dlań przepustkę do Euroligi.
Podopieczni Sergio Scariolo po wyrównanej pierwszej kwarcie wzięli się ostro do pracy i twardą defensywą utrudnili wilnianom grę pod kosz. Zespołowi znad Wilii pozostały próby rzutów z dystansu, które ostatnio zdecydowanie im nie leżą. Znikli gdzieś bohaterowie poprzednich spotkań – Mindaugas Lukauskis i Arturas Jomantas, zaś Chuck Eidson uwikłany w rozgrywanie nie miał energii, by brylować w ataku swej drużyny. Jedynym pocieszeniem dla jego kolegów były szybkie faule wysokich graczy Chimek (w tym Macieja Lampego), co dawało nadzieję na rozluźnienie obrony pod samym koszem.
Podobny problem miał jednak także środkowy LR, Marionas Petravicius, ale umiejętną rotacja składem trener Kurtinaitis zdołał uchronić swego centra przed piątym faulem. Mało tego, olbrzym rodem z Silute rozkręcał się każdą minutą, a jego dwójkowe akcje z Eidsonem stały się główną bronią Litwinów. Z drugiej strony, strzelcy Chimek, Delfino i Kelly McCarty regularnie dziurawili litewski kosz. McCarty już raz zakosztował zwycięstwa na zapleczu Euroligi w barwach Hapoelu Jerozolima i tym razem też wszystko wskazywało na to, że Amerykański obrońca wzniesie statuetkę dla MVP meczu. Jego trafienia dały Rosjanom spokojne prowadzenie przed ostatnią kwartą i jedynym problemem Scariolo był piąty faul Lampego.
Pierwszy Polak w finale Europucharu nie grał dobrego meczu, ani całego turnieju. Po kontuzji stracił pewność w grze i skuteczność w ataku. Nigdy nie był tytanem obrony, ale trzy faule w jednej kwarcie meczu z rytas, to jednak trochę za dużo złego. Po przerwie zdobył co prawda swoje punkty (także trafieniem zza łuku), ale po fantastycznej czapie od Jomantasa i faulu wynikającym z frustracji, łodzianin zakończył udział w spotkaniu. Nie wydawało się to wtedy problemem, gdyż godnie zastępował go młody Timofiej Mozgow, a cały zespół spod Moskwy bił rywali na głowę spokojem i pewnością w grze. Jedynie Jorge Garbajosa sygnalizował problemy bezskutecznie szukając „swojej klepki”
To co się stało w czwartej kwarcie było niesamowite. Gwiazdy Chimek z nonszalancją pudłowały zerwane rzuty, a Litwini złapali wiatr w żagle. Fantastyczny pościg (w pewnym momencie 12 – 0) z udziałem Steponasa Babrauskasa i Jomantasa przejdzie do historii Pucharu Europy. Znakomitą partię nadal rozgrywał Petravicius, który w kluczowym momencie dołożył blok i zbiórkę w obronie. Wilnianie, po serii punktów Jomantasa złapali kontakt z rywalem, a rzut z rogu Babrauskasa dał im prowadzenie. Na taki obrót spraw odpowiedział Delfino, doprowadzając do remisu po 71. Gdy wydawało się, że gwiazdy rosyjskiej drużyny przejmą kontrolę nad meczem, sprawy w swoje ręce wziął Eidson. Amerykanin nie potrzebował doświadczeń z NBA, by wiedzieć, czego potrzebuje jego zespół. Trafienie po minięciu i celne rzuty z linii pozwoliły złapać oddech ekipie z Wilna. Chimczanie stracili pomysł na grę, a pudła zdarzały się gwiazdom, nie mówiąc o młodym Mozgowie, który w najważniejszym momencie udanego dla siebie turnieju popełnił błąd kroków. Po czarnej serii Chimek Babrauskas dobił rywali kolejnym trafieniem zza linii 6,25, po którym pozdrowił fanów, szalejących na trybunach.
Po meczu szaleli także i litewscy zawodnicy, a szef klubu, który w przerwie opowiadał o przepaści dzielącej jego zespół od Rosjan wyglądał na oszołomionego. Z kolei dla mnie szokujący był widok zapłakanego McCarty'ego, faceta który sporo już w życiu zdobył i przegrana w takim meczu teoretycznie mogła być dla niego kolejnym dniem zawodowego koszykarza. Cały zespół spod Chimek przedstawiał obraz nędzy i rozpaczy. Chyba dopiero wtedy dotarło do gwiazdorów ze Wschodu, że droga do Euroligi w sezonie 09/10 będzie wiodła przez pokonanie CSKA Moskwa w finale Superligi..
Prezes LR wspominał o cudach, jakich dokonał trener Kurtiniatis. Nie wiem, czy praca jest cudem, ale jej efekty były wczoraj obiecujące. Od pamiętnego triumfu Żalgirisu nie oglądaliśmy niespodzianki na tak wysokim poziomie. Warto przy tym wspomnieć, że w ekipie z Kowna grali wówczas Tyus Edney, Jirzi Żidek, czy Sam Bowie, a więc ludzie z ładną kartą w NBA. W Lietuvos rytas gra tymczasem dwóch stranierich, dla których sukcesami była dotąd gra w lidze francuskiej. MVP meczu, Petravicius ostatnie sezony spędził w cieniu Matta Nielsen i Joao Batisty, a wcześniej grywał w Belgii, Niemczech czy na Łotwie. Wczorajszy przykład pokazuje, co jest najważniejsze w sporcie. Nie budżet, który raz bywa wysoki, a raz dużo niższy. Istotny jest pomysł i ludzie. Rzetelnie wyszkoleni i dobrze zmotywowani. A na boisku wygrywają ludzie, nie zaprogramowane maszyny. Po trzech świetnych kwartach i przy takich asach jak Garbajosa, Delfino, czy McCarty karta nie miała prawa się dla Rosjan odwrócić.Stało się inaczej, co daje nadzieję na to, że charakter i wola walki może się jeszcze w dzisiejszych czasach obronić.
Po meczu poczułem lekki niedosyt. Przecież Polak mógł po raz pierwszy wznieść w górę europejski puchar w baskecie. Na osłodę pozostał jednak widok autentycznej radości niespodziewanych zwycięzców i przyjemny dreszczyk sensacji, który rzadko się dziś trafia. „W zastępstwie” Lampego, Europuchar trafił do rąk trenera Kurtinaitisa i Donatasa Zavackasa. Czyli PLK była jakoś tam obecna na szczytach.. To tak ku pokrzepieniu serc. A może podkoszowy rodem z Łodzi odbije sobie niepowodzenie we wrześniu pod flaga biało – czerwoną? Nie wiem, czy nie będzie tu łatwiej o jakikolwiek sukces niż w ewentualnym finale ligi rosyjskiej z „Armią Czerwoną”..
Klasyki PLK (13): Real - Śląsk 2002/2003
sample.avi
Po dłuższej przerwie związanej z problemami filefront.com na który wrzucamy mecze, a którego problemy wywołał kryzys, wracamy do serii Klasyków PLK.
Tym razem spotkanie ze słynnym Realem Madryt w 3. kolejce sezonu Euroligowego 2002/2003. Śląsk był po dwóch porażkach - z Olympiakosem i Asvelem. Zwolniono Zvi Sherfa, a jego miejsce zajął debiutujący w tym meczu Jacek Winnicki. Śląsk był w ciężkiej sytuacji, grał na wyjeździe, a mimo to wygrał 85:79. Świetny mecz zagrali Richard Lugo i Andrius Giedraitis. Był to także jeden z ostatnich meczów Raya Miglinieksa w barwach Śląska. Po tym rozegrał już tylko dwa...
W barwach Królewskich w tym spotkaniu grali świetnie znany polskim kibicom Michael Hawkins, czy 17-letni wówczas Maciek Lampe.
Upload by Łucio:
CZĘŚĆ I
PART1 95,78
PART2 95,78
PART3 95,78
PART4 95,78
PART5 95,78
PART6 66,72
CZĘŚĆ II
PART1 95,78
PART2 95,78
PART3 95,78
PART4 95,78
PART5 68,06
Zapraszamy do ściągania, oglądania i komentowania.
niedziela, 5 kwietnia 2009
"Wschodni" finał Eurocup
W jutrzejszym finale Pucharu Europy zagrają dwie drużyny z Europy Wschodniej – Lietuvos rytas Wilno i Chimki Moskwa. Po takich sobie (choć momentami emocjonujących) półfinałach jutro o 18 poznamy drużynę, która w przyszłym sezonie na pewno zagra w Eurolidze.
Chimki Macieja Lampego stoczyły pojedynek z broniącą honoru ligi ACB iurbentią Bilbao. Po świetnym początku, gdy to gwiazdy ekipy rosyjskiej trafiły serię rzutów (w tym Jorge Garbajosa z dwiema „trójkami”) Baskowie zwarli szyki i w końcówce pierwszej kwarty, dzięki firmowej obronie i akcjom Luke'a Reckera zdołali zmniejszyć straty. Podobnie było w drugiej i trzeciej partii spotkania. Jednakże w gronie podopiecznych trenera Sergio Scariolo w kluczowych momentach doszły do głosu indywidualności. Carlos Delfino, Kelly McCarty i wspomniany Garbajosa nie zawodzili w momentach, gdy przewaga zespołu spod Moskwy malała do równowartości jednego kosza. Do tego doszła solidna gra Witalija Fridzona, który z zadaniowca ustawianego w rogu boiska (jak „limitowi” młodzieżowcy w PLK) stał się istotnym elementem układanki. Ważnymi rzutami popisywał się także Mike Wilkinson, którego niespodziewane akcje na dystansie pozwalały chimczanom kontrolować mecz.
Baskowie starali się niwelować różnicę w potencjałach dobrą obroną i kontrami, ale bohaterom z piątku brakowało już trochę energii. Poza Reckerem nieźle prezentował się waleczny Marko Banić, który w przeciwieństwie do meczu z Zadarem nie miał problemów z faulami. Zawiedli natomiast tacy gracze jak Janis Blums, czy Reinaldas Seibutis, a mało widoczny był niespełniony talent z Chorwacji Damir Markota. W końcówce szalał nieco chaotyczny, ale też zdolny snajper Javi Salgado, lecz jego trafienia nie zdołały przechylić szali zwycięstwa na korzyść iurbentii.
Dzięki postawie chimczan będziemy mieli pierwszego polskiego gracza w finale Eurocup, Podkoszowy rodem z Łodzi nie błyszczał w ataku. Konsekwentnie podawajany zaliczył jedynie dwa „oczka”. Większe zaufanie Scariolo zyskał sobie młody Timofiej Mozgow, który gra jeszcze nieco chaotycznie, ale przy fantastycznych warunkach fizycznych i dobrej motoryce stanowi spore zagrożenie dla rywali zarówno w ataku, jak i w obronie. Sukcesem wracającego po kontuzji Lampego było wygryzienie z rotacji doświadczonego Ratko Vardy. Brak skuteczności w ataku rekompensowały nieco udane zagrania w obronie, gdzie złapał na blok Drago Pasalicia i udanie zastawiał deskę po pudłach hiszpańskich strzelców. Widać jak wiele stracił pauzując w tym sezonie. Wcześniej gra była ustawiona pod niego, zaś obecnie pod wodzą nowego trenera Chimki grają nieco dalej od kosza, a hierarchia w drużynie uległa zmianie. Oby jutro Polak wykorzystał swoją szansę, bo występ naszego reprezentanta w tak ważnym meczu nie zdarza się co dzień.
Rywalami Rosjan będą gracze z Wilna. Podopieczni trenera Rimasa Kurtinaitisa nie rozegrali rewelacyjnego meczu z Hemofarmem. Obie drużyny raziły nieporadnością i stad też niski wynik, zwłaszcza do przerwy. Podobnie jak w drugim półfinale decydowało doświadczenie gwiazd, ale klasowa drużyna nie powinna pozwolić na zniwelowanie strat tak słabo grającej ekipie, jak Hemofarm. Ostoją Litwinów tym razem był Mindaugas Lukauskis, którego niesamowite trafienie w końcówce podłamało walecznych Serbów. W zespole Stevana Karadzicia znowu wyróżnił się Nebojsa Joksimović. Przymierzany swego czasu do polskich klubów snajper poderwał kolegów do walki, ale nawet jemu w końcówce zdarzyło się fatalne pudło spod kosza. Bardziej zawiódł jednak bohater meczu fazy grupowej z Pamesą Walencja, Miljan Pavković, który tym razem nie dorzucił swoich firmowych „trójek”, a reżyseria gry w jego wykonaniu pozostawiała sporo do życzenia. W roli prowadzącego grę nieźle sprawdzał się za to lider LR Chuck Eidson, który w ten sposób rekompensuje średnią jak na niego efektywność w zdobywaniu punktów.
Jutro w finale zetrą się ze sobą zespoły po przejściach - Lietuvos rytas po stracie głównego rozgrywającego i centra zaś Chimki po odejściu Jerome'a Moiso i kontuzjach Lampego i Delfino. Ten drugi oprócz urazu wsławił się narzekaniem na sytuację w zespole tak głośnym, że aż doprowadzającym do zwolnienia trenera Kestutisa Kemżury (z którym z kolei dobrze się pracowało Lampemu). Któryś z tych klubów jutro zwycięży i zapewni sobie grę w elicie. W szeregach Lietuvos rytas zobaczymy znanego z gry w Anwilu i sporej impulsywności (vide popchnięcie trenera Kijewskiego w półfinale PLK) Donatasa Zavackasa. Absolwent uczelni Pittsburgh będzie jednym z „plastrów” na naszego skrzydłowego/centra i jedno jest pewne – będzie gorąco. Ciekawym rywalem dla łodzianina może także lider litewskich podkoszowców, zwalisty Marionas Petravicius. Obie drużyny mają braki na „jedynce”, ale obwód Chimek (Delfino, McCarty, Milt Palacio) wygląda imponująco. Zespół Kurtinaitisa liczyć będzie za to na siłę pod koszami (Milko Bjelica, Petravicius, Zavackas) oraz występ na miarę talentu Eidsona.
Jak w tej sytuacji odnajdzie się nasz zawodnik i kto wzniesie puchar w geście triumfu dowiemy się od godziny 18 za pośrednictwem Eurosportu 2.
Chimki Macieja Lampego stoczyły pojedynek z broniącą honoru ligi ACB iurbentią Bilbao. Po świetnym początku, gdy to gwiazdy ekipy rosyjskiej trafiły serię rzutów (w tym Jorge Garbajosa z dwiema „trójkami”) Baskowie zwarli szyki i w końcówce pierwszej kwarty, dzięki firmowej obronie i akcjom Luke'a Reckera zdołali zmniejszyć straty. Podobnie było w drugiej i trzeciej partii spotkania. Jednakże w gronie podopiecznych trenera Sergio Scariolo w kluczowych momentach doszły do głosu indywidualności. Carlos Delfino, Kelly McCarty i wspomniany Garbajosa nie zawodzili w momentach, gdy przewaga zespołu spod Moskwy malała do równowartości jednego kosza. Do tego doszła solidna gra Witalija Fridzona, który z zadaniowca ustawianego w rogu boiska (jak „limitowi” młodzieżowcy w PLK) stał się istotnym elementem układanki. Ważnymi rzutami popisywał się także Mike Wilkinson, którego niespodziewane akcje na dystansie pozwalały chimczanom kontrolować mecz.
Baskowie starali się niwelować różnicę w potencjałach dobrą obroną i kontrami, ale bohaterom z piątku brakowało już trochę energii. Poza Reckerem nieźle prezentował się waleczny Marko Banić, który w przeciwieństwie do meczu z Zadarem nie miał problemów z faulami. Zawiedli natomiast tacy gracze jak Janis Blums, czy Reinaldas Seibutis, a mało widoczny był niespełniony talent z Chorwacji Damir Markota. W końcówce szalał nieco chaotyczny, ale też zdolny snajper Javi Salgado, lecz jego trafienia nie zdołały przechylić szali zwycięstwa na korzyść iurbentii.
Dzięki postawie chimczan będziemy mieli pierwszego polskiego gracza w finale Eurocup, Podkoszowy rodem z Łodzi nie błyszczał w ataku. Konsekwentnie podawajany zaliczył jedynie dwa „oczka”. Większe zaufanie Scariolo zyskał sobie młody Timofiej Mozgow, który gra jeszcze nieco chaotycznie, ale przy fantastycznych warunkach fizycznych i dobrej motoryce stanowi spore zagrożenie dla rywali zarówno w ataku, jak i w obronie. Sukcesem wracającego po kontuzji Lampego było wygryzienie z rotacji doświadczonego Ratko Vardy. Brak skuteczności w ataku rekompensowały nieco udane zagrania w obronie, gdzie złapał na blok Drago Pasalicia i udanie zastawiał deskę po pudłach hiszpańskich strzelców. Widać jak wiele stracił pauzując w tym sezonie. Wcześniej gra była ustawiona pod niego, zaś obecnie pod wodzą nowego trenera Chimki grają nieco dalej od kosza, a hierarchia w drużynie uległa zmianie. Oby jutro Polak wykorzystał swoją szansę, bo występ naszego reprezentanta w tak ważnym meczu nie zdarza się co dzień.
Rywalami Rosjan będą gracze z Wilna. Podopieczni trenera Rimasa Kurtinaitisa nie rozegrali rewelacyjnego meczu z Hemofarmem. Obie drużyny raziły nieporadnością i stad też niski wynik, zwłaszcza do przerwy. Podobnie jak w drugim półfinale decydowało doświadczenie gwiazd, ale klasowa drużyna nie powinna pozwolić na zniwelowanie strat tak słabo grającej ekipie, jak Hemofarm. Ostoją Litwinów tym razem był Mindaugas Lukauskis, którego niesamowite trafienie w końcówce podłamało walecznych Serbów. W zespole Stevana Karadzicia znowu wyróżnił się Nebojsa Joksimović. Przymierzany swego czasu do polskich klubów snajper poderwał kolegów do walki, ale nawet jemu w końcówce zdarzyło się fatalne pudło spod kosza. Bardziej zawiódł jednak bohater meczu fazy grupowej z Pamesą Walencja, Miljan Pavković, który tym razem nie dorzucił swoich firmowych „trójek”, a reżyseria gry w jego wykonaniu pozostawiała sporo do życzenia. W roli prowadzącego grę nieźle sprawdzał się za to lider LR Chuck Eidson, który w ten sposób rekompensuje średnią jak na niego efektywność w zdobywaniu punktów.
Jutro w finale zetrą się ze sobą zespoły po przejściach - Lietuvos rytas po stracie głównego rozgrywającego i centra zaś Chimki po odejściu Jerome'a Moiso i kontuzjach Lampego i Delfino. Ten drugi oprócz urazu wsławił się narzekaniem na sytuację w zespole tak głośnym, że aż doprowadzającym do zwolnienia trenera Kestutisa Kemżury (z którym z kolei dobrze się pracowało Lampemu). Któryś z tych klubów jutro zwycięży i zapewni sobie grę w elicie. W szeregach Lietuvos rytas zobaczymy znanego z gry w Anwilu i sporej impulsywności (vide popchnięcie trenera Kijewskiego w półfinale PLK) Donatasa Zavackasa. Absolwent uczelni Pittsburgh będzie jednym z „plastrów” na naszego skrzydłowego/centra i jedno jest pewne – będzie gorąco. Ciekawym rywalem dla łodzianina może także lider litewskich podkoszowców, zwalisty Marionas Petravicius. Obie drużyny mają braki na „jedynce”, ale obwód Chimek (Delfino, McCarty, Milt Palacio) wygląda imponująco. Zespół Kurtinaitisa liczyć będzie za to na siłę pod koszami (Milko Bjelica, Petravicius, Zavackas) oraz występ na miarę talentu Eidsona.
Jak w tej sytuacji odnajdzie się nasz zawodnik i kto wzniesie puchar w geście triumfu dowiemy się od godziny 18 za pośrednictwem Eurosportu 2.
sobota, 4 kwietnia 2009
Co tam u Szewczyka i Filipovskiego?
Saso Filipovski po koszalińskiej aferze znalazł pracę w Lokomotivie Rostov, w którym przejął prowadzenie zespołu po także znanym z PLK Danielu Jusupie. Zespół wciąż walczy o 6. miejsce w sezonie zasadniczym pozwalające ominąć Khimki Moskwa w ćwierćfinale.
Ostatnio Lokomotiv ograł Ural-Great Perm 75:66. Saso wyszedł piątką Capin, House, Marshall, Krivosheev, Morgunov. Morgunov się starzeje, a Krivosheev to limitowy pionek, obaj słabsi od Szymona, ale dla mocnego obwodu trzeba było mieć dwóch rosyjskich graczy pod koszem. Taka limitowa decyzja Filipovskiego. Nie grał Sergei Vorotnikov z obwodu więc może to też po części było przyczyną. W każdym razie Szymon pojawił się na parkiecie dopiero pod koniec pierwszej kwarty. Na jego szczęście Frederick House grał słabo w masce chroniącej nos, a Rawle Marshall niewiele lepiej od niego. Z tego powodu jakiś Rosjanin mógł biegać po obwodzie. W efekcie po niegraniu w pierwszej kwarcie Szewczyk rzadko schodził z parkietu.
Ural-Great wygląda podobnie źle jak w czasie, kiedy grał tam jeszcze Christian Dalmau. O sile zespołu stanowią tacy gracze jak Washington, Plisnić, Biggs, Likholitov, Surovcev. Ale siła nie jest zbyt duża (bilans 6-15 w całym sezonie). Całkowicie bezproduktywnie gra Jumaine Jones (6.9 ppg), który w ostatnim sezonie transferowym wsławił się równoległym podpisaniem dwóch kontraktów (poza Uralem-Geat także Armani Jeans Mediolan).
Lokomotiv przegrywał praktycznie cały mecz. Przełamanie nastąpiło dopiero w czwartej kwarcie, a tam w kluczowym momencie Polak zdobył 8 punktów - 2 trójki i jeden fadeaway z rogu. Poza tym świetnie zespół prowadził Aleksandar Capin naprawdę szkoda, że go nie ma w Sopocie. Spokój, pełna kontrola, zmiana rytmu kiedy trzeba.
Szymon był w zasadniczym zdecydowanie drugim najlepszym po Marshallu (16.8 ppg) graczem Lokomotivu ze statystykami: 12.6 pkt, 6.1 zb, 58.6% za 2, 35.2% za 3.
O szóste miejsce walczą ze Spartakiem Sankt Petersburg. Oba zespoły mają bilans 10-11. Z tym, że Lokomotiv ma gorsze mecze bezpośrednie, więc muszą wygrać z broniącym trzeciego miejsca Dynamo Moskwa, a Spartak przegrać z z być może wciąż walczącym o 4. miejsce Triumphem.
Łatwe to być nie musi. Więc jeśli się nie uda to zagrają w ćwierćfinale z Khimkami, gdzie szans nie mają żadnych. Zakładam, że Khimki są na pewno na drugim miejscu, bo żeby spaść musieli by przegrać w ostatniej kolejce z najgorszym zespołem ligi - Spartakiem Primorie (4-16).
CSKA nie pierwszy raz skończyło sezon zasadniczy z czystym kontem - 22-0.
Ostatnio Lokomotiv ograł Ural-Great Perm 75:66. Saso wyszedł piątką Capin, House, Marshall, Krivosheev, Morgunov. Morgunov się starzeje, a Krivosheev to limitowy pionek, obaj słabsi od Szymona, ale dla mocnego obwodu trzeba było mieć dwóch rosyjskich graczy pod koszem. Taka limitowa decyzja Filipovskiego. Nie grał Sergei Vorotnikov z obwodu więc może to też po części było przyczyną. W każdym razie Szymon pojawił się na parkiecie dopiero pod koniec pierwszej kwarty. Na jego szczęście Frederick House grał słabo w masce chroniącej nos, a Rawle Marshall niewiele lepiej od niego. Z tego powodu jakiś Rosjanin mógł biegać po obwodzie. W efekcie po niegraniu w pierwszej kwarcie Szewczyk rzadko schodził z parkietu.
Ural-Great wygląda podobnie źle jak w czasie, kiedy grał tam jeszcze Christian Dalmau. O sile zespołu stanowią tacy gracze jak Washington, Plisnić, Biggs, Likholitov, Surovcev. Ale siła nie jest zbyt duża (bilans 6-15 w całym sezonie). Całkowicie bezproduktywnie gra Jumaine Jones (6.9 ppg), który w ostatnim sezonie transferowym wsławił się równoległym podpisaniem dwóch kontraktów (poza Uralem-Geat także Armani Jeans Mediolan).
Lokomotiv przegrywał praktycznie cały mecz. Przełamanie nastąpiło dopiero w czwartej kwarcie, a tam w kluczowym momencie Polak zdobył 8 punktów - 2 trójki i jeden fadeaway z rogu. Poza tym świetnie zespół prowadził Aleksandar Capin naprawdę szkoda, że go nie ma w Sopocie. Spokój, pełna kontrola, zmiana rytmu kiedy trzeba.
Szymon był w zasadniczym zdecydowanie drugim najlepszym po Marshallu (16.8 ppg) graczem Lokomotivu ze statystykami: 12.6 pkt, 6.1 zb, 58.6% za 2, 35.2% za 3.
O szóste miejsce walczą ze Spartakiem Sankt Petersburg. Oba zespoły mają bilans 10-11. Z tym, że Lokomotiv ma gorsze mecze bezpośrednie, więc muszą wygrać z broniącym trzeciego miejsca Dynamo Moskwa, a Spartak przegrać z z być może wciąż walczącym o 4. miejsce Triumphem.
Łatwe to być nie musi. Więc jeśli się nie uda to zagrają w ćwierćfinale z Khimkami, gdzie szans nie mają żadnych. Zakładam, że Khimki są na pewno na drugim miejscu, bo żeby spaść musieli by przegrać w ostatniej kolejce z najgorszym zespołem ligi - Spartakiem Primorie (4-16).
CSKA nie pierwszy raz skończyło sezon zasadniczy z czystym kontem - 22-0.
Rodzynki w zakalcu i Lampe w półfinale
Już miałem napisać, że play off w Polskiej Lidze Koszykówki ociera się o farsę, w której trzech z ośmiu uczestników ledwo wiąże koniec z końcem i rozpuszcza swoich najlepszych graczy do domów przed najważniejszymi meczami sezonu. Na szczęście rywalizacja na boiskach, jak na razie nie wygląda tak źle jak klubowe budżety w polskich klubach, czy promocja wrześniowego Eurobasketu.
Po wyjeździe trzech z pięciu amerykańskich graczy z Kołobrzegu wydawało się, że piękny sen Kotwicy zwieńczony zdobyciem Pucharu Polski skończy się ponurym dramatem i klęską już we własnej hali. Tymczasem najbardziej polska i najbiedniejsza (ciekawa zbieżność..) drużyna z pierwszej czwórki PLK kompletnie zaskoczyła majętnych (jak na polskie warunki) rywali i wygrała pierwszy mecz serii ćwierćfinałowej. Po raz kolejny gracze niedoceniani pokazali, że stać ich na wiele i że mają serce do gry. Przerzucany z klubu do klubu Dawid Przybyszewski, odsyłany do rezerw Prokomu Piotr Stelmach, czy lekceważony niedawno w roli playmakera Kevin Hamilton wraz z kolegami dają pokaz gry, na którą patrzy się z przyjemnością. Dzisiaj nie było już tak różowo, a silna kadrowo ekipa ze Słupska wykorzystała swoją przewagę. Mimo tego było coś prawdziwego w tych emocjach, jakie wywołały kolejne zrywy kołobrzeżan i heroiczny bój okrojonej drużyny trenera Machowskiego. Takie mecze są najlepszą promocją basketu, w przeciwieństwie do widowisk sterowanych głosem wodzirejów i nachalną tandeta płynącą z głośników. Porażka we własnej hali może być gwoździem do trumny Kotwicy w tej kampanii, ale widząc, z jakich opresji wychodzą Tomasz Cielebąk i spółka przynajmniej o emocje w tej parze mogę być spokojny.
Jeżeli wygrana Kotwicy była niespodzianką, to jak określić to, co wydarzyło się w Sopocie? W składzie Stali Ostrów także brakuje kilku podstawowych graczy, którym pozwolono odejść ze względu na pustki w kasie. Naprzeciw tej ekipy stanął najbogatszy i najsilniejszy zespół ligi, murowany kandydat do mistrzostwa kraju. Mało tego, to Goliat podejmował Dawida na swoim terenie. No i mamy bigos w postaci wygranej w wykonaniu tejże osłabionej „Stalówki” w jaskini lwa. Krzysztof Szubarga pokazał, że przy kandydacie na gwiazdę naszej kadry (czyli Davidzie Loganie jeśli jeszcze ktoś o tym pomyśle nie słyszał) nie musi wyglądać jak parias. Z kolei szalony Wujek Bronek” Hughes, wieczne dziecko w PLK zgłosił poważny akces do sopockiego dream teamu w kolejnym sezonie. Wszak zwiedza Polskę wzdłuż i wszerz, więc czemu nie?
Poważnie mówiąc, mistrzowie Polski mogą już nie dać rywalom takiej satysfakcji w bieżących rozgrywkach. Klasowe zespoły po takich wpadkach zazwyczaj biorą się ostro do pracy i zmywają hańbę bez śladu. Teraz tylko czekamy na odpowiedź, czy Asseco Prokom takową ekipą jest. Szczerze mówiąc, po tym jak najlepszy team w Polsce potraktował Mecz Gwiazd, taki zimny prysznic nikomu nad morzem nie zaszkodzi.
W pozostałych parach takich smaczków zbrakło, ale wszystko jeszcze przed nami. Inna sprawa, że AZS Koszalin bez Dantego Swansona (kolejny klub zwalnia go za używki – czy aby na pewno o to chodzi?) może nie stawić zgorzelczanom wielkiego oporu. Z kolei Polpharma (kolejny zespół osłabiony odejściem graczy tuż przed play off) ma w zanadrzu przewagę w postaci niskich i agresywnych rozgrywających, czyhających na oznaki zmęczenia jedynego reżysera gry w Anwilu, Łukasza Koszarka. Rok temu Polpak Świecie po dwóch porażkach na wyjeździe zaskoczył włocławian we własnej hali sprawił największą niespodziankę minionego sezonu. Czy osłabionej brakiem Michaela Hicksa i Ericka Barkleya drużynie trenera Mariusza Karola uda się powtórzyć tę sztuczkę? Niby nic dwa razy się nie zdarza, ale już jutrzejszy mecz może być niezwykle interesujący. To wcale nie musi być słaby play off i tego sobie życzmy.
A w Pucharze Europy ćwierćfinały już się zakończyły. Dominowała w nich reprezentacja „konferencji wschodniej” czyli zespoły Lietuvos rytas Wilno, Hemofarmu Vrsac i Chimek Moskwa. Rodzynkiem z Zachodu jest iurbentia Bilbao, która po całkiem wyrównanym pojedynku uporała się z KK Zadar. Nie zdziwię się, jeśli Baskowie pomieszają szyki swoim rywalom. Mają solidny skład, grają zespołowo i konsekwentnie, o czym przekonali się wilnianie w spotkaniu w Bilbao. Z drugiej strony mamy Chimki, do których składu zdecydował się łaskawie wrócić rozkapryszony Carlos Delfino. Jaki by zresztą nie był,trzeba mu zaufać, bo choćby w meczu z Pamesą Argentyńczyk swoimi rzutami otworzył podmoskiewskim drogę do zwycięstwa. Swoją cegiełkę w tym triumfie miał Maciej Lampe. Polak po niezłym początku pudłował spod kosza i wdawał się w niepotrzebne dryblingi, co kończyło się stratami. Widać, ze po kontuzji szuka swojej formy i walczy o odzyskanie przywództwa w zespole. Jego błędy przyćmił ważny rzut w nerwowej końcówce, który pozwolił odskoczyć chimczanom na cztery punkty. Między innymi dzięki temu wreszcie zobaczymy naszego koszykarza na tak wysokim poziomie europejskiej rozgrywki. Oby uczestniczył w niej do końca, ale jutro na jego drodze stanie Bilbao. Ten pojedynek wart będzie obejrzenia.
Po wyjeździe trzech z pięciu amerykańskich graczy z Kołobrzegu wydawało się, że piękny sen Kotwicy zwieńczony zdobyciem Pucharu Polski skończy się ponurym dramatem i klęską już we własnej hali. Tymczasem najbardziej polska i najbiedniejsza (ciekawa zbieżność..) drużyna z pierwszej czwórki PLK kompletnie zaskoczyła majętnych (jak na polskie warunki) rywali i wygrała pierwszy mecz serii ćwierćfinałowej. Po raz kolejny gracze niedoceniani pokazali, że stać ich na wiele i że mają serce do gry. Przerzucany z klubu do klubu Dawid Przybyszewski, odsyłany do rezerw Prokomu Piotr Stelmach, czy lekceważony niedawno w roli playmakera Kevin Hamilton wraz z kolegami dają pokaz gry, na którą patrzy się z przyjemnością. Dzisiaj nie było już tak różowo, a silna kadrowo ekipa ze Słupska wykorzystała swoją przewagę. Mimo tego było coś prawdziwego w tych emocjach, jakie wywołały kolejne zrywy kołobrzeżan i heroiczny bój okrojonej drużyny trenera Machowskiego. Takie mecze są najlepszą promocją basketu, w przeciwieństwie do widowisk sterowanych głosem wodzirejów i nachalną tandeta płynącą z głośników. Porażka we własnej hali może być gwoździem do trumny Kotwicy w tej kampanii, ale widząc, z jakich opresji wychodzą Tomasz Cielebąk i spółka przynajmniej o emocje w tej parze mogę być spokojny.
Jeżeli wygrana Kotwicy była niespodzianką, to jak określić to, co wydarzyło się w Sopocie? W składzie Stali Ostrów także brakuje kilku podstawowych graczy, którym pozwolono odejść ze względu na pustki w kasie. Naprzeciw tej ekipy stanął najbogatszy i najsilniejszy zespół ligi, murowany kandydat do mistrzostwa kraju. Mało tego, to Goliat podejmował Dawida na swoim terenie. No i mamy bigos w postaci wygranej w wykonaniu tejże osłabionej „Stalówki” w jaskini lwa. Krzysztof Szubarga pokazał, że przy kandydacie na gwiazdę naszej kadry (czyli Davidzie Loganie jeśli jeszcze ktoś o tym pomyśle nie słyszał) nie musi wyglądać jak parias. Z kolei szalony Wujek Bronek” Hughes, wieczne dziecko w PLK zgłosił poważny akces do sopockiego dream teamu w kolejnym sezonie. Wszak zwiedza Polskę wzdłuż i wszerz, więc czemu nie?
Poważnie mówiąc, mistrzowie Polski mogą już nie dać rywalom takiej satysfakcji w bieżących rozgrywkach. Klasowe zespoły po takich wpadkach zazwyczaj biorą się ostro do pracy i zmywają hańbę bez śladu. Teraz tylko czekamy na odpowiedź, czy Asseco Prokom takową ekipą jest. Szczerze mówiąc, po tym jak najlepszy team w Polsce potraktował Mecz Gwiazd, taki zimny prysznic nikomu nad morzem nie zaszkodzi.
W pozostałych parach takich smaczków zbrakło, ale wszystko jeszcze przed nami. Inna sprawa, że AZS Koszalin bez Dantego Swansona (kolejny klub zwalnia go za używki – czy aby na pewno o to chodzi?) może nie stawić zgorzelczanom wielkiego oporu. Z kolei Polpharma (kolejny zespół osłabiony odejściem graczy tuż przed play off) ma w zanadrzu przewagę w postaci niskich i agresywnych rozgrywających, czyhających na oznaki zmęczenia jedynego reżysera gry w Anwilu, Łukasza Koszarka. Rok temu Polpak Świecie po dwóch porażkach na wyjeździe zaskoczył włocławian we własnej hali sprawił największą niespodziankę minionego sezonu. Czy osłabionej brakiem Michaela Hicksa i Ericka Barkleya drużynie trenera Mariusza Karola uda się powtórzyć tę sztuczkę? Niby nic dwa razy się nie zdarza, ale już jutrzejszy mecz może być niezwykle interesujący. To wcale nie musi być słaby play off i tego sobie życzmy.
A w Pucharze Europy ćwierćfinały już się zakończyły. Dominowała w nich reprezentacja „konferencji wschodniej” czyli zespoły Lietuvos rytas Wilno, Hemofarmu Vrsac i Chimek Moskwa. Rodzynkiem z Zachodu jest iurbentia Bilbao, która po całkiem wyrównanym pojedynku uporała się z KK Zadar. Nie zdziwię się, jeśli Baskowie pomieszają szyki swoim rywalom. Mają solidny skład, grają zespołowo i konsekwentnie, o czym przekonali się wilnianie w spotkaniu w Bilbao. Z drugiej strony mamy Chimki, do których składu zdecydował się łaskawie wrócić rozkapryszony Carlos Delfino. Jaki by zresztą nie był,trzeba mu zaufać, bo choćby w meczu z Pamesą Argentyńczyk swoimi rzutami otworzył podmoskiewskim drogę do zwycięstwa. Swoją cegiełkę w tym triumfie miał Maciej Lampe. Polak po niezłym początku pudłował spod kosza i wdawał się w niepotrzebne dryblingi, co kończyło się stratami. Widać, ze po kontuzji szuka swojej formy i walczy o odzyskanie przywództwa w zespole. Jego błędy przyćmił ważny rzut w nerwowej końcówce, który pozwolił odskoczyć chimczanom na cztery punkty. Między innymi dzięki temu wreszcie zobaczymy naszego koszykarza na tak wysokim poziomie europejskiej rozgrywki. Oby uczestniczył w niej do końca, ale jutro na jego drodze stanie Bilbao. Ten pojedynek wart będzie obejrzenia.
piątek, 3 kwietnia 2009
Tydzień.. odc.2 - Puchar Europy
O tym, jak boli szybki koniec turnieju przekonali się boleśnie gracze Dynama Moskwa. Pompowana przed sezonem ekipa ze stolicy Rosji wydawała się niemal odporna na kryzys gospodarczy, który zdziesiątkował potęgi budowane „na tanim dolarze” na Wschodzie Europy. Cóż jednak z tego, skoro już drugi rok z rzędu marzenia o grze w Eurolidze pryskają jak bańka mydlana. Mało tego, tym razem „Milicyjni” padli z rąk ubogiego Hemofarmu Vrsac, który (jak się wydawało) zadowoli się samym awansem do turnieju Final 8. Uparci Serbowie sprawili jednak niemałą sensację i to oni zagrają w sobotnim półfinale.
Ich rywalami będą podopieczni trenera Rimasa Kurtinaitisa – Lietuvos rytas Wilno. Litwini ponieśli w trakcie sezonu bolesne straty na pozycjach centra i rozgrywającego. W grze widać zwłaszcza brak klasowej „jedynki”, która odciążyłaby marnującego się przy wyprowadzaniu piłki Chucka Eidsona. Wczoraj występujący w roli gospodarza turyńskiego turnieju Benetton Treviso zaskoczył wilnian presją w obronie skutecznością swego asa – Gary'ego Neala. Zespół znad Wilii mógł jednak liczyć na wspomnianego Eidsona oraz na swój powrót do dobrej defensywy w drugiej kwarcie. Druga połowa z kolei stała pod znakiem wymiany ciosów, której kulminacja nastąpiła w czwartej partii. Neal, osłabiony po staranowaniu przez Steponasa Babrauskasa i przyjęciu na wątrobę padającego kolegi z zespołu CJ Wallace'a nie zdołał przechylić szali na korzyść teamu z Treviso. Jedna z najrówniej grających potęg tego sezonu w Eurocup odpadła w walce z ekipą specjalizującą się w zrywach i upadkach. Pojedynek LR z nieobliczalnym Hemofarmem, to jedna z największych zagadek soboty.
W tej chwili trwa trzeci ćwierćfinał pomiędzy Chimkami i Pamesą Walencja. Mecz ten można obejrzeć na przemian z pojedynkiem Kotwicy Kołobrzeg z Czarnymi Słupsk, który rozpoczął się nieco później. Dla nas najciekawszą informacją jest powrót do startowej piątki Chimek Macieja Lampego – jedynego Polaka grającego w tym turnieju (Jakub Wojciechowski z Treviso nie powąchał wczoraj parkietu).
Około 21 rozpocznie się ostatni mecz ćwierćfinału Eurocup – Bilbao – Zadar.
Ich rywalami będą podopieczni trenera Rimasa Kurtinaitisa – Lietuvos rytas Wilno. Litwini ponieśli w trakcie sezonu bolesne straty na pozycjach centra i rozgrywającego. W grze widać zwłaszcza brak klasowej „jedynki”, która odciążyłaby marnującego się przy wyprowadzaniu piłki Chucka Eidsona. Wczoraj występujący w roli gospodarza turyńskiego turnieju Benetton Treviso zaskoczył wilnian presją w obronie skutecznością swego asa – Gary'ego Neala. Zespół znad Wilii mógł jednak liczyć na wspomnianego Eidsona oraz na swój powrót do dobrej defensywy w drugiej kwarcie. Druga połowa z kolei stała pod znakiem wymiany ciosów, której kulminacja nastąpiła w czwartej partii. Neal, osłabiony po staranowaniu przez Steponasa Babrauskasa i przyjęciu na wątrobę padającego kolegi z zespołu CJ Wallace'a nie zdołał przechylić szali na korzyść teamu z Treviso. Jedna z najrówniej grających potęg tego sezonu w Eurocup odpadła w walce z ekipą specjalizującą się w zrywach i upadkach. Pojedynek LR z nieobliczalnym Hemofarmem, to jedna z największych zagadek soboty.
W tej chwili trwa trzeci ćwierćfinał pomiędzy Chimkami i Pamesą Walencja. Mecz ten można obejrzeć na przemian z pojedynkiem Kotwicy Kołobrzeg z Czarnymi Słupsk, który rozpoczął się nieco później. Dla nas najciekawszą informacją jest powrót do startowej piątki Chimek Macieja Lampego – jedynego Polaka grającego w tym turnieju (Jakub Wojciechowski z Treviso nie powąchał wczoraj parkietu).
Około 21 rozpocznie się ostatni mecz ćwierćfinału Eurocup – Bilbao – Zadar.
Tydzień pod znakiem play off
Końcówka tygodnia przebiega w szalonym rytmie play off. W pucharach europejskich rozstrzygają się kwestie ostateczne, jak skład turnieju Final Four (Euroliga) lub tez końcowy triumf (to w Pucharze Europy). U nas w kraju skromniej, bo dopiero zainaugurowaliśmy ćwierćfinały, ale i tu emocji nie brakuje. Spróbujmy krótko dzisiaj nieco zebrać i uporządkować.
W rywalizacji najlepszych zespołów na Starym Kontynencie mamy już tylko jedną niewiadomą. Zgodnie z przewidywaniami w parze hiszpańskiej – Barcelona i TAU Ceramica Vitoria będą potrzebowały piątej, ostatecznej rozgrywki, by rozstrzygnąć, kto jest lepszy. W pozostałych przypadkach, stosunkowo szybko poznaliśmy zwycięzców.
Najmniej emocji dostarczyła rywalizacja rosyjsko – serbska. Broniąca tytułu CSKA Moskwa zapomniała o problemach zdrowotnych i pokazała młodej ekipie Partizana Belgrad miejsce w szeregu. Magia hali Pionir (na trybunach zasiadło ponad 21 tysięcy widzów) nie uratowała belgradczyków, choć w tym sezonie nieraz dawała im wspaniały handicap w walce z bardziej doświadczonymi przeciwnikami. Przewaga moskwian uwidoczniła się zwłaszcza pod koszami. Gospodarze wygrali wprawdzie walkę o zbiórki (co jest niezłym wynikiem), ale skuteczność spod obręczy zanotowali dość mizerną (niespełna 40 procent przy prawie 60 przyjezdnych). W tym ostatnim, jak się okazało, spotkaniu tej pary błysnął Ramunas Siskauskas, zaś wtórował mu już nie Erazem Lorbek (jak miało to miejsce w poprzednich meczach) lecz inny Słoweniec, Matjaz Smodis. Tak więc w przeciwieństwie do poprzedniego sezonu, mistrz Euroligi zagra w Final 4. Jak pamiętamy rok temu Panathinaikos odpadł już w fazie Top 16, między innymi za sprawą zespołu Partizana.
„Armia Czerwona” poczeka na swojego rywala do 9 kwietnia, kiedy to ekipy z Hiszpanii rozegrają piąty mecz w serii best of five. Barcelona, jeden z najbardziej doinwestowanych zespołów bieżącego sezonu nie może sobie pozwolić na odpadnięcie w ćwierćfinale Euroligi, nie mówiąc o dawaniu satysfakcji rywalom wygrywającym awans we własnej hali. Kluczem do sukcesu Katalończyków jest powrót do gry Jaki Lakovicia. Gwiazdy przychodzą i odchodzą, a Słoweniec nadal jest ważną postacią czołowej ekipy Europy. W tym sezonie znowu może się dzielić piłką z Joanem Carlosem Navarro, z którym tworzy znakomity duet na obwodzie. Z kolei najważniejszy duet TAU Ceramiki – Tiago Splitter – Pablo Prigioni nie może kończyć swoich ulubionych pick n’rolli pod presją katalońskiej armady. We czwartek stoją przed zadaniem wygrania drugiego meczu w tej serii w Palau Blaugrana. Jeżeli Igor Rakocević nie dostanie należytego wsparcia od reszty zespołu, jeden z najczęstszych w ostatnich latach uczestnik Final Four pożegna się z marzeniami o zwycięstwie padając u wrót do raju.
Nie Hiszpanie, lecz Grecy będą mieli dwóch reprezentantów w turnieju finałowym. Trzecia pod względem klasy liga w Europie wystawi do walki swoich eksportowych tytanów. Panathinaikos nie bez trudu pokonał Montepaschi Siena, a więc etatowego niemal uczestnika Final Four. Stawiający na stopniowy rozwój potencjału Włosi mogli liczyc głównie na bijącego swoje rekordy Terella McIntyre'a, który we czwartek zdobył 35 punktów, notując eval 37. Jeżeli rok temu t0czył się o niego przetarg między najbogatszymi w Europie, to latem tego roku powinna wybuchnąć prawdziwa wojna. Inna sprawa, że Amerykanin nie mógł wygrać rywalizacji z machiną trenera Obradovicia i turniej w Berlinie obejrzy przed telewizorem. Może za rok to będzie inaczej?..
Druga ekipa z Hellady – Olympiacos ma na ten sezon jasno wytyczony cel – pozbyć się kompleksu Pao. Zarówno w Grecji, jak i w Eurolidze droga do triumfu wiedzie przez pokonanie „Koniczynek”. W ćwierćfinale sile ognia „Czerwonych” nie oparł się inny słynny klub, Real Madryt, ale lokalny rywal jest prawdziwą zmorą drużyny z Pireusu. Lekarstwem na tę przypadłość, podobnie jak w Barcelonie mają być hitowe transfery. Tak samo jednak, jak w przypadku zespołu z Hiszpanii, kluczowe role odgrywają „starzy wyjadacze” – Lynn Greer i Iannis Bouroussis. Obaj występują w Oly od co najmniej roku i są widać, że dobrze czują się w mieście portowym. W meczu z „Królewskimi” stoczyli znakomity pojedynek z tamtejszą parą liderów – Louis Bullock – Felipe Reyes i wyszli z niej zwycięsko. Przed nimi jednak, podobnie jak przed całym zespołem ostateczne testy jakości. Kalkulacje już dawno się skończyły – w Final Four już pierwszy mecz może zakończyć marzenia o zwycięstwie.
W rywalizacji najlepszych zespołów na Starym Kontynencie mamy już tylko jedną niewiadomą. Zgodnie z przewidywaniami w parze hiszpańskiej – Barcelona i TAU Ceramica Vitoria będą potrzebowały piątej, ostatecznej rozgrywki, by rozstrzygnąć, kto jest lepszy. W pozostałych przypadkach, stosunkowo szybko poznaliśmy zwycięzców.
Najmniej emocji dostarczyła rywalizacja rosyjsko – serbska. Broniąca tytułu CSKA Moskwa zapomniała o problemach zdrowotnych i pokazała młodej ekipie Partizana Belgrad miejsce w szeregu. Magia hali Pionir (na trybunach zasiadło ponad 21 tysięcy widzów) nie uratowała belgradczyków, choć w tym sezonie nieraz dawała im wspaniały handicap w walce z bardziej doświadczonymi przeciwnikami. Przewaga moskwian uwidoczniła się zwłaszcza pod koszami. Gospodarze wygrali wprawdzie walkę o zbiórki (co jest niezłym wynikiem), ale skuteczność spod obręczy zanotowali dość mizerną (niespełna 40 procent przy prawie 60 przyjezdnych). W tym ostatnim, jak się okazało, spotkaniu tej pary błysnął Ramunas Siskauskas, zaś wtórował mu już nie Erazem Lorbek (jak miało to miejsce w poprzednich meczach) lecz inny Słoweniec, Matjaz Smodis. Tak więc w przeciwieństwie do poprzedniego sezonu, mistrz Euroligi zagra w Final 4. Jak pamiętamy rok temu Panathinaikos odpadł już w fazie Top 16, między innymi za sprawą zespołu Partizana.
„Armia Czerwona” poczeka na swojego rywala do 9 kwietnia, kiedy to ekipy z Hiszpanii rozegrają piąty mecz w serii best of five. Barcelona, jeden z najbardziej doinwestowanych zespołów bieżącego sezonu nie może sobie pozwolić na odpadnięcie w ćwierćfinale Euroligi, nie mówiąc o dawaniu satysfakcji rywalom wygrywającym awans we własnej hali. Kluczem do sukcesu Katalończyków jest powrót do gry Jaki Lakovicia. Gwiazdy przychodzą i odchodzą, a Słoweniec nadal jest ważną postacią czołowej ekipy Europy. W tym sezonie znowu może się dzielić piłką z Joanem Carlosem Navarro, z którym tworzy znakomity duet na obwodzie. Z kolei najważniejszy duet TAU Ceramiki – Tiago Splitter – Pablo Prigioni nie może kończyć swoich ulubionych pick n’rolli pod presją katalońskiej armady. We czwartek stoją przed zadaniem wygrania drugiego meczu w tej serii w Palau Blaugrana. Jeżeli Igor Rakocević nie dostanie należytego wsparcia od reszty zespołu, jeden z najczęstszych w ostatnich latach uczestnik Final Four pożegna się z marzeniami o zwycięstwie padając u wrót do raju.
Nie Hiszpanie, lecz Grecy będą mieli dwóch reprezentantów w turnieju finałowym. Trzecia pod względem klasy liga w Europie wystawi do walki swoich eksportowych tytanów. Panathinaikos nie bez trudu pokonał Montepaschi Siena, a więc etatowego niemal uczestnika Final Four. Stawiający na stopniowy rozwój potencjału Włosi mogli liczyc głównie na bijącego swoje rekordy Terella McIntyre'a, który we czwartek zdobył 35 punktów, notując eval 37. Jeżeli rok temu t0czył się o niego przetarg między najbogatszymi w Europie, to latem tego roku powinna wybuchnąć prawdziwa wojna. Inna sprawa, że Amerykanin nie mógł wygrać rywalizacji z machiną trenera Obradovicia i turniej w Berlinie obejrzy przed telewizorem. Może za rok to będzie inaczej?..
Druga ekipa z Hellady – Olympiacos ma na ten sezon jasno wytyczony cel – pozbyć się kompleksu Pao. Zarówno w Grecji, jak i w Eurolidze droga do triumfu wiedzie przez pokonanie „Koniczynek”. W ćwierćfinale sile ognia „Czerwonych” nie oparł się inny słynny klub, Real Madryt, ale lokalny rywal jest prawdziwą zmorą drużyny z Pireusu. Lekarstwem na tę przypadłość, podobnie jak w Barcelonie mają być hitowe transfery. Tak samo jednak, jak w przypadku zespołu z Hiszpanii, kluczowe role odgrywają „starzy wyjadacze” – Lynn Greer i Iannis Bouroussis. Obaj występują w Oly od co najmniej roku i są widać, że dobrze czują się w mieście portowym. W meczu z „Królewskimi” stoczyli znakomity pojedynek z tamtejszą parą liderów – Louis Bullock – Felipe Reyes i wyszli z niej zwycięsko. Przed nimi jednak, podobnie jak przed całym zespołem ostateczne testy jakości. Kalkulacje już dawno się skończyły – w Final Four już pierwszy mecz może zakończyć marzenia o zwycięstwie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
