Kompletnie przypadkowo trafiłem na transmisję z Mielca, gdzie najlepsi polscy piłkarze ręczni uczestniczyli w Meczu Gwiazd. Wprawdzie oglądałem raptem od 15 minuty (cały mecz trwa 2x 30min), to jednak kilka faktów rzuciło mi się w oczy. I wiecie co? Koszykarskie imprezy przy tym wyglądają jak mecz o mistrzostwo Euroligi z finałem PLK. Naprawdę.
Fakt – nie widziałem początku, więc nie mam pojęcia jak z tak zwanymi wydarzeniami około meczowymi. Jednak z tego co czytałem, jedyną atrakcją miał być konkurs dla kibiców pod wiele mówiącą nazwą „rzut Siódmiaka”, czyli zapewne próby trafienia przez całe boisko do bramki. Pomysł generalnie fajny, gratuluję ewentualnym zwycięzcom. Ale czy to nie za mało jak na takie wydarzenie? Czy tak trudno było zrobić np. konkurs rzutów karnych dla widzów, czy choćby jakieś pokazowe turnieje zawodników? Coś konkurencyjnego dla koszykarskich rzutów za trzy i wsadów – w końcu tu też teoretycznie mieli się stawić najlepsi koszykarze minionego sezonu w Ekstraklasie…
Obiekt w Mielcu posiada niewiele ponad dwa tysiące miejsc. Generalnie mało – w końcu we wrocławskiej Hali Ludowej Stulecia spokojnie zmieści się trzy razy więcej osób. A w dodatku, mimo wielkiej popularności piłki ręcznej, wielkich sukcesów reprezentacji oraz tego, że trenerem jednej z drużyn był Bogdan Wenta – widziałem dzisiaj sporo wolnych miejsc. Albo telewizja niefortunnie transmitowała, albo faktycznie do kompletu było daleko – w każdym razie jak na takie wydarzenie, wynik jest wysoce rozczarowujący.
Dalej sam mecz. Od razu powiem – bardzo rzadko oglądam piłkę ręczną. Kiedyś chodziłem czasem na Śląsk, bywa że zahaczę w telewizji o jakiś mecz ekstraklasy czy pucharów, no i zgodnie z trzema czwartymi narodu, nastawionymi na wielkie patriotyczne sukcesy, zdarza mi się śledzić reprezentację w najważniejszych turniejach. Jednak to, co zobaczyłem dzisiaj w większości trudno nazwać popisem na najwyższym poziomie. Pomijam fakt, że zawodnikom z pamięci totalnie uleciało hasło „obrona”. To się zdarza w naszym kraju, gdzie większość nie do końca rozumie, że wielki show to nie tylko spektakularne akcje, które w końcu szczelna defensywa uniemożliwia. To również bloki, rzuty z biodra, czy z drugiej linii. A dzisiaj widziałem w komplecie zniechęconych zawodników, którzy jakby przyjechali za karę odbębnić mecz i wybyć na wakacje. Zero obrony, niewiele inwencji w ataku, kompletny (przez 57 minut) brak zainteresowania wynikiem. Dopiero w samej końcówce kilku graczom zachciało się odrabiać straty i poważnie podeszli do akcji w ataku – chociaż tyle. Fakt, że ciekawym zdarzeniem było jednocześnie w ataku dwóch bramkarzy, ale odniosłem wrażenie, iż było to robienie show na siłę. Gorzej niż w gierce na treningu. Inna sprawa, że kto jak kto, ale bramkarze mogli się w tym spotkaniu popisać – chyba nigdy w życiu nie mieli takiej skuteczności, bo tak wielkiej ilości niewykorzystanych sam na sam, czy rzutów obok bramki nigdy nie widziałem. Jeżeli to wina tego, że po prostu mało oglądam, to zarzut o niechlujność w ataku cofam oczywiście.
Ostatni z głównych zarzutów – kto wymyślił jego termin? Przecież to jest o wiele bardziej absurdalne, niż organizowanie dwóch koszykarskich meczy gwiazd w jednym miesiącu. Liga się skończyła, większość zawodników myślała już tylko o wakacjach, kilku pewnie już wyjechało – czemu to miało służyć? Może za rok takie spotkanie zorganizować w ogóle w lipcu? Marudziłem, że koszykarskie wydarzenie jest za późno, że powinno być w styczniu/lutym, a co dopiero mówić o tym. Termin moim zdaniem kompletnie nietrafiony.
Podsumowując – hala była średnio pełna, doping jakiś tam słyszałem, ale bez szaleństw. Konkursów i pokazowych turniejów mało, zawodnicy średnio mieli ochotę biegać i rzucać, a o bronieniu zapomnieli kompletnie. Atuty to chyba Bogdan Wenta na ławce i transmisja w ogólnopolskim TV4. Czy jednak nie macie wrażenia, że trochę potencjał szczypiorniaka jest marnowany przez tak nieudane akcje promocyjne? Bo ja tak, a casus koszykówki pokazuje, że przejedzenie boomu na dany sport bardzo trudno w przyszłości odrobić.
Byłem na obu wrocławskich spotkaniach gwiazd oraz starciu „gigantów” i jakby nie patrzeć, mimo masy niedociągnięć oraz rzeczy, które można było zrobić lepiej – wszystkie te trzy imprezy wypadły lepiej, niż spotkanie, które dzisiaj widziałem w telewizji, a odbyło się w Mielcu. Organizator tego Meczu Gwiazd z czystym sumieniem mógłby wyjść i, parafrazując pewnego artystę, powiedzieć: „Drodzy kibice. Jeżeli uważacie, że w koszykówce wszystko jest źle, to ja wam pokażę, ile jeszcze, choćby w innym sporcie, można spieprzyć.”
niedziela, 31 maja 2009
W szczypiorniaka jeszcze gorzej
piątek, 29 maja 2009
Rynek młodych podkoszowych - po prostu tragedia
Chodzi oczywiście o polskich podkoszowych z rocznika '86 i młodszych. Od przyszłego sezonu wchodzi nieszczęsny o przebywaniu na parkiecie przez cały czas Polaka z właśnie takiej grupy. I choć cała grupa zawodników kwalifikujących się do statusu "młodzieżowca" będzie o rok starsza i o rok doświadczeń bogatsza, nie zrekompensuje to zamiany jednej kwarty na cztery. Ogólnie rzecz ujmując tragedii być nie powinno, bo utalentowanych graczy urodzonych po 1985 roku jest wystarczająco sporo, żeby w miarę zadowalająco obdzielić większość ligi.
Problem jest w innym miejscu. Większość rozsądnie budujących skład zespołów będzie miała przynajmniej trzech młodzieżowców w drużynie. Dosyć oczywista wydaje się chęć posiadania w tej grupie chociaż jednego wysokiego zawodnika. Przyczyna jest dość prosta - brak umiejętności i doświadczenia zawsze łatwiej jest ukryć na pozycjach pod koszem. Zespół, który zdecyduje się na posiadanie młodzieżowca cały czas na obwodzie, będzie musiał się liczyć z efektem kuli u nogi jak to miało miejsce w przypadku Turowa Zgorzelec i Bartka Bochno. A przypomnę tylko, że tam chodziło o jedyne 10 minut w meczu.
Biorąc pod uwagę, że nieliczni "juniorzy" to rozgrywający, ogromna liczba młodych zawodników od limitów skupi się na pozycjach SG i SF. Pozostawiając zagranicznym i polskim seniorom tylko 40 minut gry do podziału. Biorąc pod uwagę fakt i że te pozycje są kluczowe pod względem zdobywania punktów w klubach PLK, może być to nie lada problem. Oczywiście można powiedzieć - skoro większość będzie miała ten sam problem, to gdzie leży problem? Cała kwestia sprowadza się do tego, że kluby, którym uda się pozyskać nielicznych uzdolnionych podkoszowych, mogą w ten sposób uzyskać bardzo dużą przewagę z tytułu limitu dla młodych Polaków. Wystarczy sobie wyobrazić sytuację, w której Prokom może grać po 30 minut Adamem Łapetą, tylko po to, żeby David Logan i (załóżmy) Qyntel Woods przez cały mecz mieli na przeciw siebie przynajmniej jednego młodzieżowca. Jak może się coś takiego skończyć?
W tytule notki pojawia się teza, że z wyborem młodych polskich podkoszowych jest tragicznie. Zobaczmy jak to wyglądało w ubiegłym sezonie. Z pozycji PF/C mieliśmy tylko dwóch głównych młodzieżowców: Pawła Leończyka i Łukasza Diduszko. Czyli dokładnie jednego wartego uwagi... W sumie z tych pozycji młodych graczy z przynajmniej marginalnie zauważalną rolą było tylko sześciu. Poza wymienioną dwójką byli to jeszcze: Adam Łapeta, Michał Gabiński, Marcin Kowalewski i Łukasz Ratajczak. Czyli poza potężnym środkowym Prokomu, co najwyżej kompletni przeciętniacy.
Gdybym miał na dziś stworzyć stworzyć ranking młodych wysokich, którzy mogliby rywalizować na niezłym poziomie w PLK, to wyglądałby on tak:
1. Tomasz Kęsicki
2. Damian Kulig
3. Paweł Leończyk
4. Adam Łapeta
Honorable mention: Kamil Pietras, Mateusz Jarmakowicz.
Z czego dwaj mają już ważne kontrakty na przyszły sezon (Kulig, Łapeta), o trzecim myśli cała liga (Leończyk), czwarty niekoniecznie musi chcieć przybyć z ziemi włoskiej do Polski, a piąty i szósty pomimo, że wysoce utalentowani są po rocznej (Pietras nawet dłużej) przerwie od koszykówki spowodowanej kontuzjami i nie bardzo wiadomo, co będą w stanie pokazać w przyszłym roku.
Co poza tym? Słabi gracze, którzy grali w PLK już w ubiegłym sezonie. Nadzieje z 1. ligi: Mateusz Bartosz, Jakub Dłuski. I co dalej?
Pod tym względem Polpharma może być wielkim zwycięzcą tego sezonu transferowego. Mają już kontrakt z Damianem Kuligiem na dwa lata i jeśli uda im się przekonać Pawła Leończyka osiągną potężną przewagę nad resztą. Będą mieli bardzo mocnych młodzieżowców, którzy będą mogli być traktowani na równi z resztą, a na obwodzie nie będą mieli żadnych wymuszonych ograniczeń. Prokom ma już Adama Łapetę i jeśli nikt nie ściągnie Tomka Kęsickiego, a Pietras z Jarmakowiczem nie będą gotowi do gry, pozostałym zespołom wybór pozostanie praktycznie żaden.
Tu chciałbym się zatrzymać przy Kęsickim. Tomek to wyraźnie najlepszy zawodnik klasy '86 PF/C jakiego można znaleźć. Duże znaczenie ma trafiona data urodzenia (07.01.1986), ale także ogromny talent, który średnio mogliśmy obserwować w Polsce. Kęsicki trochę za bardzo utknął w mocnych klubach (Pamesa, Reggio Emilia, Fortitudo), grać miał okazję głównie niższych ligach, ale także długo leczył kontuzje. Ostatni sezon w końcu rozegrał w normalnym wymiarze na niezłym poziomie w LegaDue w dryżynie Crabs Rimini. Był piątym punktującym zespołu w drużynie dość mocno zdominowanej przez Gossa (ex AZS), McCraya, Scarone i Rinaldiego. Pięć najlepszych akcji sezonu zespołu z Rimini poniżej - w tym dwa bloki Tomka i jeden piękny alley-oop:
Problem jest w innym miejscu. Większość rozsądnie budujących skład zespołów będzie miała przynajmniej trzech młodzieżowców w drużynie. Dosyć oczywista wydaje się chęć posiadania w tej grupie chociaż jednego wysokiego zawodnika. Przyczyna jest dość prosta - brak umiejętności i doświadczenia zawsze łatwiej jest ukryć na pozycjach pod koszem. Zespół, który zdecyduje się na posiadanie młodzieżowca cały czas na obwodzie, będzie musiał się liczyć z efektem kuli u nogi jak to miało miejsce w przypadku Turowa Zgorzelec i Bartka Bochno. A przypomnę tylko, że tam chodziło o jedyne 10 minut w meczu.
Biorąc pod uwagę, że nieliczni "juniorzy" to rozgrywający, ogromna liczba młodych zawodników od limitów skupi się na pozycjach SG i SF. Pozostawiając zagranicznym i polskim seniorom tylko 40 minut gry do podziału. Biorąc pod uwagę fakt i że te pozycje są kluczowe pod względem zdobywania punktów w klubach PLK, może być to nie lada problem. Oczywiście można powiedzieć - skoro większość będzie miała ten sam problem, to gdzie leży problem? Cała kwestia sprowadza się do tego, że kluby, którym uda się pozyskać nielicznych uzdolnionych podkoszowych, mogą w ten sposób uzyskać bardzo dużą przewagę z tytułu limitu dla młodych Polaków. Wystarczy sobie wyobrazić sytuację, w której Prokom może grać po 30 minut Adamem Łapetą, tylko po to, żeby David Logan i (załóżmy) Qyntel Woods przez cały mecz mieli na przeciw siebie przynajmniej jednego młodzieżowca. Jak może się coś takiego skończyć?
W tytule notki pojawia się teza, że z wyborem młodych polskich podkoszowych jest tragicznie. Zobaczmy jak to wyglądało w ubiegłym sezonie. Z pozycji PF/C mieliśmy tylko dwóch głównych młodzieżowców: Pawła Leończyka i Łukasza Diduszko. Czyli dokładnie jednego wartego uwagi... W sumie z tych pozycji młodych graczy z przynajmniej marginalnie zauważalną rolą było tylko sześciu. Poza wymienioną dwójką byli to jeszcze: Adam Łapeta, Michał Gabiński, Marcin Kowalewski i Łukasz Ratajczak. Czyli poza potężnym środkowym Prokomu, co najwyżej kompletni przeciętniacy.
Gdybym miał na dziś stworzyć stworzyć ranking młodych wysokich, którzy mogliby rywalizować na niezłym poziomie w PLK, to wyglądałby on tak:
1. Tomasz Kęsicki
2. Damian Kulig
3. Paweł Leończyk
4. Adam Łapeta
Honorable mention: Kamil Pietras, Mateusz Jarmakowicz.
Z czego dwaj mają już ważne kontrakty na przyszły sezon (Kulig, Łapeta), o trzecim myśli cała liga (Leończyk), czwarty niekoniecznie musi chcieć przybyć z ziemi włoskiej do Polski, a piąty i szósty pomimo, że wysoce utalentowani są po rocznej (Pietras nawet dłużej) przerwie od koszykówki spowodowanej kontuzjami i nie bardzo wiadomo, co będą w stanie pokazać w przyszłym roku.
Co poza tym? Słabi gracze, którzy grali w PLK już w ubiegłym sezonie. Nadzieje z 1. ligi: Mateusz Bartosz, Jakub Dłuski. I co dalej?
Pod tym względem Polpharma może być wielkim zwycięzcą tego sezonu transferowego. Mają już kontrakt z Damianem Kuligiem na dwa lata i jeśli uda im się przekonać Pawła Leończyka osiągną potężną przewagę nad resztą. Będą mieli bardzo mocnych młodzieżowców, którzy będą mogli być traktowani na równi z resztą, a na obwodzie nie będą mieli żadnych wymuszonych ograniczeń. Prokom ma już Adama Łapetę i jeśli nikt nie ściągnie Tomka Kęsickiego, a Pietras z Jarmakowiczem nie będą gotowi do gry, pozostałym zespołom wybór pozostanie praktycznie żaden.
Tu chciałbym się zatrzymać przy Kęsickim. Tomek to wyraźnie najlepszy zawodnik klasy '86 PF/C jakiego można znaleźć. Duże znaczenie ma trafiona data urodzenia (07.01.1986), ale także ogromny talent, który średnio mogliśmy obserwować w Polsce. Kęsicki trochę za bardzo utknął w mocnych klubach (Pamesa, Reggio Emilia, Fortitudo), grać miał okazję głównie niższych ligach, ale także długo leczył kontuzje. Ostatni sezon w końcu rozegrał w normalnym wymiarze na niezłym poziomie w LegaDue w dryżynie Crabs Rimini. Był piątym punktującym zespołu w drużynie dość mocno zdominowanej przez Gossa (ex AZS), McCraya, Scarone i Rinaldiego. Pięć najlepszych akcji sezonu zespołu z Rimini poniżej - w tym dwa bloki Tomka i jeden piękny alley-oop:
wtorek, 26 maja 2009
Wracamy!!!
Miasto zapewnia, że Śląsk Wrocław wystartuje w ekstraklasie w sezonie 2009/2010. Jakaś forma powrotu jest gwarantowana. Prawie pewne ma być wsparcie niemieckich kolei państwowych - Deutsche Bahn. Wsparcie ma wynosić do 2 milionów €. Nie są to pieniądze o jakich polskie kluby nie słyszały i być może dlatego potęga przyszłego sponsora jest nie do końca u nas doceniana. Współpraca z firmą właśnie wchodzącą na polski rynek jest olbrzymią szansą dla Śląska, gdyż jej możliwości finansowe są potężne.
Deutsche Bahn według rankingu Global 500 magazynu Fortune to 163. przedsiębiorstwo na świecie pod względem wielkości przychodów (42,8 miliarda $). A jego zyski za 2007 rok wyniosły 2 miliardy dolarów. Dla porównania jedynym polskim przedsiębiorstwem znajdującym się na liście jest PKN Orlen na 477. miejscu (17,5 mld $).

Myślę, że dobrze pokazuje to skalę możliwości. Przy dobrych wynikach w Polsce, ale także europejskich pucharach wydaje się, że Śląsk mógłby liczyć na sporo więcej. Ciekawostką jest, że w dobie dyskusji na temat sponsorowania klubów prze spółki Skarbu Państwa Śląsk byłby finansowany właśnie przez taką spółkę tyle, że niemiecką (100% udziału państwa podobnie jak PGE czy Energa). Protesty po odcięciu pieniędzy ze spółek SP mogą się nasilić właśnie ze względu na przypadek wrocławskiego klubu.
Oczywiście nic nie jest jeszcze oficjalnie potwierdzone. DB pod koniec kwietnia zmieniła swojego prezesa i nie wiem jak duży może mieć to wpływ na ostateczną decyzję. Wszyscy czekają na potwierdzenie decyzji. Jak wiele jest tych osób może potwierdzać frekwencja na Mistrzostwach Polski Juniorów w Kosynierce (zdjęcie powyżej). Z wizjami konstrukcji zespołu na razie się wstrzymam do czasu zapadnięcia konkretnych decyzji. Tymczasem przypominam klip wspominający najlepsze momenty koszykarskiego Śląska ostatnich kilkunastu lat:
Wciąż czekamy.
Deutsche Bahn według rankingu Global 500 magazynu Fortune to 163. przedsiębiorstwo na świecie pod względem wielkości przychodów (42,8 miliarda $). A jego zyski za 2007 rok wyniosły 2 miliardy dolarów. Dla porównania jedynym polskim przedsiębiorstwem znajdującym się na liście jest PKN Orlen na 477. miejscu (17,5 mld $).

Myślę, że dobrze pokazuje to skalę możliwości. Przy dobrych wynikach w Polsce, ale także europejskich pucharach wydaje się, że Śląsk mógłby liczyć na sporo więcej. Ciekawostką jest, że w dobie dyskusji na temat sponsorowania klubów prze spółki Skarbu Państwa Śląsk byłby finansowany właśnie przez taką spółkę tyle, że niemiecką (100% udziału państwa podobnie jak PGE czy Energa). Protesty po odcięciu pieniędzy ze spółek SP mogą się nasilić właśnie ze względu na przypadek wrocławskiego klubu.
Oczywiście nic nie jest jeszcze oficjalnie potwierdzone. DB pod koniec kwietnia zmieniła swojego prezesa i nie wiem jak duży może mieć to wpływ na ostateczną decyzję. Wszyscy czekają na potwierdzenie decyzji. Jak wiele jest tych osób może potwierdzać frekwencja na Mistrzostwach Polski Juniorów w Kosynierce (zdjęcie powyżej). Z wizjami konstrukcji zespołu na razie się wstrzymam do czasu zapadnięcia konkretnych decyzji. Tymczasem przypominam klip wspominający najlepsze momenty koszykarskiego Śląska ostatnich kilkunastu lat:
Wciąż czekamy.
niedziela, 24 maja 2009
Spowiedź typerów
Cały rok (przesadziłem – od września 2008, ale przecież wcześniej też się trochę komentowało koszykówkę tu i ówdzie..) oceniamy innych, to teraz podsumowania posezonowe zaczynamy od nas samych. A konkretnie od skuteczności naszych typów na sezon, który zakończył się mocnym akordem pod hasłem „Qyntel Woods Show”. Jakie rozstrzygnięcia wróżyliśmy na ten sezon Polskiej Ligi Koszykówki, co z tego wyszło i dlaczego nie wyszło..
Jak samobiczowanie, to samobiczowanie – zaczynam od siebie:
Lukam:
1.Mistrz Polski
Parafrazując powiedzonko Gary’ego Linekera na temat piłki nożnej – PLK to taka liga, w której gra kilkanaście drużyn po 12 osób, a na końcu wygrywa Sopot. Typowałem Turów, bo sopocianie późno (jak na nich) zbudowali skład i mieli w nim (we wrześniu 2008) pewne luki. Cóż, potem doszedł „hitowy” center oraz facet, który zrobił ze wszystkich obrońców w lidze wiatraki. Turów po nieoczekiwanej zmianie trenera i kluczowych graczy (Tyus Edney za Donalda Copelanda i Dragisa Drobnjak za Dariana Townesa) miał momenty trudne i bardzo trudne, ale doszedł do finału. I na tę bitwę amunicji zabrakło..
2.Utrzymanie w lidze
Do spadku typowałem Sportino, które sezon zaczynało w składzie kadłubowym, ale jednak przetrwało, a dzięki amerykańskim obrońcom i kanadyjskiemu „królowi zbiórek” sprawiło nawet kilka niespodzianek. Nie przewidziałem upadku Śląska, ale jak widać są w przyrodzie zjawiska tak absurdalne, że nawet mistrz Mrożek (Sławomir) by na nie wpadł. My jesteśmy tylko proste "3 sekundy"..
3.Czarnym koniem..
..miała być Politechnika Poznań, ale po drodze zmieniła nazwę, kilku graczy, sprowadziła legendarnego Adama Wójcika, ale jej sukcesem było „pewne utrzymanie się” w gronie ekstraligowców. Nie pomogło to w budowaniu atmosfery i zapełnianiu trybun, co, zaważywszy na moc tradycji poznańskiego basketu jest po prostu rozczarowaniem.
4.Rozczarowanie sezonu
Wiele wskazywało na Czarnych – szalony rozgrywający, trener z kapelusza i bardzo nierówna gra. Zmiana coacha, dojście kilku niezłych zawodników (Antonio Burks, Chris Booker, Mateo Kedzo, Bojan Bakić) dało drużynie ze Słupska nową energię. Wystarczyło do zajęcia miejsca w „czwórce”. Widać, ile znaczy stabilny sponsor i dobry dyrektor sportowy..
5. MVP sezonu zasadniczego
David Logan – i tego się trzymajmy..
6.MVP play off
Miał być ktoś z Turowa, ale wszystkim skakał po głowie były gracz „Jail Blazers”.. Najbliższy tego tytułu mógłby być Edney, ale niestety latka lecą i organizm już nie tak wydolny. Szkoda, bo momentami znać było klasę i zagrania, jakimi prowadził Żalgiris po tytuł w Eurolidze. Dokładnie 10 lat temu..
7.Najlepszy młody gracz
Widziałem w tej roli Przemysława Zamojskiego. Talent na miarę tej nagrody (i nie tylko), ale jednak czegoś zabrakło. Na pewno stabilnej formy – obok spotkań bardzo dobrych, nijakie, a nawet i „zsyłki” do pierwszoligowej drużyny rezerw. Sukcesem zawodnika jest ostatecznie wywalczone miejsce w rotacji do samego końca rozgrywek (gdyby nie kontuzja, zaliczyłby decydujący mecz finału),a konkurencja (nawet wśród młodych graczy) była mocna. Niezłą końcówkę miał Adam „Bestia” Łapeta, ale wszyscy zapomnieliśmy w typach o Pawle Kikowskim. Po prostu trudno uwierzyć, że takich „starych ligowców” można uważać za „młodzieżowców’..
8.Europejskie puchary
Tu niestety trafiliśmy wszyscy.. W porównaniu z poprzednimi rozgrywkami było słabo – Turów nie nawiązał do debiutanckiego sezonu, Prokom megaszczęśliwie wcisnął się do Top16 Euroligi, a Czarni najlepiej wypadli w pierwszym starciu z Uniksem Kazań w eliminacjach Pucharu Europy. Co nie przeszkodziło im zresztą w odpadnięciu z rozgrywek.. Dobrze, że wystąpiły trzy drużyny (mimo fiaska Śląska), ale mam nadzieję, że jesienią „Fantastic Four” sezonu 2008/09 zostawi po sobie lepsze wrażenie. Pytanie brzmi – czy rzeczywiście komplet półfinalistów stanie do europejskich potyczek i jak się będą dopinały „kryzysowe” budżety. W interesie polskiej koszykówki trzymajmy kciuki, by lepiej, niż instytucjom publicznym..
Michcio:
1.Mistrz Polski
Powiem wprost – liczyłem na Anwil pod wodzą Hendersona. Wprawdzie ubezpieczyłem się, pisząc że po kilku zmianach Turów też może się liczyć, ale tak to każdy by mógł powiedzieć. Prokom był bezsprzecznie faworytem i trudno było nie trafić. Natomiast co do drugiego finalisty, tym razem ekipa z Kujaw mnie zawiodła i nie przełamała supremacji Turowa w serii przegranych finałów. Zobaczymy za rok.
2.Utrzymanie w lidze
Duży zawód to Śląsk, który po prostu się wycofał. O drugie miejsce ‘premiowane’ grą w pierwszej lidze walczyło kilka ekip, ale bezkonkurencyjny był Górnik Wałbrzych – bez kasy, bez hali we własnym mieście i mimo wyskoków (wygrana z Prokomem), był po prostu zdecydowanie najsłabszy.
3.Czarnym koniem…
Miał być AZS i częściowo swoją rolę spełnił. Na pewno lepiej niż poznański wynalazek lukama. Ale w Koszalinie nie przewidzieli, że większą furorę wzbudzą dwie ekipy zza miedzy – Polpharma i Kotwica. To właśnie one były prawdziwymi niespodziankami ligi. A AZS tradycyjnie – u siebie świetny, na wyjazdach mocno przeciętny i ostatecznie bez większych nadziei porażka 0:3 z Turowem.
4.Rozczarowanie sezonu
Było blisko w typowanym Słupsku – klęski w pucharach, kibice szydzący z zawodników, a ci obijający się po nocnych klubach. Ale wielkie wietrzenie składu, sensowne wzmocnienia i Czarni wyszli na prostą, a przy mizerii ligi nawet doszli do półfinałów prezentując całkiem przyzwoitą koszykówkę. Świetnym ruchem było zwłaszcza ściągnięcie pary Burks – Kedzo. Poza tym słupszczanom pomogli w Poznaniu i Wrocławiu, gdzie zdecydowanie pod względem całościowym bądź sportowym poniesiono o wiele większe klęski.
5.MVP sezonu zasadniczego
Zacytuję sam siebie: „Henderson - Jeśli nie zwieje i dogada się z trenerem - będzie niekwestionowanym liderem i gwiazdą.” To chyba wystarczy, żeby podkreślić moją naiwność i wiarę w tego zawodnika. Szkoda, bo jego starcia z Woodsem mogłyby być fascynujące.
6.MVP play off
Liczyłem na niskiego zawodnika z Turowa (Edney), ale wszystkich zdeklasował Woods. Jedyny sukces to taki, że przewidziałem spore zmiany w nadgranicznym składzie, które de facto doprowadziły zgorzelczan do finału. Ale nie podejrzewałem, że Prokom wzmocni się jeszcze bardziej.
7.Najlepszy młody gracz
Zamojski aż takiego skoku jakościowego nie zrobił, ale dla mnie nadal pozostaje najlepszym młodym zawodnikiem. Przede wszystkim miał niewielką konkurencję – Kikowski, Łapeta, Waczyński, Wołoszyn. Najlepiej z tej czwórki pokazał się Kiko (chociaż ten wsad Łapety w meczu numer 4 – miodzio…), ale to nie wystarczyło, żeby zdetronizować głównego faworyta. Oby tylko Przemkowi sodówka nie strzeliła do głowy, bo nowe przepisy faworyzują takich jak on w podpisywaniu lukratywnych kontraktów…
8.Europejskie puchary
No cóż – cudu nikt nie oczekiwał, ale też wszyscy liczyli na więcej. Turów w zasadzie poniósł klęskę, Czarni poza pierwszym meczem również. Prokom z żenującymi dwoma zwycięstwami awansował do Top16 i w sumie założenia zostały zrealizowane – szkoda, że niewiele osób z kierownictwa zainteresowało się ich stylem… A ponieważ i tak był to najlepszy występ polskiej drużyny w Europie w tym sezonie, to chyba dobitnie świadczy o ogólnym wrażeniu, jakie po sobie pozostawiła reszta.
Jak widać trafność naszych prognoz jest niemal tak dobra, jak przewidywania ekonomicznych guru na temat globalnego kryzysu. Bogatsi w doświadczenia spróbujemy sił jesienią (bukmacherzy – bądźcie czujni). A teraz jak zawsze czekamy na opinie, bo blog ten powstaje dla Was.
Jak samobiczowanie, to samobiczowanie – zaczynam od siebie:
Lukam:
1.Mistrz Polski
Parafrazując powiedzonko Gary’ego Linekera na temat piłki nożnej – PLK to taka liga, w której gra kilkanaście drużyn po 12 osób, a na końcu wygrywa Sopot. Typowałem Turów, bo sopocianie późno (jak na nich) zbudowali skład i mieli w nim (we wrześniu 2008) pewne luki. Cóż, potem doszedł „hitowy” center oraz facet, który zrobił ze wszystkich obrońców w lidze wiatraki. Turów po nieoczekiwanej zmianie trenera i kluczowych graczy (Tyus Edney za Donalda Copelanda i Dragisa Drobnjak za Dariana Townesa) miał momenty trudne i bardzo trudne, ale doszedł do finału. I na tę bitwę amunicji zabrakło..
2.Utrzymanie w lidze
Do spadku typowałem Sportino, które sezon zaczynało w składzie kadłubowym, ale jednak przetrwało, a dzięki amerykańskim obrońcom i kanadyjskiemu „królowi zbiórek” sprawiło nawet kilka niespodzianek. Nie przewidziałem upadku Śląska, ale jak widać są w przyrodzie zjawiska tak absurdalne, że nawet mistrz Mrożek (Sławomir) by na nie wpadł. My jesteśmy tylko proste "3 sekundy"..
3.Czarnym koniem..
..miała być Politechnika Poznań, ale po drodze zmieniła nazwę, kilku graczy, sprowadziła legendarnego Adama Wójcika, ale jej sukcesem było „pewne utrzymanie się” w gronie ekstraligowców. Nie pomogło to w budowaniu atmosfery i zapełnianiu trybun, co, zaważywszy na moc tradycji poznańskiego basketu jest po prostu rozczarowaniem.
4.Rozczarowanie sezonu
Wiele wskazywało na Czarnych – szalony rozgrywający, trener z kapelusza i bardzo nierówna gra. Zmiana coacha, dojście kilku niezłych zawodników (Antonio Burks, Chris Booker, Mateo Kedzo, Bojan Bakić) dało drużynie ze Słupska nową energię. Wystarczyło do zajęcia miejsca w „czwórce”. Widać, ile znaczy stabilny sponsor i dobry dyrektor sportowy..
5. MVP sezonu zasadniczego
David Logan – i tego się trzymajmy..
6.MVP play off
Miał być ktoś z Turowa, ale wszystkim skakał po głowie były gracz „Jail Blazers”.. Najbliższy tego tytułu mógłby być Edney, ale niestety latka lecą i organizm już nie tak wydolny. Szkoda, bo momentami znać było klasę i zagrania, jakimi prowadził Żalgiris po tytuł w Eurolidze. Dokładnie 10 lat temu..
7.Najlepszy młody gracz
Widziałem w tej roli Przemysława Zamojskiego. Talent na miarę tej nagrody (i nie tylko), ale jednak czegoś zabrakło. Na pewno stabilnej formy – obok spotkań bardzo dobrych, nijakie, a nawet i „zsyłki” do pierwszoligowej drużyny rezerw. Sukcesem zawodnika jest ostatecznie wywalczone miejsce w rotacji do samego końca rozgrywek (gdyby nie kontuzja, zaliczyłby decydujący mecz finału),a konkurencja (nawet wśród młodych graczy) była mocna. Niezłą końcówkę miał Adam „Bestia” Łapeta, ale wszyscy zapomnieliśmy w typach o Pawle Kikowskim. Po prostu trudno uwierzyć, że takich „starych ligowców” można uważać za „młodzieżowców’..
8.Europejskie puchary
Tu niestety trafiliśmy wszyscy.. W porównaniu z poprzednimi rozgrywkami było słabo – Turów nie nawiązał do debiutanckiego sezonu, Prokom megaszczęśliwie wcisnął się do Top16 Euroligi, a Czarni najlepiej wypadli w pierwszym starciu z Uniksem Kazań w eliminacjach Pucharu Europy. Co nie przeszkodziło im zresztą w odpadnięciu z rozgrywek.. Dobrze, że wystąpiły trzy drużyny (mimo fiaska Śląska), ale mam nadzieję, że jesienią „Fantastic Four” sezonu 2008/09 zostawi po sobie lepsze wrażenie. Pytanie brzmi – czy rzeczywiście komplet półfinalistów stanie do europejskich potyczek i jak się będą dopinały „kryzysowe” budżety. W interesie polskiej koszykówki trzymajmy kciuki, by lepiej, niż instytucjom publicznym..
Michcio:
1.Mistrz Polski
Powiem wprost – liczyłem na Anwil pod wodzą Hendersona. Wprawdzie ubezpieczyłem się, pisząc że po kilku zmianach Turów też może się liczyć, ale tak to każdy by mógł powiedzieć. Prokom był bezsprzecznie faworytem i trudno było nie trafić. Natomiast co do drugiego finalisty, tym razem ekipa z Kujaw mnie zawiodła i nie przełamała supremacji Turowa w serii przegranych finałów. Zobaczymy za rok.
2.Utrzymanie w lidze
Duży zawód to Śląsk, który po prostu się wycofał. O drugie miejsce ‘premiowane’ grą w pierwszej lidze walczyło kilka ekip, ale bezkonkurencyjny był Górnik Wałbrzych – bez kasy, bez hali we własnym mieście i mimo wyskoków (wygrana z Prokomem), był po prostu zdecydowanie najsłabszy.
3.Czarnym koniem…
Miał być AZS i częściowo swoją rolę spełnił. Na pewno lepiej niż poznański wynalazek lukama. Ale w Koszalinie nie przewidzieli, że większą furorę wzbudzą dwie ekipy zza miedzy – Polpharma i Kotwica. To właśnie one były prawdziwymi niespodziankami ligi. A AZS tradycyjnie – u siebie świetny, na wyjazdach mocno przeciętny i ostatecznie bez większych nadziei porażka 0:3 z Turowem.
4.Rozczarowanie sezonu
Było blisko w typowanym Słupsku – klęski w pucharach, kibice szydzący z zawodników, a ci obijający się po nocnych klubach. Ale wielkie wietrzenie składu, sensowne wzmocnienia i Czarni wyszli na prostą, a przy mizerii ligi nawet doszli do półfinałów prezentując całkiem przyzwoitą koszykówkę. Świetnym ruchem było zwłaszcza ściągnięcie pary Burks – Kedzo. Poza tym słupszczanom pomogli w Poznaniu i Wrocławiu, gdzie zdecydowanie pod względem całościowym bądź sportowym poniesiono o wiele większe klęski.
5.MVP sezonu zasadniczego
Zacytuję sam siebie: „Henderson - Jeśli nie zwieje i dogada się z trenerem - będzie niekwestionowanym liderem i gwiazdą.” To chyba wystarczy, żeby podkreślić moją naiwność i wiarę w tego zawodnika. Szkoda, bo jego starcia z Woodsem mogłyby być fascynujące.
6.MVP play off
Liczyłem na niskiego zawodnika z Turowa (Edney), ale wszystkich zdeklasował Woods. Jedyny sukces to taki, że przewidziałem spore zmiany w nadgranicznym składzie, które de facto doprowadziły zgorzelczan do finału. Ale nie podejrzewałem, że Prokom wzmocni się jeszcze bardziej.
7.Najlepszy młody gracz
Zamojski aż takiego skoku jakościowego nie zrobił, ale dla mnie nadal pozostaje najlepszym młodym zawodnikiem. Przede wszystkim miał niewielką konkurencję – Kikowski, Łapeta, Waczyński, Wołoszyn. Najlepiej z tej czwórki pokazał się Kiko (chociaż ten wsad Łapety w meczu numer 4 – miodzio…), ale to nie wystarczyło, żeby zdetronizować głównego faworyta. Oby tylko Przemkowi sodówka nie strzeliła do głowy, bo nowe przepisy faworyzują takich jak on w podpisywaniu lukratywnych kontraktów…
8.Europejskie puchary
No cóż – cudu nikt nie oczekiwał, ale też wszyscy liczyli na więcej. Turów w zasadzie poniósł klęskę, Czarni poza pierwszym meczem również. Prokom z żenującymi dwoma zwycięstwami awansował do Top16 i w sumie założenia zostały zrealizowane – szkoda, że niewiele osób z kierownictwa zainteresowało się ich stylem… A ponieważ i tak był to najlepszy występ polskiej drużyny w Europie w tym sezonie, to chyba dobitnie świadczy o ogólnym wrażeniu, jakie po sobie pozostawiła reszta.
Jak widać trafność naszych prognoz jest niemal tak dobra, jak przewidywania ekonomicznych guru na temat globalnego kryzysu. Bogatsi w doświadczenia spróbujemy sił jesienią (bukmacherzy – bądźcie czujni). A teraz jak zawsze czekamy na opinie, bo blog ten powstaje dla Was.
piątek, 22 maja 2009
Finałowa walka przed nami
Już jutro półfinały Mistrzostw Polski Juniorów. Zmagania we wrocławskiej „Kosynierce” cieszą się od samego początku dość sporym zainteresowaniem (może też dzięki starciu Wrocław – Włocławek). Do dzisiaj mieliśmy rywalizację w dwóch grupach – najbliższe dwa dni dadzą odpowiedź na pytanie, kto ma najlepszych juniorów w kraju.
Dzięki zwycięstwu po dogrywce z Czarnymi Słupsk, pierwszą grupę wygrali gospodarze, czyli Śląsk Wrocław. W ich barwach zdecydowanie najlepszy jak na razie jest Jakub Parzeński, dzielący i rządzący na tablicach oraz grający na wysokiej skuteczności. Niestety wczoraj nabawił się kontuzji kolana i jego sprawność jest teraz pewną niewiadomą. Dzisiaj odpoczywał i z ławki obserwował (mocno przeciętne) poczynania reszty. Na szczęście ten mecz o niczym nie decydował, a ja mam nadzieję, że kontuzja nie jest poważna, bo to lider zespołu. Dzisiaj wyraźnie było widać, że pod jego nieobecność jedynym pomysłem na grę był albo rzut za trzy, albo szalone, indywidualne wejście pod kosz. Mimo wszystko mistrzostwa ta taktyka nie przyniesie.
Drugie miejsce zajęli wspomniani Czarni, którzy w decydującym starciu pewnie pokonali włocławski TKM. W tej drużynie gra opiera się zwykle na Robercie Magnuszewskim, to do niego wędruje większość piłek, to on oddaje mnóstwo rzutów. Jednak w półfinale słupszczanie trafią na doskonale zbilansowanych krakowian, co moim zdaniem ogranicza ich szanse – Korona już pokazała jak grać przeciwko zespołom jednego zawodnika, pokonując Turów.
Z drugiej grupy awansowały wyżej wymieniona Korona Kraków i Turów Zgorzelec. Ta druga ekipa, oparta na Szymańskim „i reszcie” poległa w meczu o pierwsze miejsce w grupie 65:70 i przez to jutro zmierzy się ze Śląskiem. Lider zespołu oddał 22 rzuty na 61 całego zespołu, co dobitnie świadczy o rozłożeniu sił. Chociaż w sumie nikogo to nie zdziwiło.
Najmocniejszą ekipą turnieju wydaje się być Korona. Zespół najbardziej zbilansowany, gdzie nawet pięciu graczy potrafi rzucić ponad dziesięć punktów. W ostatnim meczu totalnie odpuścili, czego efektem wysoka porażka. Jednak na chwilę obecną są głównym faworytem do końcowego triumfu. Chociaż w tej kategorii wiekowej naprawdę trudno spekulować – zbyt wiele jest niespodziewanych zwrotów akcji.
Półfinały rozpoczną się jutro, odpowiednio o 17-tej (Słupsk – Kraków) i 19-tej (Wrocław – Zgorzelec). Pozostaje mi tylko serdecznie zaprosić na halę wszystkich tych, którzy mają taką możliwość.
Dzięki zwycięstwu po dogrywce z Czarnymi Słupsk, pierwszą grupę wygrali gospodarze, czyli Śląsk Wrocław. W ich barwach zdecydowanie najlepszy jak na razie jest Jakub Parzeński, dzielący i rządzący na tablicach oraz grający na wysokiej skuteczności. Niestety wczoraj nabawił się kontuzji kolana i jego sprawność jest teraz pewną niewiadomą. Dzisiaj odpoczywał i z ławki obserwował (mocno przeciętne) poczynania reszty. Na szczęście ten mecz o niczym nie decydował, a ja mam nadzieję, że kontuzja nie jest poważna, bo to lider zespołu. Dzisiaj wyraźnie było widać, że pod jego nieobecność jedynym pomysłem na grę był albo rzut za trzy, albo szalone, indywidualne wejście pod kosz. Mimo wszystko mistrzostwa ta taktyka nie przyniesie.
Drugie miejsce zajęli wspomniani Czarni, którzy w decydującym starciu pewnie pokonali włocławski TKM. W tej drużynie gra opiera się zwykle na Robercie Magnuszewskim, to do niego wędruje większość piłek, to on oddaje mnóstwo rzutów. Jednak w półfinale słupszczanie trafią na doskonale zbilansowanych krakowian, co moim zdaniem ogranicza ich szanse – Korona już pokazała jak grać przeciwko zespołom jednego zawodnika, pokonując Turów.
Z drugiej grupy awansowały wyżej wymieniona Korona Kraków i Turów Zgorzelec. Ta druga ekipa, oparta na Szymańskim „i reszcie” poległa w meczu o pierwsze miejsce w grupie 65:70 i przez to jutro zmierzy się ze Śląskiem. Lider zespołu oddał 22 rzuty na 61 całego zespołu, co dobitnie świadczy o rozłożeniu sił. Chociaż w sumie nikogo to nie zdziwiło.
Najmocniejszą ekipą turnieju wydaje się być Korona. Zespół najbardziej zbilansowany, gdzie nawet pięciu graczy potrafi rzucić ponad dziesięć punktów. W ostatnim meczu totalnie odpuścili, czego efektem wysoka porażka. Jednak na chwilę obecną są głównym faworytem do końcowego triumfu. Chociaż w tej kategorii wiekowej naprawdę trudno spekulować – zbyt wiele jest niespodziewanych zwrotów akcji.
Półfinały rozpoczną się jutro, odpowiednio o 17-tej (Słupsk – Kraków) i 19-tej (Wrocław – Zgorzelec). Pozostaje mi tylko serdecznie zaprosić na halę wszystkich tych, którzy mają taką możliwość.
A ja mam inne marzenia
Tekst inspirowany i będący w praktyce odpowiedzią na wypowiedź yanoo na temat odbudowy Śląska.
Niejako szokujący dla mnie jest wybór z własnej woli żmudnej odbudowy klubu od drugiej ligi, zamiast powrotu do PLK przy pomocy dzikiej. Szukam jakichkolwiek rozsądnych argumentów za takim wyborem (bo co przyniesie rzeczywistość to co innego) i niestety znaleźć ich nie mogę.
Po pierwsze wszelkie względy czasowe. Powrót sportowy wcale nie musi trwać dwa lata. Zespoły w pierwszej lidze muszą wybierać tylko i wyłącznie z przeciętnych polskich graczy na dość podobnym poziomie. Przez to od dobrej organizacji i spraw finansowych często daleko do wyników sportowych. Ciężko robić takim elementem różnicę, a że bardzo dobre zespoły pierwszoligowe potrafią w niej utknąć na lata, to bardzo dobrym przykładem Zastal Zielona Góra. Dziś PLK potrzebuje Śląska, dziś PLK jest słaba. Dlaczego mamy czekać na to aż liga bez Śląska zacznie sobie radzić doskonale i wyjdzie z kryzysu? Kiedy jest lepszy moment na powrót? W pierwszym roku po awansie sportowym czy z dziką kartą ciężko wystartować pełną parą. Także ponowne zagnieżdżenie w ekstraklasie to i tak przynajmniej rok stracony.
Jeżeli mielibyśmy startować z 2. ligi na poważnie to kto ma to robić? WKS jest w tej lidze z projektem juniorskim, szkoleniowym. Mają z tego zrezygnować? Skoro nie chcieli przyjąć opcji grania z profesjonalistami, kiedy pojawiły się takie próby jesienią ubiegłego roku. To po pierwsze. Po drugie mamy zacząć drogę do awansu bez żadnego widoku finansowania klubu na wyższych szczeblach? Taki plan bez planu? A jeśli będzie inwestor gwarantujący finansowanie na poziomie PLK, to dlaczego odraczać te możliwości o kilka lat i być może w ogóle je zaprzepaścić? Dlaczego nadal pokutować za Siemińskiego?
Jeśli istnieje szansa, żeby w koszulce Śląska mógł wystąpić Adam Wójcik, żeby chociaż Śląsk mógł zagrać przeciwko Adamowi Wójcikowi, to dlaczego z tej szansy rezygnować? Co z punktami rankingowymi w kontekście europejskich pucharów, które przejąłby nowy twór po upadłej spółce?
Każdy kibic we Wrocławiu wie, że wystarczy iskierka, aby z powrotem zapłonął ogień koszykówki w tym mieście. Wystarczy podpalić wysuszony las. Po co czekać na deszcz?
Michcio: Hmm… A ja stanę po drugiej stronie barykady. Po pierwsze dzika karta zawsze kojarzy się z awansem poza boiskiem, niezależnie od tego, w jaki sposób utraciliśmy prawo gry w lidze. Dlatego o wiele lepszy jest awans zdobyty małymi krokami, rok po roku. Oczywiście, argument o niezwykle wyrównanej pierwszej lidze jest ważny, ale przypominam, że rok temu gracze Śląska chcieli zostać i walczyć nawet w drugiej klasie rozgrywkowej. Dlatego uważam, że z Chanasem, Stefańskim, Skibniewskim oraz niezłymi juniorami czy wychowankami – ten zespół jest w stanie powalczyć o ekstraklasę. A przynajmniej spróbować o nią powalczyć, a nie z góry pójść na łatwiznę.
Poza tym czasowo i tak trudno uwierzyć, że przyszły sezon byłby wspaniały. Po prostu teraz jeszcze nikt nic nie wie, a reszta zespołów zaczyna tworzyć składy. I co – mamy wziąć dziką kartę, po czym okaże się, że nie ma kim grać (chore przepisy o Polakach!) i spadek z hukiem stanie się faktem? Bez sensu… Zamiast tego zdecydowanie wolę systematyczne budowanie podwalin i, niejako przy okazji, wygranie drugiej ligi. Tak naprawdę w tym momencie powinien być znany minimalny budżet, a trenerzy i prezesi powinni zacząć szukać zawodników. A niestety bardzo nam do tego daleko.
Liga bez Śląska sobie radzi gorzej niż z nim. Wiadomo – obu stronom powinno zależeć na szybkim „powrocie do siebie”. Dlatego o ewentualną dziką kartę byłbym spokojny przed każdym kolejnym sezonem. A teraz lepiej, wydając mniej na utrzymanie drużyny zbudować trwałe fundamenty pod nowy zespół, aby do ekstraklasy wkroczyć i od razu walczyć o pierwszą czwórkę.
Iskierka… obecne Mistrzostwa Polski Juniorów pokazują, że jeżeli Śląsk walczy o zwycięstwa, to nawet bez reklamy gromadzi sporą widownię. Niezależnie od rozgrywek. Dlatego w momencie, gdy ta drużyna miałaby walczyć o awans z drugiej ligi, ludzie by zaczęli stopniowo przychodzić na jej mecze. I nie wiem, czy to nie dałoby większej popularności niż wykupienie dzikiej karty i dostanie się bocznymi drzwiami do najwyższej klasy rozgrywkowej.
Niejako szokujący dla mnie jest wybór z własnej woli żmudnej odbudowy klubu od drugiej ligi, zamiast powrotu do PLK przy pomocy dzikiej. Szukam jakichkolwiek rozsądnych argumentów za takim wyborem (bo co przyniesie rzeczywistość to co innego) i niestety znaleźć ich nie mogę.
Po pierwsze wszelkie względy czasowe. Powrót sportowy wcale nie musi trwać dwa lata. Zespoły w pierwszej lidze muszą wybierać tylko i wyłącznie z przeciętnych polskich graczy na dość podobnym poziomie. Przez to od dobrej organizacji i spraw finansowych często daleko do wyników sportowych. Ciężko robić takim elementem różnicę, a że bardzo dobre zespoły pierwszoligowe potrafią w niej utknąć na lata, to bardzo dobrym przykładem Zastal Zielona Góra. Dziś PLK potrzebuje Śląska, dziś PLK jest słaba. Dlaczego mamy czekać na to aż liga bez Śląska zacznie sobie radzić doskonale i wyjdzie z kryzysu? Kiedy jest lepszy moment na powrót? W pierwszym roku po awansie sportowym czy z dziką kartą ciężko wystartować pełną parą. Także ponowne zagnieżdżenie w ekstraklasie to i tak przynajmniej rok stracony.
Jeżeli mielibyśmy startować z 2. ligi na poważnie to kto ma to robić? WKS jest w tej lidze z projektem juniorskim, szkoleniowym. Mają z tego zrezygnować? Skoro nie chcieli przyjąć opcji grania z profesjonalistami, kiedy pojawiły się takie próby jesienią ubiegłego roku. To po pierwsze. Po drugie mamy zacząć drogę do awansu bez żadnego widoku finansowania klubu na wyższych szczeblach? Taki plan bez planu? A jeśli będzie inwestor gwarantujący finansowanie na poziomie PLK, to dlaczego odraczać te możliwości o kilka lat i być może w ogóle je zaprzepaścić? Dlaczego nadal pokutować za Siemińskiego?
Jeśli istnieje szansa, żeby w koszulce Śląska mógł wystąpić Adam Wójcik, żeby chociaż Śląsk mógł zagrać przeciwko Adamowi Wójcikowi, to dlaczego z tej szansy rezygnować? Co z punktami rankingowymi w kontekście europejskich pucharów, które przejąłby nowy twór po upadłej spółce?
Każdy kibic we Wrocławiu wie, że wystarczy iskierka, aby z powrotem zapłonął ogień koszykówki w tym mieście. Wystarczy podpalić wysuszony las. Po co czekać na deszcz?
Michcio: Hmm… A ja stanę po drugiej stronie barykady. Po pierwsze dzika karta zawsze kojarzy się z awansem poza boiskiem, niezależnie od tego, w jaki sposób utraciliśmy prawo gry w lidze. Dlatego o wiele lepszy jest awans zdobyty małymi krokami, rok po roku. Oczywiście, argument o niezwykle wyrównanej pierwszej lidze jest ważny, ale przypominam, że rok temu gracze Śląska chcieli zostać i walczyć nawet w drugiej klasie rozgrywkowej. Dlatego uważam, że z Chanasem, Stefańskim, Skibniewskim oraz niezłymi juniorami czy wychowankami – ten zespół jest w stanie powalczyć o ekstraklasę. A przynajmniej spróbować o nią powalczyć, a nie z góry pójść na łatwiznę.
Poza tym czasowo i tak trudno uwierzyć, że przyszły sezon byłby wspaniały. Po prostu teraz jeszcze nikt nic nie wie, a reszta zespołów zaczyna tworzyć składy. I co – mamy wziąć dziką kartę, po czym okaże się, że nie ma kim grać (chore przepisy o Polakach!) i spadek z hukiem stanie się faktem? Bez sensu… Zamiast tego zdecydowanie wolę systematyczne budowanie podwalin i, niejako przy okazji, wygranie drugiej ligi. Tak naprawdę w tym momencie powinien być znany minimalny budżet, a trenerzy i prezesi powinni zacząć szukać zawodników. A niestety bardzo nam do tego daleko.
Liga bez Śląska sobie radzi gorzej niż z nim. Wiadomo – obu stronom powinno zależeć na szybkim „powrocie do siebie”. Dlatego o ewentualną dziką kartę byłbym spokojny przed każdym kolejnym sezonem. A teraz lepiej, wydając mniej na utrzymanie drużyny zbudować trwałe fundamenty pod nowy zespół, aby do ekstraklasy wkroczyć i od razu walczyć o pierwszą czwórkę.
Iskierka… obecne Mistrzostwa Polski Juniorów pokazują, że jeżeli Śląsk walczy o zwycięstwa, to nawet bez reklamy gromadzi sporą widownię. Niezależnie od rozgrywek. Dlatego w momencie, gdy ta drużyna miałaby walczyć o awans z drugiej ligi, ludzie by zaczęli stopniowo przychodzić na jej mecze. I nie wiem, czy to nie dałoby większej popularności niż wykupienie dzikiej karty i dostanie się bocznymi drzwiami do najwyższej klasy rozgrywkowej.
niedziela, 17 maja 2009
Czy Tury jeszcze mogą?
Dzisiaj możemy być świadkami decydującego spotkania finałów. W Zgorzelcu odbędzie się czwarte spotkanie pomiędzy Turowem a Prokomem. Niby gospodarze są faworytami, niby przy zwycięstwie wyrównają stan na 2-2 i wszystko jest otwarte. Ale czy tak jest w rzeczywistości? Oto krótkie starcie na papierze:
Po pierwsze, zgorzelczanie wygrali jedno spotkanie tylko i wyłącznie dzięki Pacesasowi i niesamowitej indolencji Prokomu. Gdyby nie to, teraz w zasadzie byłoby po zabawach. Przedwczoraj przeszli z nieba do piekła – po wywiezieniu cennego 1-1 znad morza utracili przewagę własnego parkietu przegrywając trzema oczkami. Prokom tym sposobem nie tylko odzyskał przewagę boiska, ale przede wszystkim wygrał na wyjeździe, co generalnie jest w tym sezonie sporą indolencją Woodsa i spółki. Dodatkowo w półfinale decydujące spotkanie wygrali przecież we Włocławku – mając rywala pod ścianą potrafili wykorzystać wszystkie swoje atuty. Czy tak będzie i tym razem?
Psychika po stronie Prokomu. 0:1.
Dla Turowa jest to ostatnia szansa na odrodzenie się. Jak na razie w tym finale prezentują się dość przeciętnie, rzadziej niż w poprzednich latach nie do przebycia staje się ich obrona, a gra drużyny w zasadzie opiera się tylko na Edneyu i jego kondycji. Jak Tyus ma siły – cały zespół raczej daje radę i toczy wyrównany bój. W trzecim meczu jak tylko trener musiał posadzić go na ławie, żeby odpoczął – Sopot momentalnie zaczął górować i odrabiać spore straty z pierwszej kwarty. Czy Amerykaninowi wystarczy sił na kolejne 35 minut (minimum) w morderczej duchocie hali w Zgorzelcu? Bo chimeryczny Milijkovic sam nie da rady. Jest to kolejny aspekt przemawiający przeciwko gospodarzom – w końcu Prokom ma przynajmniej dwóch prawdziwych liderów – Logana i Woodsa, a do tego trzeba dodać choćby Burke’go, czy Dylewicza robiących różnicę pod tablicami.
Składowo również mocniej goście. 0:2.
Wielkim atutem Turowa będzie oczywiście ta mała, duszna hala, trąbiący i klaszczący kibice oraz krzyczący w niebogłosy spiker. Prokom na wyjazdach prezentuje się raczej przeciętnie i poprzedni mecz może być tylko wyjątkiem stanowiącym regułę. Poza tym gracze Pacesasa „zrobili już swoje” i do domu wrócą z wynikiem nie gorszym niż remis. A jak wiadomo odprężenie nie zawsze wpływa korzystnie. Poza tym Turów nie zwykł przegrywać u siebie, a w rundzie zasadniczej wręcz rozgromił sopocian. Będąc kilka razy w Zgorzelcu, jak i oglądając kilkadziesiąt meczy z tamtej hali mam również dziwne wrażenie, że skandowanie przez kibiców hasła „pajace” jest nad wyraz wyjątkową hipokryzją. Drużyna, zwłaszcza za Saso, prezentująca koszykówkę delikatnie rzecz ujmując agresywną i na pograniczu faulu nie ma prawa narzekać na choć lekką skrupulatność sędziów. A publika niestety przyzwyczajona do niespotykanych w innych halach zachowań (łącznie z biciem po rękach, olbrzymią ilością „przypadkowych” zderzeń, itp.), zawsze staje po stronie swoich zawodników. Najgorsze, że często również podobne decyzje podejmują arbitrzy, co jątrzy sytuację. Ale oczywiście wierzę, że finał rozstrzygnie się bez najmniejszych kontrowersji ze strony rozjemców.
Atut własnej hali i publiki zdecydowanie daje punkt Turowowi. 1:2.
Trener. Teoretycznie powinien być siłą drużyny, jednak w tej rywalizacji chyba ten, który mniej zaszkodzi, wychodzi lepiej. Pacesas zbytnio kombinował w meczu numer dwa i skończyło się tragedią. Natomiast Turkiewicz ma kilka pomysłów w obronie, natomiast atak jest jedną wielką niewiadomą. Ostatnio Prokom dodatkowo świetnie zagrał przeciwko strefie. Czy młody szkoleniowiec zgorzelczan wymyśli coś nowego? Czy może Tomas P. postanowi „zaeksperymentować”? Mimo wszystko mniejszym zagrożeniem wydaje się być trener gospodarzy.
Ale tu trudno jednoznacznie określić, który z nich jest lepszy. Dlatego Turów dostaje tylko pół punkta.
Ostateczny wynik: Turów Zgorzelec – Prokom Sopot 1,5 : 2
Trzeba oczywiście wliczyć element nie do przewidzenia, typu 60% za trzy Turowa, czy jakąś niesamowitą indolencję gości. Nie mówiąc o tym, że zgorzelczanie we własnej hali zdolni są do wszystkiego, włącznie z łatwym zwycięstwem dwudziestoma punktami. Pewne jest jedno – w tym momencie podopieczni Turkiewicza stoją na krawędzi. Jak mawiał klasyk – czy teraz zrobią wielki krok naprzód? Moim zdaniem tak, co powinno zakończyć ich sny o potędze i Eurolidze. Ale jak będzie naprawdę, o tym przekonamy się już dzisiaj. Początek spotkania o 18:40.
PS: Wczoraj brązowe medale odebrali zawodnicy Anwilu. Przyznam, że mecze o trzecie miejsce nigdy mnie nie fascynowały, a tym razem jeszcze bardziej byłem „gdzieś obok nich”. Spotkały się drużyny po olbrzymich przemianach (Słupsk) i aferach (Anwil) podczas sezonu, a wygrał ten, który miał atut własnego parkietu i umiał go wykorzystać. No i oczywiście – chciało mu się. Biorąc pod uwagę, że wszystkie mecze kończyły się trzycyfrowym wynikiem jednej ze stron – oby takich więcej w naszej lidze. Oraz gratulacje dla włocławian, w końcu kolejny medal piechotą nie chodzi.
Po pierwsze, zgorzelczanie wygrali jedno spotkanie tylko i wyłącznie dzięki Pacesasowi i niesamowitej indolencji Prokomu. Gdyby nie to, teraz w zasadzie byłoby po zabawach. Przedwczoraj przeszli z nieba do piekła – po wywiezieniu cennego 1-1 znad morza utracili przewagę własnego parkietu przegrywając trzema oczkami. Prokom tym sposobem nie tylko odzyskał przewagę boiska, ale przede wszystkim wygrał na wyjeździe, co generalnie jest w tym sezonie sporą indolencją Woodsa i spółki. Dodatkowo w półfinale decydujące spotkanie wygrali przecież we Włocławku – mając rywala pod ścianą potrafili wykorzystać wszystkie swoje atuty. Czy tak będzie i tym razem?
Psychika po stronie Prokomu. 0:1.
Dla Turowa jest to ostatnia szansa na odrodzenie się. Jak na razie w tym finale prezentują się dość przeciętnie, rzadziej niż w poprzednich latach nie do przebycia staje się ich obrona, a gra drużyny w zasadzie opiera się tylko na Edneyu i jego kondycji. Jak Tyus ma siły – cały zespół raczej daje radę i toczy wyrównany bój. W trzecim meczu jak tylko trener musiał posadzić go na ławie, żeby odpoczął – Sopot momentalnie zaczął górować i odrabiać spore straty z pierwszej kwarty. Czy Amerykaninowi wystarczy sił na kolejne 35 minut (minimum) w morderczej duchocie hali w Zgorzelcu? Bo chimeryczny Milijkovic sam nie da rady. Jest to kolejny aspekt przemawiający przeciwko gospodarzom – w końcu Prokom ma przynajmniej dwóch prawdziwych liderów – Logana i Woodsa, a do tego trzeba dodać choćby Burke’go, czy Dylewicza robiących różnicę pod tablicami.
Składowo również mocniej goście. 0:2.
Wielkim atutem Turowa będzie oczywiście ta mała, duszna hala, trąbiący i klaszczący kibice oraz krzyczący w niebogłosy spiker. Prokom na wyjazdach prezentuje się raczej przeciętnie i poprzedni mecz może być tylko wyjątkiem stanowiącym regułę. Poza tym gracze Pacesasa „zrobili już swoje” i do domu wrócą z wynikiem nie gorszym niż remis. A jak wiadomo odprężenie nie zawsze wpływa korzystnie. Poza tym Turów nie zwykł przegrywać u siebie, a w rundzie zasadniczej wręcz rozgromił sopocian. Będąc kilka razy w Zgorzelcu, jak i oglądając kilkadziesiąt meczy z tamtej hali mam również dziwne wrażenie, że skandowanie przez kibiców hasła „pajace” jest nad wyraz wyjątkową hipokryzją. Drużyna, zwłaszcza za Saso, prezentująca koszykówkę delikatnie rzecz ujmując agresywną i na pograniczu faulu nie ma prawa narzekać na choć lekką skrupulatność sędziów. A publika niestety przyzwyczajona do niespotykanych w innych halach zachowań (łącznie z biciem po rękach, olbrzymią ilością „przypadkowych” zderzeń, itp.), zawsze staje po stronie swoich zawodników. Najgorsze, że często również podobne decyzje podejmują arbitrzy, co jątrzy sytuację. Ale oczywiście wierzę, że finał rozstrzygnie się bez najmniejszych kontrowersji ze strony rozjemców.
Atut własnej hali i publiki zdecydowanie daje punkt Turowowi. 1:2.
Trener. Teoretycznie powinien być siłą drużyny, jednak w tej rywalizacji chyba ten, który mniej zaszkodzi, wychodzi lepiej. Pacesas zbytnio kombinował w meczu numer dwa i skończyło się tragedią. Natomiast Turkiewicz ma kilka pomysłów w obronie, natomiast atak jest jedną wielką niewiadomą. Ostatnio Prokom dodatkowo świetnie zagrał przeciwko strefie. Czy młody szkoleniowiec zgorzelczan wymyśli coś nowego? Czy może Tomas P. postanowi „zaeksperymentować”? Mimo wszystko mniejszym zagrożeniem wydaje się być trener gospodarzy.
Ale tu trudno jednoznacznie określić, który z nich jest lepszy. Dlatego Turów dostaje tylko pół punkta.
Ostateczny wynik: Turów Zgorzelec – Prokom Sopot 1,5 : 2
Trzeba oczywiście wliczyć element nie do przewidzenia, typu 60% za trzy Turowa, czy jakąś niesamowitą indolencję gości. Nie mówiąc o tym, że zgorzelczanie we własnej hali zdolni są do wszystkiego, włącznie z łatwym zwycięstwem dwudziestoma punktami. Pewne jest jedno – w tym momencie podopieczni Turkiewicza stoją na krawędzi. Jak mawiał klasyk – czy teraz zrobią wielki krok naprzód? Moim zdaniem tak, co powinno zakończyć ich sny o potędze i Eurolidze. Ale jak będzie naprawdę, o tym przekonamy się już dzisiaj. Początek spotkania o 18:40.
PS: Wczoraj brązowe medale odebrali zawodnicy Anwilu. Przyznam, że mecze o trzecie miejsce nigdy mnie nie fascynowały, a tym razem jeszcze bardziej byłem „gdzieś obok nich”. Spotkały się drużyny po olbrzymich przemianach (Słupsk) i aferach (Anwil) podczas sezonu, a wygrał ten, który miał atut własnego parkietu i umiał go wykorzystać. No i oczywiście – chciało mu się. Biorąc pod uwagę, że wszystkie mecze kończyły się trzycyfrowym wynikiem jednej ze stron – oby takich więcej w naszej lidze. Oraz gratulacje dla włocławian, w końcu kolejny medal piechotą nie chodzi.
sobota, 16 maja 2009
Paszport - tanio sprzedam
Paszporty w koszykówce. Temat na czasie. Zarówno w kontekście reprezentacji, ale szczególnie lig z restrykcyjnymi limitami, które przez duże możliwości przyznawania obywatelstwa w wielu krajach, stają się fikcją.
Największą uwagę przykuwają naturalizacje graczy amerykańskich. Usługa naturalizacji jest na tyle cenna, że stworzyła się już niejako branża ze swoimi rynkowymi liderami takimi jak Pini Gershon, Gordon Herbert, Aris Saloniki, Macedonia, Bułgaria czy Izrael. Ilość połączeń pomiędzy wcześniej wymienionymi rekinami naturalizacji bywa niesamowita. Aris słynie z przerabiania Amerykanów na Macedończyków (o tym jeszcze później), rok temu ich trenerem był Gordon Herbert, który jako trener reprezentacji Gruzji wprowadził do niej Shammonda Williamsa czy Tyrone'a Ellisa, a w trenowanym przez niego Pau-Orthez Gruzinem stał się Melvin Sanders... Podobnie Pini Gershon produkujący Izrealczyków dla reprezentacji tego kraju i Maccabi Tel-Aviv oraz Bułgarów dla ich reprezentacji oraz Olympiakosu.
Liga grecka jest najciekawszym elementem, bo tylko w niej i rosysjkiej wśród szeroko rozumianej czołówki lig europejskich pozostał najbardziej restrykcyjny limit, o którym pamiętają tylko najstarsi górale - w greckiej ESAKE może grać tylko dwóch zawodników spoza Europy, czy jak kto woli nie-Bosmanów. Przy czym warto zaznaczyć, że w zagranicznych źródłach bardzo często używane pojęcie non-EU. Sugerowałoby ono, że chodzi o zawodników spoza Unii Europejskiej, ale jest to nieprawdą. Grecy wygenerowali w ostatnich latach, i wciąż to robią, pokaźną grupę europejczyków. Sam słynny Aris ma na koncie pięciu nowych Macedończyków takich jak Jeremiah Massey, Ryan Stack, Mike Wilkinson, Kevin Fletcher i Darius Washington. Poza tym bardzo popularne w Grecji są paszporty bułgarskie - Bułgarami zostali Ibrahim Jaaber, Roderick Blakney, Keydren Clark czy K'Zell Wesson. Od wielu miesięcy mówi się o bułgarskim paszporcie dla Mike'a Batiste, w najbliższym czasie paszport ma dostać Anthony Grundy z Panelliniosu.
W ostatnim czasie pojawiła się informacja, że Bułgarem został także z Pete Mickeal z TAU Vittoria, co pozwoliło na dołączenie Geralda Fitcha do składu na play-off ACB. Dziś pojawiła się informacja jakoby wyżej wymieniony był fałszywy... Mniejsza o szczegóły - czy oszukuje TAU, czy ono zostało oszukane. W lidze hiszpańskiej może występować tylko trzech graczy spoza Europy, a naturalizacja Mickeala sprawiła, że byłoby ich już aż siedmiu (Will McDonald, Gerald Fitch, John Lucas, Bułgar Mickael, Włoch Prigioni oraz Hiszpanie: Splitter i Eslava). I pomimo faktu, że raczej nikt kto limit ustanawiał nie chciał ograniczać liczby Argentyńczyków i Brazylijczyków, staje się on zupełnie wirtualny. Tworzy nierówne możliwości wobec różnych zespołów. Choć to właśnie Hiszpanie za pomocą bardzo szerokiego zakresu metod oszukują limity. Hiszpananami zostali Venson Hamilton, Lamont Barnes, Josh Fisher, Bernard Hopkins, w kolejce czeka Josh Asselin. Grupa włoskich Argentyńczyków jest tak duża, że szkoda miejsca na jej wymienianie. Popularne są produkty innych lig czy reprezentacji jak wspomniani Massey i Sanders czy Czarnogórzec Omar Cook. W końcu korzysta się z zapisów mówiących, że mąż obywatelki Unii Europejskiej jest traktowany jak obywatel Unii. Od dwóch sezonów korzysta z tego Chris Thomas, od niedawna zaletami posiadania polskiej żony może cieszyć się także Thomas Kelati.
Kolejną ciekawą pod tym względem jest liga rosyjska. Tutaj może grać tylko dwóch graczy spoza Europy, ale także tylko pięciu obcokrajowców w ogóle i dwóch Rosjan musi przebywać wciąż na parkiecie. Efekty? Najlepszymi Rosjanami są JR Holden, Travis Hansen i Kelly McCarty. Gra tam aż trzech z pięciu Macedończyków z Arisu (Wilkinson, Fletcher, Washington), Francuz Tariq Kirksay czy Bośniak JR Bremer. Warto zaznaczyć, że sezon w Rosji zaczął także Słoweniec Arriel McDonald - na pewno jedna ze starszych jeśli nie najstarsza tego typu naturalizacja z Europie. Słoweńcy później już jednak tej praktyki nie kontynuowali i chwała im za to. Dopełniając temat Bośniaków - są nimi także Henry Domercant (korzystał z tego w Rosji i Grecji) a także Terrell Castle (4 lata nie gdzie indziej jak w Grecji w Arisie).
Ostatnim dość masowym producentem Bosmanów (tym razem B) jest Izrael mający w ostatnim czasie na koncie Dericka Sharpa, Jamie Arnolda, Davida Bluthenthala, Chrisa Watsona, Jerona Robertsa oraz Corry'ego Carra.
Dość mocno tendencji opierają się Francuzi, którzy kładą duży nacisk na liczbę graczy w lidze z francuskim paszportem. Naturalizowany był tylko wspomniany wcześniej Tariq Kirksay, ale on miał francuskiego rodzica podobnie jak Tony Parker. Tutaj spore znaczenie mają spore zasoby koszykarzy własnych jak i z wszelkich byłych kolonii.
I jeśli chodzi o bardziej kluczowe naturalizacje Amerykanów udało mi się wymienić chyba wszystkie najważniejsze. Skupiłem się na nich bo połapanie się we wszystkich tych europejskich jest dość skomplikowane ze względu na migracje, różnych rodziców, liczące się mniejszości. Byłoby to szczególnie trudne na linii bałkańsko-grecko-turecko-dawnoradzieckiej, której efektem są tacy gracze jak Radoslav Makris, Alexis Amanatidis, Lazaros Papadopoulos, Iakovos Tsakilidis, Mirsad Turkcan czy Ermal Turkoglu. Z podobnych względów ciężko zająć się reprezentacją Niemiec, w której typowo niemieckie nazwiska są rzadkością, która korzysta z naturalizacji normalnej (Demond Greene), potwierdzenia obywatelstwa (Chris Kaman), faktu, iż zawodnik jako syn amerykańskiego żołnierza urodził się w Niemczech (Robert Garrett), Polaków bliższych (Wysocki), dalszych (Jagla) i hipotetycznie bardzo dalekich (Nowitzki) oraz innych mniejszości (Okulaja, Arigbabu, Demirel, Pesić).
Ogrom zjawiska sprawia, że stosowane w wielu ligach limity tracą skuteczność i sens. Czy to znaczy, że należy je w ogóle zlikwidować? Niekoniecznie. Powinny być jednak one tworzone przy większym udziale klubów, a nie administracyjnych nakazów, bo jak widać na załączonym obrazku co raz gorzej to wszystko funkcjonuje. Nie wspominając o rosnącej irytacjo części kibiców obserwowanym zjawiskiem.
Na koniec pora powrócić na nasze podwórko. Sprawa Logana - już pomijając aspekt sportowy jego wartości dla reprezentacji - pokazuje kompletną sprzeczność działań prezesa Ludwiczuka. Po pierwsze pod względem ideologicznym. Z jednej strony z łatwością i wielką chęcią wpuści do kadry Amerykanina wypierając młodych zdolnych Polaków oraz być może cenne ogranie. Z drugiej strony ustala w lidze limity, które mają przeciwdziałać identycznemu postępowaniu prezesów klubowych. A po drugie pod względem praktycznym. Paszport dla Logana skutecznie odbierze sporo minut dla Polaka w najlepszym Polskim zespole grającym w Eurolidze. Dla Davida granie po 35 minut w meczu to żaden problem.
Największą uwagę przykuwają naturalizacje graczy amerykańskich. Usługa naturalizacji jest na tyle cenna, że stworzyła się już niejako branża ze swoimi rynkowymi liderami takimi jak Pini Gershon, Gordon Herbert, Aris Saloniki, Macedonia, Bułgaria czy Izrael. Ilość połączeń pomiędzy wcześniej wymienionymi rekinami naturalizacji bywa niesamowita. Aris słynie z przerabiania Amerykanów na Macedończyków (o tym jeszcze później), rok temu ich trenerem był Gordon Herbert, który jako trener reprezentacji Gruzji wprowadził do niej Shammonda Williamsa czy Tyrone'a Ellisa, a w trenowanym przez niego Pau-Orthez Gruzinem stał się Melvin Sanders... Podobnie Pini Gershon produkujący Izrealczyków dla reprezentacji tego kraju i Maccabi Tel-Aviv oraz Bułgarów dla ich reprezentacji oraz Olympiakosu.
Liga grecka jest najciekawszym elementem, bo tylko w niej i rosysjkiej wśród szeroko rozumianej czołówki lig europejskich pozostał najbardziej restrykcyjny limit, o którym pamiętają tylko najstarsi górale - w greckiej ESAKE może grać tylko dwóch zawodników spoza Europy, czy jak kto woli nie-Bosmanów. Przy czym warto zaznaczyć, że w zagranicznych źródłach bardzo często używane pojęcie non-EU. Sugerowałoby ono, że chodzi o zawodników spoza Unii Europejskiej, ale jest to nieprawdą. Grecy wygenerowali w ostatnich latach, i wciąż to robią, pokaźną grupę europejczyków. Sam słynny Aris ma na koncie pięciu nowych Macedończyków takich jak Jeremiah Massey, Ryan Stack, Mike Wilkinson, Kevin Fletcher i Darius Washington. Poza tym bardzo popularne w Grecji są paszporty bułgarskie - Bułgarami zostali Ibrahim Jaaber, Roderick Blakney, Keydren Clark czy K'Zell Wesson. Od wielu miesięcy mówi się o bułgarskim paszporcie dla Mike'a Batiste, w najbliższym czasie paszport ma dostać Anthony Grundy z Panelliniosu.
W ostatnim czasie pojawiła się informacja, że Bułgarem został także z Pete Mickeal z TAU Vittoria, co pozwoliło na dołączenie Geralda Fitcha do składu na play-off ACB. Dziś pojawiła się informacja jakoby wyżej wymieniony był fałszywy... Mniejsza o szczegóły - czy oszukuje TAU, czy ono zostało oszukane. W lidze hiszpańskiej może występować tylko trzech graczy spoza Europy, a naturalizacja Mickeala sprawiła, że byłoby ich już aż siedmiu (Will McDonald, Gerald Fitch, John Lucas, Bułgar Mickael, Włoch Prigioni oraz Hiszpanie: Splitter i Eslava). I pomimo faktu, że raczej nikt kto limit ustanawiał nie chciał ograniczać liczby Argentyńczyków i Brazylijczyków, staje się on zupełnie wirtualny. Tworzy nierówne możliwości wobec różnych zespołów. Choć to właśnie Hiszpanie za pomocą bardzo szerokiego zakresu metod oszukują limity. Hiszpananami zostali Venson Hamilton, Lamont Barnes, Josh Fisher, Bernard Hopkins, w kolejce czeka Josh Asselin. Grupa włoskich Argentyńczyków jest tak duża, że szkoda miejsca na jej wymienianie. Popularne są produkty innych lig czy reprezentacji jak wspomniani Massey i Sanders czy Czarnogórzec Omar Cook. W końcu korzysta się z zapisów mówiących, że mąż obywatelki Unii Europejskiej jest traktowany jak obywatel Unii. Od dwóch sezonów korzysta z tego Chris Thomas, od niedawna zaletami posiadania polskiej żony może cieszyć się także Thomas Kelati.
Kolejną ciekawą pod tym względem jest liga rosyjska. Tutaj może grać tylko dwóch graczy spoza Europy, ale także tylko pięciu obcokrajowców w ogóle i dwóch Rosjan musi przebywać wciąż na parkiecie. Efekty? Najlepszymi Rosjanami są JR Holden, Travis Hansen i Kelly McCarty. Gra tam aż trzech z pięciu Macedończyków z Arisu (Wilkinson, Fletcher, Washington), Francuz Tariq Kirksay czy Bośniak JR Bremer. Warto zaznaczyć, że sezon w Rosji zaczął także Słoweniec Arriel McDonald - na pewno jedna ze starszych jeśli nie najstarsza tego typu naturalizacja z Europie. Słoweńcy później już jednak tej praktyki nie kontynuowali i chwała im za to. Dopełniając temat Bośniaków - są nimi także Henry Domercant (korzystał z tego w Rosji i Grecji) a także Terrell Castle (4 lata nie gdzie indziej jak w Grecji w Arisie).
Ostatnim dość masowym producentem Bosmanów (tym razem B) jest Izrael mający w ostatnim czasie na koncie Dericka Sharpa, Jamie Arnolda, Davida Bluthenthala, Chrisa Watsona, Jerona Robertsa oraz Corry'ego Carra.
Dość mocno tendencji opierają się Francuzi, którzy kładą duży nacisk na liczbę graczy w lidze z francuskim paszportem. Naturalizowany był tylko wspomniany wcześniej Tariq Kirksay, ale on miał francuskiego rodzica podobnie jak Tony Parker. Tutaj spore znaczenie mają spore zasoby koszykarzy własnych jak i z wszelkich byłych kolonii.
I jeśli chodzi o bardziej kluczowe naturalizacje Amerykanów udało mi się wymienić chyba wszystkie najważniejsze. Skupiłem się na nich bo połapanie się we wszystkich tych europejskich jest dość skomplikowane ze względu na migracje, różnych rodziców, liczące się mniejszości. Byłoby to szczególnie trudne na linii bałkańsko-grecko-turecko-dawnoradzieckiej, której efektem są tacy gracze jak Radoslav Makris, Alexis Amanatidis, Lazaros Papadopoulos, Iakovos Tsakilidis, Mirsad Turkcan czy Ermal Turkoglu. Z podobnych względów ciężko zająć się reprezentacją Niemiec, w której typowo niemieckie nazwiska są rzadkością, która korzysta z naturalizacji normalnej (Demond Greene), potwierdzenia obywatelstwa (Chris Kaman), faktu, iż zawodnik jako syn amerykańskiego żołnierza urodził się w Niemczech (Robert Garrett), Polaków bliższych (Wysocki), dalszych (Jagla) i hipotetycznie bardzo dalekich (Nowitzki) oraz innych mniejszości (Okulaja, Arigbabu, Demirel, Pesić).
Ogrom zjawiska sprawia, że stosowane w wielu ligach limity tracą skuteczność i sens. Czy to znaczy, że należy je w ogóle zlikwidować? Niekoniecznie. Powinny być jednak one tworzone przy większym udziale klubów, a nie administracyjnych nakazów, bo jak widać na załączonym obrazku co raz gorzej to wszystko funkcjonuje. Nie wspominając o rosnącej irytacjo części kibiców obserwowanym zjawiskiem.
Na koniec pora powrócić na nasze podwórko. Sprawa Logana - już pomijając aspekt sportowy jego wartości dla reprezentacji - pokazuje kompletną sprzeczność działań prezesa Ludwiczuka. Po pierwsze pod względem ideologicznym. Z jednej strony z łatwością i wielką chęcią wpuści do kadry Amerykanina wypierając młodych zdolnych Polaków oraz być może cenne ogranie. Z drugiej strony ustala w lidze limity, które mają przeciwdziałać identycznemu postępowaniu prezesów klubowych. A po drugie pod względem praktycznym. Paszport dla Logana skutecznie odbierze sporo minut dla Polaka w najlepszym Polskim zespole grającym w Eurolidze. Dla Davida granie po 35 minut w meczu to żaden problem.
wtorek, 12 maja 2009
Błąd w Matrixie
Tak to dzisiaj wyglądało. Kto po niesamowitym wsadzie Daniela Ewinga nad Robertem Witką uwierzyłby w to wszystko co wydarzyło się później? Brak słów na to wszystko co wydarzyło się w tym nieprawdopodobnym meczu. Także tyle o nim. Ważniejsze są jego konsekwencje.
Spotkanie przejdzie niewątpliwie do historii. Pytanie - czy rzeczywiście odciśnie jakieś piętno na tej serii poza byciem ciekawostką i ulubionym argumentem krytyków trenera Pacesasa. Przewaga Prokomu przed finałem była niepodważalna i sportowo się niewiele zmieniło. Nie jest to zwykłe 1:1. Jest to jeden-jeden po zdarzeniu na granicy prawdopodobieństwa. Dziś Turów wierzy w niemożliwe, a Prokom się boi. I nie ma przewagi parkietu. Przy bardziej wyrównanych zespołach takie zdarzenie mogło by mieć decydujące dla tytułu znaczenie. Wystarczy sobie przypomnieć ubiegłoroczny finał. Turów prowadził 2:1 w rywalizacji i wyraźnie kontrolował przebieg meczu, który mógł dać 3:1. Milan Gurović postanowił się pobić na boisku i w moim odczuciu to wydarzenie odwróciło bieg wydarzeń.
W tym sezonie jednak Turów ma zdecydowanie mniej argumentów. Dziś do wyrwania zwycięstwa potrzeba było kilkanaście minut strefy, kompletnej indolencji sopocian i doskonałej skuteczności zgorzelczan. Ciężko liczyć na powtórkę. Teraz wszystko jest w głowach przede wszystkim graczy Prokomu, bo to oni wciąż mają wszelkie atuty w ręku. Kluczowa może być atmosfera w szatni po dzisiejszej tragedii oraz umiejętność odcięcia się od tego spotkania i skoncentrowania się na kolejnym meczu. Metody niekonwencjonalne - jak odpuszczenie treningu i zajęciem się zupełnie czymś innym mile widziane. Mało piłek, mało taktyki. Jedno tylko ważne przed kolejnym starciem - zbudować grę przeciwko strefie.
Dziś finał jest w zawieszeniu, przewidzenie w którą stronę powieje wiatr szalenie trudne. Właśnie przez brak danych o stanie mentalnym, chemii w zespole mistrzów Polski. Ten Prokom ma dużą zdolność wygrzebywania się z tarapatów. Trener Pacesas do wyciągania wniosków po błędach. To wciąż faworyt, który jest w stanie zakończyć serię wynikiem 4:1, co uczyniłoby ten finał najdziwniejszym w historii PLK. A jak to się skończy? Mecz nr 3 odpowie na wiele pytań...
No i jednak czasem u nas też Amazing Happens:
Spotkanie przejdzie niewątpliwie do historii. Pytanie - czy rzeczywiście odciśnie jakieś piętno na tej serii poza byciem ciekawostką i ulubionym argumentem krytyków trenera Pacesasa. Przewaga Prokomu przed finałem była niepodważalna i sportowo się niewiele zmieniło. Nie jest to zwykłe 1:1. Jest to jeden-jeden po zdarzeniu na granicy prawdopodobieństwa. Dziś Turów wierzy w niemożliwe, a Prokom się boi. I nie ma przewagi parkietu. Przy bardziej wyrównanych zespołach takie zdarzenie mogło by mieć decydujące dla tytułu znaczenie. Wystarczy sobie przypomnieć ubiegłoroczny finał. Turów prowadził 2:1 w rywalizacji i wyraźnie kontrolował przebieg meczu, który mógł dać 3:1. Milan Gurović postanowił się pobić na boisku i w moim odczuciu to wydarzenie odwróciło bieg wydarzeń.
W tym sezonie jednak Turów ma zdecydowanie mniej argumentów. Dziś do wyrwania zwycięstwa potrzeba było kilkanaście minut strefy, kompletnej indolencji sopocian i doskonałej skuteczności zgorzelczan. Ciężko liczyć na powtórkę. Teraz wszystko jest w głowach przede wszystkim graczy Prokomu, bo to oni wciąż mają wszelkie atuty w ręku. Kluczowa może być atmosfera w szatni po dzisiejszej tragedii oraz umiejętność odcięcia się od tego spotkania i skoncentrowania się na kolejnym meczu. Metody niekonwencjonalne - jak odpuszczenie treningu i zajęciem się zupełnie czymś innym mile widziane. Mało piłek, mało taktyki. Jedno tylko ważne przed kolejnym starciem - zbudować grę przeciwko strefie.
Dziś finał jest w zawieszeniu, przewidzenie w którą stronę powieje wiatr szalenie trudne. Właśnie przez brak danych o stanie mentalnym, chemii w zespole mistrzów Polski. Ten Prokom ma dużą zdolność wygrzebywania się z tarapatów. Trener Pacesas do wyciągania wniosków po błędach. To wciąż faworyt, który jest w stanie zakończyć serię wynikiem 4:1, co uczyniłoby ten finał najdziwniejszym w historii PLK. A jak to się skończy? Mecz nr 3 odpowie na wiele pytań...
No i jednak czasem u nas też Amazing Happens:
piątek, 8 maja 2009
Plotki, transfery, zmiany # 3
Minęło trochę czasu od ostatniego raportu. Z początku niewiele się ciekawego w kwestii transferów się działo, później brakowało czasu żeby zabrać się za pisanie. A więc pora zabrać się za zaległości.
Na początek sprawa, którą niejako wywołałem w ostatnim raporcie. Otóż wspomniałem o Jonie Steffansonie, który po roku spędzonym na grze na uboczu - w lidze islandzkiej - powinien wrócić do poważnej koszykówki tego lata. Kilka dni po tych słowach okazało się, że Jon postanowił wrócić szybciej - podpisując do końca obecnego sezonu kontrakt z Bennettonem Treviso.
Mamy za sobą pierwsze ruchy klubów euroligowych. Zasiedziały już na dobre w Realu Madyt Louis Bullock pozostanie tam jeszcze na kolejne dwa lata. Natomiast Alba Berlin doceniła Lukę Pavicevicia przedłużając jego kontrakt aż do 2012 roku. Były gracz Anwilu Włocławek przywrócił Albie mistrzostwo kraju oraz grę w Eurolidze po czterech latach przerwy. W czasie wszystkich tych czterech lat Alba zajmowała 1. miejsce po sezonie zasadniczym, ale często nie potrafiła wejść nawet do finału.
Podobnie jak przed rokiem na kilka miesięcy przed zakończeniem sezonu z Panathinaikosem Ateny dogadany był Nikola Peković, tak teraz podobna sytuacja ma miejsce z Milenko Tepiciem. Domniemana kwota wykupu ma wynosić aż milion Euro. Co wydaje się jednak kwotą dość przesadzoną. Można odnieść wrażenie, że trener Zeljko Obradović najchętniej otworzyłby sobie filię Partizana Belgrad w Atenach. Niestety obowiązujące w lidze greckiej limity wciąż mogą być problemem.

Po porażce w FinalFour Euroligi Olympiakos Pireus postanowił zwolnić Jannero Pargo. Dalsze trzymanie Amerykanina w zespole nie miało sensu, gdyż w greckiej ESAKE może występować tylko dwóch zawodników spoza Europy w jednym zespole. A te miejsca są już zajęte przez Josha Childressa oraz Lynna Greera. Pargo natomiast już od przyszłego sezonu może powrócić do swojego byłego klubu w NBA - New Orleans Hornets. Historia tego gracza może być pierwszą w dziejach lustrzaną drogą w stosunku do tej, którą przechodziło wielu europejskich graczy niesprawdzających się w NBA. Udane występy za oceanem, przybycie do Europy, brak pieniędzy w Dynamo, totalna porażka sportowa w Pireusie i powrót na stare śmieci w NBA. Bilans transferów zza oceanu ostatniego lata, to w ogóle bardzo interesujący temat, ale nie tutaj na to miejsce.
Travis Hansen opuścił Dynamo Moskwa. Powodem takiej decyzji był brak wypłacanych pensji. Jeden z ambitniejszych koszykarskich klubów w ostatnich latach rozpada się jak domek z kart. To właśnie w Dynamo najmocniej ugodził kryzys oraz wprowadzenie zakazu finansowania klubów z budżetów rosyjskich miast. Niewykluczone, że klub przestanie istnieć. Kryzys w Rosji zadziałał z ogromną mocą. W CSKA Moskwa po raz pierwszy od 10 lat były opóźnienia w wypłatach, a budżet na przyszły rok skurczy się aż o 20%. Ironią losu jest, że przed tym sezonem to właśnie działacze Dynamo deklarowali, że chętnie zagrają pokazowe sparingi z odbudowanym zespołem Śląska...

Pozostając przy Hansenie. Ten cenny dla każdego rosyjskiego klubu ze względu na swój rosyjski paszport gracz jest w kręgu zainteresowań (nie mylicie się) Maccabi Tel-Aviv. Montując plotki możemy otrzymać całkiem ciekawy obwód białych Amerykanów: Wiśniewski - Hansen - Eidson. Na celowniku Gershona jest także wschodząca gwiazda Euroligi, perła sensacyjnego Partizana Belgrad - Novica Velicković. Młody Serb miałby zastąpić ponoć dogadanego już z TAU Liora Elyahu. Jak widać na załączonych obrazkach karuzela transferowa rozkręca się na poważnie.
Prezydent Pamesy Walencja Manuel Llorente zagroził wycofaniem zespołu z ACB wobec planów Jordiego Bertomeu w sprawie długoterminowych kontraktów w Eurolidze. Na stałe miejsce mogłyby liczyć aż cztery hiszpańskie kluby - Barcelona, Real, Unicaja i TAU, co w ogromnym stopniu minimalizowałoby szanse Pamesy na występ w tych rozgrywkach. Zapowiedź Llorente jest zapewne podobnie jak zapowiedzi Prokomu o wycofaniu się z Euroligi wobec nowych limitów w PLK tylko próbą wywarcia nacisku na zmianę decyzji. Ciężko się dziwić Pamesie. Nie zmienia to jednak faktu, że krytykowana przez lata polityka Bertomeu zdaje egzamin. Co szczególnie uwidoczniło się w obliczu kryzysu. A to także na inny temat.

David Andersen, który miał doskonały występ w półfinale Euroligi przeciwko CSKA, żali się stosowany w NBA system praw do zawodnika wybranego w drafcie. Od wielu lat spekuluje się na temat jego odejścia do Atlanta Hawks, ale przez ciągły brak jasnej decyzji, Australijczyk jest zwodzony co lato. Gdyby Atlanta zdecydował się, że nie chce tego zawodnika z całą pewnością łatwiej byłoby mu o zatrudnienie w innym klubie NBA.
Były mistrz NBA z Miami Heat Wayne Simien postanowił zakończyć karierę w wieku 26 lat. Zawodnik, który ostatni sezon spędził w hiszpańskim Caceres postanowił w pełni poświęcić się wspólnocie chrześcijańskiej i pracy z młodymi sportowcami.
Jedni przedwcześnie kończą kariery. Inni chcą przedwcześnie je zaczynać. Jeremy Tyler 17-latek z liceum w San Diego chce pójść o krok dalej niż przed rokiem Brandon Jennings. Planuje zacząć profesjonalną karierę w Europie opuszczając nie tylko jeden rok w NCAA, ale także ostatni rok liceum. Krok Jenningsa będzie można w pełni ocenić zapewne po drafcie i jego występach w NBA, ale na chwilę obecną wygląda dość przeciętnie. Niezbyt wiele wydziałem w tym sezonie Lottomatiki, ale co dało się zauważyć - Jennings swoje minuty miał, ale jako gracz mający być w przyszłości rozgrywającym w ogóle się tym nie zajmował. Grał jako SG a rozgrywali: Ibrahim Jaaber, Sani Becirović czy Giachetti Jacopo. Teraz po dołączeniu do rzymskiego zespołu Rubena Douglasa jego czas gry zmalał już do wymiaru symbolicznego. Oczywiście nie musi mieć to wszystko przełożenie bo Tyler to zawodnik podkoszowy i trochę jest to specyfika. Z całą pewnością jego pozycja jest trochę bardziej odporna na niedoświadczenie. Wszystko zależy od tego czy znajdą się w Europie chętni na talent nastolatka.
Plotki, transfery, zmiany # 2
Na początek sprawa, którą niejako wywołałem w ostatnim raporcie. Otóż wspomniałem o Jonie Steffansonie, który po roku spędzonym na grze na uboczu - w lidze islandzkiej - powinien wrócić do poważnej koszykówki tego lata. Kilka dni po tych słowach okazało się, że Jon postanowił wrócić szybciej - podpisując do końca obecnego sezonu kontrakt z Bennettonem Treviso.
Mamy za sobą pierwsze ruchy klubów euroligowych. Zasiedziały już na dobre w Realu Madyt Louis Bullock pozostanie tam jeszcze na kolejne dwa lata. Natomiast Alba Berlin doceniła Lukę Pavicevicia przedłużając jego kontrakt aż do 2012 roku. Były gracz Anwilu Włocławek przywrócił Albie mistrzostwo kraju oraz grę w Eurolidze po czterech latach przerwy. W czasie wszystkich tych czterech lat Alba zajmowała 1. miejsce po sezonie zasadniczym, ale często nie potrafiła wejść nawet do finału.
Podobnie jak przed rokiem na kilka miesięcy przed zakończeniem sezonu z Panathinaikosem Ateny dogadany był Nikola Peković, tak teraz podobna sytuacja ma miejsce z Milenko Tepiciem. Domniemana kwota wykupu ma wynosić aż milion Euro. Co wydaje się jednak kwotą dość przesadzoną. Można odnieść wrażenie, że trener Zeljko Obradović najchętniej otworzyłby sobie filię Partizana Belgrad w Atenach. Niestety obowiązujące w lidze greckiej limity wciąż mogą być problemem.

Po porażce w FinalFour Euroligi Olympiakos Pireus postanowił zwolnić Jannero Pargo. Dalsze trzymanie Amerykanina w zespole nie miało sensu, gdyż w greckiej ESAKE może występować tylko dwóch zawodników spoza Europy w jednym zespole. A te miejsca są już zajęte przez Josha Childressa oraz Lynna Greera. Pargo natomiast już od przyszłego sezonu może powrócić do swojego byłego klubu w NBA - New Orleans Hornets. Historia tego gracza może być pierwszą w dziejach lustrzaną drogą w stosunku do tej, którą przechodziło wielu europejskich graczy niesprawdzających się w NBA. Udane występy za oceanem, przybycie do Europy, brak pieniędzy w Dynamo, totalna porażka sportowa w Pireusie i powrót na stare śmieci w NBA. Bilans transferów zza oceanu ostatniego lata, to w ogóle bardzo interesujący temat, ale nie tutaj na to miejsce.
Travis Hansen opuścił Dynamo Moskwa. Powodem takiej decyzji był brak wypłacanych pensji. Jeden z ambitniejszych koszykarskich klubów w ostatnich latach rozpada się jak domek z kart. To właśnie w Dynamo najmocniej ugodził kryzys oraz wprowadzenie zakazu finansowania klubów z budżetów rosyjskich miast. Niewykluczone, że klub przestanie istnieć. Kryzys w Rosji zadziałał z ogromną mocą. W CSKA Moskwa po raz pierwszy od 10 lat były opóźnienia w wypłatach, a budżet na przyszły rok skurczy się aż o 20%. Ironią losu jest, że przed tym sezonem to właśnie działacze Dynamo deklarowali, że chętnie zagrają pokazowe sparingi z odbudowanym zespołem Śląska...

Pozostając przy Hansenie. Ten cenny dla każdego rosyjskiego klubu ze względu na swój rosyjski paszport gracz jest w kręgu zainteresowań (nie mylicie się) Maccabi Tel-Aviv. Montując plotki możemy otrzymać całkiem ciekawy obwód białych Amerykanów: Wiśniewski - Hansen - Eidson. Na celowniku Gershona jest także wschodząca gwiazda Euroligi, perła sensacyjnego Partizana Belgrad - Novica Velicković. Młody Serb miałby zastąpić ponoć dogadanego już z TAU Liora Elyahu. Jak widać na załączonych obrazkach karuzela transferowa rozkręca się na poważnie.
Prezydent Pamesy Walencja Manuel Llorente zagroził wycofaniem zespołu z ACB wobec planów Jordiego Bertomeu w sprawie długoterminowych kontraktów w Eurolidze. Na stałe miejsce mogłyby liczyć aż cztery hiszpańskie kluby - Barcelona, Real, Unicaja i TAU, co w ogromnym stopniu minimalizowałoby szanse Pamesy na występ w tych rozgrywkach. Zapowiedź Llorente jest zapewne podobnie jak zapowiedzi Prokomu o wycofaniu się z Euroligi wobec nowych limitów w PLK tylko próbą wywarcia nacisku na zmianę decyzji. Ciężko się dziwić Pamesie. Nie zmienia to jednak faktu, że krytykowana przez lata polityka Bertomeu zdaje egzamin. Co szczególnie uwidoczniło się w obliczu kryzysu. A to także na inny temat.

David Andersen, który miał doskonały występ w półfinale Euroligi przeciwko CSKA, żali się stosowany w NBA system praw do zawodnika wybranego w drafcie. Od wielu lat spekuluje się na temat jego odejścia do Atlanta Hawks, ale przez ciągły brak jasnej decyzji, Australijczyk jest zwodzony co lato. Gdyby Atlanta zdecydował się, że nie chce tego zawodnika z całą pewnością łatwiej byłoby mu o zatrudnienie w innym klubie NBA.
Były mistrz NBA z Miami Heat Wayne Simien postanowił zakończyć karierę w wieku 26 lat. Zawodnik, który ostatni sezon spędził w hiszpańskim Caceres postanowił w pełni poświęcić się wspólnocie chrześcijańskiej i pracy z młodymi sportowcami.
Jedni przedwcześnie kończą kariery. Inni chcą przedwcześnie je zaczynać. Jeremy Tyler 17-latek z liceum w San Diego chce pójść o krok dalej niż przed rokiem Brandon Jennings. Planuje zacząć profesjonalną karierę w Europie opuszczając nie tylko jeden rok w NCAA, ale także ostatni rok liceum. Krok Jenningsa będzie można w pełni ocenić zapewne po drafcie i jego występach w NBA, ale na chwilę obecną wygląda dość przeciętnie. Niezbyt wiele wydziałem w tym sezonie Lottomatiki, ale co dało się zauważyć - Jennings swoje minuty miał, ale jako gracz mający być w przyszłości rozgrywającym w ogóle się tym nie zajmował. Grał jako SG a rozgrywali: Ibrahim Jaaber, Sani Becirović czy Giachetti Jacopo. Teraz po dołączeniu do rzymskiego zespołu Rubena Douglasa jego czas gry zmalał już do wymiaru symbolicznego. Oczywiście nie musi mieć to wszystko przełożenie bo Tyler to zawodnik podkoszowy i trochę jest to specyfika. Z całą pewnością jego pozycja jest trochę bardziej odporna na niedoświadczenie. Wszystko zależy od tego czy znajdą się w Europie chętni na talent nastolatka.
Plotki, transfery, zmiany # 2
środa, 6 maja 2009
Amazing...
Ten dwumecz nie był szałowy. Ale i tak dramaturgią obdzieliłby pół naszej rodzimej ligi. Generalnie nie jestem wielkim fanem piłki, ale z jedną drużyną się związałem, dzięki wizycie w młodości na ich stadionie. Dzięki czytaniu o represjach ze strony generała Franco. Nawet dzięki temu, że przeżywali trudne chwile i potem wspaniale z nich wyszli. Dzisiaj awansowali do ścisłego finału Ligi Mistrzów po golu w doliczonym czasie gry. Zwycięzców się ponoć nie sądzi, więc powiem tylko to, co czuję - jestem zachwycony.
Pewien portal promuje stwierdzenie, że jedno zdjęcie jest równe tysiącu słów. Po co więc pisać o tym, co przeżyłem przed chwilą - wystarczy jedno zdjęcie.

Ostatnio mogłem podziękować Panathinaikosowi, dziś dziękuję Tobie, Barcelono !
Pewien portal promuje stwierdzenie, że jedno zdjęcie jest równe tysiącu słów. Po co więc pisać o tym, co przeżyłem przed chwilą - wystarczy jedno zdjęcie.

Ostatnio mogłem podziękować Panathinaikosowi, dziś dziękuję Tobie, Barcelono !
poniedziałek, 4 maja 2009
Jeszcze o Final 4 Euroligi: w obliczu zmiany warty
Nie udał się mistrzom Euroligi rewanż za finał AD 2007. Tak jak przed dwoma laty w starciu arcymistrzów europejskiej koszykówki górą Panathinaikos – 73:71.Zgodnie z tradycją ostatnich sezonów mistrzowie nie obronili tytułu najlepszej drużyny Europy, a na tronie zasiada nowy król. W finale pocieszenia Barcelona wyraźnie lepsza od Olympiacosu Pireus.
Początek spotkania należał do CSKA Moskwa. Podopieczni Ettore Messiny, dowodzeni przez dobrze dysponowany duet JR Holden – Viktor Hriapa objęli prowadzenie i wszystko zdawało się iść po ich myśli. Tak to jednak bywa w koszykówce z początkami spotkań, że najczęściej nie mają przełożenia na końcowy wynik. Tak samo było w piątek, gdy po świetnym otwarciu i wygranej pierwszej połowie Barcelona dała sobie wydrzeć Rosjanom zwycięstwo i awans do finału.
Tym razem na powrót do gry przegrywającej ekipy nie trzeba było czekać do dużej przerwy. Ateńczycy po dwóch akcjach Vasilisa Spanoulisa złapali kontakt z mistrzami Rosji. Pretendenci do tytułu coraz mocniej zaznaczali swoją przewagę w walce o zbiórki. To właśnie po udanych zbiórkach w ataku i dobitkach Nikoli Pekovicia i Drew Nicholasa Pao objęło swoje pierwsze prowadzenie w meczu. Skalę tej przewagi oddaje fakt, że zespół z Grecji w tylko pod atakowanym koszem zanotował więcej zbiórek, niż CSKA globalnie. (11do 10). Swojego rytmu nie mógł odnaleźć bohater dwóch ostatnich turniejów Final Four, Ramunas Siskauskas, ale do tego można już przywyknąć.”Siska” wzorem gwiazd NBA piąty bieg włączał zawsze po przerwie.
Podobnie było i tym razem, choć można odnieść wrażenie, że ten motyw w grze moskwian był już nieco zgrany. Niby po przerwie gwiazdy zaczęły trafiać, a i obrona wreszcie nieco zgęstniała. „Koniczynki” dały się w trzeciej kwarcie zastopować na 56 punktach, zaś moskiewski run 13:0 przewyższył osiągnięcie ze spotkania z Barceloną, gdy to 11 oczek z rzędu podłamały ducha „Dumy Katalonii”. „Spirit” ekipy z Aten był jednak trwalszy, bo podopieczni Żeljko Obradovicia wytrzymali napór moskwian i odpowiedzieli kolejnymi udanymi akcjami.
Był to dobry wieczór dla rodowitych Greków w szeregach „Zielonych”. Swoje zrobiły oczywiście gwiazdy zagraniczne, jak Sarunas Jasikevicius, toczący z Siskauskasem pojedynek liderów z kolegą z litewskiej kadry. Bez Mike’a Batiste i Nikoli Pekovicia nie byłoby wspominanej przewagi w zbiórkach nowo kreowanych czempionów. Jednakże w kluczowych momentach spotkania, gdy CSKA niwelowała przewagę poniżej 10 punktów, na bohaterów wyrastali Antonis Fotsis, Dimitris Diamantidis, czy gracz drugiego planu, Stratos Perperoglu. Na nic zdała się szalona pogoń mistrzów sprzed roku i podjęcie przez nich rękawicy w walce na deskach (ostatecznie, to Rosjanie byli lepsi w tym elemencie 28:26). Mimo błędów popełnianych przy rozgrywaniu akcji, Grecy udźwignęli presję w zaciętej końcówce i trafiając rzuty wolne. Ich rywale mieli swoje szanse, ale zmęczeni herosi ostatnich sezonów, Matjaz Smodis i wspominany Siskauskas spudłowali w sytuacji, gdy wynik był jeszcze sprawą otwartą i obrońcom tytułu zabrakło czasu, by odrobić straty. W zespole rosyjskim równą formę przez cały mecz prezentował JR Holden. Był też najlepszym strzelcem spotkania, co przy dorobku 14 oczek, uzmysławia, że na tym poziomie w europejskim baskecie rzadkością są indywidualne popisy. Piątkowy show Siskauskasa był więc raczej aberracją niż regułą. Swoją drogą osobiści spodziewałem się niższego rezultatu, więc na poziom widowiska nie mam prawa narzekać.
Panathinaikos dobrze odrobił lekcję sprzed roku. Doświadczone, ale już nieco wypalone ogniwa, jak Dejan Tomasević zostały zastąpione świeżą dawką czystej energii, w postaci takich głodnych wilków jak Peković, Drew Nicholas, czy wracający na stare śmieci Fotsis. Udane połączenie rutyny z młodością często jest dobrym przepisem na sukces, ale jak zwykle łatwiej o tym napisać niż to wykonać. Na szczęście dla kibiców Pao trenerem ich drużyny jest najbardziej utytułowany aktywny trener basketu w Europie. Wierny tradycji szkoły bałkańskiej, ale też wystarczająco otwarty na nowe trendy (jak choćby odważniejsze włączenie do zespołu zawodników amerykańskich), by nie odstawać od młodszych kolegów pod względem innowacyjności. To dobry klucz do wygrywania, ale czy wystarczy, by obronić zajętą pozycję za rok?
Wydaje się, że co najmniej tyle samo pracy, co Panathinaikos zeszłego lata, czeka teraz władze CSKA. Trzydziestokilkuletni weterani potrzebują lepszego wsparcia młodszego pokolenia, a niektórzy gracze muszą po prostu zregenerować siły, co planuje uczynić Siskauskas, rezygnując z letniej przygody z reprezentacją Litwy. Czy na tym zmiany się zakończą, dowiemy się obserwując pierwsze ruchy na rynku transferowym. Rok temu szefowie rosyjskiego klubu musieli bardziej koncentrować się na uchronieniu swych głównych postaci (trener Mesina, Smodis, David Andersen, JR Holden, Theo Papaloukas) przed zakusami konkurencji. Teraz sami mogą się zabrać do bardziej twórczej działalności na rynku. Łatwo im nie będzie, bo w europejskiej koszykówce (i nie tylko) skończyło się eldorado i bezkrytyczne szastanie pieniędzmi. Także na Wschodzie Europy, gdzie do niedawna wydawały się nie obowiązywać żadne prawa ekonomii..
W cieniu finału, Barcelona i Olympiacos Pireus rozstrzygnęły między sobą kwestię trzeciego miejsca w sezonie 2008/09. Pojedynek o honor i prestiż wyraźnie wygrała ekipa z Katalonii, nawiązując nieco do fenomenalnego wyczyny ich kolegów ze stadionu Camp Nou. Teraz musi ona skupić się na odzyskaniu tytułu na krajowym podwórku, bo jeśli i tego celu nie zrealizuje, baty, jakie sprawiła Grekom pójdą w zapomnienie. A walka w lidze ACB, to jakby przedłużenie sezonu Euroligi w innych dekoracjach. Mistrzowskie plany ma przecież TAU Ceramica Vitoria, Unicaja Malaga, czy, jakżeby inaczej – Real Madryt.
Dla Olympiakosu sprawa jest prosta. Pierwsza część zadania na ten sezon nie została wykonana. Nad graczami Panayotisa Giannakisa nadal wisi klątwa Pao i jedyną drogę do jej zdjęcia stanowi pokonanie „Koniczynek” w finale ligi greckiej. Miło byłoby zobaczyć Lynna Greera z prestiżowym pucharem w dłoniach, ale szczerze mówiąc łatwiej byłoby wróżyć jego drużynie sukces w pojedynczym meczu Final Four, niż w serii meczów play off.
Początek spotkania należał do CSKA Moskwa. Podopieczni Ettore Messiny, dowodzeni przez dobrze dysponowany duet JR Holden – Viktor Hriapa objęli prowadzenie i wszystko zdawało się iść po ich myśli. Tak to jednak bywa w koszykówce z początkami spotkań, że najczęściej nie mają przełożenia na końcowy wynik. Tak samo było w piątek, gdy po świetnym otwarciu i wygranej pierwszej połowie Barcelona dała sobie wydrzeć Rosjanom zwycięstwo i awans do finału.
Tym razem na powrót do gry przegrywającej ekipy nie trzeba było czekać do dużej przerwy. Ateńczycy po dwóch akcjach Vasilisa Spanoulisa złapali kontakt z mistrzami Rosji. Pretendenci do tytułu coraz mocniej zaznaczali swoją przewagę w walce o zbiórki. To właśnie po udanych zbiórkach w ataku i dobitkach Nikoli Pekovicia i Drew Nicholasa Pao objęło swoje pierwsze prowadzenie w meczu. Skalę tej przewagi oddaje fakt, że zespół z Grecji w tylko pod atakowanym koszem zanotował więcej zbiórek, niż CSKA globalnie. (11do 10). Swojego rytmu nie mógł odnaleźć bohater dwóch ostatnich turniejów Final Four, Ramunas Siskauskas, ale do tego można już przywyknąć.”Siska” wzorem gwiazd NBA piąty bieg włączał zawsze po przerwie.
Podobnie było i tym razem, choć można odnieść wrażenie, że ten motyw w grze moskwian był już nieco zgrany. Niby po przerwie gwiazdy zaczęły trafiać, a i obrona wreszcie nieco zgęstniała. „Koniczynki” dały się w trzeciej kwarcie zastopować na 56 punktach, zaś moskiewski run 13:0 przewyższył osiągnięcie ze spotkania z Barceloną, gdy to 11 oczek z rzędu podłamały ducha „Dumy Katalonii”. „Spirit” ekipy z Aten był jednak trwalszy, bo podopieczni Żeljko Obradovicia wytrzymali napór moskwian i odpowiedzieli kolejnymi udanymi akcjami.
Był to dobry wieczór dla rodowitych Greków w szeregach „Zielonych”. Swoje zrobiły oczywiście gwiazdy zagraniczne, jak Sarunas Jasikevicius, toczący z Siskauskasem pojedynek liderów z kolegą z litewskiej kadry. Bez Mike’a Batiste i Nikoli Pekovicia nie byłoby wspominanej przewagi w zbiórkach nowo kreowanych czempionów. Jednakże w kluczowych momentach spotkania, gdy CSKA niwelowała przewagę poniżej 10 punktów, na bohaterów wyrastali Antonis Fotsis, Dimitris Diamantidis, czy gracz drugiego planu, Stratos Perperoglu. Na nic zdała się szalona pogoń mistrzów sprzed roku i podjęcie przez nich rękawicy w walce na deskach (ostatecznie, to Rosjanie byli lepsi w tym elemencie 28:26). Mimo błędów popełnianych przy rozgrywaniu akcji, Grecy udźwignęli presję w zaciętej końcówce i trafiając rzuty wolne. Ich rywale mieli swoje szanse, ale zmęczeni herosi ostatnich sezonów, Matjaz Smodis i wspominany Siskauskas spudłowali w sytuacji, gdy wynik był jeszcze sprawą otwartą i obrońcom tytułu zabrakło czasu, by odrobić straty. W zespole rosyjskim równą formę przez cały mecz prezentował JR Holden. Był też najlepszym strzelcem spotkania, co przy dorobku 14 oczek, uzmysławia, że na tym poziomie w europejskim baskecie rzadkością są indywidualne popisy. Piątkowy show Siskauskasa był więc raczej aberracją niż regułą. Swoją drogą osobiści spodziewałem się niższego rezultatu, więc na poziom widowiska nie mam prawa narzekać.
Panathinaikos dobrze odrobił lekcję sprzed roku. Doświadczone, ale już nieco wypalone ogniwa, jak Dejan Tomasević zostały zastąpione świeżą dawką czystej energii, w postaci takich głodnych wilków jak Peković, Drew Nicholas, czy wracający na stare śmieci Fotsis. Udane połączenie rutyny z młodością często jest dobrym przepisem na sukces, ale jak zwykle łatwiej o tym napisać niż to wykonać. Na szczęście dla kibiców Pao trenerem ich drużyny jest najbardziej utytułowany aktywny trener basketu w Europie. Wierny tradycji szkoły bałkańskiej, ale też wystarczająco otwarty na nowe trendy (jak choćby odważniejsze włączenie do zespołu zawodników amerykańskich), by nie odstawać od młodszych kolegów pod względem innowacyjności. To dobry klucz do wygrywania, ale czy wystarczy, by obronić zajętą pozycję za rok?
Wydaje się, że co najmniej tyle samo pracy, co Panathinaikos zeszłego lata, czeka teraz władze CSKA. Trzydziestokilkuletni weterani potrzebują lepszego wsparcia młodszego pokolenia, a niektórzy gracze muszą po prostu zregenerować siły, co planuje uczynić Siskauskas, rezygnując z letniej przygody z reprezentacją Litwy. Czy na tym zmiany się zakończą, dowiemy się obserwując pierwsze ruchy na rynku transferowym. Rok temu szefowie rosyjskiego klubu musieli bardziej koncentrować się na uchronieniu swych głównych postaci (trener Mesina, Smodis, David Andersen, JR Holden, Theo Papaloukas) przed zakusami konkurencji. Teraz sami mogą się zabrać do bardziej twórczej działalności na rynku. Łatwo im nie będzie, bo w europejskiej koszykówce (i nie tylko) skończyło się eldorado i bezkrytyczne szastanie pieniędzmi. Także na Wschodzie Europy, gdzie do niedawna wydawały się nie obowiązywać żadne prawa ekonomii..
W cieniu finału, Barcelona i Olympiacos Pireus rozstrzygnęły między sobą kwestię trzeciego miejsca w sezonie 2008/09. Pojedynek o honor i prestiż wyraźnie wygrała ekipa z Katalonii, nawiązując nieco do fenomenalnego wyczyny ich kolegów ze stadionu Camp Nou. Teraz musi ona skupić się na odzyskaniu tytułu na krajowym podwórku, bo jeśli i tego celu nie zrealizuje, baty, jakie sprawiła Grekom pójdą w zapomnienie. A walka w lidze ACB, to jakby przedłużenie sezonu Euroligi w innych dekoracjach. Mistrzowskie plany ma przecież TAU Ceramica Vitoria, Unicaja Malaga, czy, jakżeby inaczej – Real Madryt.
Dla Olympiakosu sprawa jest prosta. Pierwsza część zadania na ten sezon nie została wykonana. Nad graczami Panayotisa Giannakisa nadal wisi klątwa Pao i jedyną drogę do jej zdjęcia stanowi pokonanie „Koniczynek” w finale ligi greckiej. Miło byłoby zobaczyć Lynna Greera z prestiżowym pucharem w dłoniach, ale szczerze mówiąc łatwiej byłoby wróżyć jego drużynie sukces w pojedynczym meczu Final Four, niż w serii meczów play off.
niedziela, 3 maja 2009
Na szybko po finale Euroligi - gloria Pao! gloria victis CSKA!
eszcze pełen zachwytu, pełen emocji i zdumienia. Zapewne solidniejszy opis ostatniego meczu euroligowego sezonu 2008/2009 trafi tu później od lukama. Ja zrobię to może mniej dbale, ale co tam...
Na początku gratulacje. Jak zwyczaj nakazuje najpierw zwycięzcy. Gloria Pao!- Panathinaikos zdobył właśnie piąty tytuł najlepszej ekipy Starego Kontynentu. PAO dokonało tego pod wodzą Zelimira Obradovica, który do swojego bogatego CV dopisuje czwarty tytuł z ateńskim klubem, a siódmy w ogóle. Serb również trzeci raz w decydującym starciu najlepszej ligi Europy uciera nosa Messinie, wychodząc z tarczą. Włoch może śmiało mówić o kompleksie wobec „Zeljko”.
Dalszy punkt chwalebnej wyliczanki to oczywiście chwila dla Sarunasa Jasikeviciusa. Litwin po triumfach z Barceloną i Maccabi Tel Aviv dopisuje euroligową zdobycz z „Zielonymi” z Aten. Po dzisiejszym sukcesie jego nazwisko przez długi czas nie zejdzie z samego szczytu legend europejskiej koszykówki. Warto jeszcze wspomnieć o takich graczach jak Dusan Sakota, Dimitros Diamantidis, Kostas Tsartsaris i rzecz jasna Michaelu Batiste. To grono ostało się jeszcze ze zwycięskiego Panathinaikosu z roku 2007. Teraz powtórzyli swoje osiągnięcie. Gratulacje dla pozostałej części drużyny, którzy teraz na piedestale poznają smak tej jedynej w swoim rodzaju wiktorii.
Splendor wygranych spływa na ateńczyków, ale gdyby nie pogoń CSKA pewnie nie pisałbym z takim podekscytowaniem o tym finale. Ettore Messina zdołał wskrzesić swój zespół mimo aż dwudziestopunktowej straty po połowie spotkania. Jak już wcześniej wspomniałem, znów musi uznać geniusz Obradovicia. Teraz można gdybać i szukać przyczyn porażki.
Przestrzelony rzut za trzy mniej, czy osiem a nie dziesięć niecelnych osobistych dałoby obronę Euroligi Rosjanom. Szczęście podobno sprzyja lepszym, a tymi byli dziś koszykarze „Panaty”. Jeśli już wskazywać decydujący czynnik, to od razu w oczy rzuca się wielka jak Rów Mariański różnica na obwodzie. To tam rozstrzygnęły się losy finału i tam Panathinaikos wypracował sobie przewagę, która dopchała drużynę na pierwsze miejsce na podium. Niemniej ogromne wyrazy szacunku za podjęcie rękawicy przez "Armiejców" i zgotowanie najlepszego scenariusza jaki temu meczowi mógł się przytrafić. Gloria victis CSKA!
Airball Holdena i natychmiastowa kontra Jasikeviciusa, podanie za plecami do Nicholasa i celna próba zza łuku tego ostatniego. Niewiarygodne trójki Spanoulisa i Siskauskasa (który decydującą próbę zepsuł), niecelne osobiste Khryapy oraz przerwy na żądanie tuż przed finalnym gwizdkiem. Te zagrania na dłużej znajdą miejsce w naszej pamięci. To tylko kilka rodzynek z tego smacznego dla koszykarskich fanów deseru. Życzę wszystkim i przy okazji sobie takich słodyczy co roku.
P.S. Wspomnę jeszcze o pięknym, wymarzonym jubileuszu serbskiego geniusza Obradovicia. W Atenach właśnie kończy swój dziesiąty sezon na ławce Panathinaikosu, który osłodził sobie dzisiejszą wygraną.
Na początku gratulacje. Jak zwyczaj nakazuje najpierw zwycięzcy. Gloria Pao!- Panathinaikos zdobył właśnie piąty tytuł najlepszej ekipy Starego Kontynentu. PAO dokonało tego pod wodzą Zelimira Obradovica, który do swojego bogatego CV dopisuje czwarty tytuł z ateńskim klubem, a siódmy w ogóle. Serb również trzeci raz w decydującym starciu najlepszej ligi Europy uciera nosa Messinie, wychodząc z tarczą. Włoch może śmiało mówić o kompleksie wobec „Zeljko”.
Dalszy punkt chwalebnej wyliczanki to oczywiście chwila dla Sarunasa Jasikeviciusa. Litwin po triumfach z Barceloną i Maccabi Tel Aviv dopisuje euroligową zdobycz z „Zielonymi” z Aten. Po dzisiejszym sukcesie jego nazwisko przez długi czas nie zejdzie z samego szczytu legend europejskiej koszykówki. Warto jeszcze wspomnieć o takich graczach jak Dusan Sakota, Dimitros Diamantidis, Kostas Tsartsaris i rzecz jasna Michaelu Batiste. To grono ostało się jeszcze ze zwycięskiego Panathinaikosu z roku 2007. Teraz powtórzyli swoje osiągnięcie. Gratulacje dla pozostałej części drużyny, którzy teraz na piedestale poznają smak tej jedynej w swoim rodzaju wiktorii.
Splendor wygranych spływa na ateńczyków, ale gdyby nie pogoń CSKA pewnie nie pisałbym z takim podekscytowaniem o tym finale. Ettore Messina zdołał wskrzesić swój zespół mimo aż dwudziestopunktowej straty po połowie spotkania. Jak już wcześniej wspomniałem, znów musi uznać geniusz Obradovicia. Teraz można gdybać i szukać przyczyn porażki.
Przestrzelony rzut za trzy mniej, czy osiem a nie dziesięć niecelnych osobistych dałoby obronę Euroligi Rosjanom. Szczęście podobno sprzyja lepszym, a tymi byli dziś koszykarze „Panaty”. Jeśli już wskazywać decydujący czynnik, to od razu w oczy rzuca się wielka jak Rów Mariański różnica na obwodzie. To tam rozstrzygnęły się losy finału i tam Panathinaikos wypracował sobie przewagę, która dopchała drużynę na pierwsze miejsce na podium. Niemniej ogromne wyrazy szacunku za podjęcie rękawicy przez "Armiejców" i zgotowanie najlepszego scenariusza jaki temu meczowi mógł się przytrafić. Gloria victis CSKA!
Airball Holdena i natychmiastowa kontra Jasikeviciusa, podanie za plecami do Nicholasa i celna próba zza łuku tego ostatniego. Niewiarygodne trójki Spanoulisa i Siskauskasa (który decydującą próbę zepsuł), niecelne osobiste Khryapy oraz przerwy na żądanie tuż przed finalnym gwizdkiem. Te zagrania na dłużej znajdą miejsce w naszej pamięci. To tylko kilka rodzynek z tego smacznego dla koszykarskich fanów deseru. Życzę wszystkim i przy okazji sobie takich słodyczy co roku.
P.S. Wspomnę jeszcze o pięknym, wymarzonym jubileuszu serbskiego geniusza Obradovicia. W Atenach właśnie kończy swój dziesiąty sezon na ławce Panathinaikosu, który osłodził sobie dzisiejszą wygraną.
Final 4 Euroligi - CSKA i Pao znów grają o wszystko
Tak jak przed dwoma laty w ścisłym finale Euroligi spotkają się największe potęgi tych rozgrywek – CSKA Moskwa i Panathinaikos Ateny. Mistrzowie Rosji pokonali Barcelonę 82:78, zaś późnym wieczorem Pao po równie zaciętym meczu zwyciężyło w wewnątrzgreckim pojedynku Olympiacos 84:82.
Po raz trzeci z rzędu Ramunas Siskauskas okazuje się być gwiazdą fazy finałowej. Dwa lata temu poprowadził Panathinaikos do wygranej nad CSKA, zaś rok później jego rzuty z linii dały Rosjanom półfinałową wygraną z TAU Ceramiką Vitoria. Wczoraj seria 13 punktów z rzędu wyprowadziła zespół z Moskwy na prowadzenie w czwartej kwarcie meczu z Barceloną. Był to kluczowy epizod świetnego występu litewskiego swingmana, który zdobywając 29 punktów wyrównał strzelecki rekord Final Four.
Katalończycy znakomicie rozpoczęli spotkanie i po pierwszym remisie po 2 zdobyli kolejne sześć punktów, zaskakując rywali na starcie. Dobrze wprowadziły się do gry gwiazdy Dumy Katalonii – Juan Carlos Navarro, Jaka Laković i David Andersen. Australijski skrzydłowy nie oszczędzał niedawnych kolegów i rozegrał znakomite zawody. Nie pomylił się ani razu w rzutach za dwa punkty, dokładał trafienia z dystansu, notując w sumie 24 oczka. Szczególnie zacięte boje toczył z Matjazem Smodisem, z którym tworzył w CSKA najgroźniejszą dwójkę euroligowych podkoszowców.
Barcelona pokazała siłę w walce o zbiórki, ale w drugiej połowie to obrońcy tytułu przypomnieli o swoich możliwościach w tej dziedzinie. Bardzo dobre zawody rozegrał Viktor Hriapa, który jako jedyny w meczu zebrał dziesięć piłek z tablic. Nie byłoby jednak emocji, ani powrotu do gry mistrzów, gdyby nie Siskauskas. Superrezerwowy z Litwy już w ubiegłym sezonie pokazał, że po kiepskiej pierwszej połowie w drugiej potrafi być bezbłędny. Tym razem, co prawda, spudłował rzut w wolny w samej końcówce, można go pochwalić za całe spotkanie, w którym skracał dystans do Katalończyków, aż do momentu, którym „Armia Czerwona” wyszła na prowadzenie. Barca wróciła do walki po celnych „trójkach” Gianluki Basilego i Navarro, ale moskwianie, choć nie bezbłędnie, ale jednak skutecznie trafiali z linii. Hiszpanie nadal pozostają z jednym pucharem mistrza Euroligi i teraz ich zakusy na trenera Messinę i być może Siskauskasa mogą naprawdę desperackie.
Drugi finalista, Panathinaikos objął prowadzenie już na początku starcia z odwiecznym rywalem, Olympiakosem. Dopiero po 7 punktach mistrzów Grecji pierwszego kosza dla „Czerwonych” zdobył Nikola Vujcić. Niemal przez cały mecz zespół z Pireusu gonił rywala nie mogąc znaleźć recepty zwłaszcza na podkoszowych Pao, Nikolę Pekovicia i Mike'a Batiste. Czarnogórzec i Amerykanin zmieniali się na boisku, trzymając w garści losy spotkania. Szczególnie młody gracz rodem z Bałkanów pokazał, że mimo debiutu na szczytach europejskiej koszykówki, dorósł do zostania jej gwiazdą. Rok temu jego fenomenalna gra w barwach Partizana Belgrad przyczyniła się do odpadnięcia z gry ówczesnych czempionów, czyli Panathinaikosu. Dziś jest niezbędnym elementem układanki w ekipie „Koniczynek” i wprowadza ją do finału. Zresztą obaj wspomniani zawodnicy pomylili się tylko czterokrotnie na 19 oddanych rzutów i takie występy znamionują najwyższą klasę.
Powrót do gry Olympiakosu to między innymi sprawka kolejnego świetnego rezerwowego tych półfinałów, Lynna Greera. Dawne bożyszcze Wrocławia niemal od pierwszego wejścia na plac gry szalało, tak jakby ten mecz miał być ostatnią szansą na wielkie trofeum. Wraz z Vujciciem i Joshem Childressem dwukrotnie wyprowadzali Oly na prowadzenie w niesamowicie zaciętej trzeciej kwarcie. Wtedy do akcji wkroczył stary lis Sarunas Jasikevicius, który najwyraźniej pozazdrościł koledze z litewskiej kadry w barwach CSKA. Jego trafienia z linii oraz zza łuku wyprowadziły Pao z kłopotów i dały oddech przed ostatnią odsłoną.
W finałowej partii meczu ateńczycy tylko przez chwilę mogli się poczuć pewniej, gdy po trafieniu „Sarasa” (a jakże..) odskoczyli na osiem oczek. Potem nastąpił kolejny atak „Czerwonych”, zainicjowany przez grającego raczej poniżej oczekiwań Yotama Halperina. Przy stanie 76:72 dla „Zielonych” mieliśmy wreszcie pojedynek liderów. Na wymuszane przez Greera faule i trafienia z linii, Jasikevicius odpowiedział blokiem na Theo Papaloukasie i kolejnymi rzutami za dwa. W samej końcówce, gdy Pao odskoczyło na pięć oczek Lynn też błysnął obroną po której Papaloukas zrehabilitował się trafieniem zza łuku. Ostatnie akcje stały pod znakiem fauli i zmagań podkoszowych obydwu stron z materią rzutów wolnych. Ze zmiennym szczęściem czynili to Vujcić i Peković, ale gdy swoje zadanie wykonał Ioannis Bourousis na tablicy pojawił się remis po 82. Wtedy to kropkę nad i postawił czarnogórski center Panathinaikosu, a podawał mu Jasikevicius. I tak też chyba weteran wprowadził młodziaka do grona wielkich tej dyscypliny, zaś odpowiedź Vujcicia była już niecelna. Może gdyby tę akcję zdołał wykonać Greer..
A jak będzie jutro? Dwie poukładane, „systemowe” drużyny. Komandosi parkietów po obu stronach. Jasikevicius wygrywał już tytuły dla trzech zespołów, Siskauskas dla dwóch. Udane miksy rutyny z młodością pod koszami (Kostas Tsartsaris, z Batiste, Tonisem Fotsisem i Pekoviciem kontra Smodis z Erazmem Lorbekiem, Terrence'm Morrisem i Saszą Kaunem).Tam więcej argumentów ma raczej Pao, ale obwód „Armiejców” z „Siską”, Trajem Langdonem, Zoranem Planiniciem czy JR Holdenem równoważy tę siłę. Chyba że na wielki mecz czeka król obrony Dimitris Diamantidis, wybrany niedawno po raz trzeci najlepszym „złodziejem piłek” Euroligi.
Początek finału o 20, zaś trzy godziny wcześniej o trzecie miejsce zagrają dwie najbardziej „nadmuchane” finansowo ekipy minionego lata, Barcelona i Olympiacos. To tylko finał pocieszenia, ale także i prestiż. Bawcie się dobrze śledząc ostatni akord sezonu pucharowego 2008/2009.
Po raz trzeci z rzędu Ramunas Siskauskas okazuje się być gwiazdą fazy finałowej. Dwa lata temu poprowadził Panathinaikos do wygranej nad CSKA, zaś rok później jego rzuty z linii dały Rosjanom półfinałową wygraną z TAU Ceramiką Vitoria. Wczoraj seria 13 punktów z rzędu wyprowadziła zespół z Moskwy na prowadzenie w czwartej kwarcie meczu z Barceloną. Był to kluczowy epizod świetnego występu litewskiego swingmana, który zdobywając 29 punktów wyrównał strzelecki rekord Final Four.
Katalończycy znakomicie rozpoczęli spotkanie i po pierwszym remisie po 2 zdobyli kolejne sześć punktów, zaskakując rywali na starcie. Dobrze wprowadziły się do gry gwiazdy Dumy Katalonii – Juan Carlos Navarro, Jaka Laković i David Andersen. Australijski skrzydłowy nie oszczędzał niedawnych kolegów i rozegrał znakomite zawody. Nie pomylił się ani razu w rzutach za dwa punkty, dokładał trafienia z dystansu, notując w sumie 24 oczka. Szczególnie zacięte boje toczył z Matjazem Smodisem, z którym tworzył w CSKA najgroźniejszą dwójkę euroligowych podkoszowców.
Barcelona pokazała siłę w walce o zbiórki, ale w drugiej połowie to obrońcy tytułu przypomnieli o swoich możliwościach w tej dziedzinie. Bardzo dobre zawody rozegrał Viktor Hriapa, który jako jedyny w meczu zebrał dziesięć piłek z tablic. Nie byłoby jednak emocji, ani powrotu do gry mistrzów, gdyby nie Siskauskas. Superrezerwowy z Litwy już w ubiegłym sezonie pokazał, że po kiepskiej pierwszej połowie w drugiej potrafi być bezbłędny. Tym razem, co prawda, spudłował rzut w wolny w samej końcówce, można go pochwalić za całe spotkanie, w którym skracał dystans do Katalończyków, aż do momentu, którym „Armia Czerwona” wyszła na prowadzenie. Barca wróciła do walki po celnych „trójkach” Gianluki Basilego i Navarro, ale moskwianie, choć nie bezbłędnie, ale jednak skutecznie trafiali z linii. Hiszpanie nadal pozostają z jednym pucharem mistrza Euroligi i teraz ich zakusy na trenera Messinę i być może Siskauskasa mogą naprawdę desperackie.
Drugi finalista, Panathinaikos objął prowadzenie już na początku starcia z odwiecznym rywalem, Olympiakosem. Dopiero po 7 punktach mistrzów Grecji pierwszego kosza dla „Czerwonych” zdobył Nikola Vujcić. Niemal przez cały mecz zespół z Pireusu gonił rywala nie mogąc znaleźć recepty zwłaszcza na podkoszowych Pao, Nikolę Pekovicia i Mike'a Batiste. Czarnogórzec i Amerykanin zmieniali się na boisku, trzymając w garści losy spotkania. Szczególnie młody gracz rodem z Bałkanów pokazał, że mimo debiutu na szczytach europejskiej koszykówki, dorósł do zostania jej gwiazdą. Rok temu jego fenomenalna gra w barwach Partizana Belgrad przyczyniła się do odpadnięcia z gry ówczesnych czempionów, czyli Panathinaikosu. Dziś jest niezbędnym elementem układanki w ekipie „Koniczynek” i wprowadza ją do finału. Zresztą obaj wspomniani zawodnicy pomylili się tylko czterokrotnie na 19 oddanych rzutów i takie występy znamionują najwyższą klasę.
Powrót do gry Olympiakosu to między innymi sprawka kolejnego świetnego rezerwowego tych półfinałów, Lynna Greera. Dawne bożyszcze Wrocławia niemal od pierwszego wejścia na plac gry szalało, tak jakby ten mecz miał być ostatnią szansą na wielkie trofeum. Wraz z Vujciciem i Joshem Childressem dwukrotnie wyprowadzali Oly na prowadzenie w niesamowicie zaciętej trzeciej kwarcie. Wtedy do akcji wkroczył stary lis Sarunas Jasikevicius, który najwyraźniej pozazdrościł koledze z litewskiej kadry w barwach CSKA. Jego trafienia z linii oraz zza łuku wyprowadziły Pao z kłopotów i dały oddech przed ostatnią odsłoną.
W finałowej partii meczu ateńczycy tylko przez chwilę mogli się poczuć pewniej, gdy po trafieniu „Sarasa” (a jakże..) odskoczyli na osiem oczek. Potem nastąpił kolejny atak „Czerwonych”, zainicjowany przez grającego raczej poniżej oczekiwań Yotama Halperina. Przy stanie 76:72 dla „Zielonych” mieliśmy wreszcie pojedynek liderów. Na wymuszane przez Greera faule i trafienia z linii, Jasikevicius odpowiedział blokiem na Theo Papaloukasie i kolejnymi rzutami za dwa. W samej końcówce, gdy Pao odskoczyło na pięć oczek Lynn też błysnął obroną po której Papaloukas zrehabilitował się trafieniem zza łuku. Ostatnie akcje stały pod znakiem fauli i zmagań podkoszowych obydwu stron z materią rzutów wolnych. Ze zmiennym szczęściem czynili to Vujcić i Peković, ale gdy swoje zadanie wykonał Ioannis Bourousis na tablicy pojawił się remis po 82. Wtedy to kropkę nad i postawił czarnogórski center Panathinaikosu, a podawał mu Jasikevicius. I tak też chyba weteran wprowadził młodziaka do grona wielkich tej dyscypliny, zaś odpowiedź Vujcicia była już niecelna. Może gdyby tę akcję zdołał wykonać Greer..
A jak będzie jutro? Dwie poukładane, „systemowe” drużyny. Komandosi parkietów po obu stronach. Jasikevicius wygrywał już tytuły dla trzech zespołów, Siskauskas dla dwóch. Udane miksy rutyny z młodością pod koszami (Kostas Tsartsaris, z Batiste, Tonisem Fotsisem i Pekoviciem kontra Smodis z Erazmem Lorbekiem, Terrence'm Morrisem i Saszą Kaunem).Tam więcej argumentów ma raczej Pao, ale obwód „Armiejców” z „Siską”, Trajem Langdonem, Zoranem Planiniciem czy JR Holdenem równoważy tę siłę. Chyba że na wielki mecz czeka król obrony Dimitris Diamantidis, wybrany niedawno po raz trzeci najlepszym „złodziejem piłek” Euroligi.
Początek finału o 20, zaś trzy godziny wcześniej o trzecie miejsce zagrają dwie najbardziej „nadmuchane” finansowo ekipy minionego lata, Barcelona i Olympiacos. To tylko finał pocieszenia, ale także i prestiż. Bawcie się dobrze śledząc ostatni akord sezonu pucharowego 2008/2009.
piątek, 1 maja 2009
Final Four Euroligi - tytani Europy i malutki Lynn
Obchodzimy dziś w Polsce dzień świąteczny. Mało tego, każdy może w tym natłoku znaleźć coś dla siebie – rocznica wejścia Polski do Unii Europejskiej, Swięto Pracy, Dzień Świętego Józefa. No i relaks. Nawet półfinaliści mistrzostw Polski dostali dzień wolny w szaleńczym maratonie play off. My odpoczywamy, a w pobliskim Berlinie najlepsze klubowe zespoły Europy szykują się do ostatecznej batalii o mistrzostwo Euroligi, która potrwa od piątku do niedzieli.
Ktoś słabiej zorientowany w sprawach koszykarskich i w dodatku zamieszkujący basketowo - medialna pustynię, jaką stała się Polska, może nie zauważyć turnieju Final Four. Znajduje się on w niezasłużonym cieniu skądinąd ciekawych starć między rodzimymi potęgami basketu. Tymczasem to turniejem w Berlinie, a nie pojedynkami Prokomu z Anwilem, czy inauguracją maskotki Eurobasketu żyje koszykarska Europa. Niestety w naszych mediach nie ma miejsca na newsy z Berlina, a szkoda.
W tym roku do boju w Finale Czterech staną reprezentanci ekskluzywnego grona klubów, które przynajmniej raz smakowały triumfu w Eurolidze. Wśród najlepszych z najlepszych zabraknie, co prawda, legendarnego Maccabi Tel Awiw, ale miejsca do obsadzenia były cztery, a chętnych znacznie więcej. W składzie turnieju nie zobaczymy także pnącej się ostatnimi czasy w górę hierarchii europejskiej - Montepaschi Siena, wyeliminowanej w ćwierćfinale przez Panathinaikos. Z kolei „wieczny pretendent” TAU Ceramica Vitoria po raz pierwszy od pięciu lat nie stanie do boju o finał za sprawą Barcelony. Mimo tego, na brak emocji i klasy sportowej uczestników imprezy nie powinniśmy narzekać. Przed nami pojedynki między czterema najbogatszymi, najsilniejszymi zespołami Starego Kontynentu.
Po raz pierwszy od dawna trudno jest wskazać głównego faworyta turnieju. Broniąca tytułu CSKA Moskwa, to doświadczenie i swoiste, zwycięskie know how. Ekipa dowodzona przez szczwanego lisa Ettore Mesinę wygrała dwa z ostatnich trzech turniejów, a w jednym minimalnie uległa Panathinaikosowi. Mało tego, od 7 lat bez przerwy nie opuściła żadnego FF. Jednakże w tym sezonie władzom klubu nie udało się zatrzymać kilku świetnych graczy – Theo Papaloukasa, Davida Andersena, czy przydatnego Aleksieja Sawrasenki. Dość duże zmiany, jak na wygrywający skład nie przeszkodziły w ponownym awansie do Final Four, ale czy młody (jak na gwiazdę CSKA) Erazem Lorbek, powracający po kontuzji Zoran Planinić, czy Terrence Morris zdołają zastąpić wspomnianych weteranów w tych najważniejszym momencie sezonu? Tak czy inaczej starzy wojownicy – Matjaz Smodis, JR Holden, Trajan Langdon, czy Ramunas Siskauskas raz jeszcze będą musieli stanąć do walki i przeprowadzić decydujące akcje. Ciekawe, czy i tym razem dadzą radę.
Już w półfinale przyjdzie im się zmierzyć z Barceloną. Katalończycy wygrali Euroligę tylko raz, choć dzierżą rekord liczby występów w turnieju (10). Atutami zespołu mają być gracze sprowadzeni latem – Juan Carlos Navarro, Lubos Barton, czy „przechwycony” z CSKA Andersen, ale znakomicie w ostatnich tygodniach radzą sobie młodzi, wysocy i atletyczni Ersan Iliasova i Fran Vasquez. Pierwszy poraża wszechstronnością w ataku i niesamowitą walecznością w walce na tablicach. Drugi z kolei już dawno zapomniał o negatywnych opiniach, jakie towarzyszyły mu po odrzuceniu oferty gry w lidze NBA. Teraz jego bloków oraz ataków z wysokości drugiego piętra boi się cała Europa, a Hiszpan pewnie i zdecydowanie wychodzi z cienia bardziej znanych kolegów. Rok temu to o nim zapomniało Orlando Magic, mając w składzie innego europejskiego dryblasa, Marcina Gortata. Po tym sezonie pozycja dynamicznego skrzydłowego może się umocnić, ale warunkiem jest wielki występ przeciwko największym podkoszowym cwaniakom Europy.
Drugi półfinał jest wewnętrzną sprawą Greków. Nie jest to jednak ujmą dla jego prestiżu. Po jednej stronie staje Panathinaikos, jeden z najbardziej utytułowanych, obok Realu Madryt, CSKA i Maccabi uczestników Euroligi. Obecny zespół ma sporo cech wspólnych z teamem mistrza Rosji. Obie ekipy walczą w ostatnich latach o miano dominatora na Starym Kontynencie, ale Pao zachowało większość zwycięskiego składu sprzed dwóch lat. Jeżeli przyjmujemy ciągłość zespołu za atut, to właśnie „Wszechateńczycy” takowym dysponują. Gwiazdą jest w Atenach zespół oraz jego trener, Żeljko Obradović. Hołdujący starej dobrej jugosłowiańskiej szkole Serb jest najbardziej utytułowanym szkoleniowcem (6 mistrzostw Euroligi) uczestniczącym w turnieju. Liderem jego armady jest Sarunas Jasikevicius, który z Pao i Barcą zdobywał swoje euroligowe puchary. Wokół niego skupia się doborowe towarzystwo doświadczonych łowców trofeów, jak podkoszowy cwaniak Mike Batiste, król przechwytów Dimitris Diamantidis, czy król decydujących rzutów Vasilis Spanoulis. Zespołowość, kapitalna defensywa i cierpliwa gra w ataku mają znów zaprowadzić najbardziej tradycyjnego europejskiego kolosa na szczyt.
Rywal Pao, Olympiacos Pireus, to, zwłaszcza w ostatnich latach, klasyczny „wiecznie drugi” greckiego basketu. Po pięknych latach 90 od bez mała 12 lat nie udaje się „Czerwonym” przerwać hegemonii „Koniczynek”. Jeśli już ateńczycy doznawali porażki, to z rąk innego niż Oly zespołu. Rządzący klubem bracia Angelopoulos wydają rocznie grube miliony euro na mniejsze i większe gwiazdy światowych parkietów, by ten stan rzeczy zmienić. Efekt przypomina nieco piłkarską Chelsea, w której włodarz topi setki milionów, a ciągle brakuje sportowej kropki nad i. Tak jak londyńczycy, Olympiacos ma teraz szansę wyjść z tego pata. Za jednym zamachem może pozbyć się kompleksu Pao i wrócić do finału Euroligi. Fani drużyny liczą w tym dziele na błysk geniuszu, Josha Childressa, ale w tym sezonie kołem zamachowym drużyny jest pozyskany z CSKA, Theo Papaloukas. Reprezentant Grecji zdobył z „Armiejcami” dwa mistrzostwa Euroligi i jego wiedza może się okazać bezcenna. Tak jak rok wcześniej przenosiny Siskauskasa z Aten do Moskwy stworzyły z „Armii Czerwonej” zespół kompletny, tak transfer Theo do Pireusu może dać tej drużynie przełom. Jej bohaterem może też być najbardziej utalentowany gracz PLK jakiego widziałem - Lynn Greer. Po latach swoistego zawieszenia między NBA, a czołówką klubów Europy, Amerykanin wreszcie ma szansę powalczyć o główne trofeum. Wolałby zapewne wystąpić w finale najlepszej ligi świata, ale to na Starym Kontynencie chcą go najlepsze zespoły i tu może dołączyć do grona legend. Byłby to pierwszy gracz wypromowany w naszej lidze z najważniejszym europejskim trofeum w dłoniach.
CSKA po raz 7, Pao po raz piąty, czy może Olympiacos lub broniąca honoru najlepszej ligi w Europie Barcelona po raz drugi? 51 klubowego mistrza Europy poznamy w niedzielę. Dziś pierwszy półfinał miedzy Barceloną i CSKA rozpocznie się o 18, zaś grecka „święta wojna” planowo ma wybuchnąć o 21. Chyba, że w pierwszym meczu potrzebna będzie dogrywka. Czego życzę wszystkim fanom europejskiego basketu.
Ktoś słabiej zorientowany w sprawach koszykarskich i w dodatku zamieszkujący basketowo - medialna pustynię, jaką stała się Polska, może nie zauważyć turnieju Final Four. Znajduje się on w niezasłużonym cieniu skądinąd ciekawych starć między rodzimymi potęgami basketu. Tymczasem to turniejem w Berlinie, a nie pojedynkami Prokomu z Anwilem, czy inauguracją maskotki Eurobasketu żyje koszykarska Europa. Niestety w naszych mediach nie ma miejsca na newsy z Berlina, a szkoda.
W tym roku do boju w Finale Czterech staną reprezentanci ekskluzywnego grona klubów, które przynajmniej raz smakowały triumfu w Eurolidze. Wśród najlepszych z najlepszych zabraknie, co prawda, legendarnego Maccabi Tel Awiw, ale miejsca do obsadzenia były cztery, a chętnych znacznie więcej. W składzie turnieju nie zobaczymy także pnącej się ostatnimi czasy w górę hierarchii europejskiej - Montepaschi Siena, wyeliminowanej w ćwierćfinale przez Panathinaikos. Z kolei „wieczny pretendent” TAU Ceramica Vitoria po raz pierwszy od pięciu lat nie stanie do boju o finał za sprawą Barcelony. Mimo tego, na brak emocji i klasy sportowej uczestników imprezy nie powinniśmy narzekać. Przed nami pojedynki między czterema najbogatszymi, najsilniejszymi zespołami Starego Kontynentu.
Po raz pierwszy od dawna trudno jest wskazać głównego faworyta turnieju. Broniąca tytułu CSKA Moskwa, to doświadczenie i swoiste, zwycięskie know how. Ekipa dowodzona przez szczwanego lisa Ettore Mesinę wygrała dwa z ostatnich trzech turniejów, a w jednym minimalnie uległa Panathinaikosowi. Mało tego, od 7 lat bez przerwy nie opuściła żadnego FF. Jednakże w tym sezonie władzom klubu nie udało się zatrzymać kilku świetnych graczy – Theo Papaloukasa, Davida Andersena, czy przydatnego Aleksieja Sawrasenki. Dość duże zmiany, jak na wygrywający skład nie przeszkodziły w ponownym awansie do Final Four, ale czy młody (jak na gwiazdę CSKA) Erazem Lorbek, powracający po kontuzji Zoran Planinić, czy Terrence Morris zdołają zastąpić wspomnianych weteranów w tych najważniejszym momencie sezonu? Tak czy inaczej starzy wojownicy – Matjaz Smodis, JR Holden, Trajan Langdon, czy Ramunas Siskauskas raz jeszcze będą musieli stanąć do walki i przeprowadzić decydujące akcje. Ciekawe, czy i tym razem dadzą radę.
Już w półfinale przyjdzie im się zmierzyć z Barceloną. Katalończycy wygrali Euroligę tylko raz, choć dzierżą rekord liczby występów w turnieju (10). Atutami zespołu mają być gracze sprowadzeni latem – Juan Carlos Navarro, Lubos Barton, czy „przechwycony” z CSKA Andersen, ale znakomicie w ostatnich tygodniach radzą sobie młodzi, wysocy i atletyczni Ersan Iliasova i Fran Vasquez. Pierwszy poraża wszechstronnością w ataku i niesamowitą walecznością w walce na tablicach. Drugi z kolei już dawno zapomniał o negatywnych opiniach, jakie towarzyszyły mu po odrzuceniu oferty gry w lidze NBA. Teraz jego bloków oraz ataków z wysokości drugiego piętra boi się cała Europa, a Hiszpan pewnie i zdecydowanie wychodzi z cienia bardziej znanych kolegów. Rok temu to o nim zapomniało Orlando Magic, mając w składzie innego europejskiego dryblasa, Marcina Gortata. Po tym sezonie pozycja dynamicznego skrzydłowego może się umocnić, ale warunkiem jest wielki występ przeciwko największym podkoszowym cwaniakom Europy.
Drugi półfinał jest wewnętrzną sprawą Greków. Nie jest to jednak ujmą dla jego prestiżu. Po jednej stronie staje Panathinaikos, jeden z najbardziej utytułowanych, obok Realu Madryt, CSKA i Maccabi uczestników Euroligi. Obecny zespół ma sporo cech wspólnych z teamem mistrza Rosji. Obie ekipy walczą w ostatnich latach o miano dominatora na Starym Kontynencie, ale Pao zachowało większość zwycięskiego składu sprzed dwóch lat. Jeżeli przyjmujemy ciągłość zespołu za atut, to właśnie „Wszechateńczycy” takowym dysponują. Gwiazdą jest w Atenach zespół oraz jego trener, Żeljko Obradović. Hołdujący starej dobrej jugosłowiańskiej szkole Serb jest najbardziej utytułowanym szkoleniowcem (6 mistrzostw Euroligi) uczestniczącym w turnieju. Liderem jego armady jest Sarunas Jasikevicius, który z Pao i Barcą zdobywał swoje euroligowe puchary. Wokół niego skupia się doborowe towarzystwo doświadczonych łowców trofeów, jak podkoszowy cwaniak Mike Batiste, król przechwytów Dimitris Diamantidis, czy król decydujących rzutów Vasilis Spanoulis. Zespołowość, kapitalna defensywa i cierpliwa gra w ataku mają znów zaprowadzić najbardziej tradycyjnego europejskiego kolosa na szczyt.
Rywal Pao, Olympiacos Pireus, to, zwłaszcza w ostatnich latach, klasyczny „wiecznie drugi” greckiego basketu. Po pięknych latach 90 od bez mała 12 lat nie udaje się „Czerwonym” przerwać hegemonii „Koniczynek”. Jeśli już ateńczycy doznawali porażki, to z rąk innego niż Oly zespołu. Rządzący klubem bracia Angelopoulos wydają rocznie grube miliony euro na mniejsze i większe gwiazdy światowych parkietów, by ten stan rzeczy zmienić. Efekt przypomina nieco piłkarską Chelsea, w której włodarz topi setki milionów, a ciągle brakuje sportowej kropki nad i. Tak jak londyńczycy, Olympiacos ma teraz szansę wyjść z tego pata. Za jednym zamachem może pozbyć się kompleksu Pao i wrócić do finału Euroligi. Fani drużyny liczą w tym dziele na błysk geniuszu, Josha Childressa, ale w tym sezonie kołem zamachowym drużyny jest pozyskany z CSKA, Theo Papaloukas. Reprezentant Grecji zdobył z „Armiejcami” dwa mistrzostwa Euroligi i jego wiedza może się okazać bezcenna. Tak jak rok wcześniej przenosiny Siskauskasa z Aten do Moskwy stworzyły z „Armii Czerwonej” zespół kompletny, tak transfer Theo do Pireusu może dać tej drużynie przełom. Jej bohaterem może też być najbardziej utalentowany gracz PLK jakiego widziałem - Lynn Greer. Po latach swoistego zawieszenia między NBA, a czołówką klubów Europy, Amerykanin wreszcie ma szansę powalczyć o główne trofeum. Wolałby zapewne wystąpić w finale najlepszej ligi świata, ale to na Starym Kontynencie chcą go najlepsze zespoły i tu może dołączyć do grona legend. Byłby to pierwszy gracz wypromowany w naszej lidze z najważniejszym europejskim trofeum w dłoniach.
CSKA po raz 7, Pao po raz piąty, czy może Olympiacos lub broniąca honoru najlepszej ligi w Europie Barcelona po raz drugi? 51 klubowego mistrza Europy poznamy w niedzielę. Dziś pierwszy półfinał miedzy Barceloną i CSKA rozpocznie się o 18, zaś grecka „święta wojna” planowo ma wybuchnąć o 21. Chyba, że w pierwszym meczu potrzebna będzie dogrywka. Czego życzę wszystkim fanom europejskiego basketu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
