wtorek, 30 czerwca 2009

Karty na stół

Niemrawy sezon ogórkowy w Polskiej Lidze Koszykówki trwa. Dzisiaj serca kibiców i działaczy na chwilę zabiją szybciej – o północy z wtorku na środę mija bowiem termin zgłaszania drużyn do rozgrywek ekstraklasy w sezonie 2009–10.

Mało prawdopodobne, by ktoś wysłał dramatyczny faks anonsujący chęć gry w ekstraklasie „za pięć dwunasta”. Jeszcze mniej realne jest, by ktokolwiek odebrał takie zgłoszenie na czas. Wszystko rozegra się raczej w południe, ewentualnie w godzinach popołudniowych, jeśli jakieś kluby wyślą sygnały, by władze ligi dały im jeszcze chwilę czasu do namysłu.

Powyższe dywagacje są pokłosiem doświadczeń z roku ubiegłego, gdy szefowie PLK z niecierpliwością czekali na jakikolwiek pozytywny gest ze strony władz (głównie właściciela) Śląska Wrocław. Garstka kibiców i grono wrocławskich dziennikarzy w napięciu wyczekiwało dobrych wieści z ulicy Ciołka w Warszawie (siedziba PLK i PZKosz) i Mieszczańskiej w stolicy Dolnego Śląska (a to siedziba Śląska), zaś reszta ligi ze zniecierpliwieniem przypatrywała temu żenującemu spektaklowi. Tym razem takich emocji raczej zabraknie.

Nie oznacza to, że będzie nudno. Stuprocentowo pewni swego mogą fani zaledwie kilku ekip.
Jedynie kataklizm mógłby spowodować wycofanie z ligi zespołu Asseco Prokomu. Jedyną, ale za to sporą, nowością jest zmiana siedziby klubu – z Sopotu na Gdynię. Kto wie jednak, czy w nadmorskim kurorcie także nie zobaczymy ekstraligowej koszykówki..

Podobny spokój może panować w Zgorzelcu, gdzie państwowy gigant PGE deklaruje kontynuację współpracy z wicemistrzami Polski, a jedynym problemem mogą być ewentualne cięcia budżetowe. Nic złego nie powinno się wydarzyć w Starogardzie Gdańskim i Poznaniu, gdzie metodycznie buduje się składy na kolejny sezon. Stabilny sponsor stoi także za zespołem Czarnych Słupsk, stąd sensacji w mieście nad Słupią raczej nie będzie.

Teoretycznie podobnie dzieje się we Włocławku. Tam jednak alarm ogłaszano jeszcze w trakcie poprzedniego sezonu. Pojawienie się nowego inwestora w firmie Anwil wznieciło spekulacje na temat zakręcenia kurka z pieniędzmi dla mistrza Polski sprzed sześciu lat. Od tamtej pory pojawiły się jedynie dość mocne pogłoski na temat nie zgłoszenia drużyny do rozgrywek europejskich, ale jak pokazał przykład wrocławski w PLK niczego nie można być pewnym.

Na drugim biegunie znajdują się zespoły Kotwicy Kołobrzeg, Stali Ostrów, czy Znicza Jarosław. Zdobywca Pucharu Polski po tym sukcesie musiał przełknąć żabę po odejściu trzech Amerykanów tuż przed startem fazy play off. Teraz szefowie klubu zapewniają, że przy wsparciu władz miasta drużynie nie grozi wycofanie z ligi. Podobnie zresztą rzecz ma się z AZS –em Koszalin. Nie zmienia to jednak faktu, że za zapewnieniami muszą pójść konkrety, a tych na razie brakuje. W Ostrowie z kolei zapomniano już chyba o snach o potędze i wsparciu ze strony Atlasa. Człowiek Orkiestra Andrzej Kowalczyk znów musi roztoczyć swoją magiczną aurę, tym razem by zespół wystartował do kolejnej batalii. Do kwestii finansowych dochodzi coraz bardziej restrykcyjne podejście szefów PLK do kwestii jakości hali, w której mecze ma rozgrywać zgłaszany klub. Tutaj gorączkowe starania o dopuszczenie obecnego obiektu, tudzież poszukiwanie alternatywy będą testem nie tylko dla „Stalówki” lecz także dla stojącej na straży swoich zasad ligi.

Najsmutniej wygląda sytuacja Znicza. Jedyny klub ze ściany wschodniej liczy głównie na kibiców piszących listy z prośbą o ratunek dla swej drużyny. Niestety, znowu przykład z Wrocławia pokazuje, że petycje wiele nie zmienią, jeśli zabraknie woli biznesowej lub co gorsza politycznej, by wspierać nawet zasłużone kluby. Ponoć nadzieja umiera ostatnia..

Tym razem dla odmiany nie ma negatywnych sygnałów z Inowrocławia. Rok temu szkieletowy zespół zgłoszony tylko dzięki wybitnie liberalnemu podejściu PLK, był jednym z „kandydatów” do odpadnięcia z ligi z przyczyn organizacyjnych. Nic takiego nie miało jednakże miejsca, a pierwsze ruchy transferowe sugerują, że kryzys nie zjada spadkobierców Noteci i drużyna z Kujaw ma wszelkie dane, by wystąpić w ekstraklasie. Bez szaleństw, ale i bez zbędnych nerwów powinno się także obejść w Kwidzynie. Z kolei w Stalowej Woli prezydent-narodowiec (tak się ów dżentelmen określa) zlitował się nad swoją drużyną i łaskawie dopuścił możliwość zatrudnienia w klubie dwóch obcokrajowców, ratując go dotacją na przetrwanie. Pozostaje mieć nadzieję, że pojawienie się w barwach Stali zawodników o ciemniejszej karnacji nie spowoduje zmiany tej decyzji..

Nadchodzący sezon miał być w zamierzeniu prezesa PLK kolejnym etapem wdrażania słusznej strategii przyciągania klubów z dużych miast do ekstraklasy. Na razie można powiedzieć, że marzenie to przybiera w rzeczywistości zaskakujący obrót. Może się bowiem zdarzyć, że do ligi zgłoszą się po dwa kluby z Trójmiasta i stolicy. Mało tego, w tym drugim przypadku będą to dwie Polonie Warszawa, zaś w tym pierwszym niejako dwa „Trefle”. Skąd taka osobliwość?

W Warszawie względy ambicjonalne spowodowały powstanie konkurencji dla Polonii. Biznesmen Jarosław Popiołek, początkujący menedżer Walter Jeklin oraz trener Mladen Starcević stworzyli projekt szkolenia (złośliwi mówią nabywania i promocji) młodych talentów. Rozmach i zaangażowanie uczestników tego przedsięwzięcia w krótkim czasie doprowadził do skutecznego szturmu na ekstraklasę. Teraz zaczęły się schody. W stolicy basket zawodowy ma się tak sobie. Polonia prezesa Wojciecha Kozaka ma niszową, choć elitarną widownię i od kilku lat kłopoty ze znalezieniem stabilnego sponsora. Tego kłopotu nie ma Polonia 2011, ale sama nie może znaleźć dla siebie obiektu do gry, godnego ekstraklasy. Połączenie potencjału obu firm jest logiczne, ale wspomniane ambicje mogą pogrzebać ten pomysł. Dzielenie nielicznych kibiców i sponsorów na dwie ekipy może być poważnym problemem na przyszłość.

Nieco inaczej wygląda to w Trójmieście, gdzie dominujący w kraju Asseco Prokom przenosi siedzibę do Gdyni, a według deklaracji ważnych osobistości z Sopotu na jego miejsce ma zostać zgłoszony klub kontynuujący tradycję Trefla Sopot. Krótko mówiąc na mapie pojawią się dwa podmioty wywodzące się z tej samej tradycji. W końcu mistrzowie Polski są faktycznym kontynuatorem owego Trefla. Tam jednakże nie ma obawy o kwestie finansowe, gdyż za zespołem z Gdyni stoją dwie duże firmy (Asseco i Prokom), zaś nowy – stary projekt miałby polegać na życzliwym wsparciu władz Sopotu, Kazimierza Wierzbickiego (promotora zawodowego basketu w Sopocie) i jednego z najbogatszych Polaków, Ryszarda Krauzego.

Pytanie tylko, czy o takie działania chodziło Januszowi Wierzbowskiemu (prezesowi PLK), gdy zapraszał „duże miasta” do udziału w zarządzanej przez siebie lidze. Z zaproszonych miast już tylko ostatni optymiści wierzą w reaktywację Śląska, czy zgłoszenie ŁKS- u. Co prawda została nam jeszcze 11 godzin, ale cuda na zawołanie potrafił czynić tylko jeden człowiek na tym świecie..

Na koniec warto wspomnieć, że dziś (a w zasadzie jutro rano..) nie poznamy ostatecznego składu ligi w sezonie 09/10. Kluczowa dla losów wszystkich zgłoszonych ma być weryfikacja klubowych finansów, która w założeniu ma się zakończyć w połowie lipca. Jeszcze nie zdarzyło się, by ten termin został zachowany, więc emocje potrwają pewnie nieco dłużej, W końcu ta liga musi się składać z większej liczby uczestników, niż czterech czy pięciu.

Po co więc cały ten zgiełk? Otóż 1 lipca dowiemy się kto (prawie) na pewno nie będzie brany pod uwagę w procedurze weryfikacyjnej. Po prostu, jeśli się nie zgłosisz, to znaczy, ze pasujesz. Cała reszta bawi się dalej. Chyba, że zgłosi się kompromitująco mała liczba uczestników. Wtedy też zacznie się niemały cyrk pod hasłem „bierzemy kogo się da”, W swej naiwności chcę wierzyć, że do tego nie dojdzie.

sobota, 27 czerwca 2009

All-PLK

A więc dotarliśmy do najlepszej piątki XXI wieku. Poprzednie: All-PLK 2nd team, All-PLK 3rd team.

All-PLK 1st team:


PG Lynn Greer

Szczerze mówiąc nie wiem czy muszę tutaj o czymkolwiek pisać. Zdecydowanie najlepszy PG jaki biegał po parkietach PLK w ostatnich latach. Od jego czasów nie było w Eurolidze strzelca, który choć zbliżył się do jego osiągnięć (25,07 punkta na mecz). Do pełni szczęścia zabrakło tylko mistrzostwa.


SG Thomas Kelati

Chyba najmniej oczywista kandydatura do pierwszej piątki. Ze Slaniną wygrał lepszą obroną i zdecydowanie równiejszą postawą jako lidera. Slanina rzucił 10 trójek w PLK, a Kelati 9 trójek w Eurolidze wyrównując rekord Sauliusa Stombergasa. Choć zrobił to w o wiele gorszym stylu: 9/19 w porównaniu do 9/9.


SF Qyntel Woods

Tu znów wszystko jasne. Kosmiczny dla tej ligi zawodnik. Potrafi wszystko. Jest nie do zatrzymania. W play-off, które zdominował, mógłby zaprezentować się jeszcze lepiej, gdyby nie miał problemów z plecami.


PF Adam Wójcik

Jedyny Polak w całym zestawieniu. Co ciekawe jedyny zawodnik, który zmieściłby się także do pierwszej piątki lat dziewięćdziesiątych. W lidze debiutował w 1987 roku. W ostatniej dekadzie w Polsce lider Śląska, Prokomu, reprezentacji, w międzyczasie liga hiszpańska, grecka i włoska. Wzór dla każdego polskiego koszykarza.


C Tomas van den Spiegel

Jedyny zawodnik bez medalu w całym zestawieniu. I choć Tomas przeszedł w styczniu do CSKA zdecydowałem się umieścić w pierwszej piątce, gdyż w tym niekrótkim okresie zdążył udowodnić, że był najlepszym centrem jaki grał w PLK. Przez całą karierę grał w czołowych klubach, gdzie przylgnęła do niego łatka gracza zadaniowego. W Sopocie pokazał, że wcale nie musi tak być. Był jedyną gwiazdą tego kosmicznego składu, która nie zawodziła, a wręcz przeciwnie był świetnie prezentującym się liderem. Jego ranking z meczu przeciwko Virtusovi Bologna, w którym został MVP kolejki, to szósty wynik w historii Euroligi. Wielka szkoda dla PLK, że z dwuletniego kontraktu z Prokomem wypełnił tylko pół roku.



Na koniec trochę komentarza. Jak widać jeśli chodzi o najlepszych koszykarzy, to nie bardzo jest o czym pisać, bo ich umiejętności same mówią za siebie. Wyszło trochę dziwnie, bo w drugiej piątce mamy dwie pary które prowadziły zespoły do mistrzostw (Hawkins-Wright, Slanina-Besok) i lidera zespołu mistrzowskiego (Jagodnik). W tej najlepszej mamy tylko dwóch mistrzów, dwóch wicemistrzów, parę wicemistrzowską (Greer-Wójcik) i zawodnika, który nie dokończył sezonu (Spiegel). Nie to jednak było najważniejszym kryterium. Umiejętności pokazały co innego.

Co do tego czy mam wątpliwości i czym coś zmienił? Na dzień dzisiejszy niczego.

piątek, 26 czerwca 2009

All-PLK (2)

Pora na kontynuację wczoraj rozpoczętego temat trzech najlepszych piątek PLK XXI wieku. A więc do rzeczy.

All-PLK 2nd team:


PG Michael Hawkins

Jedyna gwiazda z wielkiego zaciągu gwiazd w Śląsku latem 2001, która dotrwała do końca sezonu. I paradoksalnie wśród wymienianych jednym tchem Einikisa, Fetisova, Alnovicia i Vinsona, Mike jakoś ginie jakby z założenia, że zwolniono gwiazdy a zostali słabsi. Jeśli chodzi o prezentowane w Śląsku umiejętności to Hawkins był z tej piątki najlepszy, ale po latach chyba trzeba to przypomnieć. Z początku sezonu bardzo grający bardzo pod zespół, w miarę zwolnień, zmian i przyjścia Urlepa stał się prawdziwym liderem tego zespołu zmieniając się również w bardzo dobrze punktującego gracza. Wraz Wrightem poprowadzili ten wózek do ostatniego w historii mistrzostwa. A Śląsk i PLK w CV Hawkinsa znajduje się gdzieś pomiędzy Celtics, Cavs, Hornets, Kings, Olympiakosem, Barcą i Realem.


SG Donatas Slanina

Zawodnik, który po latach gry w Żalgirisie Kowno i Caja San Fernando miał dosyć nieśmiałe początki w PLK. Przełomowym dla niego momentem było trafienie w grudniowym spotkaniu ze Śląskiem 10 trójek. Slanina przyszedł do Prokomu w pierwszym roku bez Gorana Jagodnika w Sopocie. Mający go zastąpić Jasmin Hukić zawodził w tej kwestii po całości i większość odpowiedzialności spadła właśnie na Litwina. W pełni wywiązał się w tej roli w najważniejszym momencie play-off. W morderczej serii z Anwilem był najlepszym graczem, a trochę mniejsza rola w finale nie przeszkodziła zostać mu MVP. To był ten świetny sezon Donatasa. Dlaczego nie jest w pierwszej piątce? Bo mieliśmy okazję obejrzeć także sezon następny. Slanina był - ale nie swój, mniej skuteczny, odsunięty od ważniejszych zagrań, zdominowany przez Milana Gurovicia. W końcu w finałach obecny, ale zupełnie niewidoczny - za sprawą problemów zdrowotnych, ale to nie tylko finał decydował o tej ocenie.


SF Goran Jagodnik

Tego pana nie trzeba nikomu przedstawiać. Twórca trwającej do dziś dynastii Prokomu. Poza Treflem wielkich klubów tak naprawdę nie zwiedził, bo szczyt swojej kariery miał właśnie w okresie gry w Sopocie. Dlaczego cenią go wyżej niż Gurovicia? Bo Goran ciągnął ten zespół w pojedynkę, robił na boisku wszystko - punktował, bronił i zbierał. I w przeciwieństwie do Milana był prawdziwym i niezawodnym liderem. Każdą ważną piłkę posyłano do Jagodnika, a on niezawodnie dziurawił wtedy siatkę doprowadzając rywali do rozpaczy. Nie ograniczając się tylko do Polski trzeba powiedzieć o pierwszym i jedynym tak naprawdę zrobionym w dobrym stylu awansie polskiego zespołu do TOP16 Euroligi. To też w ogromnej mierze dzieło Słoweńca. Okres gry w Anwilu był już słabszy, ale wciąż na bardzo dobrym poziomie.


PF Michael Wright

Wicemistrz Świata juniorów z 1999 roku przychodził do Śląska kiedy w zespole jeszcze byli Einikis i Fetisov. Jako zawodnik świeżo po NCAA zagubiony w Eurolidze wyglądał bardzo niepozornie. Wspomniani wcześniej panowie niedługo później wrócili do CSKA, a Wright mając dużo gry pod koszem z meczu na mecz nabierał co raz większej pewności siebie. Obok Hawkinsa stał się liderem zespołu. Ciężko było go powstrzymać pod koszami. W wielkim stylu poprowadził zespół do mistrzostwa i zdobył tytuł MVP.


C Huseyin Besok

Centrzy którzy przybywali do PLK jako gwiazdy, często kończyli jako kompletne niewypały. Besok przybywał jako duża gwiazda po przejściach związanych z kontuzjami i odbudowie w czołowych klubach francuskich, które wielkim prestiżem się nie cieszą. Transfer był ryzykowny i w trakcie sezonu budził sporo niezadowolenia. Turek wyglądał jak uosobienie sopockiego emeryta. Nie punktował dużo, po parkiecie raczej nie biegał, bardziej sunął, w obronie za dobrze nie było i w ogóle wyglądał jakby miał się zaraz rozpaść na setki części. Tylko niektóre manewry pod koszem zdradzały, że mamy do czynienia z graczem wielkim, byłym zawodnikiem Maccabi i wicemistrzem Europy. Innego Besoka poznaliśmy w play-off. Podobnie jak Slanina świetnie prezentował się z Anwilem, wykonywał kluczowe rzuty i co ważne pokazał trochę ognia w grze. Finał miał także bardzo udany i moim zdaniem to on bardziej zasługiwał wówczas na MVP niż Litwin.

Pierwsza piątka już niedługo.

czwartek, 25 czerwca 2009

All-PLK (3)

Na początek kilka słów wyjaśnienia. All-PLK XXI wieku. Mam zamiar przedstawić 3 najlepsze piątki tego okresu. Od razu zaznaczam, że część graczy zaliczona do lat dziewięćdziesiątych została odrzucona jako nie ta epoka a są nimi np.: Maciej Zieliński, Igor Griszczuk, Raimondas Miglinieks, Joe McNaull czy Zoran Sretenović. Jakieś skrajne przypadki typu Wołkowyskiego, Besta czy Einikisa pominąłem. Z wielkim bólem postanowiłem także nie brać pod uwagę Andreja Fetisova. Co do tego czym się kierowałem. Przede wszystkim umiejętnościami i tym co ci gracze pokazali w Polsce, odrzucając czas pobytu w naszej czy zdobyte medale. Choć co dość naturalne przeważająca większość te medale zdobyła.

Zaczynam od trzeciej piątki bo tak chyba jest najrozsądniej.

All-PLK 3rd team:


PG Eric Elliott

Główni kontrkandydaci czyli Andres Rodriguez, Chris Dalmau, Gerrod Henderson, Łukasz Koszarek czy Rashid Atkins jednak w tyle. Nie wiedzieć czemu Eric po NCAA spędził aż 7 sezonów w lidze szwedzkiej. Gdyby wypłynął wcześniej, inaczej mogła wyglądać jego kariera. Nie wolno zapominać o profesurze tego zawodnika, szczególnie ze względu to, że nie zahaczając nigdy o Prokom, Śląsk, Anwil czy Turów słabiej jest zakorzeniony w pamięci kibiców. Gdyby przepis o Polakach wprowadzano kilka lat wcześniej miałby zapewne na koncie mistrzostwo z Prokomem. Dużo tego gdyby w karierze Erika...


SG David Logan

Jeśli chodzi o rzucających obrońców na myśl przyszły mi 3 wybijające się nazwiska i Logan wśród nich jest najsłabszy. To bardzo wszechstronny zawodnik, który robi niesamowitą karierę w Polsce. Potrafił się schować dla celów zespołu, ale dopiero przy Qyntelu Woodsie. Słaba skuteczność i niezbyt przekonująca gra jako lidera w Eurolidze pokazuje jednak mankamenty tego zawodnika, które w PLK rzadko kiedy mają szanse ujrzeć światło dzienne.


SF Milan Gurović

Dlaczego jest niżej od gracza z drugiej piątki? Napiszę przy okazji drugiej piątki. Milan to niewątpliwie klasowy gracz, ale do jego postawy w Prokomie można mieć szereg zastrzeżeń. Rozczarowanie w Eurolidze, często słaba skuteczność za 3, słaba obrona, problemy z zaangażowaniem, zabieranie gry całemu niesłabemu poza nim SG/SF, który nie koniecznie miało tak pozytywny wymiar jak w przypadku Qyntela. W końcu te finały. Ja zawsze będę twierdził, że to jego bójka wygrała Prokomowi tytuł. Było 2-1 dla Turowa. Sopocianie i Milan grali w pierwszej połowie słabo i zanosiło się na 3-1 i szybki koniec finału. To właśnie kolejne 1,5 meczu dało kopa Prokomowi. Nagle Serapinas i Roszyk wystąpili w głównych rolach, było więcej Dylewicza, dobrą robotę robotę robił Sow i Trefl z wizji 1-3 wyjechał na 3-2 i mecz u siebie - po powrocie Milana oczywiście przegrany. Zasługi Serba w meczu nr 7 są nie do podważenie. Nie chcę mówić o szczęściu. Facet trafił w historyczny moment. Chciałbym tylko podkreślić, że bez jego absencji o meczu nr 7 nawet byśmy nie rozmawiali...


PF Otis Hill

Tutaj był ciężki orzech do zgryzienia, gdyż bardzo mocnym konkurentem do trzeciego składu Michael Ansley. Ciężko jednak przejść obojętnie obok faktu iż w najlepszym sezonie Big Mike'a w PLK to Otis był MVP. O co zresztą Mike miał później duże, częściowo może uzasadnione, pretensje. Nie ulega jednak wątpliwości, że Ansley grał w tamtym sezonie wydatnie więcej i to w wyraźnie słabszym zespole, gdzie konkurencja jeśli chodzi o punktowanie była wyraźnie słabsza niż w Polonii. Otis przez dwa lata swojej gry w PLK był genialną, ciężką do powstrzymania maszynką ofensywną.


C Kris Lang

Na pozycji centra susza. Nikogo zagrażającego pozycji Langa nie widzę. Alex Dunn czy Paul Miller to nie ta półka. Kris był ważnym elementem mistrzowskiej układanki Urlepa. Później także udana kariera. Tyle.


Oczywiście druga piątka już wkrótce.

wtorek, 23 czerwca 2009

Nowy system Euroligi

Nowy system Euroligi polegający na przyznawaniu klubom Euroligi licencji A, B i C oraz dopuszczania do eliminacji został wyjaśniony w tej prezentacji. System zakłada udział 24 zespołów w sezonie zasadniczym z czego dwaj uczestnicy zostaną wyłonieni w kwalifikacjach z udziałem ośmiu zespołów. System gwarantuje udział krajowym mistrzom jeśli tylko zostaną spełnione fundamentalne wymogi Euroligi. Oczywiście ta gwarancja występuje do pewnego poziomu. System daje szanse większej liczbie krajów. W Eurolidze mogą zagrać Ukraińcy, Łotysze czy Belgowie. Rosja i Litwa będą miały regularnie szanse na dwóch przedstawicieli, a CSKA, Maccabi, Żalgiris, Cibona, Olimpija nie mogą już zamknąć drogi do Euroligi innym klubom z własnego kraju, bo jak wcześniej było napisane - mistrzostwo gwarantuje możliwość udziału.

Ranking krajów oraz jego działanie w przyznawaniu licencji i miejsc w kwalifikacjach przedstawiono w prezentacji. Ja przedstawię ranking ważny na najbliższy sezon:



Ranking uzupełnia się według numeracji. Potwierdza się wieloletnie licencje A, które przyznano 13 klubom: FC Barcelona, TAU Ceramica Vittoria, Unicaja Malaga, Real Madryt, Panathinaikos Ateny, Olympiakos Pireus, Montepaschi Siena, Lottomatica Roma, Efes Pilsen Stambuł, Fenerbahce-Ulker Stambuł, CSKA Moskwa, Maccabi Tel-Aviv i Żalgiris Kowno. Poza tym do rozdania jest 8 licencji B - przyznaje się po kolei jeśli dany klub nie ma licencji A. Później dalej wg kolejności przyznaje się 7 miejsc w kwalifikacjach jeśli dany klub nie ma licencji C za wyniki w EuroCup. W ten sposób uzbieranych jest 22 uczestników sezonu zasadniczego i 7 uczestników kwalifikacji. Ósmego wyłania Euroliga przy pomocy dzikiej karty. Tę otrzymała ALBA Berlin ze względu na wysoką frekwencję na meczach.

Jak wynika z rankingu ostatnim zespołem, który wg rankingu załapał się do kwalifikacji jest Crvena Zvezda Belgrad. Klub ten jednak w wyniku problemów finansowych i niespełnienia wszystkich wymagań nie był brany pod uwagę. Zgodnie z systemem do zastępstwa rozpatrywani powinni być kolejno KK Zadar, CEZ Nymburk i EclipseJet MyGuide Amsterdam. Któryś z tych klubów powinien moim zdaniem wymagania spełnić, ale miejsce w kwalifikacjach przyznano francuskiemu Le Mans i nazwano to dziką kartą, choć system jej nie przewidywał... Ostateczny skład podano na stronie Euroligi.

Co z tego systemu wynika? Z samego faktu iż Hiszpania mając trzy miejsca w rankingu krajów, ma cztery licencje A, wynika, że przedstawiciel Holandii będzie miał szanse na udział tylko i wyłącznie w wyniku niespełnienia wymagań przez klub znajdujący się wyżej w rankingu. Nieprawdziwe są także obawy prezydenta Pamesy Walencja, że zamknięto jego klubowi drogę do Euroligi. Mistrzostwo ACB gwarantuje Pamesie udział, wicemistrzostwo jak łatwo zauważyć daje bardzo duże szanse, a trzecie miejsce daje szanse na kwalifikacje - także tragedii nie ma.

System choć może trochę na pierwszy rzut oka skomplikowany bardzo dobrze realizuje od lat stawiane postulaty i oczekiwania. Gwarancja udziału dla mistrza, zwiększenie miejsc Rosji i Litwy, zmniejszenie Włoch i Francji, otwarcie na niedoceniane kraje (Ukraina, Belgia, Łotwa). Bardzo dobrze oddaje obecny układ sił w koszykarskiej Europie i jest bardziej elastyczny na zmiany w tym układzie. Skład, który może wyjść po dojściu Alby i Bennetonu może być najsilniejszym i najbardziej odpowiednim w historii. Zmiany w Eurolidze duże - a co z EuroCup?

Na koniec może o tym co ten system oznacza dla Polski? Jak widać Polska jest na skraju. Ewentualne spadnięcie za Belgię bardzo pogarsza naszą sytuację, bo spycha mistrza Polski do eliminacji. Także może nie kibicujmy Charleroi? Na ranking krajów mają oczywiście wpływ wyniki ze wszystkich trzech europejskich pucharów. Także los Prokomu zależy jak nigdy od tego czy Turów, Anwil czy Czarni zdecydują się grać w Europie i co tam osiągną. Mistrz Polski ma udział gwarantowany. Nikt poza Prokomem nie spełnia wymagań i co się stanie jeśli np. mistrzem zostanie Turów a wicemistrzem Prokom? Niestety w nowym systemie zmarnowane miejsce nie idzie w dół tabeli krajowej, tylko do następnego klubu w rankingu krajów i oznacza to zaprzepaszczenie miejsca w Europie.

Pora więc się przestawić z pewnego myślenia. W nowym systemie ewentualna licencja A dla Prokomu to zysk dla całej ligi. Gwarantuje udział Gdynianom, a w przypadku innego mistrza kraju daje szansę na dwóch polskich uczestników. Na granicy Gdańska i Sopotu powstaje hala, która uprawniałaby by Prokom do licencji A. Gdyby udało się osiągnąć odpowiednią frekwencję i generowane zyski za 3 lata Gdynianie mogliby wygryźć kogoś z trzynastki zespołów A.

A więc którzy jesteśmy w Europie?

Łukasz Cegliński w swojej notce odwołał się do ciekawego zestawienia nt osób chodzących na mecze. I Polskę, która oczywiście nie podała jeszcze oficjalnych danych (bo po co?...) umieścił w drugiej dziesiątce. Czy słusznie? Chyba jednak tak, chociaż jest lepiej, niż się może niektórym wydawać.

Przede wszystkim słabe średnie mają Grecy (1428,5 widza na mecz), Litwini (1150), Słoweńcy (605), czy Bałtowie. Z tym, że ci ostatni skupiają się raczej na ligach Bałtyckiej (2118) i Adriatyckiej (2070), które są o wiele bardziej prestiżowe. A jak by to mniej więcej wyglądało w Polsce?

Lećmy po kolei. Anwil Włocławek. Hala mieści 3450 osób, komplety zdarzają się, ale raczej jest wypełniona tak w 2/3 – acz średnia 2,5 tys. widzów spokojnie jest realizowana.

Turów. Teoretycznie powinno do ich halki wejść 1,500 osób (wymóg PLK). Z czego lekko licząc 200 na miejscach stojących, bo tam po prostu nie ma tyle ławek. Ale przynajmniej ludzi nie brakuje, większość ma karnety wykupione, średnio 1,400 minimalnie możemy przyjąć.

Prokom. Równe dwa tysiące miejsc siedzących, a frekwencja mocno się wacha. Wiadomo – na meczach z najlepszymi jest komplet, ale spotkania ze Zniczem takiego zainteresowania już nie wzbudzały. Ale przeciętnie półtora tysiąca można spokojnie założyć.

I dalej:
Poznań – tam były pustki, obawiam się, że jak osiemset średnio przyjmę, to może być na wyrost, ale optymistycznie taką liczbę wybieram, bo ludzie po prostu w wielkiej Arenie się rozmywali.

Inowrocław – teoria mówi o 2,7tys. miejsc. Wprowadzam poprawkę, po komencie osoby z Ino i średnią z optymistycznego 2,5 tysiąca zmniejszam na 1,300 widzów. Tam ludzie wierzą w Noteć, a nie Sportino.

Słupsk – nikt, kto tam był nie wierzy, że hala mieści ponad dwa i pół tysiąca widzów. O komplet nie trudno, nawet jak drużynie nie szło, było na lidze sporo osób. Ale ja bym zatrzymał się przy pełnej liczbie dwóch tysięcy, uwzględniając czasowe braki w zainteresowaniu klęskami ze Sportino oraz błędy w liczeniu liczby krzesełek na hali.

Starogard Gdański – no, Polpharmie w tym roku szło, to i hala pełna była. Z tym, że zastrzeżenie podobne do tego powyżej, tym razem z autopsji. Byłem, widziałem, nie wierzę w dwa i pół tysiąca numerowanych miejsc siedzących. Dość powiedzieć, że w moim sektorze było… pięć rzędów, każdy mniej więcej po dziesięć miejsc. Jasne, miejsca były luźne, więc dwa i pół tysiąca by tam weszło na upartego, ale akceptując numerację, tu też daję dwa tysiące. No, dwa sto.

Warszawa – na Koło teoretycznie przyjść może dwa tysiące fanów. Warszawa jest jednak dość specyficzna i Polonia nie przyciąga tłumów, ale granice przyzwoitości osiąga. Bez kozery powiem tysiąc czterysta, bo dodatkowo gro dziennikarzy tam przybywa, a ogólny wynik podbijają mecze z faworytami.

Ostrów – hmm… oficjalnie 1800. Naprawdę tysiąc dwieście i to cudem, to max w jaki jestem w stanie uwierzyć. Chociaż fakt – na fazie play-off w poprzednim sezonie (Śląsk z Atkinsem kontra Stal z Cotą) organizatorzy byli w stanie upchnąć w czterech niewielkich rzędach stu kibiców gości, więc jeśli tak samo zrobić z gospodarzami, to wynik by był obiecujący. Ta hala naprawdę nie spełnia żadnych norm, Stal powinna grać w normalnych warunkach, a gadanie o półtora tysiąca widzów jest jakimś wymysłem. Jak już mówiłem – optymistyczne 1200.

Jarosław – oficjalnie na granicy regulaminowej, kompletów raczej non stop nie było, bezpiecznie daję tysiąc, niech ktoś bardziej zorientowany poprawi, jak ma ochotę.

Świebodzice – równiutki tysiąc, co już udowadniałem. Zwykle dość pełna, chociaż wolne miejsca zdarzały się. Średnio powinno wyjść około 900 fanów.

Kwidzyn – tutaj, dzięki szczerości rzecznika klubu z Kwidzyna, wiem o hali, że mieści 1002 osoby, które sobie usiądą oraz jak dobrze pójdzie, to 1,500, gdy reszta postoi. Profesjonalizm, prawda? W każdym razie – obstawiam, że tych stojących za dużo nie było, siedzący byli w komplecie, średnio 1,100 nikogo nie powinno skrzywdzić.

Kołobrzeg – oficjalnie 1,3 tys., generalnie w tym mieście aż takiego ciśnienia chyba nie było. Mimo, że wyjątkowo wyniki były bardzo dobre. Średnią napędzały derby Pomorza, odbywające się praktycznie co drugą kolejkę. Tysiąc sto spokojnie można dać.

I na koniec Koszalin – według danych niecałe tysiąc dwieście i taką liczbę przyjmuję – tam parcie na AZS jest wielkie, ludzie kochają (czasem aż nadto – patrz afery po meczach z Czarnymi i Turowem) swój zespół i gorąco go wspierają. Komplet w małej hali był zawsze.


Podsumowując, zabrakło takich obiektów jak Orbita, która przynosiła średnio 2,5 tysiąca widzów. Ale to już rozmowa na zupełnie inny temat jak wiadomo. Tak więc statystycznie, według moich obliczeń „z głowy, czyli z niczego” wychodzi, że do hal przychodziło przeciętnie 1,392 osoby. Daje nam to trzynaste miejsce w zestawieniu – tuż za Grekami, daleko za drugimi ligami Włoch, Francji, Hiszpanii.

Oczywiście to są mocno szacunkowe dane, z niecierpliwością czekam na porównanie z oficjalnymi statystykami, które Cegieu obiecał opublikować. A jak ktoś ma dokładniejsze opinie na temat choćby Jarosławia, czy Poznania, to zapraszam do podzielenia się nimi tutaj.

Co z tego wszystkiego wynika? W sumie niewiele, ot taka ciekawa statystyka. Hale byłyby większe, to i ludzi byłoby więcej. Bo jak na razie są to wyniki, przy których nie brak chętnych jest problemem, ale brak krzesełek. Tylko co z tego, skoro PLK i tak da warunkowe licencje „dla dobra polskiej koszykówki” wszystkim, którzy się zgłoszą – a to wcale nie jest świetna droga do rozwoju dyscypliny.

niedziela, 21 czerwca 2009

Koszykarski piknik we Wrocławiu

No i piknik się odbył. Impreza na którą wstęp był bezpłatny nie wzbudziła większego zainteresowania. Średnio wypełniła się jedna strona hali Orbita. I to mimo tego, że były pewne nadzieje usłyszenia wieści na temat reaktywacji koszykarskiego Śląska. Wszystko wyglądało dość dziwnie, bo na całej imprezie poświęconej historii Śląska i jego dawnym bohaterem ani razu nie zająknięto się na temat obecnego braku drużyny w PLK i działań zmierzających do jego powrotu. Temat tabu? Nie chcę wyciągać wniosków, co z tej ciszy może wynikać...

Impreza zaczęła się od zmagań dzieci w ramach Basketmanii. Później rozegrano spotkanie Oldoboyów, w którym wystąpili: Leszek Chudeusz, Jerzy Hnida, Jerzy Binkowski, Ryszard Prostak, Jarosław Zyskowski, Jerzy Kołodziejczak, Andrzej Adamek, Tomasz Garliński, Radosław Czerniak, Mirosław Kabała czy Jacek Kalinowski (brakuje mi jednego nazwiska). Trenerami byli Mieczysław Łopatka, który oddał zwycięski rzut osobisty i Andrzej Kuchar. Później z Juniorami II Śląska Wrocław spotkali się seniorzy: Maciej Zieliński, Dominik Tomczyk, Kamil Chanas, Radosław Hyży, Robert Kościuk, Dariusz Parzeński, Robert Skibniewski, Piotr Nizioł, Tomasz Wilczek, Artur Mielczarek, Grzegorz Mordzak.

Koniec opowiadania. Pora na filmową relację:



P.S. Filmik musi iść na podmienionej ścieżce dźwiękowej. Jeśli będzie potrzeba mogę wrzucić gdzieś w wersji pierwszej.

sobota, 20 czerwca 2009

Co z tym tłem?

W początkach istnienia tego bloga (jak ten czas leci) mieliśmy inne tło w szablonie bloga, które nam się bardzo podobało. Niestety na skutek nieuwagi w listopadzie 2008 straciliśmy je i zastąpiliśmy tym, które macie okazję obecine podziwiać. Tera udało się odnaleźć stare. Chętnie byśmy do niego powrócili, ale zdajemy sobie sprawę też z siły przyzwyczajenia do tego obecnego - zdecydowanie bardziej jasnego. Dlatego zdecydowaliśmy decyzję pozostawić czytelnikom. Tygodniowa ankieta została zamieszczona po lewej.

Stare tło:



Obecne tło:




Ankieta zamknięta wynikiem 33-12 dla starego tła. Także wróciliśmy na stare.

czwartek, 18 czerwca 2009

Plotki, transfery, zmiany # 4

Sporo wody upłynęło w Wiśle i Odrze od czasu ostatniego raportu transferowego. Grubo ponad miesiąc i grubo się tego wszystkiego uzbierało. Kartka w pełni zapisana transferami wartymi omówienia albo tylko wspomnienia. No to jedziemy.

Najciekawsze wydarzenia ostatnich tygodni to wszystko to co wiąże się słabnięciem CSKA Moskwa i wyrastaniem starej-nowej potęgi w Eurolidze: Realu Madryt. O czym pisał także lukam. Postaram się po kolei. Budżet CSKA leci w dół o 30%. Norilski Nikiel obciął finansowanie, a kluby rosyjskie nie mogą być już dotowane z kas miejskich. Ettore Messina sam zastanawiał się czy po 4 latach potrafi jeszcze dotrzeć w odpowiedni sposób do swoich zawodników. Czy przypadkiem powie świeżości nie przyda się jemu samemu jak i całej organizacji CSKA. Włoski trener co roku nie narzeka na brak ofert. Także wszystkie okoliczności wskazywały na jego odejście. Nieoczekiwanie pojawiła się jeszcze jedna. Dano do zrozumienia władzom klubu, że budżet będzie większy, jeśli trener będzie rosyjski i więcej Rosjan będzie w składzie. I właśnie początkiem takiej polityki w CSKA jest sprowadzenie młodego trenera Evgenija Pashutina i zupełnie przeciętnego centra Dmitrija Sokolova.

Wracając do Messiny. Rok temu mówiło się o jego pewnym przejściu do FC Barcelony obecnego lata. Wyprzedzający transfer Davida Andersena zdawał się to potwierdzać. Spekulowano o tym ilu ostatecznie zawodników CSKA przeniosłoby się stolicy Katalonii. Ale tam drugi sezon z rzędu bardzo dobrze radzi sobie niemówiący po angielsku Xavi Pascual, a co ważniejsze do władzy w zespole Królewskich powrócił Florentino Perez. Słynny prezydent Realu wziął się porządnie do roboty i będzie tworzył koszykarskich galacticos. Na ironię - kiedy Roman Calderon przejmował schedę po Perezie, obiecywał więcej uwagi sekcji koszykarskiej i odbudowy jej dawnej potęgi. Zespół który do sukcesów prowadzili niegdyś Drazen Petrović czy Arvydas Sabonis, miał być zapuszczony właśnie przez Pereza...


Real był w ostatnich latach w czołówce, ale największe nazwiska europejskiego basketu go omijały. Teraz ma się to zmienić. Messina już oficjalnie podpisał kontrakt w formule 2+1 i zarobi 2 mln € za każdy sezon. Budżet klubu, który ma wynieść 45 mln € może być wydany na chcianych przez Włocha: Ramunasa Siskauskasa, Sarunasa Jasikevciusa, Rasho Nesterovicia, Nikosa Zisisa, Rimasa Kaukenasa, Novicę Velickovicia czy Romaina Sato. Na razie Real nabył Brada Olesona, który zrobił niesamowitą karierę w kilka lat przechodząc od hiszpańskiej LEB2 przez LEB1, Feunlabradę aż na szczyt ACB.

A co zostaje w CSKA? Siskauskas przedłużył umowę o 2 lata, Smodis ma jeszcze 2+1, Langdon 1+1 i wszyscy kilkumilionowe roczne płace. Potencjalni do ostrzału to mający jeszcze 2 lata ważną umowę Terrence Morris, po roku Erazem Lorbek i Zoran Planinić, a także Nikos Zisis czy nawet mający rosyjski paszport JR Holden. Zbyt znalazł się szybko. Europejskie New York Knicks, szaleńcy transferowi - Olympiakos Pireus - kręcą się już wokół Zisisa, Lorbka i Holdena. A plotki w kierunku Amriejców? Skromne negocjacje z Robertasem Javtokasem.

Zmieniając trochę klimat powróćmy może do rekina wczesnej pory offseasonu - Maccabi Tel-Aviv. Tam po nabyciu tria obwodowego: Andrew Wiśniewski (2 lata), Alan Anderson, Chuck Eidson (2 lata), prawdopodobnym pozostaniu Omri Casspiego (jeszcze nie do NBA) i prawdopodobnym rozstaniu z Carlosem Arroyo obwód jest już w dużej mierze wykrystalizowany. Pod koszem jest D'or Fischer, ubył Lior Elyahu, nie wyszedł Ante Tomić. Dogadany z zespołem jest Maciej Lampe niechciany już w Chimkach po zmianie trenera. W Tel-Avivie Maciek będzie zarabiał ponad dwa razy mniej i chce odzyskać przynajmniej część pieniędzy z ważnego jeszcze przez dwa lata kontraktu z podmoskiewskim klubem. Kolejnym kandydatem jest także Marko Banić - utalentowany skrzydłowy reprezentacji Chorwacji, który ostatnie lata spędził w Bilbao.


Hitowe młodzieżowe transfery przeprowadził Panathinaikos Ateny. Trzyletnie umowy podpisali Milenko Tepić (2,5 mln € za cały okres) z Partizana Belgrad oraz Nick Calathes (1,1 mln $ rocznie) z amerykański Grek z Florida Gators, który niedługo być może wybierze się do NBA. Co do tego pierwszego PAO zapłaciło także 500 tysięcy € odstępnego Partizanowi, który wydaje się być biednym zespołem rezerw Panathinaikosu. Ogrywają się tam młodzi gracze (Peković, Tepić), można sobie pożyczyć na rok zawodnika (Kecman, który wraca właśnie do Belgradu), a biedny krewny wychodzi na tym bardzo dobrze finansowo. A wielkość tej więzi niech podkreślą wypowiedzi zawodników Partizana, którzy mówią, że w Grecji zagrają tylko dla PAO - nigdy dla Olympiakosu.

Zmago Sagadin przedłużył o rok umowę z KK Zadar. Rok dłuższe przedłużenie podpisał Saso Filipovski z Lokomotivem Rostov. Jak widać wygnańców z PLK doceniają za granicę. Pozostając w Rosji. Pracę w Dynamo Moskwa stracił David Blatt. Zespół ma problemy, a ich były już szkoleniowiec to trener największych kontrastów w ostatnich latach. Sukcesy z Bennetonem i Mistrzostwo Europy z jednej strony. Oraz tragedie w Efesie, Dynamo czy na Igrzyskach Olimpijskich. Mimo to był kandydatem do objęcia CSKA... Jego następcą w Dynamo może zostać Sergei Bazarevich. Legendarny koszykarz odnoszący sukcesy jeszcze w barwach Związku Radzieckiego. Po cichu o rok umowę z Uniksem Kazań przedłużył Marko Popović.

Przerzucając się na Półwysep Iberyjski. Wszystko wskazuje na to, że do Pamesy Walencja przeniesie się doskonały lider Lietuvos Rytas - Marijonas Petrvicius. O Litwinie marzył ponoć też Prokom. No cóż - szkoda. Do Pamesy zmierzać ma również podobno Lynn Greer. W TAU na 3 lata za 2 mln € ma zawitać Lior Elyahu. Baskowie przegrali rywalizację o Chucka Eidsona z Maccabi Tel-Aviv. TAU inwestuje także w młodzież. Nabyli angielskiego Holendra - 16-latka - Devona von Oostruma. Teraz celują w chorwackiego piętnastolatka - Darijo Saricia. Za któremu chcą zapłacić 3 mln € za 8-letni kontrakt. Chłopak z całą pewnością musi być tego wart, bo o celności takich wczesnych transferów TAU niech świadczą Luis Scola, Tiago Splitter czy Goran Dragić. Fuenlabradę wzmocnił Esteban Batista i ma do niego ponoć dołączyć także znany z gry w Anwilu Włocławek - Chris Thomas. W Maladze 1+1 podpisał Carlos Jimenez.

Z pozostałych regionów w telegraficznym skrócie:
- Mantas Kalnietis na 3 lata w Bennetonie Treviso
- na kolejne 2 lata również w Bennetonie Sandro Nicević
- na 2 lata Pierro Bucchi w Armani Jeans
- Shaun Stonerook podpisał 2+1 z Montepschi
- Velimir Perasović 1+1 z Ciboną
- Milan Gurović chce wrócić do Crvenej Zvezdy
- Mirsad Turckan vel Jahović na kolejne 2 lata w Fener-Ulkerze
- Immanuel McErloy 1+1 z Albą Berlin
- Armands Skele nie ma oferty z Lietuvos Rytas, nie wybiera się także do Anwilu


Ufff. I to by było na tyle. Na koniec chciałem tylko zaznaczyć, że wszelkie ciekawe transfery i wydarzenia staram się na bieżąco umieszczać na Twitterze.

Plotki, transfery, zmiany # 3

poniedziałek, 15 czerwca 2009

Mam i ja

Profil na Twitterze.

W ostatnim czasie bardzo ubolewam, że z racji sesji nie mam okazji śledzić finałów NBA i sezonu transferowego w takim stopniu jak bym chciał. A co dopiero mówiąc o szerszym komentowaniu i dzieleniu spostrzeżeniami. Brakowało mi z tego powodu miejsca, gdzie mógłbym się umieszczać krótkie komentarze, tudzież różnego rodzaju linków o tematyce koszykarskiej czy też nie, którymi nie zawsze jest gdzie się podzielić. Popularny ostatnio wśród koszykarskich blogerów Twitter, może być świetnym wypełnieniem tej luki.

Tak właśnie mam zamiar traktować to miejsce. A jak to wyjdzie? Czy da się żyć ograniczeniem 140 znaków? Czy znajdą się chętni do śledzenia? To już wyjdzie w praniu.

piątek, 12 czerwca 2009

CSKA: koniec ery Messiny

To już praktycznie przesądzone – jeden z najwybitniejszych współczesnych trenerów na Starym Kontynencie zmienia pracę. Ettore Messina, człowiek instytucja w europejskim baskecie, uznany także w Stanach Zjednoczonych (jako jeden z nielicznych obok Żeljko Obradovicia i Mike’a d’Antoniego miał propozycję pracy w klubie NBA) – pożegnał się z CSKA Moskwa. Dokąd odejdzie? Tu zdania są podzielone.

Niedawno podczas jednego z wywiadów, jakich legendarny coach udzielił na zakończenie sezonu w Rosji, Messina stwierdził, że drużynie mistrzów Rosji już od jakiegoś czasu potrzebne jest nowe podejście. Nie wiadomo, kiedy ta refleksja się u niego pojawiła, ale na pewno nie rok temu, gdy przedłużał umowę z „Armią Czerwoną”. Wtedy też włoski szkoleniowiec był kuszony przez Barcelonę która szukała kogoś gwarantującego powrót Dumy Katalonii na europejski szczyt. Argumentem wspierającym ewentualne „tak” dla Barcy miało być przechwycenie kilku gwiazd z moskiewskiej konstelacji. Najbliżej dzisiejszej stolicy europejskiego futbolu byli Matjaz Smodis i David Andersen, ale wówczas szefom hiszpańskiego potentata udało się wykraść jedynie Australijczyka, któremu zbrzydła sroga rosyjska zima. Tego lata szefowie zespołu z Palau Blaugrańa zastawili wnyki na weterana JR Holdena, który w stolicy Rosji spędził znacznie więcej czasu, niż Andersen. Jego ewentualny transfer byłby sporym handicapem w rozmowach z Włochem.

Pytanie tylko, czy Barca rzeczywiście potrzebuje aż tak mocnego impulsu, by odzyskać utracone w 2004 roku mistrzostwo Euroligi. Jakąś odpowiedź na to pytanie dadzą rozpoczęte wczoraj finały ligi ACB. Barcelona pod wodzą młodego Xaviego Pascuala mierzy się w nich z TAU Ceramiką Vitoria prowadzoną przez starego wygę, Dusko Ivanovicia. Jeśli Katalończyk poradzi sobie z presją, ogra doświadczonego rywala i odzyska cenne trofeum dla swego klubu, stanie przed szansą zachowania swej niezwykle cennej posady. Jeśli zawiedzie, jego pryncypałowie, poddani presji nawiązania do sukcesów sekcji piłkarskiej mogą zechcieć pójść na całość i zamienić Xaviego na starszy, ale i bardziej markowy model. Inna sprawa, że przykład zespołu z Camp Nou pokazuje słuszność rozwiązania zgoła odwrotnego.. Po pierwszym meczu Wielkiego Finału prowadzi Barca

Na nowego trenera bardziej oczekuje inny wielki klub z Półwyspu Iberyjskiego – Real Madryt. Śmiertelni rywale Barcy mają poważniejszy problem. Po świetnym sezonie 2006/2007, kiedy to „Królewscy” podbili ligę i przy okazji zmietli konkurencję w Pucharze ULEB, rozwój zespołu pod kierunkiem Joana Plazy jakby się zatrzymał. Po nieudanym eksperymencie z Lazarosem Papadopulosem i dwoma takimi sobie sezonami w Eurolidze oraz, co chyba gorsze, dwóch straconych szansach na hiszpańską koronę, nadchodzi czas na nowe otwarcie. Słynny Włoch miałby tam pewnie więcej pracy niż w Katalonii. Zespół „Białych” nie gra już z takim entuzjazmem i twardością w obronie, jak jeszcze dwa lata temu, a Messina lubi, gdy jego ekipa wykazuje się dobrze zorganizowaną defensywą i kontrolowanym atakiem. Wprowadziłby zapewne spore zmiany w drużynie, jaką dostałby w spadku po Plazie, ale przecież gdzie jak gdzie, ale w Madrycie na brak pieniędzy nie mógłby narzekać. Zwłaszcza teraz, gdy z Santiago Bernabeu na całą Europę znów promieniuje blask galaktycznego rozmachu w posunięciach na rynku transferowym, nie wypada by drugi skarb Kastylijczyków pozostawał zaniedbany. Samemu trenerowi szefowie klubu oferują 2 miliony euro za trzy lata pracy, co świadczy o dużym parciu na sukces.

Gdzie jeszcze moglibyśmy obejrzeć Ettore za linią boczną boiska? Z wielkich firm wciąż nienasycony może się czuć Olympiacos Pireus. Od przeszło dekady na zespół wydawane są ogromne środki, a „Czerwoni” nadal nie mogą wyjść z cienia Panathinaikosu. Na świecie szaleje co prawda kryzys gospodarczy i nawet bracia Angelopoulos muszą się z tym faktem liczyć, ale póki co.. nie zanosi się na wyhamowanie rozpędzonej machiny do wydawania euro. Przebąkuje się wprawdzie o konieczności pozbycia się kosztownego świecidełka, jakim jest Josh Childress, ale czy szaleni bracia przyznają się do porażki i pozbawią fanów swego klubu ulubionej gwiazdki? Jeśli nie, to nic nie stanęłoby na przeszkodzie wydania kolejnych setek tysięcy w eurowalucie, tym razem na rzeczywiście wartościowy kontrakt.

Kto jeszcze? Maccabi raczej zacznie oszczędzać, o czym świadczy bliskie finalizacji przejście nadziei izraelskiego basketu Liora Eliahu do TAU Ceramiki. Skoro tak istotne postaci, jak Carlos Arroyo, czy wspomniany Eliahu miałyby opuścić Tel Awiw, trudno oczekiwać tak znaczącego ruchu, jakim byłoby sprowadzenie nad Morze Martwe trenerskiej mega gwiazdy. O propozycjach z NBA ostatnio jakby cicho, ale w takim Toronto Włosi już mają znaczących reprezentantów (menedżer Maurizio Gherardini, młody gwiazdor Andrea Bargnani), więc może uda się usadowić za oceanem kolejną wielką figurę europejskiej koszykówki.

A Moskwa? Tam, podobnie jak w większości ośrodków zaczyna się liczenie każdego eurocenta. Nie zdziwiłbym się, gdyby wspomniane rozterki Messiny dotyczyły właśnie finansów rosyjskiego giganta, a nie atmosfery zadowolenia z dotychczasowych sukcesów. Zmniejszenie dotacji ze strony Norilskiego Niklu, głównego sponsora klubu odbija się już w pierwszych decyzjach kadrowych po odejściu Włocha. Jego następcą ma być niezły do niedawna zawodnik, Jewgieni Paszutin, zaś nowym centrem został Dimitri Sokołow. Gdyby ten pierwszy miał pełnić funkcję asystenta, a drugi głębokiego rezerwowego nie byłoby to jeszcze żadnym przełomem, ale skoro rola obu panów ma być w klubie większa jest to sygnał, ze kołdra finansowa znacznie się skróciła.

Messinie w Moskwie należy się pomnik równy dawnym dyktatorom i carom. A nawet większy, bo być może poza kilkoma urażonymi gwiazdorami włoski mag trenerki nie wyrządził nikomu krzywdy. Od 2005 roku, gdy zasiadł na ławce trenerskiej ”Armiejców” czterokrotnie wprowadzał tą ekipę do finału Euroligi, dwukrotnie go zwyciężając. Swoimi dokonaniami przyćmiewał już legendarnego „Papę” Gomelskiego, poprzedniego wielkiego stratega, któremu moskwianie zawdzięczali triumfy w Europie. W tym czasie zdominował także ligę rosyjską, zdobywając wszystkie kolejne tytuły mistrzowskie. Jego CSKA miała swój styl, który fascynował fachowców, bezstronnych kibiców może drażnił, ale był znakiem firmowym jednej z najbardziej dominujących drużyn Europy po ostatniej erze Maccabi Tel Awiw.

Nie wiem, czy nowy „pierwszy po Bogu” okaże się moskiewskim Guardiolą czy raczej tanim sposobem na przetrwanie kryzysu. Jedno jest pewne w klubach Europy- poza potęgami ligi ACB i Wielką Dwójką ligi greckiej - zaczyna się zaciskanie pasa. Spektakularne transfery graczy z NBA przechodzą raczej do historii. W ten trend wpisuje się etatowy mistrz Rosji, a odejście wielkiego trenera, a za nim pewnie części gwiazdozbioru zwiastuje być może koniec (europejskiej)potęgi CSKA. Chyba, że menedżment klubu z prezesem Siergiejem Kuszczenką na czele znajdzie jakieś kreatywne pomysły na stawienie czoła nowej rzeczywistości. Na razie po stronie plusów szefowie klubu zapisują sobie przedłużenie o kolejne dwa lata umowy z Ramunasem Siskauskasem. Kto będzie wspierał superweterana z Litwy w epoce „po Messinie” okaże się w najbliższych miesiącach.

czwartek, 11 czerwca 2009

Koszykarski Rekord Guinessa

Kanał PZKosza na youtube drgnął po miesiącach stagnacji. A to za sprawą bicia Rekordu Guinessa w jednoczesnym kozłowaniu piłką. 17 czerwca w imprezie powinno wziąć udział 30 tysięcy osób w siedmiu miastach gospodarzach. Do udziału w biciu rekordu zapraszają Szymon Szewczyk, Żubr Mieszko i Massey.







Pojawił się także skrócony trailer EuroBasket:




Do bicia rekordu i dopingowania naszym zapraszamy także i my.

17 czerwca na wrocławski Rynku odbędzie się próba ustanowienia rekordu Guinnessa w liczbie osób jednocześnie kozłujących piłkami do koszykówki.

Próba bicia rekordu odbędzie się w siedmiu miastach jednocześnie (Katowice, Łódź, Bydgoszcz, Gdańsk, Poznań, Warszawa oraz Wrocław).
Wrocławianie chętni do bicia rekordu mogą się zapisywać w środę od rana u specjalnych wolontariuszy w Rynku. Rejestracja jest konieczna, bo inaczej rekord nie będzie ważny. Aby został on zaliczony, każdy musi odbijać piłkę minimum 5 minut. Przyglądać się temu będą wysłannicy firmy wydającej corocznie Księgę Rekordów Guinnessa.

Harmonogram imprezy:

* 09.30 – 11.30 – rejestracja uczestników bicia rekordu i wydawanie piłek (czas rejestracji uatrakcyjni pokaz filmów, konkursy, występy zespołów itp.).
* 11.30 – 12.30 – występ i pokaz zespołów, treningi kozłowania, przywitanie uczestników.
* 12.45 – 12.50 – próba bicia rekordu Guinnessa (wspólna próba 7 miast – transmisja na Żywo w TVP Info).
* 12.50 – 13.30 – podsumowanie imprezy, występy artystyczne i zakończenie.

Mistrzostwa Świata 2018 w Polsce?

To oczywiście tylko idea bardzo początkowa. Nasunęła mi się po tym, kiedy organizację MŚ 2014 otrzymali Hiszpanie.

Bo właściwie dlaczego nie?

EuroBasket 2009 nie powinien być tutaj problemem. Turcy za rok organizują MŚ - 9 lat temu ME u siebie. Hiszpanie zrobią to 7 lat później. My możemy 9. Problemem może być fakt, iż organizacje takie jak FIBA nie lubią tego typu imprez pod rząd w jednej części świata. Choć do tej pory MŚ tylko 3 razy zawitały do Europy. Standardowym atutem i argumentem za Polską jest, że Europa Środkowo-Wschodnie nie miała jeszcze tej imprezy.

Hale? Dwie nowe na światowym poziomie - w Trójmieście i Łodzi. Do tego Spodek, względnie Łuczniczka i Hala Ludowa. O Torwarze i Arenie w tym kontekście może zapomnijmy. Nie jest chyba nazbyt naiwnym założeniem, że do 2018 roku w Polsce powstaną jeszcze 1-2 obiekty tego typu. Szczególnie w sytuacji, gdyby udało się uzyskać organizację mistrzostw.

Dziś jedyną rzeczą, na której powinien koncentrować się PZKosz są wrześniowe mistrzostwa. Ale już po nich, zwłaszcza jeśli okażą się sukcesem organizacyjnym, warto zastanowić się nad imprezą światowego formatu i nie przespać wszelkich procedur koniecznych do zgłoszenia kandydatury. Występy w Polsce kadry USA w każdym układzie personalnym byłyby wielkim wydarzeniem, które nie potrzebowałoby żadnej promocji.


I tutaj wychodzi temat poboczny. Nowa hala we Wrocławiu. Temat zupełnie martwy właściwie od momentu, kiedy Wrocław dostał organizację Euro i postanowił wybudować sobie nowy stadion. W międzyczasie hale na miarę swoich możliwości budują w Polsce miasta duże i te mniejsze. Nieśmiałe spekulacje sprzed kilku lat o budowie nowego obiektu były ucinane dość krótko Ludowa i Orbita wystarczy. I tutaj jest pies pogrzebany - sytuacja z definicji zepsuta. Orbita jako obiekt na szybko budowana nie jest wielka, nie jest piękna i swoją rolę hali średnich gabarytów wypełnia doskonale, tym bardziej, że wypełniła lukę w tej kwestii. Ale przecież to nie o to chodzi. Hala Ludowa jest. Tyle tylko, że jej nie ma. Dla sportu. Mogą się w niej odbywać tylko imprezy o charakterze turniejowym, jednorazowym. Z możliwością rezerwacji na wiele miesięcy, a najlepiej lat przed terminem. Co poniekąd pokazuje bezsens pomysłów przebudowy widowni Hali Ludowej tak, aby pomieściła 10 tysięcy widzów. Hala poważnemu klubowi jest potrzebna do użytku dwa razy w tygodniu i to nie tylko w dniu meczu. A nie - jak się uda - pomiędzy galą sukien ślubnych, giełdą minerałów i wystawą kotów perskich...

Nie oczekuję, że w kryzysie, przy bardzo dużym zadłużeniu miejskiej kasy, przy nadchodzących inwestycjach związanych i niezwiązanych z Euro 2012, ktoś nagle przystąpi do budowy hali na kilkanaście tysięcy widzów. Bo to jest nierealne. Chciałbym tylko, żeby temat nie popadł w zapomnienie. Żeby przekonać władze o konieczności zbudowania takiego obiektu, żeby go wpisać do strategicznych inwestycji miasta w bliższej lub dalszej przyszłości, żeby przede wszystkim najpierw wzbudzić w lokalnej społeczności potrzebę posiadania tej hali.

I oczywiście ludzie lubiący równanie do dołu mogą mówić tutaj o jakiejś megalomanii, bo przecież nie mamy na dzień dzisiejszy we Wrocławiu żadnego klubu, który mógłby możliwości nowej hali w pełni spożytkować. Można jednak postawić pytanie czy nowiuśka łódzka hala ma taki klub? Czy do tej pory choćby reprezentacja siatkarska nie mogła z powodzeniem grać tam w starszym obiekcie?

Bo hale jak drogi - powinno się budować na jutro, nie na dziś.

poniedziałek, 8 czerwca 2009

Liga półotwarta czy półzamknięta?

Kryzys gospodarczy trapiący Europę i świat powoduje, że zawisła nad nami groźba wyjątkowo nudnego sezonu ogórkowego. Wiadomo – mniej pieniędzy od sponsorów, mniejsza szansa na hitowe ruchy transferowe. Kluby różnie radzą sobie z tym problemem, zaś w Polsce o to, byśmy się nie nudzili być może zadba koszykarska centrala.

Władze Polskiej Ligi Koszykówki wraz z Romanem Ludwiczukiem, prezesem Polskiego Związku Koszykówki, od kilku tygodni wzbudzały emocje perspektywą wprowadzenia obowiązku gry dwóch Polaków przez cały czas trwania meczu PLK. Mówiło się o tym, że drugim szczęśliwcem obok dotychczasowego seniora, miał być „młodzieżowiec”, a wiec zawodnik urodzony po 31 grudnia 1985 roku. Co prawda w rozgrywkach reprezentacyjnych obecnie najstarszym rocznikiem młodzieży jest 89’, ale to temat na inne rozważania..
Szefowie klubów wszczęli bunt (niektórzy grozili wycofaniem swych drużyn z europejskich pucharów..). Koniec końców decyzja centrali okazuje się być kompromisową – dwóch Polaków tak, młodzieżowiec tak, ale tylko w dwóch kwartach, a konkretnie w drugiej (jak dotychczas) i trzeciej. I wszyscy są chyba szczęśliwi, bo kluby dalej nie muszą się specjalnie przejmować szkoleniem, a PZKosz znów pokazał, że walczy o przyszłość polskiego basketu. Nie to jednak wywołało największą dyskusję w światku koszykarskim. Tu dochodzimy bowiem do gwoździa programu, czyli propozycji stworzenia z PLK ligi zamkniętej.

Pomysł ten krążył w przestrzeni publicznej od dłuższego czasu, ale nie wychodził poza rozważania ekspertów. Jeszcze zanim zacząłem zamieszczać swe wynurzenia na niniejszym blogu, atakowałem ten pomysł ze wszystkich sił komentując blogi i artykuły. Nie podobało mi się odcinanie klubów pierwszej ligi od możliwości awansu do ekstraklasy drogą sportową. Jak bowiem wytłumaczyć kibicom, że całe rozgrywki na zapleczu PLK grane są w zasadzie o pietruszkę? Jak zachęcić sponsorów do wspierania drużyn poniżej ekstraklasy skoro grają one praktycznie „do kotleta”?

Z tych wątpliwości leczył mnie jednak widok kolejnych mistrzów i wicemistrzów 1 ligi. Kluby, z wirtualnymi budżetami, długami i halami na poziomie remizy strażackiej nie dawały impulsu rozwojowego koszykówce w Polsce, bo też dać nie mogły. Z całym szacunkiem dla tych klubów oraz dla remiz strażackich, w zawodowej lidze powinni grać ci, których stać na zapewnienie godziwych warunków rozgrywania meczów. Nie może być też sytuacji, w której klub (a wiec firma) umawia się z zawodnikami i trenerami (czytaj pracownikami) na określone sumy kontraktowe, po czym w połowie sezonu rozgania ich do domu, bo jednak kasa w budżecie się nie zgadza. Nie wspominam nawet o przypadkach, które podważają wszelkie zaufanie do klubów i całej ligi, czyli wycofania się z rozgrywek w ich trakcie..

Niestety w momencie, w którym takie szopki zaczęli urządzać potentaci ligowi (Śląsk, Pruszków), ręce mi opadły..

Obecnie lansowany projekt „zamknięcia” ligi wydaje się być rozsądny. Nie jest to kopiowanie żywcem wzoru NBA bądź rosyjskiej Superligi, do których „nie da się” awansować drogą sportową, a inne ligi w Stanach i Rosji działają w zasadzie odrębnie od wspomnianych rozgrywek. Według polskich planów najlepsze zespoły zaplecza ekstraklasy mogłyby do niej awansować, pod warunkiem dysponowania zabezpieczeniem budżetu, rozliczeniem wszelkich spraw finansowych z pracownikami i instytucjami oraz posiadania hali, spełniającej normy licencyjne. No właśnie, licencje..

Ten system tak naprawdę istnieje już od dawna, tyle że jest fasadą. Wymogi są jasno określone, istnieje też konstytucja marketingowa, która ma zmuszać kluby do współpracy z mediami, a jak bywa z tym w życiu, to pamiętamy.. Ważne jest więc, by te regulacje zaczęły działać, a kluby nie wywiązujące się ze zobowiązań otrzymywały kary lub były z niej relegowane. Wszystko jest kwestią skali przewinienia. Inaczej powinno się karać za prywatne wojenki prezesa z mediami, inaczej za odmowę uczestnictwa w imprezach promocyjnych PLK, takich jak Mecz Gwiazd, a jeszcze inaczej za notoryczne niepłacenie pracownikom klubu należnych pensji. Klubom powinny być też wyznaczane okresy przejściowe, w zależności od tego czy usunięcie danej wady organizacyjnej jest kwestią dobrej woli czy też wymaga czegoś więcej. Trudno na przykład wymagać, by nowa hala powstała w rok, ale rozliczenia z fiskusem i pracownikami za rok poprzedni to abecadło, jak to się pięknie określa – stosunków gospodarczych. Chyba, że nasze standardy mają być bliższe Białorusi, niż krajom Zachodu..

Warto przypomnieć, że w innych ligach, tak słynne kluby jak Virtus Bolonia, Limoges, czy Tofas Bursa były karnie relegowane z ekstraklasy za niespłacone długi. Oczywiście nie tylko dlatego liga włoska, turecka czy francuska są wyżej oceniane od naszej, ale wizerunek i wiarygodność ligi, to wartości, które prędzej czy później przekładają się na biznes.

Rozwiązanie, o którym było ostatnio głośno, bliższe jest mojej ulubionej Eurolidze. W tych rozgrywkach pewna grupa klubów ma zapewniony byt, zaś reszta walczy o miejsce poprzez macierzyste rozgrywki ligowe. Zespoły „uprzywilejowane” nie zawdzięczają jednak pozycji przychylności prezesa ULEB –u, czy szefa Euroligi. Są to po prostu legendy europejskiej koszykówki – Maccabi, Panathinaikos, CSKA Moskwa, Barcelona, czy Real Madryt – potęgi sportowe i finansowe na Starym Kontynencie. Nie może być inaczej, skoro Euroliga ma ambicje ścigać NBA, której kluby dysponują megabudżetami i halami o większej pojemności niż niejeden polski stadion.. Ci, którzy chcą dołączyć do tego grona nie mogą grać na obiektach mieszczących półtora tysiąca widzów jedynie przy łaskawym spojrzeniu koszykarskiej centrali.

Krótko mówiąc – zamiast straszyć zamykaniem, egzekwujmy te normy, które sami sobie nakładamy, dbając o to, by równać w górę, a nie w dół. Niech w PLK może grać każdy - kto spełni normy licencyjne.

Tylko jedna rzecz mnie martwi.. Euroliga i NBA opierają się na markach sportowych – Celtics, Lakers, czy wspomniane drużyny europejskie. U nas kadłuby rodzimych „starych firm” grają w pierwszej lub drugiej lidze (Śląsk II, ŁKS, Znicz Pruszków, Wisła, Legia), ukrywają się pod innymi nazwami (PBG Basket zamiast Lecha) bądź od dawna nie istnieją (Wybrzeże Gdańsk, Stal Bobrek). Obecni dominatorzy – Prokom i Turów –nie przyciągnęli przed ekrany telewizorów więcej niż 60 tysięcy widzów (w porywach). Projekt pozyskania dla PLK klubów z metropolii (czy raczej metropolii nierzadko bez klubu) na razie trąci porażką. Kto zatem będzie wizytówką tej nowej, półzamkniętej, czy też półotwartej ekstraklasy?

niedziela, 7 czerwca 2009

Prokom i Turów – potrzebna im gra w PLK!

Przeczytałem ostatnio artykuł Rafała Tymińskiego mówiący oględnie o tym, że Prokom i Turów są tak silne, że w zasadzie powinny grać w lidze bałtyckiej, a do walki o mistrzostwo Polski przystępować w play-offach, albo i jeszcze później. Artykuł może i ciekawy, ale skrajnie się z nim nie zgadzam. Dlaczego? Oto kilka najważniejszych powodów.

„Tam [w Słowenii] wszyscy wychodzą z założenia, że najlepszy klub kraju i tak po pierwszej rundzie byłby w czołówce, zresztą bilans 2. rundy jaki uzyskała Olimpija, czyli 13-1 to świadczy o różnicy poziomów pomiędzy nią a pozostałymi.”

A teraz porównajmy ten bilans do osiągnięć obu tych ekip. Prokom w lidze miał bilans 19-7, Turów 17-9. W play-off odpowiednio sopocianie wygrali 3-2 ze Stalą i 4-2 z Anwilem, natomiast zgorzelczanie odprawili 3-0 AZS Koszalin i 4-2 Czarnych. Drużyna Turkiewicza rzutem na taśmę wywalczyła drugie miejsce po fazie zasadniczej (mając tyle samo punktów co Anwil i Kotwica). Ta ostatnia zresztą sprzątnęła wszystkim sprzed nosa Puchar Polski. Czy tak wygląda totalna dominacja w lidze? Mam wątpliwości…

„Wypada abyśmy postawili sobie pytanie, co ciekawego i pozytywnego dla koszykarzy mistrza lub wicemistrza kraju wynikać będzie z tego, że pojedą na mecz - z całym szacunkiem dla tych miast - do dołującego Górnika Wałbrzych albo Sokołowa Znicza Jarosław? Jeśli taki klub będzie sobie dobrze radził w lidze - przypominam tak postępują na Bałkanach - to z mistrzem zagra niejako w nagrodę...”

Po pierwsze, porównywanie Bałkanów i Polski jest skrajnie śmieszne. Tam jest zupełnie inna mentalność, ludzie utożsamiają się z klubami niezależnie od wyników i dlatego można sobie pozwolić na takie działania. Natomiast w Polsce właśnie przyjazd Prokomu, czy Anwilu wzbudza zainteresowanie lokalnej społeczności, która wypełnia halę, a w przypadku dobrego meczu koszykówką może się zainteresować. A jak do Jarosławia będą przyjeżdżały tylko Sportino Inowrocław, Żubry Białystok czy Zastal Zielona Góra to z całym szacunkiem dla tych wszystkich drużyn, ale wielkiego zainteresowania nie wzbudzą. Ba – wątpliwym jest, czy zapełnią w 80-90% hale. Zapewne między innymi dlatego powstała akcja „PLK w twoim mieście” – aby promować koszykówkę tam, gdzie (jeszcze) nie ma jej na najwyższym poziomie. I niezależnie od wykonania, pomysł jest jak najbardziej na miejscu, co sprawia, że jednak problem istnieje. A wycofanie Prokomu i Turowa z sezonu zasadniczego w zderzeniu z tą akcją zakrawa na sabotaż. Na Bałkanach raczej podobne akcje nie są potrzebne.

„I naprawdę dla grających w nich koszykarzy (także tych polskich) korzystniej byłoby, gdyby przez sporą część sezonu grały tylko z europejskimi rywalami.”

Wyniki spotkań pucharowych wybitnie ukazują, jak wykorzystują swoje szanse na starcia w Europie. Nie mówiąc o tych klubach, które rezygnują z takich atrakcji z powodu kosztów.


Poza tym – gdy zapyta się przeciętnego kibica Anwilu, Prokomu, Turowa, co woli – starcia między sobą (czy też Śląskiem po ewentualnym odrodzeniu), czy BK Ventspils, Nymburkiem i Żalgirisem – mam wrażenie, że odpowiedź będzie jedna. I to niezbyt korzystna dla ligi bałtyckiej.

W Polsce koszykówka jest na dnie. Dlatego też każda minimalizacja występów najlepszych drużyn jest kolejnym krokiem ku marginalizacji tego sportu w stopniu w Europie niespotykanym. Oraz byłaby jednym z gwoździ do trumny, która jednak stara się powoli otwierać. Powinno być raczej na odwrót – należy jak najbardziej eksponować najlepsze drużyny i za ich pomocą rozbudzać ponowne zainteresowanie basketem. Już wcześniej pisałem o potrzebie rozbudowania Pucharu Polski i, przynajmniej według plotek, to trofeum stanie się wkrótce atrakcyjniejszym kąskiem.


Ogólnie jednak sam projekt jest ciekawy. Możliwość rywalizacji z najmocniejszymi drużynami „z sąsiedztwa” powinna być atrakcyjna, ale dlaczego nie np. formie pucharu? Wtedy, zwłaszcza biorąc pod uwagę szybkie kończenie europejskich przygód, czas znalazłby się zarówno na ligę, puchar Polski, jak i puchar Bałtyku. Tylko czy wtedy Tomas Pacesas i spółka nie narzekaliby, że zawodnicy są przemęczeni graniem co trzy dni?

wtorek, 2 czerwca 2009

Bo fantazja..

Gdy prawie dziewiętnaście lat temu obejrzałem pierwsze retransmisje spotkań ligi NBA miałem trzy marzenia: by Polak zagrał w Najlepszej Lidze Świata, wystąpił przeciwko Michaelowi Jordanowi i zdobył tytuł mistrzowski. Wówczas były to kompletne fantazje, ale że koszykówka w Polsce miała swoje pięć minut atmosfera sprzyjała wyobraźni. Dziś nie jest tak różowo, basket zszedł w Polsce na dalszy plan, ale dziecięce fantazje zaczynają nabierać bardziej realnych kształtów.

Pierwsze marzenie spełniło się i to niejako w 300 procentach. Różnie te nasze rodzynki sobie za oceanem radziły. Cezary Trybański był raczej szczęśliwą ze swego losu maskotką, jakich wbrew pozorom w tej wielkiej, ale momentami cyrkowej lidze nie brakuje. Drugi, Maciej Lampe talent miał największy, ale młody wiek i trudny charakter „przyblokowały” jego karierę raczej na poziomie Darko Milicicia niż Dirka Nowitzkiego czy Pau Gasola. Trzeci z nich Marcin Gortat nie jest tak wysoki jak Trybański, ani tak utalentowany jak Lampe. Mimo niekiedy nieco bufoniastych, ale za to barwnych wypowiedzi jest przede wszystkim pracusiem, który w pocie czoła nadrabia kosmiczny dystans od gracza, który późno zaczynał przygodę z koszykówką do pełnoprawnego członka jednej z najlepszych drużyn świata.

Drugie marzenie nie spełniło się wprost. Żaden z wymienionych polskich koszykarzy nie dostąpił zaszczytu zagrania przeciwko MJ. A skoro tak, to żaden już nie dostąpi, chyba, że ktoś trafi akurat na jakąś pokazówkę koszykówki ulicznej z udziałem „His Airness”.. Nie ma jednak na co narzekać, gdyż kreowany i kreujący się na następcę Mike’e Lebron James otrzymał już od wychowanka ŁKS -u trzy ładne bloki. Prawie, jakby Jordanowi te czapy założył..

Trzecie marzenie? Jego spełnienie zależy od wielu czynników. Od czwartku Orlando Magic rozpoczyna decydującą batalię o tytuł. Naprzeciw ekipy z Florydy stanie zespół doświadczony, którego gwiazda, trzon składu oraz przede wszystkim trener wie doskonale, jak się wygrywa mistrzostwo. Gdyby jednak zawsze w takich momentach górowała wyłącznie eksperiencja, tytuły zgarnialiby sami czterdziestolatkowie na boisku i emeryci na ławkach trenerskich. Poza tym tydzień temu jeden młody i niedoświadczony trener pozbawił pewnego sędziwego coacha tytułu klubowego mistrza Europy w piłce nożnej. Pep Guardiola, bo o nim mowa ma na pewno mniej doświadczenia w swoim fachu, niż Stan van Gundy, zaś finałowy rywal trenera Orlando nie jest aktualnym mistrzem NBA..

Mówiąc zupełnie poważnie, faworytami do zwycięstwa w Wielkim Finale NBA są Lakersi, ale przecież już raz skazywani na pożarcie Detroit Pistons pokazali, że sam udział Kobego i spółki w ostatecznej rozgrywce nie oznacza automatycznej ich koronacji. Nie wspominam o ubiegłorocznej porażce Jeziorowców z rąk Celtics, bo jednak bostończyków do boju powadziło wspaniałych Trzech Muszkieterów, zaś Czarodzieje mogą liczyć tylko na jednego Supermana.

Ostatni występ Magic w finale (95’) zakończył się dla nich dość bolesną lekcją koszykówki udzieloną przez rutyniarzy z Houston. Mam nadzieję, że tym razem, w dwudziestolecie swego istnienia, klub z krainy zwanej Wrotami do Ameryk podejmie równą walkę z teoretycznie silniejszym przeciwnikiem. To jeden z podstawowych warunkach, by marzenie się spełniło..

Ktoś napisał, że Gortat zrobił w tym sezonie więcej dla promocji koszykówki w Polsce niż.. ktokolwiek. Obserwatorzy i (zwłaszcza) eksperci z forów internetowych podzieli się na dwa obozy. Pierwszy widzi w łodzianinie gwiazdę NBA, a w trenerze van Gundym kolejnego gnębiciela polskiego talentu, który spiskuje przeciw jego eksplozji. Drugi obóz drwi z „gortatomanii” i z dociekliwością inspektora Clouseau wylicza rodakowi, ile to punktów więcej od niego zdobywa Dwight Howard, czy Kobe. Truizmem jest mówić, że prawda leży pośrodku. Tak naprawdę widać po tych analizach, jak daleko od nas (dosłownie i w przenośni) jest ten świat, który chcemy opisywać.

Najbezpieczniej chyba traktować całe to zjawisko z nadzieją, ale i lekkim dystansem. Marcin nie jest i nie będzie gwiazdą NBA, bo do tego trzeba nieludzkiego talentu i ogrania na wszystkich szczeblach wielkiej koszykówki czy to w USA, czy w Europie. Nie przeszkadza mu to jednak w czynieniu niesamowitych postępów w grze i stawaniu się cenionym graczem NBA, być może na lata. Doświadczenie przez niego nabywane, gra w klubie z poziomu finału Najlepszej Ligi Świata – to rzeczy bezcenne i niedostępne dla bardziej utalentowanych starszych kolegów z boiska, których podziwialiśmy/podziwiamy na parkietach PLK. Mało tego, nawet tacy gracze jak Sarunas Jasikevicius czy Antoine Rigaudeau, których lubię i cenię, za inne zasługi o osiągnięciach i pozycji w NBA jaką ma Gorti mogą jedynie pomarzyć.

Nie oznacza to, ze Marcin jest od nich lepszy. Po prostu okazał się cierpliwszy, pokorniejszy i bardziej otwarty na cały ten zgiełk, jaki go otoczył za oceanem. Jego marzeniem i celem była gra w tej lidze i teraz konsekwentnie to realizuje. Od czwartku stanie wraz z kolegami przed życiową szansą przejścia do jej historii. Jest trochę jak Kubica, gdyż rozwój jego talentu nastąpił w Niemczech. Ma coś z Małysza, bo wyrósł na wysychającym podłożu swej dyscypliny w Polsce. Zanim wydamy na jego temat kategoryczne sądy, dajmy mu szansę rozegrać ten finał od początku do końca. Zaciskając kciuki za pierwszego polskiego mistrza NBA..

Eurobasket raport - turniej bez gwiazd?

Przedwczoraj licznik eurobasketowy pokazał setkę. W „studniówkę” Mistrzostw Europy, warto się przyjrzeć wstępnym prognozom przed wrześniowym turniejem.

Na razie wszyscy, skupiają się bardziej na organizacji, halach, wizytach przedstawicieli FIBy, czyli prawnego gospodarza turnieju. Wiadomo jednak, że kwintesencją turnieju są gwiazdy. Przyjrzyjmy się zatem krótkiemu update’owi listy spodziewanych gwiazd, kontuzjowanych gwiazd, spodziewanych –nieobecnych i innych ważnych nazwisk, które mogą, ale nie muszą zawitać do Polski.

Faworyt imprezy, Hiszpania, jedyny zespół godny mierzyć się z Amerykanami potencjałem. Największym zmartwieniem trenera Aito Garcii Renesesa powinien być spodziewany brak w składzie Pau Gasola. Główna podkoszowa broń LA Lakers nadal nie zamknęła tematu reprezentacji, ale dotąd wysyłane sygnały świadczą o zamiarze wzięcia urlopu na bieżący sezon. Łatwo usprawiedliwić ten ruch. Gasol jest jednym z tych graczy, którzy nie odmawiali drużynie narodowej i którzy odnosili z nią wielkie sukcesy. W dodatku wychowanek Barcelony, nie słynący z siły i wydolności rozgrywa drugi z rzędu wyczerpujący sezon walcząc o mistrzostwo NBA. Nie życzę Lakersom źle, ale może być tak, że im dłużej grają w tych play offach, tym mniejsze są szanse na występ Pau w Polsce. A sam zawodnik podkreśla, ze latka mu lecą i czas niezbędny na regenerację organizmu się wydłuża..

Ewentualna absencja Jeziorowca nie jest jedynym problemem, z którym może się latem zmierzyć Reneses. Kontuzja kolana zmusza do operacji Jose Calderona. Kto wie, czy nie jest to większy kłopot, gdyż gracz Toronto jest faktycznym szefem zespołu i zarazem jednym z nielicznych (obok Tony’ego Parkera) wiodących rozgrywających NBA rodem z Europy.

Te spodziewane absencje rekompensuje nieco mocna deklaracja Rudy’ego Fernandeza, który mimo sprzeciwu swoich pracodawców z Portland zamierza wziąć udział w „naszym” Eurobaskecie. Jest młody, gra bez kompleksów i chętnie udowadnia Amerykanom, że nie tylko oni potrafią skakać. Jego występy powinny być ozdobą mistrzostw.

Jeśli Hiszpanie mają problemy ze składem, to co powiedzieć o Niemcach? Oni kłopot mają tylko jeden, ale za to poważny. Nazywa się Dirk Nowitzki. Skrzydłowy Dallas już w zeszłym roku zapowiedział, że trenerzy niemieckiej kadry mogą go spisać na straty podczas mistrzostw Europy. Jednakże gość, który stanowi ponad 70% wartości zespołu nie może zostać „odpuszczony” bez walki. W przeszłości Wunderdirk miewał różne zachcianki, które musiała spełnić niemiecka federacja, by móc liczyć na jego wsparcie. Tym razem trener Dirk Bauermann zadeklarował nawet pomoc partnerce życiowej Nowitzkiego, która weszła w konflikt z prawem. Oferta ponoć została odrzucona, ale może dobre chęci coacha zostaną gdzieś tam wliczone do zasług..


Ostatnio pojawiły się pogłoski na temat możliwej absencji innej wielkiej gwiazdy z NBA, Andreja Kirilenki. Skrzydłowy Utah Jazz, a zarazem jedna z dwóch opok aktualnych mistrzów Starego Kontynentu napomknął o problemach osobistych, które staną na przeszkodzie jego występu w Polsce. Nie wiem, czy David Blatt, trener „sbornej” okaże się równie zdesperowany, jak jego niemiecki kolega i zaproponuje AK -47 swoją pomoc, ale poprawdzie, to nie było takie dziwne. Podczas Eurobasketu 2007, to akcje „Kałasznikowa” otworzyły Rosjanom drogę do finału w momencie, gdy ich rywale, Litwini nabierali wiatru w żagle po fatalnym początku i doganiali ich w końcówce meczu półfinałowego. Generalnie zresztą, brak jednego z najwszechstronniejszych graczy NBA byłby dużą stratą, tak dla obrońców tytułu, jak i dla atrakcyjności całego turnieju. Dodajmy do tego, że drugi filar rosyjskiej ekipy, Jon Robert Holden także przebąkuje o dłuższych wakacjach po wyczerpującym sezonie,

Potrzebą odpoczynku asekuruje się także i inny trzydziestolatek – Igor Rakocević. Serbski snajper nie występował w reprezentacji od mistrzostw świata w 2006 roku, ale teraz sytuacja nieco się zmieniła. Ostatnie turnieje stały dla kadry „Plavich” pod znakiem sporów ambicjonalnych i bojkotów w wykonaniu największych gwiazd. Nawet rozgrywany w Serbii i Czarnogórze Eurobasket 2005 nie zmobilizował zmęczonych grą i sobą nawzajem bałkańskich gwiazdorów. W efekcie, po klapie na tamtym czempionacie wielcy mistrzowie, Dejan Bodiroga i Żeljko Rebraca pożegnali się drużyną narodową na dobre.

W zeszłym roku młody zespół (jedynie najstarszy Dusan Kecman skończył 30 lat) w ładnym stylu wygrał grupę eliminacyjną, w której w pokonanym polu zostawił, m. n. Włochy i Bułgarię. Obecnie nastroje w Serbii są bojowe, a gracze, tacy jak Nenad Krstić, Novica Velicković, czy Milenko Tepić mają wprowadzić Serbię na europejski szczyt. Rakocević sygnalizuje chęć dołączenia do tej paczki, choć wspomina o potrzebie dodania do niej jeszcze jakiś rutyniarzy. Nie jest to zły pomysł, gdyż w walce o najwyższą stawkę doświadczenie weteranów mógłby okazać się bezcenne. Z drugiej strony taki Peja Stojaković ze swoimi humorami i dąsami lepiej chyba przysłuży się kadrze kibicując jej przed telewizorem. Wydaje się, że obecność samego Rakocevicia byłaby dla młodych wilków bezcenna. Zimna krew strzelca z Vitorii bardzo przyda się podopiecznym Dusana Ivkovicia tym bardziej, że na wrześniowym turnieju trudniej będzie znaleźć słabeuszy pokroju Finlandii, czy tak osłabionych faworytów, jakimi byli Włosi w ubiegłorocznych eliminacjach..

Jak na tym tle wygląda polski zespół? Z obozu gospodarzy turnieju nie dochodzą żadne głosy, świadczące o tym, że nasi liderzy mieliby poddać turniej bez walki. Jedynym zawodnikiem, który sygnalizuje problemy zdrowotne jest Marcin Stefański, natomiast spośród graczy spodziewanej pierwszej piątki tylko Maciej Lampe nie składał jeszcze publicznej deklaracji gotowości do gry z orłem na piersi. Utalentowany, acz niesforny skrzydłowy Chimek przez ostatnie pięć lat z różnych powodów odmawiał gry w reprezentacji. Teraz wydaje się, ze nie ma przeszkód, by dołączył do ekipy Mulego Katzurina, ale życie bywa zaskakujące.

Póki co cieszy postawa Michała Ignerskiego, który mimo iż kwalifikuje się do zabiegu operacji ręki, chce grać na mistrzostwach, a swój akces do zespołu zgłosili wszyscy święci z niezmordowanym Adamem Wójcikiem, Szymonem Szewczykiem, czy świeżo upieczonym finalistą NBA, Marcinem Gortatem na czele. Oby zdrowie chłopakom dopisało, bo dla nas brak kogokolwiek spośród wymienionych zawodników byłby trudnym do zalakowania ubytkiem.

Tak się nieszczęśliwie składa, że akurat na nasze mistrzostwa część gwiazd zapowiada odpoczynek od gry w reprezentacji. Chlubnym wyjątkiem są Grecy, który dziarsko deklarują stuprocentową frekwencję (z wyjątkiem mającego problemy z profesjonalnym podejściem do sportu Sofo Schortsianitisem) i walkę o tytuł. Zdeklarowani fani basketu mogą zacierać ręce na myśl o obejrzeniu na żywo przechwytów i podań Ricky’ego Rubio, szalonych rajdów Gorana Dragicia czy podniebnych lotów Fernandeza, ale obawiam się, ze mniej zaangażowani kibice kojarzą prędzej wymienionych wcześniej gwiazdorów (choćby z czasów gdy NBA gościła na antenie TVN-u). Cały czas mam nadzieję, że latem z obozów uczestników turnieju zaczną napływać bardziej optymistyczne dla wizerunku mistrzostw wieści..

poniedziałek, 1 czerwca 2009

This is the end…

W ten weekend karierę zakończył jeden z piłkarzy, o których można mówić, że są wzorem. Mało afer, oddanie klubowi, niezwykłe umiejętności i wspaniałe mecze. A przy okazji tak rzadki brak zadufania w sobie i pełne poświęcenie temu, co się robi. Tak, tak – ta notka będzie o Pavelu Nedvedzie.

Pomocnik, którego kariera jednoznacznie kojarzy się z włoską Serie A i reprezentacją Czech. Zdobywca piętnastu trofeów klubowych (m.in. mistrzostwa Włoch, czy Superpucharu Europy) oraz trzech wyróżnień indywidualnych (na czele ze złotą piłką France Football). Magik, ale też niesamowicie pracowity gracz. Ulubieniec wielu w dawnych wersjach Football Managera. Był uniwersalny, chociaż najlepiej czuł się na lewym skrzydle.

Z wielkimi zawodnikami często powiązane są dramaty dyskwalifikacji w najważniejszych meczach. Z Nedvedem było tak samo – przez żółtą kartkę nie zagrał w finale Ligi Mistrzów w 2003 roku. Juve przegrało wtedy z Milanem, a za główny powód tego stanu rzeczy uznano właśnie nieobecność Nedveda.

Jednak w Turynie największy szacunek wzbudził czymś innym. Gole, doskonałe mecze, ciągła walka i nieodpuszczanie przeciwnikom – to była wielka sprawa, ale została przyćmiona przez jedną decyzję. Po karnej degradacji Juve (w aferze Calciopoli), Nedved postanowił zostać i pomóc drużynie w powrocie na szczyt. Tak jak Buffon, del Piero, Camoranesi czy Trezeguet, dzięki czemu, mimo dziewięciu karnych punktów, już rok później na Stadio Delle Alpi świętowano powrót do najwyższej klasy rozgrywkowej. Po tym sezonie, zakończonym na drugim miejscu w tabeli, Pavel postanowił zakończyć swoją karierę. Dzięki terminarzowi udało mu się zakończyć ją symbolicznie – w spotkaniu pomiędzy Juventusem a Lazio Rzym.

W Juve rozegrał 215 spotkań (44 bramki). Wcześniej występował właśnie w Lazio (138-29), Sparcie Praga (98-23) i Dukli Praga (19-3). W 91 spotkaniach reprezentacji strzelił 19 bramek.




Ciekawe, co teraz – czy Nedved zdecyduje się na pracę z młodzieżą? Zostanie w Juventusie jako trener? Na razie wersja oficjalna brzmi: „Od jutra mogę całkowicie poświęcić się rodzinie, która czekała na mnie przez te wszystkie lata." Ale czy Pavel wysiedzi w bezczynności długo? Wątpię.


PS: A rok temu karierę zakończył inny piłkarz znany z żelaznych płuc oraz żywa legenda swojego ukochanego klubu. Szkoda, że kariera Gaizki Mendiety, bo o nim mowa, potoczyła się zupełnie inaczej – odszedł z Valencii, po czym pograł bez wielkich sukcesów w Lazio, Barcelonie oraz Middlesbrough, gdzie zakończył karierę.