środa, 30 września 2009

EuroFB 2009/2010

Blog nam trochę popadł w poEuroBasketową depresję. Strasznie ciężko jest się przestawić po takiej imprezie na PLK, gdzie latem w klubach ciekawe wydarzenia występowały w szczątkowych ilościach, a te ciekawe pozytywne w jeszcze mniejszych. Jakiegoś kopa w górę w popularności nic nie zapowiada, do reprezentacji mamy rok, do Euroligi jeszcze trochę, do ciekawych rzeczy w NBA jeszcze mnóstwo miesięcy, a co miało się wydarzyć na rynku transferowym, to już się wydarzyło. Że Śląska nadal w lidze nie ma, to chyba nie muszę wspominać.

W tej sytuacji trochę dodatkowych emocji związanych z koszykówką nie zaszkodzi. Dlatego chciałbym zaprezentować Wam - może kogoś zainteresować - wirtualną ligę koszykówki opartej na osiągnięciach zawodników w Eurolidze. Będzie to już mój czwarty sezon w EuroFB na forum e-basket. Debiutowałem w sezonie 2005/2006 w drugiej lidze (wtedy były aż trzy). Kiedy brałem udział w drafcie zupełnie nie wiedziałem jacy zawodnicy w świetle obowiązujących reguł gry są wartościowi. Draft nie wyszedł źle, kilka zmian w trakcie sezonu i okazało się, że wygrałem w debiucie drugą ligę. Dawało to awans do pierwszej. W kolejnym sezonie (06/07) dysponowałem drugim numerem w drafcie, w którym udało się pozyskać Nikolę Vujcicia. To był ostatni wielki sezon tego gracza, a do EuroFB to był gracz idealny ze względu na ogromną wszechstronność osiąganych statystyk. Do Nikoli dorzuciłem kilka naprawdę dobrych wyborów w drafcie: Alex Acker, Zoran Planinić, Marcin Gortat, Kosta Perović. Skład był w ogóle bardzo europejski - do sezonu przystępowałem tylko z dwoma Amerykanami (Ackerem i Edneyem). Trochę kontuzji się zdarzało, ale skład był naprawdę piekielnie mocny, no i wygrałem ligę z dość dużą przewagą. Obrona tytułu w sezonie 07/08 wyszła dość słabo. Skończyłem grę na 6. miejscu.

W ostatnim sezonie w EuroFB był lokaut. Za mało chętnych. Większość zmęczona systemem gry, który praktycznie po kilku kolejkach dawał odpowiedź, o co kto walczy. Granie polegające na zbieraniu punktów koszykarzy przy pomocy przelicznika z wagami poszczególnych statystyk, szczególnie kiedy nie jest się w czołówce, jest mało emocjonujące.

Postanowiłem więc zastanowić się nad prostszym i bardziej emocjonującym systemem punktacji. A także wprowadzeniem w wirtualnej grze systemu ligowego, gdzie naprzeciw siebie spotykają się dwa zespoły, a nie wszyscy punktują przez cały sezon do jednej klasyfikacji. System jak na razie zyskał aprobatę. Będziemy go testować w praniu. Udało się zebrać 12 doświadczonych w grze zawodników i już jutro o 18 zaczynamy draft. Zapraszam do śledzenia i kibicowania.


Zasady EuroFB

Grupa A

Grupa B

Lista transferowa

Draft


Wrażeniami z gry pewnie czasem będę się tutaj dzielił. Wszystko zapewne zależy od tego czy będę zadowolony z osiąganych wyników.

piątek, 25 września 2009

Czy FIBA także będzie sprzedawać dzikie karty?

Tematyka dzikich kart na koszykarskie Mistrzostwa Świata 2010 jak i w ogóle systemów kwalifikacji do MŚ czy IO była już tutaj na blogu podejmowana. Dla przypomnienia znamy już 20 z 24 uczestników:



Pozostały do przydzielenia 4 dzikie karty, z czego maksimum 3 mogą przypaść dla jednego kontynentu. Praktycznie pewne wydawało się, że wicemistrzowie olimpijscy z Aten - Włosi - mają wielką koszykarską imprezę z głowy także latem 2010. Wszak pierwszy punkt z listy wymogów dla uzyskania dzikiej karty mówi jasno, że trzeba brać w mistrzostwach danego kontynentu. Ale jak donoszą włoskie media krajowa federacja rozważy zapłacenie do kasy FIBA 600 000 € w zamian za rozważenie kandydatury na trzecią dziką kartę. Artykuł dość słusznie uznaje za pewniaków Litwę oraz Rosję, a za rywali Włochów - Niemców i Brytyjczyków.

Sportowo Włosi w żaden sposób nie zasługują na uczestnictwo w MŚ. Swojej słabości dwukrotnie udowodnili najpierw nie awansując na EuroBasket latem 2008, gdzie byli słabsi od Bułgarii, a później w dodatkowych kwalifikacjach będąc słabszym wyraźnie od Francji, a nawet Finlandii.

Teraz okazuje się, że za pieniądze można nagiąć gruntowne zasady kwalifikacji. Zupełnie inaczej sytuacja by wyglądała, gdyby ktokolwiek wcześniej przewidział taką możliwość. Teraz specjalnie dla Włochów zmienia się zasady w trakcie gry. Dzikie karty to świetne narzędzie, ale pod warunkiem, że spoczywa w rękach mądrych ludzi...

Zresztą bardzo trafnym spostrzeżeniem jest fakt, że koszykarski mundial jako jedyny ze wszystkich co bardziej znanych posiada instytucję dzikiej karty. I to od razu w dość sporej ilości. Dla wszystkich kibiców na świecie o wiele czytelniejszy byłby zwykły dodatkowy turniej kwalifikacyjny - podobny do tego, który odbywa się przed Igrzyskami Olimpijskimi (MKOl zapewne nie pozwala na dzikie karty...). Choćby nawet ten turniej miał mieć charakterystyczny dla FIBA dziwaczny - bez odbicia w realnej sile drużyn - podział miejsc między kontynenty.

W każdym razie 3 dzikie karty dla drużyn europejskich (poza Wielką Brytanią) to dla Polski dobra wiadomość, bo powinna dać naszej reprezentacji rozstawienie w pierwszym koszyku kwalifikacji EuroBasket 2011. Co było lepiej wyjaśnione tutaj.

I tutaj "ciekawostka". FIBA od kilku dni podaje na swojej stronie błędny ranking po EuroBasket 2009, w którym nie policzono po 10 punktów dla Polski (powinniśmy być na 39. miejscu) i Macedonii, po 6 punktów dla Bułgarii i Wielkiej Brytanii. Nie wiem czy błędów nie ma więcej. W każdym razie mój mejl w tej sprawie trafił w próżnię. Jak rozumiem PZKoszowi taki stan rzeczy także w ogóle nie przeszkadza?

Pozostając przy FIBA. Tym razem FIBA Europe. Okazuje się, że wspominany przeze mnie wcześniej problem napiętego do granic możliwości terminarza EuroBasketu, wywołał duże niezadowolenie trenerów. Prostym rozwiązaniem jest dodanie trzech dni do turnieju na absolutnie minimalne, jednodniowe przerwy przed ćwierćfinałami, półfinałami i finałami. Warunek dla 13. i 14. gracza w składzie: Izraelczyk przyznał, że dołoży wszelkich starań by jak najszybciej rozszerzyć kadry zespołów do 14 zawodników, ale podkreślił, że dwóch dodatkowych musi mieć mniej niż 23 lata brzmi jak primaaprilisowy żart o PLK. Do kwietnia jednak daleko i PLK to nie jest. Co to ma dawać na poziomie reprezentacji na absolutnym końcu ławki? I co ma do tego FIBA Europe? Kompletnie nie mam pojęcia.

środa, 23 września 2009

Wykorzystać Eurobasket: kadra i Gortat

Mistrzostwa Europy w koszykówce przeszły do historii. Z serwisów sportowych mainstreamowych mediów znikła zakładka „Eurobasket” a wraz z nią wszelkie ślady po wiadomościach koszykarskich. Wracamy do polskiej rzeczywistości, szarej i smutnej. Popijając piwo w knajpce na obrzeżach rynku, ostatni Mohikanie piszący o polskim baskecie pytają się nawzajem, co nam zostanie po tych mistrzostwach?

Na to pytanie można odpowiedzieć tak samo, jak przed turniejem. Został nam Marcin Gortat w NBA i reprezentacja, która jako jedyna drużyna w Polsce przyciągnęła przeciętnie zainteresowanych koszykówką Polaków do hali i przed telewizor. Co więc trzeba zrobić, by podtrzymać gasnący płomień Eurobasketu? Należy wykorzystać te nośniki reklamowe, które uchroniły nas przed blamażem, jakim byłyby puste hale podczas najważniejszej sportowej imprezy w Europie po piłkarskim Euro. Niestety występy Gortiego w Orlando obejrzą nieliczni, zaś kadra narodowa wróci do nas najwcześniej latem przyszłego roku, zaś jej skład i jakość są wbrew pozorom sporą niewiadomą. Czegoś trzeba się jednak uczepić, by nie pójść na dno.

Przede wszystkim reprezentacja musi mieć jakiś cel na najbliższe lata. Nawet niech będzie nieco na wyrost, ale publika nie kupi przecież hasła „zróbmy maleńki kroczek naprzód”. Wystarczy popatrzeć na siatkarzy, którzy musieli zdobyć mistrzostwo Europy, by się dopchać przed oblicze premiera RP. Jaki cel można wyznaczyć koszykarzom? Ano niech będzie Londyn. Skoro piłkarze będą przez trzy lata grać o pietruszkę szykując się na Euro 2012, to niech Gortat i spółka powalczą o awans na Igrzyska. Przynajmniej ambitnie.

Mówiąc zupełnie poważnie – chodzi o to, by sami zawodnicy wiedzieli, że gramy o coś ważnego. Skończyły się „polskie mistrzostwa” i trzeba szukać nowych wyzwań. Jeśli taki David Logan czy Maciej Lampe zobaczą, że naszym celem nie jest „jakiś tam awans” na litewski Eurobasket, tylko coś więcej, może nie zabraknie ich za rok „na kadrze”?

Taki cel można opakować reklamowo. Skoro Hiszpania wpadła na pomysł Ń –emanii (a u nich basket odgrywa większą rolę niż w Polsce), to my tym bardziej musimy pomyśleć o promocji. Jak by to miało wyglądać? Dzielimy najbliższe trzy lata na części i szykujemy kampanie, np. Droga na Litwę (2010), Przystanek Eurobasket (2011), Operacja – Londyn (2012). Do każdej przygotowujemy filmy reklamowe, materiały dla mediów i kibiców, konkursy, gadżety. Pokażmy, że czegoś chcemy, a nie tylko wystawiamy kadrę i niech chłopaki grają. Byle jak, byle gdzie oraz o co. Taki plan działania pomoże też zachęcić do współpracy sponsorów reprezentacji i może ich zachęcić do związania się z PzKoszem na dłużej. Czego jak czego, ale gwarancji stabilizacji finansowej nigdy dość.

Dla polskiej publiczności trzeba zapewnić stały kontakt z dobrą koszykówką. Jest to też niezbędne dla rozwoju naszej drużyny narodowej. Łącząc te kwestie - Polski Związek Koszykówki musi nadal stawać na głowie, by zapewniać mecze sparingowe z klasowymi rywalami. W przyszłym roku przydałby się jakiś turniej z udziałem zespołów uczestniczących w mundialu. Przyjazd do Polski graczy z NBA byłby fajnym przypomnieniem atmosfery Eurobasketu. Areną takiego wydarzenia mogłaby być ..Arena łódzka, bądź ten mityczny obiekt w Trójmieście, gdy wreszcie zacznie funkcjonować. Trzeba też zapewnić oprawę medialną (transmisja w tv), o co nie powinno być trudno. TVP ma transmitować przyszłoroczne mistrzostwa świata, więc powinno tej stacji zależeć na promocji „swojej” imprezy. Przyjazd Argentyny czy Brazylii byłby chyba niezłym chwytem..
Oczywiście cała akcja weźmie w łeb jeśli nie awansujemy na Eurobasket, ale wówczas też rewiduje się cele. Takie jest życie, ale nie wolno zostawiać biegu wydarzeń samy sobie, jak to miało miejsce przed wrześniowy turniejem.

Drugim nośnikiem jest oczywiście Gortat. Jego legenda, nadmuchana medialnie przed turniejem straciła trochę na mocy w wyniku zderzenia z najlepszymi centrami Europy. Mimo tego Marcin nadal jest najbardziej rozpoznawalną wizytówką naszego basketu. Wokół niego cały czas coś powinno się dziać.

Prawa do jego wizerunku mają pracodawcy z Orlando. Oni też mogą robić nam wszelkie możliwe problemy z wypuszczeniem naszego rodzynka na mecze reprezentacji w roku przyszłym i kolejnych. Jak więc ich podejść, by wilk był syty i owca cała? Mam tylko jeden pomysł. Amerykanie lubią rozmawiać z ludźmi, którzy nawet na pogrzebie zrobią interes. Zaproponujmy im umowę na „podnajem” wizerunku Marcina. Pokażmy, co już zrealizowaliśmy (występy „u Szymona”, campy koszykarskie, współpraca ze Sport.pl. Wiadomo, że trochę to niepoukładane i niespójne, ale niech ludzie z Magic wiedzą, że zapotrzebowanie na Gortata jest u nas spore. Nie mamy do zaoferowania takiego rynku, jak Chińczycy z Yao Mingiem, ale dajmy do zrozumienia, że z nami też można zarobić. Zaproponujmy wspólne eventy, wydanie jakiś linii gadżetów z Marcinem w barwach Magic oraz kadry – niech ten biznes kręci się przez cały rok -w obu krajach równocześnie.

Jeśli zachęcimy Amerykanów do wspólnych działań, trudniej im będzie odmówić Marcinowi zgody na występy z orzełkiem na piersi.

Spełnienie warunków wspomnianych na wstępie (plan dla kadry, sponsorzy) pomoże w podjęciu decyzji o grze w kadrze nie tylko Gortatowi, ale także innym koszykarzom z lig zagranicznych. Wsparcie biznesu ułatwi zabezpieczenie środków na pokrycie ubezpieczenia koszykarzy, czego nie odpuszczą nam szanujący się właściciele mocnych klubów.

Powyższe pomysły są tylko luźnym strumieniem świadomości i początkiem dyskusji. Czekam na Wasze opinie (zwłaszcza krytyczne) oraz konkurencyjne idee. Może uda się stworzyć coś w rodzaju strategii marketingowej dla PzKosza i zasypać prezesa Ludwiczuka najlepszymi propozycjami?

poniedziałek, 21 września 2009

Po finale. Po EuroBaskecie.

Nie będę opowiadał, że było nieprawdopodobnie super. Skoro nie było. Setki razy bardziej się emocjonowałem choćby na meczach PLK czy przed tv.

Grecja-Słowenia mnie przeciętnie interesował. Poziom średni, choć mecz wyrównany. Czekałem na finał, a ten jak każdy widział - skończył się, zanim się zaczął. Oglądanie +30 w wykonaniu Hiszpanii średnio mnie grzeje.

Wszystko to sprawiło, że wielokrotnie bardziej interesowało mnie to co wokół boiska, a nie na samym parkiecie. Czyli świetna atmosfera na trybunach (Słoweńcy, Grecy, Hiszpanie, Serbowie w kolejności nieprzypadkowej), falujące podłoże trybun od podskoków Słoweńców, żubrowie Mieszkowie itp. Którzy - mówiąc już przy okazji - szczególnie w wersji sklonowanej, wyszli lepiej niż się można było po tym wcześniej spodziewać. Ogromnym minusem jest to, że pluszowa maskotka była nie do nabycia.

FIBA Hall of Fame jakieś takie wysilone. Wielkie gwiazdy NBA, które z rozgrywkami FIBA miały mało do czynienia i to przed karierą zawodową, miały ratować to, że pozostałe nazwiska nikomu nic nie mówią... Z Billem, Oscarem i FIBA, to prawie tak jakby z Rubena Wolkowyskiego robić legendę PLK.

Katowice. Miasto poznawane od strony dworca PKP w kierunku Spodka robi fatalne pierwsze wrażenie. I nie jestem przekonany, czy gdyby były jakieś kolejne wrażenia, byłoby wiele lepiej... Nie może być tak, że mając alternatywę: biec na ostatni pociąg o 23:50 i uciekać stąd jak najszybciej lub bawić się na mieście do czasu pociągu o 4:30, wybiera się tę pierwszą opcję i to ZDECYDOWANIE, bo tej drugiej nie ma po prostu gdzie zrealizować.

Jak donoszą świadkowie nawet tętniące życiem spore miasteczko kibice było zwijane około północy, pomimo chętnych do dalszego degustowania piwa i zabawy. Niestety dwukrotny organizator finałów Ligi Światowej oraz najważniejszej fazy EuroBasketu, świetnej wizytówki naszemu krajowi nie wystawia... Sam Spodek po 80 mln inwestycji jako tako daje radę.

Drugi EuroBasket z rzędu mamy 9 meczów w 14 dni. Wnioski mogą być te same. Połowa zespołów ostatnie 4 najważniejsze mecze rozegrała w 4 dni. To jest po prostu brak szacunku dla zawodników, trofeum, widowiska i kibiców. System play-off ma to do siebie, że choćby gracze umierali na parkiecie to i tak ktoś będzie lepszy, będzie można wręczyć medale - impreza odbębniona.

Jaki jest tego efekt? Decydujące mecze play-off miały charakter jednostronnych spotkań, albo wyrównanych przepychanek, których "wyrównaność" polegała na nieskuteczności i błędach, a nie poziomie gry obu rywali.

Rozpoczęcie mistrzostw 3 dni wcześniej, od piątku, żeby bardzo skompresowany początek rozegrać w dni weekendu, żeby kibice dali radę mniej więcej za turniejem nadążyć. A te 3 zaoszczędzone dni przeznaczyć na dzień przerwy między grupą a 1/4, 1/4 a 1/2 oraz 1/2 a finałem. Czy to jest niemożliwe?

Z perspektywy czasu zastanawia również czy nie przegrzano u nas z liczbą miast i hal. W niektórych miejscach jak np. w Poznaniu nie wyszło to za dobrze. Oczywistą intencją było wstawienie koszykówki w jak najwięcej miejsc w Polsce dla promocji. Intencją oczywiście słuszną. Tylko spójrzmy na to z innej strony. My mieliśmy 7 miast i 7 hal. Hiszpania posiadająca nieporównywalnie większą infrastrukturę jeśli chodzi o hale miała 5 miast i 6 aren. Wszystkie mecze po krótkiej, trzydniowej, pierwszej fazie grupowej odbywały się w Madrycie. Za 2 lata na Litwie będzie 6 miast i 6 aren. Co się jednak rzuca w oczy - najstarsza hala EuroBasket 2011 została zbudowana w 2004 roku! A my prezentowaliśmy fajną nówkę w Łodzi, co prawda z XXI wieku, ale nie nadzwyczajną Łuczniczkę, relikty PRL-u oraz prawie stulatkę z listy UNESCO w trakcie remontu i przebudowy pewnych obiektów przyłączonych...

To tak na dość szybko jeśli chodzi o te słabsze elementy ogólnej organizacji imprezy. Niektóre zależne od FIBA, niektóre od PZKosz, niektóre zupełnie niezależne.

Oczywiście bez koszykówki w Polsce smutno. Choć strata po końcu EuroBasketu we Wrocławiu, a później po końcu występów Polaków była większa.

Veni, vidi... Hellas !!!

Ponieważ wczoraj wybraliśmy się do Katowic na dwa decydujące o medalach miejsca, to czas na parę wniosków z podróży. Dodam, że zapewne wniosków z samych meczy nie będzie astronomicznie dużo, niektóre mogą być leciutko dziwne dla osób oglądających mecz w telewizji (czy z innych miejsc), ale cóż – tak już bywa. Wyjątkowo notka będzie w punktach, bo chyba tak łatwiej zahaczyć o wiele elementów bez tworzenia trzystu nowych akapitów. A więc…

- przede wszystkim pozdrowienia dla PKP. W Opolu wyświetliło się, że mamy pół godziny opóźnienia, a w Gliwicach byliśmy już 10min przed czasem. Magia, nieprawdaż?

- polskie dworce są straszne. Katowicki może nie jest w tym zestawieniu liderem, ale na pewno wysoką pozycję zajmuje. Jeśli ktoś z zagranicznych kibiców przybył do tego miasta pociągiem, mógł być nieco zaskoczony. Mi ”zaimponował” fakt, że tablice z odjazdami były puste i trzeba było szukać tych wydrukowanych kart z przyjazdami, żeby znaleźć pociąg powrotny. Pani w okienku nas olała i poza sprzedażą biletów zajęta była rozmową z koleżanką. Plus jest taki, że nie było do niej kolejki.

- na dworcu istnieje mapa najbliższych lokalizacji, dzięki czemu wiedzieliśmy, jak dotrzeć do Spodka. Fakt, że poszliśmy inaczej, ale mapa jest i to się liczy!

- w Katowicach na wprost dworca jest bulwar z knajpami i fajnym, dużym Mc’D. Minus jest taki, że przez dwadzieścia minut naszego pobytu w Katowicach z cztery razy ktoś nas prosił o pomoc, bądź o łyka Coli. Bynajmniej osoby te nie wyglądały na bezdomne. I na pełnoletnie też nie.

- do hali dotarliśmy wśród zapachu moczu i widoku starych (oraz bardzo starych) zabudowań. A na naszej drodze spotkaliśmy sporo kibiców z innych państw. Wniosek jeden – szkoda, że Spodek jest akurat tam, bo finały ME zrobią na gościach średnie wrażenie. Z drugiej strony nie ma się co dziwić, że 90% fanów spotkaliśmy w strefie kibica, a nie chodzących sobie po mieście i zwiedzających/ pijących gdzieś piwo/ imprezujących.

- śmieszne jest rondo pod Spodkiem. Oczywiście, jako że byliśmy na nim pierwszy raz w życiu, obeszliśmy praktycznie wokół. Ogólnie moim zdaniem nie jest złe, wygląda ok.

- było litewskie piwo! I sporo kibiców. Teraz pytanie – czy wszyscy naprawdę nie mogą się obyć bez trąbek? Grecy pokazali w meczu o trzecie, że można zrobić doping bez nich. Reszta jest chyba uzależniona…. A w tym „piwnym” namiocie, gdzie był duży tłok, dały nam się we znaki, oj dały… Ale i tak bardzo pozytywna atmosfera, mnóstwo fanów, "Hej Sokoły" po litewsku... tak powinna wyglądać strefa kibica!

- Spodek jest jak jaskinia – ma zacieki, tworzą się stalagmity małe na dole. Ogólnie widać, że to dawna budowla, ale wygląda nawet ok.

- doskonała obsługa. Nie pytała, po co mi latarka, szybko przetrzepali moją torbę, sprawdzili bilet, po wejściu od razu dwie osoby podeszły i zapytały jak mi pomóc. Oraz skierowały nas na właściwe miejsca. Ponoć mówią w wielu językach – nie wiem, nie sprawdzałem, ale wierzę. Fajnie, fajnie.

- Eventim nas zrobił w jajo. Bo z tego co pamiętam, to na ich mapce mieliśmy bilety na drugim końcu naszego sektora. Ale nic – było nieźle widać, chociaż z tego drugiego roku zdecydowanie lepiej. Czy ktoś miał podobne odczucia?

- a propos biletów. Historyjka spod hali. Idziemy oglądnąć halę z każdej strony, a tu Andrzej Adamek przez telefon na całą ulicę: „Sprzedać chcę te bilety, bo k***a ze związku dostałem gdzieś na ósmym piętrze…”. No tak – nie ma biletów, źle. Są – też źle… Bez komentarza.

- dla mnie ważniejszy był mecz Greków, którym kibicuję. Spanioulisowi dość zdecydowanie spotkanie nie wyszło. Za to Schortsanitis to jest gość! Co wchodził na parkiet, niszczył pod koszem, zwłaszcza atakowanym.

- odniosłem wrażenie, że obie drużyny miały problemy w walce o własną zbiórkę, za to o wiele lepiej radziły sobie na atakowanej tablicy. Ale to mogło być tylko wrażenie.

- pod koniec sytuację ratował Jaka Lakovic, ale zabrakło czasu. Gdyby tak zagrał od początku – Grecy chyba nie mieliby czego szukać. Chociaż pierwsza połowa była zdecydowanie ich i wydawało się, że obędzie się bez większych historii. Końcówka dramatyczna, ale ja odetchnąłem z ulgą. Sektor Greków niedaleko nas z pewnością też.

- Goran J. się nie popisał. Ledwo wszedł – dach. Potem dwa faule… A wszystko to w sześć minut.

- w przerwie meczu miało miejsce symboliczne przedstawienie pięciu osób, które lada chwila znajdą się w FIBA Hall of Fame. Szczerze mówiąc, nikt o tym nie wiedział, więc połowa wyszła na przerwę. Zainteresowanie było symboliczne. A był przecież Bill Russell!

- wielki pojedynek kibiców Grecji i Słowenii zdecydowanie dla tych pierwszych. Było ich o wiele mniej, ale doping przez cały mecz i było ich doskonale słychać. A gość w czepku piłkarza wodnego rządzi. Chociaż jak ci drudzy zaczęli rytmicznie skakać, to miałem wrażenie, że cała konstrukcja się buja. Mam nadzieję, że to była tylko jakaś amortyzacja trybun, bo odczucie było co najmniej dziwne. Ogólnie hala jest bardzo ok, duże nachylenie sprawia, że dobrze widać z każdego praktycznie miejsca. Nie to, co w Orbicie, która jest mała, ale odległość od parkietu olbrzymia…

- finał w zasadzie był do jednej bramki. Hiszpanie tradycyjnie na początek zafundowali kilka trójek oraz doskonałą obronę i wszędobylskiego P. Gasola. Facet rządzi i zdecydowanie słusznie został MVP turnieju. Serbów niby szkoda, ale mają jeszcze czas. A żółto-czerwoni przyjechali tu w jednym celu i widać, że jak trzeba było zacząć grać (mecz z Litwą) – to po prostu zaczęli i tak już turniej skończyli, walcując każdą napotkaną przeszkodę. A ich ławka rezerwowych była najfajniejszą i najbardziej zaangażowaną ławką turnieju. Wszyscy żyli, wszyscy się mobilizowali, a jak ktoś wchodził na zmianę, to dawał drużynie dodatkowego kopa. Niesamowite.

- Hiszpanie skandujący „campeones!” – fajne, fajne. Ale i tak Grekom i Słoweńcom nie daliby rady. Mimo, że było ich od groma na hali.

- dekoracja była robiona zdecydowanie na szybko. Tak jakby za chwilę miała się odbyć kolejna impreza i organizatorzy muszą opuszczać Spodek. Trochę szkoda. Ale ogólnie była radość, nagrody, hymn – było ok. Tylko nie dali się nacieszyć Hiszpanom z trofeum.

- powrót pośpiechem relacji Przemyśl – Świnoujście pozostawię bez wielu komentarzy, bo i po co.


Było fajnie, ale największa impreza już za nami. Skończyło się święto. Dla jednych większe, dla innych mniejsze. Teraz mistrzostwa w siatkę, które akurat mnie nie obchodzą. Polacy nie awansowali na MŚ, szkoda. Ciekawe, co stanie się z kadrą – a dokładniej kto przyjedzie za rok, żeby walczyć o możliwość wzięcia udziału w turnieju na Litwie. Bo ta kadra potencjał ma olbrzymi. Tylko musi grać ze sobą lata, a nie dwa miesiące i liczyć na cuda.

Zaczyna się też za niedługo liga. Czy ktoś zatrzyma gdyńskie Assecco? O tym pewnie będziemy pisali już za niedługo. Tymczasem jeszcze podelektujmy się tym, co za nami. Warto było odwiedzać Halę Ludową, warto było spędzać godziny przed telewizorem i wreszcie warto było pojechać do Katowic. Ciekawe, czy ta impreza skłoni prezesów do walki np. o Mistrzostwa Świata? Byłoby fajnie. Chociaż pytanie powinno być inne – czy prezesów cokolwiek może skłonić do sensownej walki o rozwój tej dyscypliny. Ale to już złośliwość na zupełnie inny artykuł. A żeby zakończyć radośniej, czas zakrzyczeć jedno słowo rozbijające mi się w głowie praktycznie przez cały turniej:

Hellas!!!

niedziela, 20 września 2009

Hiszpania po raz pierwszy!

Nie było niespodzianki – główny faworyt Eurobasketu, ekipa Hiszpanii pokazała swoją wyższość nad Serbią i zwyciężyła 85: 63 w finale turnieju. Po nagrodę MVP mistrzostw sięgnął Pau Gasol.

Młoda ekipa Dusana Ivkovicia, tak jak w poprzednich meczach szarpała, walczyła, ale zespół z Półwyspu Iberyjskiego miał tym razem wszystkie atuty w swoim ręku. Już w pierwszej kwarcie podopieczni Sergio Scariolo rozegrali cały festiwal zagrań z udziałem najlepszych zawodników – Gasola, Juana Carlosa Navarro, czy Rudy’ego Feranandeza. Trafiał nawet Ricky Rubio, który akurat w zdobywaniu punktów się nie lubuje. W dalszej części gry Serbowie zanotowali kilka zrywów, jak choćby w trzeciej kwarcie, gdy udało im się sfinalizować parę akcji pod rząd. Ich rywale byli jednak czujni, pomni tego jak dwa lata temu tytuł uciekł im sprzed nosa mimo pewnego prowadzenia. Dzisiaj niesamowite bloki wbijały w ziemię próbujących wrócić do gry zawodników bałkańskich i odbierając im nadzieje na zwycięstwo. Wcześniej, brązowy medal wywalczyła drużyna Grecji, pokonując Słowenię 57:56 (nie mają szczęścia do tych wyrównanych spotkań Słoweńcy..).

Gratulacje dla Hiszpanii – pierwszy raz, to piękna sprawa. Na naszych oczach i naszej ziemi wydarzyły się rzeczy historyczne. Oby ten turniej był także początkiem czegoś lepszego dla naszej koszykówki.

Dziadek Duda i jego wnuki grają o puchar

Przed nami ostateczne rozstrzygnięcia podczas naszego Eurobasketu. Wczoraj obejrzeliśmy kawałek wielkiej koszykówki i tak się zastanawiam, czy ten dzisiejszy finał nie będzie tylko bladym cieniem meczu Serbii ze Słowenią..

Tak nieraz bywa, że zespół wystuka całą swoją amunicję na podejściu do walki o złoto, a potem w samym Grande Finale powłóczy nogami i zbiera ostre cięgi. Obym się mylił, bo szczerze mówiąc zespół Dusana Ivkovicia zdobyli moją sympatię swoimi wyczynami w Polsce.

Pierwsza połowa bałkańskiej wojny (wiem, że się fatalnie kojarzy, poszukam na przyszłość lepszego określenia..) należała do Słoweńców. Klasą dla siebie był Erazem Lorbek, który punktował z każdej pozycji i w trzeciej kwarcie mógł naprawdę poczuć się jak MVP, słysząc pod swoim adresem takie właśnie okrzyki z trybun. Młody lider jego rywali, Milos Teodosić nie zaliczył z kolei początku meczu do udanych. Po pierwszych udanych akcjach maszynka mu się zacięła i jego vis a vis Jaka Laković mógł skupić się na dogrywaniu kolejnych piłek pod kosz.

Problemy podopiecznych Jure Zdovca zaczęły się po dużej przerwie. Lorbek oprócz punktów gromadził również faule, a w tej klasyfikacji ścigali go także Primoż Brezec i wspomniany Laković. Serbowie na poukładaną grę rywali odpowiedzieli szaloną walką. Niesamowitą kwartę rozegrali Milenko Tepić i Stefan Marković. Przechwyty, dobitki i zbiórki w ataku w wykonaniu tych graczy zasiały spory zamęt w szeregach, zaś dla ich kolegów były sygnałem do szarży. W efekcie paczka młodych wilków zbliżyła się do swej ofairy na odległość dwóch punktów.

Czwarta kwarta miała kilku bohaterów. Najpierw na scenę wkroczył Teodosić, który dwiema „trójkami” wyprowadził swój zespół na prowadzenie. Odpowiedzią Zdovca było wprowadzenie na boisko Gorana Jagodnika. Najstarszy gracz na boisku wziął sprawy w swoje ręce. Wspaniałe trafienia z dystansu (w tym jedno z piłki podniesionej z parkietu i z rękami Nenada Krsticia na twarzy – czapki z głów) oraz dobitka spod kosza przypomniały mi sceny, jakie oglądałem podczas wielu finałów PLK. Stary dobry Goran wyprowadził Słowenię na prowadzenie, a wściekły Tepić ciskał ręcznikiem po spadku za pięć fauli. Wydawało się, że pogoń młodych gniewnych dobiegła końca.

Teodosić to facet z cienia. W klubie gra typowego zmiennika na kilka minut. Nie wiem czy chciał się wyżyć, czy stara się o nowy kontrakt. Wiem natomiast, że zagrał końcówkę jak mistrz. Najpierw wymusił faul przy rzucie z dystansu, a wolne trafił jak automat. Następnie przejął piłkę i wymusił kolejny faul, zaś w odpowiedzi na niecelny rzut z linii Lakovicia oddał najważniejszą „trójkę w karierze doprowadzając do dogrywki.

Początek dodatkowego czasu należał do Serbów, którzy odjechali na kilka punktów (świetny moment Krsticia), zaś Goran nie potrafił już powtórzyć wyczynu z regulaminowej końcówki. Słoweńcy metodycznie odrabiali zatem straty trafiając z linii. W nerwowej końcówce znów mieliśmy pojedynek Teodosicia z Lakoviciem. Na trafienie tego pierwszego Laković odpowiedział trójką, ale Serb niczym rutyniarz wymusił piąty faul przeciwnika i znów uruchomiła swój automat z linii. Na kolejne trafione osobiste Samo Udriha odpowiedział tym samym Novica Velicković, i nawet gdyby Udrih trafił rzut rozpaczy nie dałoby to jego ekipie zwycięstwa.

Bohaterem Serbów, oprócz Teodosicia (jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy występ indywidualny na tym turnieju) był ich trener. Ivković prowadzi swój zespół niczym dobry dziadek swoje wnuczęta. Jest chyba najspokojniejszym bałkańskim coachem, jakiego widziałem. Wczoraj jednak pantomima a la Urlep i szał w oczach nic by nie wniósł. Wydaje mi się, że właśnie uspokajanie i metodyczne tłumaczenie młodym graczom ich błędów dało zespołowi pewność siebie w trudnych momentach. Z przyjemnością oglądało się te timeouty, na których dało się wyodrębnić konstruktywne uwagi zamiast nieartykułowanego ryku i otępienia w oczach zawodników.

Niech mi kibice Hiszpanii i Grecji wybaczą, ale drugi półfinał nie miał historii. Niemniej jego zwycięzca jest absolutnym faworytem finału. Hiszpanie zdeklasowali Greków i w ostatniej części meczu testowali już pomysły na niedzielę. Powinni być bardziej zrelaksowani, a doświadczenie przemawia za nimi po stokroć. W przeciwieństwie do Słoweńców zagrali już niejeden taki finał i mogą spożytkować swoją wiedzę oraz potencjał. Chciałbym, by wnuki dziadka Dudy znów stanęły na wysokości zadania i powalczyły, ale ile razy może się zdarzyć ten sam cud? Zobaczymy..

sobota, 19 września 2009

Jugobasket znów w finale

Zaczynamy za chwilę prawdziwą walkę w strefie medalowej Eurobasketu. Przedsmak emocji mieliśmy przedwczoraj, ale dopiero piątkowe mecze wywołały istną ich eksplozję. Dogrywka, decydujące rzuty, festiwal błędów z obu stron – tak się gra w play offach. To jednak nic w porównaniu z meczami, które obejrzymy wieczorem.

Na razie wiemy tyle, że po raz pierwszy od 2001 roku w strefie medalowej zawitały drużyny z Bałkanów. Mało tego, jedna z nich na pewno wystąpi w finale turnieju. Czy będzie to młoda i gotowa do sprawiania niespodzianek Serbia, czy doświadczona, ale przetrzebiona kontuzjami Słowenia – sam jestem ciekaw. Dla tych pierwszych byłby to wielki powrót do lat świetności, gdyż to właśnie poprzednicy Milosa Teodosicia, Nenada Krsticia czy Novicy Velickovicia byli ostatnią ekipą z byłej Jugosławii, która sięgnęła po medal (i to złoty) Eurobasketu. Słoweńcy tak wysoko jak teraz jeszcze nie byli, choć talentu na boisku, ani na ławce nigdy im nie brakowało. Za mało było jednak u nich zespołowości, ikry i woli walki, a wydaje się że teraz właśnie te elementy wprowadzają zespół Jure Zdovca do półfinału. Ich rywale wszakże nie zamierzają niczego oddawać za darmo. W ogóle nie ma mowy o oddawaniu czegokolwiek i właśnie dlatego ten mecz zapowiada się pasjonująco. Nie będzie to raczej festiwal pięknego basketu a la Espańa, ale przecież ponad dekadę temu byliśmy zachwyceni, gdy za Andrejem Urlepem taki defensywny i charakterny styl zawitał do polskiej ligi. No dobra, ja byłem zachwycony..

Wcześniej jednak (kto układał terminarz?) rozstrzygnie się, czy Hiszpania dostąpi zaszczytu walki o pierwszy w historii złoty medal. Fani Grecji (sorry, Michcio) będą mi mieli za złe roztrząsanie, czy Pau Gasol zdobędzie 30 punktów czy mniej, ale właśnie tym żyje koszykarska Europa. Grecy zapewne aktywują teraz w sieci wszystkie linki do swoich historii o podstępnych Hiszpanach i rycerzach z Hellady. Ja mam nadzieję, że Big Sofo Schortsianitis i postawi Gasolom równie twarde warunki gry, jak Ronny Turiaf w ćwierćfinale, ale faworytem tego boju są mistrzowie świata. Bez Diamantidisa, Papaloukasa i zwłaszcza Tsartsarisa potomkowie wynalazców demokracji będą mieć problem. Ciekaw też jestem, czy Jonas Kazlauskas zaskoczy czymś trenera Hiszpanów, Sergia Scariolo. Tak naprawdę to właśnie w pomysłach taktycznych tkwi główna nadzieja ekipy z Peloponezu. Twarda obrona, utrzymanie niskiego wyniku i sprowadzenie walki do parteru – to główne zadania zespołu greckiego. Czy to się uda i czy wystarczy do zwycięstwa?

piątek, 18 września 2009

Serbia i Hiszpania czekają na rywali

Przydałyby się jakieś zacięte mecze i dramatyczne końcówki spotkań, bo jak na razie ćwierćfinały Eurobasketu przebiegają dość jednostronnie, a główny faworyt przeszedł do strefy medalowej w stylu iście rekreacyjnym. Może dzisiejsze mecze, z podtekstami i historią w tle przyniosą więcej emocji.

Moja babcia zwykła mówić na temat dzieciaka ubierającego się jak dorosły i mówiącego przemądrzale per stary maleńki. Do tego określenia pasują mi pierwsi półfinaliści tegorocznych mistrzostw Europy. Serbowie, najmłodsza ekipa turnieju, grają z rywalami, jakby to wszyscy wkoło byli jakimiś niepoukładanymi juniorami. Tymczasem to oni preferują wyrachowany, w pełni kontrolowany basket, choć oczywiście zdarzają im się momenty, gdy główka paruje. Myślałem, że jest to efekt trenera, Dusana Ivkovicia, jednego z najbardziej doświadczonych szkoleniowców mistrzostw. Przypomniałem sobie jednak, że dokładnie tak samo postrzegano choćby drużynę mistrzów świata U –19 sprzed dwóch lat. Też stylem gry wydawali się być starsi od rówieśników, pozbawieni jakichkolwiek oznak słabości, czy braku dyscypliny taktycznej. Ówczesna ekipa Plavich (zresztą z obecnymi w kadrze Ivkovicia Milanem Macvanem, czy Stefanem Markoviciem) właśnie dzięki dojrzałości i żelaznemu podporządkowaniu się taktyce zniwelowała przewagę atletyzmu Amerykanów, których do boju prowadził, m. in. obecny gwiazdor NBA Michael Beasley.

I tak zupełnie bez rozgłosu pożegnaliśmy obrońców tytułu. Rosjanie budujący ekipę na Igrzyska w Londynie (lub też przykrywający PR –owsko masową rejteradę gwiazd sbornej) nie mieli nic do powiedzenia w starciu z ekipą z Bałkanów. Ich rozgrywający, Siergiej Bykow i Anton Ponkrashov, zmagali się głównie sami z własnymi ograniczenia, podczas, gdy ich rywal, Milos Teodosić, genialnie i cierpliwie kreował grę zespołu. U nas 22 –latek byłby uznany za juniora, podczas gdy Teodosić oraz inni gracze w podobnym wieku, jak Novica Velicković czy Uros Tripković dawno zapomnieli kiedy traktowano ich jak dzieci. Większość obecnej drużyny ma za sobą euroligowy staż w Partizanie Belgrad, a dziś niemal każdy walczy o najwyższe cele w czołowych klubach Europy i świata. Ciekawe, ile dla naszej koszykówki zostanie takich gotowych produktów po europejskich wojażach zespołu mistrza Polski..

Drugi półfinalista, Hiszpania, pokazuje się jako zespół turniejowy. Dwa lata temu podopieczni Pepu Hernandeza szaleli od początku mistrzostw, by polec w samym finale. Teraz zaliczyli dwie bolesne wpadki, przez które musieli drżeć do ostatniej kolejki o awans do ćwierćfinału. Niestety w ostatnim meczu drugiej fazy grupowej, to my drżeliśmy o wynik w obawie przed totalną kompromitacją..

Co ciekawe, także znacznie silniejsi od nas Francuzi kończyli mecz z Espanią patrząc z przerażeniem na tablicę wyników. Różnica przypominała tę z meczu Polaków, choć w żaden sposób nie daje prawa, do stawiania nas w szeregu z Les Bleus.

Niemniej dominacja Pau Gasola i spółki nie podlegała dyskusji. Podopieczni Vincenta Colleta, zmęczeni intensywnym sierpniowo – wrześniowym maratonem nie byli w stanie wykrzesać z siebie energii na cały mecz. Najwięcej emocji dostarczały zatem pojedynki Alego Traore i Ronny’ego Turiafa z Gasolem oraz Tony’ego Parkera z Ricky’m Rubio. Na nieszczęście Trójkolorowych, ten ostatni zabrał się wreszcie do poważnego grania na tym turnieju, co raz po raz wyprowadzało z równowagi lidera Francuzów. Z kolei fantastycznie walczący w drugiej połowie Turiaf musiał spocząć na ławce po pięciu przewinieniach. I to by było na tyle emocji, parafrazując klasyka. Francję najlepiej podsumował trener Arkadiusz Koniecki w studiu TVP Sport – Francuzi mają bardzo uzdolnionych graczy, ale brak im dyscypliny taktycznej. Jedno zdanie i wszystko jasne.

Zwycięzcy wczorajszych gier czekają na to, kto okaże się lepszy w starciach Grecji i Turcji oraz Słowenii i Chorwacji. Zapowiadają się mecze walki i koszykarskich szachów. Turcy grają świetny turniej, ale widać już oznaki zmęczenia materiału (mimo „nieco” szerszej rotacji niż nasza). Grecy, mający z sąsiadami stare rachunki mogą dziś zakończyć ich marzenia o tytule. W drugim meczu spotykają się dwie ekipy weteranów. Chorwaci wyglądają tak, jakby każdy mecz był dla nich źródłem bólu i cierpienia, ale najważniejsze spotkania wygrywają. Słoweńcy zaś sypią się jak domek z kart, ale grają bardzo walecznie. Do kontuzjowanych przed turniejem Saniego Becirovicia, Aleksandara Capina i Beno Udriha dołączył Goran Dragić, zaś występ Bostiana Nachbara jest mocno niepewny po lądowaniu na plecach w ostatniej akcji meczu z Turcją. Dla dobra widowiska, mam nadzieję na jego powrót do gry, ale autorzy pierwszej na Eurobaskecie 09’ dogrywki i tak będą się bić do upadłego. I tego nam, fanom koszykówki, dzisiaj bardzo potrzeba.

Grecja - Turcja

Oba kraje się lubią. Kłócą się o Cypr. Mają bardzo mocne zespoły na tym EuroBaskecie. Spotkają się w ćwierćfinale. Będzie bardzo gorąco. A poniżej, krótkie wprowadzenie do meczu - ze strony greckiej.

czwartek, 17 września 2009

Co nam dał EuroBasket?

Nie będzie o popularności koszykówki, o tym czy są szanse jeszcze kiedykolwiek zebrać wszystkich najlepszych w reprezentacji, o tym czy po EuroBaskecie mamy szansę na selekcjonera na wyższym poziomie itd. Na takie podsumowania jeszcze przyjdzie czas.

Będzie o czystym wymiarze sportowym. 9. miejsce nie daje awansu na MŚ, nie daje praktycznie nadziei na myślenie o dzikiej karcie na MŚ i jedyne co wymiernie daje to punkty w rankingu FIBA. A ranking FIBA przekłada się się przede wszystkim na to z którego koszyka będziemy rozstawieni w eliminacjach EuroBasket 2011 na Litwie.

Przed polskim EuroBasketem byliśmy w tymże rankingu na 55. pozycji wraz z Czechami i Bułgarami. Przesuniemy się do pierwszej 40. Ta pozycja w kontekście światowym ma dla nas marne znaczenie - ranking pomiędzy kontynentami nie porównuje niczego, a pozycja względem zespołów spoza Europy przyda nam się dopiero w jakiś światowych rozgrywkach, do których niestety nam obecnie daleko (choć 6.-7. miejsce tak strasznie daleko nie było...). W końcu czy na serio cieszy nas wyprzedzenie Wysp Dziewiczych, Wybrzeża Kości Słoniowej czy Wysp Zielonego Przylądka?

Dlatego skoncentruję się europejskich zespołach w rankingu. Według moich obliczeń 9. miejsce pozwoliło nam wyprzedzić oczywiście Bułgarię i Czechy, z którymi to byliśmy na remis, a także Portugalię, Ukrainę oraz Bośnię i Hercegowinę. W ten sposób zostaliśmy 14. europejskim zespołem wg rankingu FIBA.

Czy dało się zrobić więcej? Do wyprzedzenia 13. Łotwy konieczny byłby medal. Do zrównania się z 12. Izraelem musielibyśmy zdobyć złoto. Także w tym zakresie ciężko byłoby o lepszy rezultat.

Kto w Europie wyprzedza Polskę? Hiszpania, Grecja, Serbia, Litwa, Niemcy, Włochy, Turcja, Rosja, Francja, Chorwacja, Słowenia, Izrael i Łotwa. Wynikami choć nie bezpośrednimi udowodniliśmy na dziś, w tym składzie wyższość nad Włochami, Izraelem i Włochami. Litwę policzę jako ich ogromny wypadek przy pracy, a przecież jest jeszcze w tym spisie kilka zespołów z drugiej połowy mistrzostw, od których nie czujemy się gorsi. I w tym kontekście żal tego awansu do MŚ...

Teraz jeszcze warto zatrzymać się przy temacie dzikich kart dla Europy na MŚ 2010 nawet jeśli bezpośrednio nie będzie on nas dotyczył. Polska będzie 14. zespołem w rankingu FIBA w Europie, a przy utrzymaniu 4 grup w eliminacjach EuroBasket 2011, od tego czy na MŚ pojedzie 9 czy 10 europejskich zespołów, będzie zależeć to, czy zostaniemy rozstawieni w pierwszym koszyku. Niby drobiazg, ale różnica może być spora. W szczególności, jeśli nasza kadra będzie miała problem z kompletowaniem składu...

Jeśli FIBA przyzna maksymalną liczbę dzikich kart dla naszego kontynentu na przykład dla: 8. zespołu EuroBasketu, Litwy i Niemiec skład pierwszego koszyka będzie następujący: Włochy, Izrael, Łotwa, Polska. Jeżeli dzikie karty dla Europy będą dwie, to pierwszy koszyk będzie wyglądał przykładowo tak: Niemcy, Włochy, Izrael, Łotwa. A Polska w drugim... Różnica jakby nie patrzeć bardzo duża.

środa, 16 września 2009

Szkoda, że (dla nas) to już koniec

No i niestety skończyła się dla naszej reprezentacji przygoda z tegorocznym Eurobasketem. Na głębsze przemyślenia, analizy i wnioski przyjdzie jeszcze czas. Teraz na gorąco kilka ciekawostek post factum.

Mistrzostwa skończyły się dla nas porażką z Serbami, a nie dzisiejszym meczem z mistrzami świata. Tylko zespół Dusana Ivkovicia był w naszym, szeroko rozumianym zasięgu. O zwycięstwo nad naprawdę potężnymi i doświadczonymi ekipami Słowenii i Hiszpanii nie było nas po prostu stać.

Dzisiejszy pojedynek w niczym nie przypominał sparingu w Saragossie. Tutaj obie drużyny grały o wszystko, więc nasi rywale nie mogli sobie pozwolić na luksus grania z nami w kotka i myszkę. Rozhulali się w ataku, pobronili mocniej w kluczowych momentach, a naszym graczom pozostała rola statystów.

Już w pierwszych akcjach, zarówno pierwszej kwarty, jak i po dużej przerwie Pau Gasol wziął na ząb naszą największą broń, Marcina Gortata i zrobił mu przyspieszony kurs ze zdobywania punktów w roli lidera. Drugi w kolejności włączył się Juan Carlos Navarro, którego trafienia zza linii 6,25cm. było dla nas niczym siedem gwoździ dobijających trumnę.

Nasza gra szybkim atakiem znowu została zatrzymana – tym razem oprócz szybkiego powrotu przeciwnik zastosował faule przerywające akcje, co świadczyło o jego determinacji i gardłowej wagi, jaką miał ten mecz.
Nasz atak, który wynikał zawsze z jakości gry obronnej nie mógł rozwinąć skrzydeł. Szarpał David Logan, zaś nasze pozostałe strzelby były doskonale rozpracowane, stąd każdy punkt ciułaliśmy z wielkim trudem. Sergio Scariolo mógłby poświęcić kilka mocniejszych słów obronie przeciwko Adamowi Wójcikowi, o którym chyba już wszyscy zdążyli zapomnieć. Tym można tłumaczyć fakt, że dostał kilka pozycji na dystansie i dwie z nich zamienił na celne „trójki”. Więcej punktów, niż zwykle zdobył Łukasz Koszarek, który próbował wykorzystywać każdą lukę w obronie, zaś rywale najwyraźniej nie uznali go za jakieś kluczowe zagrożenie dla wyniku spotkania.
W końcówce meczu na placu gry pojawili się długo wypatrywani rezerwowi z Robertem Skibniewskim, który mógł na koniec poczuć atmosferę imprezy. Jeszcze jakieś pozytywy?

Do ćwierćfinału awansowali z grupy F Słoweńcy, Turcy, Serbowie i Hiszpanie. Jutro Rosjanie zmierzą się z Serbami, zaś Hiszpanie trafią na Francuzów. Zwycięzca pierwszego meczu w półfinale stanie naprzeciw lepszego w parze Słowenia – Chorwacja (taka „słowiańska połówka drabinki play – off). Z kolei drugi jutrzejszy wygrany wpadnie na kogoś z dwójki Grecja – Turcja (będzie gorąco w Spodku). Nasze typy przedturniejowe biorą więc w łeb, bo Grecy mogą się spotkać z Espanią już w półfinale. Palce lizać.

Na koniec wiadomość niby spodziewana, a jednak jakoś tak dobijająca nastrój polskiego kibica – Adam Wójcik po meczu ogłosił dziś koniec kariery reprezentacyjnej. Mam nadzieję, że nie było to jego ostatnie spotkanie w kadrze, gdyż zamiast pucharów za naciągane 150 spotkań w koszulce z orzełkiem, bardziej należałoby mu się prawdziwe spotkanie pożegnalne. Przy okazji możnaby wreszcie uhonorować innych świetnych facetów, którzy niedawno zawiesili buty na kołku, z Dominikiem Tomczykiem na czele. Liczę na to, że Polski Związek Koszykówki spisze się tu lepiej, niż władze ówczesnego ASCO Śląska, które nie potrafiły zorganizować porządnego pożegnania dla swojej legendy.

wtorek, 15 września 2009

Grupa E – ostatnie starcie

Dzisiaj odbędą się ostatnie mecze tej grupy. Mimo, że nazywana słabszą, to zdecydowanie walki zabraknąć nie powinno. Awans zapewniony mają Francja i Grecja. A dalej zdarzyć się może już wszystko…

Ewenementem jest Rosja. Drużyna, którą wszyscy skazywali na pożarcie i która zaczynała starcia o ćwierćfinał z bilansem 0-2, na razie jest na najlepszej drodze do trzeciego (drugiego?) miejsca w grupie. Po dramatycznych sukcesach z Chorwacją i Grecją (oba mecze +3p.), teraz teoretycznie najsłabszy przeciwnik, czyli Macedonia. Nomen, omen – w razie porażki i zwycięstwa Niemiec Rosjanie odpadają z turnieju, bo obie drużyny zrównują się z nimi punktami. A ponieważ na razie ekipie Blatta gorzej szło z potencjalnie słabszymi, to nic nie jest przesądzone.

Drugie spotkanie o awans, to mecz Chorwacja – Niemcy. I tu sytuacja jest prosta – kto wygra, ten awansuje. I trafi prawdopodobnie na Turcję, ale to już zupełnie inna sprawa. Niemcy, którzy według wielu mieli w ogóle nie wyjść z grupy na razie prezentują się dość solidnie, nieco chaotycznie, ale w tym szaleństwie widać pewną metodę. Wprawdzie cudem awansowali (dramatyczne rzuty za trzy w meczu z Łotwą) i na razie pokonali w tym turnieju tylko Rosję, ale jak wiadomo dwa zwycięstwa mogą dać awans. Liderem zespołu na razie są Schaffartzik i Jagla. I ten team, pozbawiony Kamana, czy Nowitzkiego będzie walczył z Chorwacją, której wyraźnie nie idzie. Bądź po prostu gra słaby turniej, czekając na decydującą fazę, ale w to trudno uwierzyć. Na razie Chorwaci nie pokazali nic, co by mogło przekonać, że przyjechali po więcej niż dramatyczny awans do ćwierćfinału. Ten mecz odbędzie się na zakończenie dnia.

Natomiast mecz dnia, jak to często w tym turnieju bywa (pomijam wczorajszy Turcja – Serbia), odbędzie się wcześniej. I będzie to spotkanie o pierwsze miejsce w grupie, czyli o szansę zmierzenia się z Polską (a jak!) – Grecja zagra z Francją. Zapowiada się walka Turiafa z Schortsanitisem, czy Parkera ze Spanoulisem. Oczywiście fanów najbardziej będzie interesowała ta druga para, bo tak naprawdę wreszcie Tony trafia na klasowego rywala z najwyższej półki (nic nie ujmując poprzednim, ale jednak…). A Francja po raz pierwszy trafia na pretendenta do finału turnieju. Oba teamy potrafią grać błyskotliwie, ale oba miewają zastoje w grze. Wydaje się, że Grecy, prezentujący się solidniej w obronie będą tu minimalnymi faworytami. Ale zdarzyć się może wszystko. Niemniej – na ten mecz czekali wszyscy obserwatorzy grupy E. Fajnie, że będzie na sam koniec zmagań. I w dodatku bezpośrednio zdecyduje, która drużyna zajmie pierwsze miejsce w grupie.

Sytuacja jest bardzo niejasna. Awansować może właściwie każdy, jednak są faworyci. Odpowiednio Rosja i Chorwacja, bo w meczu o 18:15 dla mnie istnieje tylko Grecja, więc tu będę nadto subiektywny. Czy tym razem wszystko potoczy się zgodnie z planem? Czy jeden dzień, wyjątkowo, na EuroBaskecie wszystko zakończy się tak, jak przewidywali bukmacherzy i kibice? O tym przekonamy się zapewne około 22:30.

poniedziałek, 14 września 2009

Obrona na ćwierćfinał, atak na dywizję B

Pokazaliśmy, że umiemy. Że gdy jest rotacja, wielka intensywność w obronie, to nawet mniejszy wkład w atak daje sukces – odważę się stwierdzić, że pierwsza kwarta w naszym wykonaniu była najlepszymi dziesięcioma minutami dotychczas na tym turnieju.

Tak naprawdę potem Słoweńcy niewiele zmienili. Grali spokojnie w ataku, dość twardo w obronie. Generalnie szału nie było. Ale była KONSEKWENCJA i CELNE rzuty. U nas niestety tego zabrakło. Pudła spod kosza, z dystansu, z półdystansu – zewsząd, przerażały. A jeden punkt w siedem minut trzeciej kwarty rozwiał wszystkie nadzieje na zwycięstwo w tym meczu. Ostatnia odsłona była w zasadzie dograniem do końca.

Notka nie będzie długa, chyba że ktoś coś dopisze. Zmierzając do podsumowania:

- wydaje mi się, że zabrakło determinacji w drugiej połowie. Katzurin już tak nie rotował składem jak na początku meczu, nasi nie zrobili wszystkiego, żeby rozjechać rywali na pełnej wściekłości, a ci systematycznie powiększali przewagę

- Szymon „Szaszłyk” Szewczyk pokazał, że może. Że chce mu się, że umie, że daje z siebie wszystko. Szkoda, że w ataku tak naprawdę nie miał wsparcia kolegów. A ponieważ nie jest naszą pierwszą (ani nawet czwartą, czy piątą) opcją w ofensywie, to i on nie dał rady pobudzić nas w kryzysowej trzeciej odsłonie

- prócz pierwszej kwarty, wychodziliśmy na parkiet jakby nieskoncentrowani. Drugą zaczęliśmy bodaj od 0:6 i 5:16, trzecią każdy wie jak… tak NIE gra drużyna, marząca o wielkim sukcesie na turnieju i gotowa oddać za niego prawie wszystko

- z takim atakiem to my byśmy nawet z Bułgarią nie wygrali. Jeśli nie pozostawimy obrony na podobnym poziomie i nie poprawimy zdecydowanie ofensywy, to w zasadzie nie musimy wychodzić w środę na parkiet. Bo Gasol i spółka nas rozjadą i turniej skończy się zdecydowanie nieefektownie

- cytując zCzuba: „Bądźmy myślami już przy środowym meczu. Bo szczerze mówiąc, nie da się tego oglądać. Serce krwawi.” Niestety.

Pozostaje wiara w to, że w środę stanie się cud. Bo jak nie, to zostanie mi na tym turnieju już tylko kibicowanie Grecji…

Dlaczego nie rajcuje nas sukces siatkarzy?

Marian Kmita w tym oto artykule zadaje pytanie, na które ja w kilka godzin po historycznym sukcesie siatkarzy jestem w stanie odpowiedzieć.

Po pierwsze kibice jako masa bardzo dobrze są w stanie rozpoznać pozycję dyscypliny na świecie. A popularność dyscypliny jest tym większa im większa jest w niej konkurencja. Naprawdę ciężko walczyć z faktem, że w piłkę nożną gra się na całym świecie, że jest to jedyna dyscyplina zespołowa, która dorobiła się naprawdę bardzo dobrego poziomu na wszystkich kontynentach. Różnica w stosunku do siatkówki jest taka, że pan Benhauer wraz z naszymi kopaczami, którzy zrobili największy zawód od kilku lat, przebijają dobrze grających siatkarzy, którzy przez lata zawodzili polskich kibiców bardzo regularnie.

I choć wyjątki oczywiście od tej reguły można mnożyć, szczególnie jeśli mówimy o małych krajach, które z braku laku koncentrują się na mniej popularnych na świecie dyscyplinach, to w zasadzie taka zależność będzie nam działała. Koszykarze odnosząc odpowiednio mniejszy sukces np. brąz na EuroBaskecie - abstrahując od naszych szans na ćwierćfinał - są w stanie spokojnie przykuć większe zainteresowanie, właśnie siłą dyscypliny (abstrahuję również od gospodarzenia na imprezie).

Kolejna rzecz o której się zapomina. Polski kibic sportu ma obecnie naprawdę w czym wybierać. Wbrew powszechnemu malkontenctwu z naszym sportem jest obecnie naprawdę bardzo dobrze i ten doskonały, bardzo dobry, niezły poziom jest rozłożony na dość sporą liczbę dyscyplin. Na początek weźmy cztery główne sporty drużynowe: piłka nożna, koszykówka, siatkówka, piłka ręczna. I zadajmy sobie pytanie czy w wyimaginowanym rankingu łączącym wszystkie cztery dyscypliny ktokolwiek poza Francją w Europie oraz USA na świecie, jest od nas wyraźnie lepszy?

Idąc dalej najlepszy na świecie żużel, piąta lekkoatletyka, mamy sukcesy w pływaniu, wioślarstwie, jest Robert Kubica, bokserzy regularnie liczący się na świecie, w sportach zimowych skoki i biegi składają się na niezły obraz. Pewnie coś pominąłem, ale naprawdę nie chcę się zagłębiać się w co raz bardziej niszowe dyscypliny, które nikogo nie obchodzą, ale tam też przecież mamy sukcesy.

I teraz wystarczy sobie zadać pytanie czy może wymagając narodowego orgazmu po wielkim sukcesie (czemu nikt nie przeczy) siatkarzy, trochę nie przesadzamy? Czy może - wracając na chwilę do koszykówki - nie za dużo oczekujemy po powrocie koszykówki do świadomości polskiego kibica. W obecnej sytuacji polskiego sportu, który nadspodziewanie dobrze wychodzi z postkomunistycznej zapaści, na pewne rzeczy nie ma po prostu miejsca. Masowość i boom na koszykówkę z lat 90. jest właściwie nie do powtórzenia.

Idąc dalej dochodzę już do samej historii polskiej siatkówki ostatniej dekady. Siatkarska reprezentacja przez lata była dostarczycielem największych emocji i na najwyższym poziomie w polskim sporcie zespołowym. Ogromny udział miało w tym genialne pokolenie '77, ale także bardzo korzystne nagromadzenie rozgrywek reprezentacyjnych w siatkówce, o czym pisałem jakiś czas temu. Ekipie Zagumnego, Papke, Murka, Świderskiego, Gruszki czy Ignaczaka kibicowało się naprawdę doskonale. Przeżyłem też Piotra Gabrycha w reprezentacji - ten dość przeciętny zawodnik odgrywał sporą rolę w reprezentacji w najgorszym chyba dla niej okresie i z tymże okresem zawsze będzie mi się kojarzył. Siatkarze nasi mieli to do siebie, że zawsze budzili ogromne nadzieje, doskonale zaczynali wszelkie rozgrywki jak gdyby pokazując ogromny potencjał w nich tkwiący, tylko jak to się później kończyło - wszyscy wiemy. Tych gorzkich siatkarskich porażek liczba była niezliczona - ME co dwa lata, MŚ oraz IO co cztery, Liga Światowa co roku, a przecież były także przegrane turnieje kwalifikacyjne do Igrzysk w Sydney czy przedostatnich MŚ.

Genialnemu rocznikowi '77 wciąż wmawiano, że ma jeszcze czas, bo jego celem są IO w Atenach. Igrzyska się skończyły, nasi skończyli jak zwykle. I nic w lepszą stronę nie szło. Te wszystkie nadzieje regularnie z niezmierną dokładnością były niszczone w najbardziej bolesnych momentach. Ja w międzyczasie totalnie zostałem pochłonięty przez koszykówkę, a na siatkówkę zobojętniałem kompletnie. Właściwie przed samym wicemistrzostwem świata, które euforii u mnie już nie wywołało, bo całe moje emocje dla siatkówki zużyły się przez przez te wszystkie wcześniejsze lata...

Do czego zmierzam? Do tego, że każdy kibic siatkówki jest w stanie dostrzec to, że wicemistrzostwo świata i mistrzostwo Europy, to dwie wykorzystane szanse naszej kadry z ogromnym potencjałem, wśród naprawdę ogromnej liczby szans - po prostu kiedyś przyjść to musiało. A mogło być więcej... Kibic dostrzega, że chłopaki medale wygrywali właśnie wtedy, kiedy nikt na nich nie liczył i nie ciążyła na nich tradycyjna ogromna presja... Całkiem niedawno czytałem również dość trafną opinię, że kibice w Polsce siatkówką są już zmęczeni. Polska od wielu lat jest w dość wąskiej czołówce światowej, a w szczególności europejskiej. W obrębie której od lat zamknięte są pozycje medalowe. Efekt takiego układu sił i naszego umiejscowienia w nim jest taki, że każda impreza dla polskiej siatkówki może się skończyć na dwa sposoby: wielkim sukcesem (medalem) albo wielką porażką (brakiem medalu). A że wielkie porażki przeważały, to kibice się tymi bezwzględnie miażdżonymi nadziejami zmęczyli...

Na sam koniec dodam jeszcze, że choć uwagi pana Kmity są celne, nie możemy zapominać, że przemawia przez niego pewien żal, że Grzegorz Lato (pomińmy milczeniem działania tego pana) i cała piłkarska ekipa odsuwa uwagę od siatkarzy grających na antenie Polsatu. Korzystając także z okazji - panu Kmicie chciałem podziękować za umieszczenie transmisji z najlepszego w historii sezonu PLK w zamkniętej stacji (że o Polakach na EuroBaskecie 2007 nie wspomnę). Może nie musiałby teraz wspominać, że tak mało poświęca się uwagi koszykarskim ME...

Lukam

Ja ze swej strony (czyli dawnego okazjonalnego sympatyka siatkówki) chciałbym szczerze pogratulować zwycięstwa naszej drużynie narodowej. Mistrzostwo Europy jest największym sukcesem męskiej reprezentacji naszego kraju w grach zespołowych od słynnego medalu piłkarzy na Igrzyskach w Barcelonie.

Nie będę też udawał, że śledziłem ten sukces z zapartym tchem, ponieważ bym skłamał. Teraz dla mnie najważniejszy jest Eurobasket i tylko to się liczy.

Zgadzam się z większością tez Grega dotyczących siatkówki, natomiast w przeciwieństwie do niego nie dostrzegam jakiegoś skoku jakościowego w polskim sporcie (z wyjątkiem ..siatkówki). Raczej użyłbym określenia marazm, czego dowodem są kolejne byle jakie występy polskich sportowców na kolejnych Olimpiadach. Wszechobecne leśne dziadki, z którymi muszą się użerać nasze samorodne talenty i życzliwi im trenerzy, brak infrastruktury, wizji, chęci i systemowego podejścia do sportu cechuje 90 procent dyscyplin uprawianych w naszym kraju. Może gdzieś coś drgnęło, w którejś z nich, ale może mnie ktoś oświecić w której dokładnie?
Co do felietonu pana Mariana Kmity, to patrzę na niego w kilku wymiarach.

Po pierwsze jest to element walki konkurencyjnej z TVP i TVN, które w różnym stopniu karmią się piłką nożną i zanudzają nią na śmierć, nie zawsze potrafiąc wysnuć na ich temat jakieś logiczne przemyślenia. Przegrany wyścig o prawa do pokazywania meczów kadry spowodował, że gwiazdy Polsatu nie mogą już przy milionowej widowni opowiadać peanów bądź złośliwych komentarzy na temat Leo i spółki, co niewątpliwie chętnie by czynili.

Po drugie i tu celna uwaga Grega, sam Polsat przyczynił się do medialnego wyciszenia tematu polskiej koszykówki. Pomijam zakodowanie ligi, gdyż od stacji komercyjnej nie wymagam, by zrezygnowała z zarobku. Niestety zakodowanie występów polskich koszykarzy na poprzednim Eurobaskecie uważam do dziś za skandal. Nie chodzi o mecze pozostałych ekip tylko o naszą reprezentację. Gdy taki sam numer panowie Kmita i spółka chcieli wykręcić piłkarzom wybuchła afera na cały kraj. O basket nie upomniał się pies z kulawą nogą. Nie chodzi mi o to, by naród mógł wówczas z upodobaniem biczować się także z powodu porażek w Hiszpanii. Denerwuje mnie tylko, gdy ludzie piszą w komentarzach, że polski Eurobasket jest pierwszym od lat, na którym gramy.

Tylko nieco mniejszą przykrością jest zakodowanie ligi koszykarzy przez stację publiczną, ale to w końcu jest rzecz komercyjna, a nie „dobro narodowe”.
I uwaga na koniec – to TVP wypromowała siatkówkę, zaś Polsat po prostu przebił jej ofertę i dziś spija śmietankę w postaci sukcesu kadry. Teraz sam zamula antenę tą dyscypliną sportu, która bije po oczach w każdej postaci (także plażowej) przez okrągły rok. Kilka lat temu ten sam pan Kmita bardzo pochlebnie wyrażał się na temat koszykówki, która wchodziła na antenę jego stacji o roztaczał wizje jej ekspansji medialnej. Oskarżanie szefa medium komercyjnego o pogoń za widzem i koniunkturalizm jest idiotyzmem. Podobnie jak branie na poważnie gorzkich żalów nad stanem umysłu i ducha polskiego kibica.

A do nieuleczalnej miłości Polaków do piłki nożnej radziłbym panu Dyrektorowi po prostu przywyknąć, jako i ja uczyniłem.

niedziela, 13 września 2009

To już rok!

Dzisiaj trzynasty września. Dzień kojarzony z pechowym, zwłaszcza, gdy przypada w piątek. Jednak nam kojarzy się z nieco bardziej pozytywną sytuacją. Tak, tak – minął rok od momentu, gdy pierwszy poważny tekst pojawił się na 3 sekundach i tą właśnie datę uznajemy za początek naszego wspólnego projektu. Nadszedł więc czas na krótkie podsumowania.

Przede wszystkim nadal piszemy. Nadal mamy pomysły, chęci, a coraz większa oglądalność mobilizuje nas do trzymania poziomu i wyszukiwania ciekawych tematów. Blogi mają to do siebie, że często zapał mija szybko i nawet jak zacznie się dobrze – szybko wszystko się kończy. My kończyć (na razie) nie zamierzamy.

Planem minimum było zdobycie stałego grona czytelników i wzbudzenie zainteresowania naszymi tekstami. Dawno został on wykonany, a nawet przerósł nasze oczekiwania. Wchodzi was naprawdę sporo, piszecie konkretne i sensowne komentarze (na szczęście reklamy testu IQ omijają nas szerokim łukiem) i w zasadzie każda wasza riposta jest niezwykle celna, dociekliwa, ciekawa. Oby tak dalej, bo nasz blog ma służyć wymianie poglądów.

Ważne dla nas było również subiektywne podejście do świata. I to też się udało. Pisaliśmy często inaczej, niż brzmiały oficjalne stanowiska. Zawsze wyrażaliśmy własne, niczym niezmącone zdania. Jasne, że potem niektóre okazywały się nietrafionymi opiniami, ale nie myli się tylko ten, który nic nie robi. Poza tym niejednokrotnie zmuszaliśmy was tym sposobem do komentarza, bo skrajnie się z nami nie zgadzaliście. Obyście robili to dalej, bo wchodzenie w dyskusje jest najciekawszą formą rozmowy o baskecie. Obiecać możemy, że nadal będziemy kierowali się własnym, subiektywnym zdaniem, a pisanie „pod publiczkę” nam nie grozi.

Założeniem było pisanie przez pół roku i sprawdzenie, czy jesteśmy w stanie zaistnieć. Bo pisanie dla samych siebie mija się z celem. Jak widać po załączonym rocznicowym poście, uznaliśmy, że ktoś ma ochotę to czytać. Co dalej? Planu maksimum nie ma – sky is the limit.

Blog przeszedł pewne etapy. Niesamowicie ciepło zareagowaliście na wrzucenie linków do starych meczy – tak zwanych klasyków PLK (i nie tylko). Nic nie obiecujemy, ale może w przyszłości jeszcze jakieś spotkanie z przeszłości się tu pojawi. Były chwile pisania tylko o lidze. Podejmowaliśmy jednak również trudne tematy, jak uzdrowić i uatrakcyjnić polską koszykówkę. Wiele tekstów kręciło się wokół EuroBasketu, który jest najważniejszą imprezą tego roku. Pojawiły się szalone typowania, przed którymi trudno się powstrzymać. Sporo pisaliśmy oczywiście również o Śląsku, mimo że ten ekstraklasowy nie istniał – ale do tego ciągnie nas wrocławskość, którą przesiąkliśmy do szpiku kości.

Jednym z wyróżników jest spora różnica między nami. Każdy z nas ma inne podejście, styl pisania, czy poglądy. No i każdego w tej dyscyplinie fascynują inne elementy. To daje świeżość i dynamizm. Dlatego nie powinniśmy się stać przewidywalni i jeszcze niejednokrotnie zapewne was zaskoczymy.


A na koniec najważniejsze. The last, but not the least, czyli podziękowania. Przede wszystkim dziękujemy wszystkim Wam, za to, że jesteście z nami. Mimo nieregularności, literówek, dziwnych przemyśleń. Odwiedzacie bloga, piszecie komentarze, zapamiętujecie adres. To niezmiernie miłe i mobilizujące do dalszego tworzenia.

Wśród was są ci, którzy walnie przyczynili się do popularyzacji naszego bloga. Było ich zapewne wielu, jednak przede wszystkim wyrazy wdzięczności kierujemy do Łukasza Ceglińskiego, serwisów polskikosz.pl, brzytwa.com oraz zawszepopierwsze.bloog.pl. Mamy nadzieję, że was nie zawiedliśmy!

Ćwierćfinał się oddalił

..i to bardzo. Przy trudnych rywalach, jakich ma reprezentacja Polski w grupie F, po cichu zakładałem że to właśnie Serbia będzie kąskiem najłatwiejszym do strawienia. Niestety nie daliśmy rady. Młoda, ale grająca bardzo dojrzałą koszykówkę ekipa Białych Orłów być może zablokowała nam drogę do ćwierćfinału.

Bohaterowie są zmęczeni

Niestety źle zaczynaliśmy grę i to niemal w każdej kwarcie, z wyjątkiem czwartej. Odjazd gości w pierwszych minutach meczu został zatrzymany i nawet wyszliśmy na prowadzenie, ale jak wiadomo, nie lubimy gonić wyniku, o czym wspominali także sami zawodnicy po porażce z Turcją. Boleśniejszy był run Serbów w części trzeciej, gdy po nienajgorszym początku stanęliśmy na 40 punktach. Podopieczni Dusana Ivkovicia zdobyli 13 „oczek” bez odpowiedzi i wydawało się, że jest po meczu. Nie było, ale zbyt wiele energii kosztowało nas gonienie króliczka, by ostatecznie wygrać ten mecz.

Skąd takie słabe wyjścia z bloków startowych? Wydaje się, że ze zmęczenia materiału. Widać to było po grze zawodników pierwszej, a więc najbardziej eksploatowanej w tym turnieju, piątki. Może Marcin Gortat jako jedyny trzymał fason, ale pozostali zawodnicy mieli problem z odpaleniem silników. Davidowi Loganowi już drugi mecz mija na próbach uwalniania się od wyższych i bardzo dobrze przygotowanych plastrów. Tym razem zdobył więcej punktów, niż w spotkaniu z Turkami, ale wysiłek, jaki włożył w każdy kosz był heroiczny. Maciej Lampe był za to cieniem samego siebie sprzed trzech dni, gdy zwłaszcza w drugiej połowie ciągnął grę naszej ekipy. Niby wykonywał te same manewry, ale rzuty nie wpadały, zaś podania pod kosz lądowały w rękach przeciwników. Michał Ignerski znakomicie wrócił do gry w pierwszej kwarcie, a jego „trójki” ratowały nam skórę, niemal jak w starciu z Litwinami. Niestety po dużej przerwie rywale nie pozwolili mu poszaleć i Igi stopniowo gasł w oczach.

Rywale nas odczytali.

W zasadzie nie było to takie trudne, gdyż naszymi atutami był szybki atak oraz podania do środka. Znakomity powrót do obrony naszych przeciwników spowodował, że odpadły nam łatwe punkty oraz duża rola dla Krzysztofa Szubargi. Nowy nabytek Anwilu Włocławek zmuszony do gry pozycyjnej tracił swoją moc, a i wspomniane zmęczenie też dawało mu się we znaki. Serbowie pokazali też jak się należy dostosowywać do sytuacji meczowej. Początkowo wypychali Gortata na półdystans, a Ignerskiemu pozwolili rzucać, skoro w ostatnim meczu wyglądał na kompletnie rozregulowanego. Widząc, że ten pierwszy niespodziewanie regularnie trafia zza pola trzech sekund, ograniczyli mu przestrzeń do minimum. Z kolei przy Igim non stop był już przeciwnik, który prędzej pozwalał mu na minięcia i kozłowanie niż na odpalanie petard zza łuku.
Pierwsza piątka, poza niezmordowanym Gortim nie miała za bardzo argumentów w walce. Obrona nie wychodziła, atak się załamał. Wydawało się, że w połowie trzeciej partii kibice mogą zabierać trąbki i iść do domów. I wtedy..

Ławka ożyła

W sytuacji, gdy nadzieja niemal zgasła, zareagował Muli Katzurin. Trener kadry brał kolejne timeouty, ale zmian jakościowych nie było. Wreszcie zagrał va banque i zaczął zmieniać zawodników. Po kolei Łukasz Koszarek, Szymon Szewczyk, Krzysztof Roszyk i Michał Chyliński stawili się na boisku obok Gortiego i powoli coś zaczęło się zmieniać. Pojawiły się zbiórki w ataku, a zaciekła obrona na całym boisku zaczęła wymuszać niecelne rzuty i straty. Serbowie nie stanęli i walczyli nadal, ale w końcu udało nam się dojść na odległość dwóch punktów. Jeszcze nie widziałem, by ten zespół odrobił 14 oczek. Niestety wówczas świetnie grający po przerwie Koszarek popełnił największy błąd w meczu i odpalił zbyt szybką „trojkę”. Potem rywale znów zostawili nas z tyłu i z trudem zmniejszaliśmy straty do czterech -pięciu punktów, ale w końcówce Serbowie, a zwłaszcza Milos Teodosić niemal bezbłędnie wykonywali rzuty wolne i wygrana nam uciekła.

Generalnie jestem w podłym nastroju, bo czuję, że wraz z Serbami uciekł nam ćwierćfinał. Wyrachowani Słoweńcy i wkurzeni po kolejnej porażce Hiszpanie mogą nas potraktować ostro. Cieszy mnie natomiast, że wreszcie pokazał nam się zespół i bardziej otwarty trener. Widać, że kadra, to nie tylko pierwsza piątka, a rezerwowi przypomnieli, że potrafią być przydatni, jeśli mają jasno nakreślony cel do zrealizowania. Nie są to może wielcy wirtuozi, ale starcza im charakteru i determinacji, by zaskoczyć przeciwnika i niemal odwrócić losy meczu. Źle, ze stało się to dopiero teraz, gdy gracze podstawowi wydają się mieć już niewiele energii do walki.
Może jednak ten impuls z ławki da jakieś nadzieje drużynie i staniemy do meczu z zespołem Jure Zdovca z bojowym nastawieniem. Sytuacja jest trudna, ale nie beznadziejna, jak mawiał klasyk. Jeśli się nie uda, będę pamiętał piękne chwile z meczów wrocławskich i awans do dwunastki. Chciałbym jednak, byśmy walczyli, póki są jeszcze możliwości i cokolwiek zależy od nas. W końcu nawet Hiszpanie okazali się być do ugryzienia..

sobota, 12 września 2009

Eurobasket: wchodzimy w drugą fazę

Druga runda Eurobasketu już w toku. Dzisiaj ponownie zobaczymy w akcji naszych koszykarzy startujących do decydującej walki o ćwierćfinał, zaś wczoraj mieliśmy okazję przyjrzeć się rywalizacji w grupie E.

Grupa E powstała z połączenia najlepszych zespołów grup A i B w zgodnej opinii komentatorów ma być słabsza od „naszej” grupy F. Czołówka grupy E ma na ten temat swoje zdanie. A jak prezentowała się w praniu?

Ciekawym zjawiskiem na tym turnieju jest organizowanie meczu zapowiadającego się na hit o godzinie 15.45. Ja tam się nie znam, ale wydawało się, że spotkanie Chorwacji z Rosją aspirowało do miana meczu dnia.. Być może organizatorzy przewidzieli, że będzie to mecz walki, ale raczej wydaje mi się, ze zadecydował przypadek.
Tak czy inaczej, na dzień dobry dostaliśmy niespodziankę. Kreowani na medalistów turnieju Chorwaci dali się wciągnąć w, jak by to nazwał Wojciech Michałowicz, błotną koszykówkę. Obrońcy tytułu (choć w składzie pozostało niewielu zwycięzców sprzed dwóch lat) pokazali, że nadal potrafią zaskakiwać dobrą obroną, która maskuje braki ofensywne teamu Davida Blatta. Rosjanie prowadzili, mimo fatalnej skuteczności swego „nowego Holdena”, Kelly’ego McCarty’ego. Ich rywale nie potrafili wykorzystać swojego atutu w postaci wachlarza znakomitych graczy podkoszowych. W zasadzie poza Mario Kasunem, fenomenalni weterani z Bałkanów pudłowali tragicznie, a ich statystyk nie warto nawet tutaj przytaczać. Co gorsze, reagując na tę niemoc, podopieczni Jasmina Repesy urządzili, zwłaszcza w pierwszej połowie festiwal niechlujnych rzutów z dystansu. Bardzo chaotycznie grał Roko Leni Ukić, a Davor Kus sprawiał wrażenie nieco wycofanego.

W ataku Rosjanie uruchomili swojego jedynego przejawiającego talent podkoszowca, Timofieja Mozgowa. Chłopak, o którym rok temu mało kto w Europie słyszał wsadami i wymuszanymi faulami kończył proste, ale dokładnie rozegrane akcje dwójkowe. Robił to, czego oczekiwałbym raczej od Nikoli Vujcicia, czy Sandro Nicevicia. Gdyby jeszcze skuteczniej wykonywał rzuty wolne..

W drugiej połowie Chorwaci, dowodzeni przez Zorana Planinicia gonili mistrzów Starego Kontynentu. W zaciętej końcówce przydali się gracze drugiego planu, jak Witali Fridzon, czy pełniący obowiązki rozgrywającego Siergiej Bykow. Przy pomocy przebudzonego McCarty’ego dowieźli prowadzenie do końca, mimo „trójki” Marko Popovicia. Zespół znad Adriatyku stracił ważny punkt w drodze do „ósemki”, zaś sborna pokazała, że nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa w walce o drugą koronę.

Nieco mniej wyrównane było drugie piątkowe spotkanie. Tym razem Niemcom nie udało się sprawić niespodzianki i wykraść punkty faworyzowanym Grekom. Gwiazda pierwszej części turnieju, Jan Hendrik Jagla, tym razem pudłowała na potęgę. Chudziutcy środkowi naszych zachodnich sąsiadów nie mieli lekarstwa na Baby Shaqa Schortsianitisa. Muszę jednak przyznać, ze Dirk Bauermann to dobry fachura. Po odejściu Dirka Nowitzkiego i kilku innych weteranów wydawało się, że Niemcy mogą być w Polsce kelnerami. Nic z tych rzeczy. Właśnie teraz ich zespół ogląda się z niekłamaną przyjemnością. Z Dirkiem był to team wręcz prymitywny, szukający swego lidera i oczekujący na jego trafienia, jak na zbawienie. Obecnie gra Bundesteamu jest wszechstronna i miła dla oka. Prym wiedzie tu Heiko Schaffartzik, którego niesamowite „trójki” pamiętają kibice Śląska. W sezonie 2007/2008 Heiko w barwach Ludwigsburga dał nam nieźle w kość w rewanżowym meczu Pucharu ULEB. Wczoraj jego oddawane niemal na luzie trafienia (sto procent rzutów celnych) dawały nadzieje na dogonienie Greków. Na jego sygnał do boju ruszała młodzież z niesamowicie świeżym i wszechstronnym Robinem Benzingiem oraz dynamicznym Eliasem Harrisem na czele.

Grecy mieli jednak w swym składzie Vassilisa Spanoulisa. Pod nieobecność Theo Papaloukasa, gwiazda Panathinaikosu gra jak profesor. Genialnie proste zagrania po zasłonach dawały Hellenom wymuszone faule lub trafienia spod kosza. Mimo walki i poświęcenia ze strony rywali, ekipa z Południa Europy dowiozła korzystny wynik, potwierdzając aspiracje do miejsc medalowych. Niemcy natomiast mogą z taką grą spokojnie liczyć na wygraną z Macedonią, zaś starcie z Chorwatami zadecyduje o ich dalszym losie.

Wspomniana Macedonia sprawia wrażenie, jakby swoje już na tym turnieju ugrała. Szkoda, bo zwłaszcza pod koszami wygląda na ekipę z potencjałem. Wczoraj Francuzi przejechali się po niej niczym po juniorach. Długimi fragmentami miałem wrażenie, że oglądam spotkanie ostatniego Dream Teamu w Pekinie. Mimo bardzo jednostronnego przebiegu, warto było obejrzeć ten mecz dla popisów francuskich gwiazd. Rozgrywane z pełnym luzem i epickim rozmachem akcje Tony’ego Parkera, Nicolasa Batuma, czy Florenta Pietrus wypełniłyby cały program poświecony najlepszym akcjom mistrzostw. Dla mnie zgrzytem tego widowiska była bezradność niezłych przecież graczy z Bałkanów. Szczególnie przykre było oglądanie Vrbicy Stefanova, którego pamiętam z genialnych występów w barwach Montepaschi Siena. Wczoraj weteran dostosował się do kolegów, tracił piłkę i pudłował rzuty, które kiedyś wchodziły mu jak w masło. Na ile wynikało to ze słabości Macedończyków, a na ile z realnej siły Les Bleus przekonamy się, gdy zwłaszcza ci drudzy napotkają wreszcie godnego rywala, takiego jak Grecy, czy Chorwaci.

A już za około dwie godziny zacznie się maraton z grupą F. Dla nas najważniejszy mecz zacznie się o godzinie 18. Oby nasi czołowi gracze zdołali zregenerować siły po pierwszej fazie Eurobasketu, bo wątpię, by rotacja w najbliższych meczach uległa poszerzeniu. I nieważne, czy chłopaki bawili się w knajpce, czy leżeli w wannie z lodem. Najlepszym sposobem na relaks jest sposób skuteczny. Oby Łódź dała im co najmniej takie wsparcie jak Wrocław, bo szkoda byłoby roztrwonić tę atmosferę wokół kadry i basketu, jaka wytworzyła się w ostatnim czasie. Trzymajcie za nich mocno kciuki.

Warto też śledzić pozostałe mecze w naszej grupie. Oprócz tego, ze są dla nas istotne, są też ciekawe. Pojedynki Turcji z Hiszpanią oraz Słowenii z Litwa zawsze gwarantują spore emocje. Zwłaszcza ten pierwszy mecz (o 15.45, jak to hit naszego turnieju..) da nam odpowiedź, czy Turcja rzeczywiście jest w stanie walczyć w Polsce o medal. Hiszpanie niby robią swoje, ale też starcie ze Słowenią dało im do myślenia. Kto wie, może znów będziemy świadkami niespodzianki?

czwartek, 10 września 2009

Pierwsza runda Eurobasketu - luźne gadki

Po tekście Michcia podsumowującym mecz Polski z Turcją miałem dylemat – pisać ad vocem, czy skupić się na rekapitulacji pierwszej rundy Eurobasketu w wykonaniu biało –czerwonych i bardziej ogólnie. Ostatecznie wybrałem wariant pośredni – ni pies ni wydra, coś na kształt świdra, jak mawiał klasyk.

Wczoraj odbiliśmy się od tureckiej ściany. Trochę się tego spodziewałem, ale rozmiar porażki boli. Przykro było też patrzeć na ludzi obok, którzy oglądając spotkanie autentycznie wierzyli, że po Litwinach załatwimy wszystkich rywali według kolejności zgłoszeń. Żal opuszczać Halę Ludową w przygnębieniu, bo poprzednie spotkania dały masę pozytywnych emocji i tchnęły w naszych kibiców i ludzi basketu wiarę w powrót lepszych czasów. Poza tym, dla uśpionego koszykarsko Wrocławia te dwa dobre mecze oraz trzy spotkania przy pełnej, żywo reagującej widowni były powiewem świeżego powietrza. Swoją drogą – oby Łódź była równie mocnym wsparciem dla naszych koszykarzy, bo z niepokojem przypominam sobie do połowy pustą wielką Atlas Arenę podczas sparingów z Chorwatami..

Turcy zakłócili nam atmosferę święta, ale co tu ukrywać – byli lepsi. Bogdan Tanjević dysponuje zespołem fantastycznie utalentowanych i wyszkolonych atletów na niemal każdej pozycji. To jest prawdziwie kompletny team, który po prostu rzadko grywał dotąd na miarę swych możliwości. Znakomici strzelcy jak Hedo Turkoglu, czy Ersan Iliasova nie byliby jednak aż tak skuteczni, gdyby nie doskonała na tym etapie praca wykonywana przez kolegów. Wzorowa współpraca, nieustanny ruch w ataku całej drużyny i szybkie, ale jednocześnie cierpliwe poszukiwanie gracza na wolnej pozycji – tego musimy się od nich uczyć. Są też elementy, których nie nadrobimy na tym poziomie, jak wyszkolenie podstaw u naszych graczy. Turcy dzięki dobremu przeszkoleniu są niesamowicie wszechstronni, podczas gdy nasi zawodnicy dopiero w zagranicznych klubach nadrabiają braki z okresu juniorskiego, ale to temat na dłuższą dyskusję.

Niezależnie od wszelkich przewag rywale wykorzystali też nasze zmęczenie. Od początku przygotowań do Eurobasketu wałkowany jest, także przez nas, temat wąskiej rotacji w grze. Jest ona faktem, ale po krótkiej analizie patrzę na ten fakt nieco inaczej. Zainspirowała mnie do tego rozmowa ze starym znajomym, jednocześnie większym ode mnie fanem NBA. Na hasło „rotacja” zadał mi proste pytanie: „A kogo byś chciał na dłużej wpuścić na boisko (poza Szymonem Szewczykiem)?”. Dobre pytanie. W końcu zważywszy na kontuzję Adama Wójcika ograniczenia wzrostu i masy Roberta Witki w starciach z olbrzymami z Litwy i Turcji oraz ogólną, choć niezasłużoną krytykę pod adresem Michała Chylińskiego czy brak zgrania z zespołem Roberta Skibniewskiego, mamy niezbyt szerokie pole manewru.

Poza tym, patrząc na inne drużyny można dojść do ciekawych wniosków. Otóż nie ma uniwersalnych reguł jeśli chodzi o dzielenie czasu gry między zawodnikami. Można stosować rotację szeroką, jak Serbowie, a można też ograniczać się do graczy najbardziej przydatnych z punktu widzenia taktyki na dany dzień. Jedyna prawidłowość dotyczy chyba meczu o wielką stawkę, z przeciwnikiem o porównywalnej sile. Tacy Grecy, których trudno posądzać o krótką ławkę rezerwowych - w meczu z Chorwatami owszem pokazali na parkiecie całą dwunastkę, ale w sposób szczególny eksploatowali czwórkę Spanoulis –Perperoglu –Zissis – Bouroussis. Ową szczególną eksploatację rozumiem jako grę przez 29 i więcej minut. Sporo. Inny przykład, Hiszpanie w starciu ze Słowenią. Czwórką Pau Gasol – Navarro – Fernandez – Reyes orała przez ponad 30 minut. Następni gracze mieli około 20 minut przebiegu, a aż czterech w ogóle nie powąchało parkietu. A przecież mówimy o potędze światowej grającej pierwszą na tym turnieju dogrywkę.

Dlaczego więc dziwi nas polityka Mulego Katzurina, skoro my graliśmy w zasadzie trzy mecze o wszystko, zważywszy na klasę rywali w drugiej części turnieju? Przecież my nie mamy na ławce Victora Clavera, Alexa Mumbru, czy Jorge Garbajosy.. Niemniej martwi fakt, że nawet pod koszem, nasze możliwości ograniczają się jak dotąd do dwóch – trzech nazwisk. Pretensje do Mulego przypominają trochę szarpaninę 38 milionów ekspertów od futbolu z Leo Benhakkerem, którego obwiniamy o szkolenie półanalfabetów klubach, a niedługo dostanie mu się za korupcję w piłce i kiepską nawierzchnię na niektórych stadionach..

Kołdra jest krótka na poziomie Eurobasketu. Zastanawiamy się, czy wątły i niski Filip Dylewicz dałby nam więcej niż Robert Wtka w starciu z Lavrinoviczami albo czy żółtodziób na arenie międzynarodowej Paweł Kikowski wniósłby więcej od Chylińskiego, mającego za sobą występy w ACB i Eurolidze. Może coś by pomógł, ale przy całej sympatii, nie mam pewności. Poczekajmy aż zagra w Eurolidze w barwach Lublany i wtedy zaczniemy Katzurinowi wypominać jego brak, a nie teraz, gdy w zasadzie gdybamy.

Pamiętamy doskonale nasze emocje, gdy Litwini nacisnęli naszych rozgrywających w drugiej połowie sławnego meczu? Nasi rozgrywający pod presją tracili piłkę za piłką. Mam ogromną sympatię do obydwu naszych „jedynek” Uwielbiam zadziorność Krzysztofa Szubargi, który gra, jakby chciał wyjąć piłkę w koźle każdemu niezależnie czy jest to, dajmy na to król asfaltu w Inowrocławiu, czy Zoran Planinić. Łukasza Koszarka cenię za to, że stara się grać ułożoną koszykówkę i grozi rzutem po koźle. Nie wiem jednak, gdzie mieliby się otrzaskać z presją rywali, skoro w naszej lidze jakieś 90 proc drużyn nie umie postawić dobrej strefy na całym boisku. Mimo tego, ze mamy kilku zagranicznych trenerów, a z paszportów występujących w niej graczy można ułożyć atlas świata.

Jestem fanatycznym zwolennikiem dawania szansy młodym graczom, za co dostawałem burę od niektórych starszych blogerów. Miejscem tego eksperymentu musi być jednak liga, bo tam jest na to czas. W kadrze muszą grać najlepsi spośród pasujących do koncepcji trenera. A koncepcję oceńmy najlepiej po ostatnim meczu turnieju.

A wracając do rzeczy przyjemniejszych..

Za nami najfajniejsza pierwsza faza grupowa koszykarskich mistrzostw Europy od lat 12. Wiem, że 10 lat temu panie zdobyły tytuł najlepszych na Starym Kontynencie, ale to jednak trochę inna liga. Mamy za sobą pierwsze zwycięstwo (a nawet dwa) na dużej imprezie mistrzowskiej od 1997 roku. Odnieśliśmy pierwszą wygraną nad zespołem z europejskiej i światowej czołówki w meczu o punkty od lat 8, gdy to udało nam się pokonać Grecję w meczu o pietruszkę podczas przegranych eliminacji do Eurobasketu 2001. Awansowaliśmy do drugiej fazy grupowej mistrzostw po 12 latach. Wciąż też chcemy więcej i dlatego się czepiamy, narzekamy i szukamy dziury w całym.

Doceńmy także dokonania indywidualne naszych zawodników. Marcin Gortat jest drugim zbierającym turnieju (po Andrisie Biedrinsie z kadry łotewskiej) ze średnią 11,7 piłki zdjętej z tablicy. W tej samej klasyfikacji Maciej Lampe zajmuje miejsce ósme (7,3 zb.). Były gracz Realu Madryt jest za to lepszym strzelcem i w wśród snajperów zajmuje pozycję trzecią, ze średnią 17,7 pkt na mecz. Hammer nie ustępuje mu wiele plasując się dwa oczka niżej ze średnią o 0,4 pkt gorszą. Wszechstronność Lampego obrazuje fakt, że lideruje on u nas wśród strzelców zza linii 6,25cm (11 m. globalnie), ale już w rzutach za 2 oraz z gry lepszy jest Marcin (obaj z Lampem w dziesiątce najlepszych na turnieju). Spośród graczy „małych” David Logan lideruje zarówno w asystach, jak i stratach (tych pierwszych więcej – 5,3 do 4). Widać nas na tym turnieju i co najważniejsze, gramy dalej.

W sobotę, po dwóch dniach przerwy rozpoczynamy walkę w grupie E. Pierwszym rywalem będzie Serbia, a potem co dwa dni trafiamy na Słowenię i Hiszpanie. Czyli znowu zaczynamy od (moim zdaniem) teoretycznie najsłabszego, by przejść do najsilniejszego przeciwnika. Katzurin zapewne znów zastosuje manewr ataku na wygraną w spotkaniu pierwszym i wcale mu się nie dziwię. Powtórkę z pierwszej fazy biorę w ciemno, ale tak naprawdę każda wygrana będzie wielkim sukcesem. Jeżeli jeszcze dałaby awans do ćwierćfinału – byłbym wniebowzięty.

środa, 9 września 2009

Muli, why?

Na podsumowania i analizę pierwszej rundy przyjdzie jeszcze czas. Teraz tylko krótkie spostrzeżenia po dzisiejszym spotkaniu. Przypomnijmy – nie udało się pokonać rozpędzonych i demolujących wszystko dookoła Turków. Tym samym do drugiej rundy awansujemy z bilansem 1-1 i wyczekujemy jednego, dającego ćwierćfinał, zwycięstwa.

Turcy byli dzisiaj wielcy. Od dawien dawna nie spotkałem tak niesamowicie grającej drużyny. Zwłaszcza w ataku – wielka swoboda, pomysłowość, a przede wszystkim niesamowita skuteczność. O Polskiej obronie trudno powiedzieć wiele gorzkich słów – to bardziej przeciwnicy trafiali wszystko, niż my leżeliśmy na parkiecie. Moim zdaniem meczu byśmy nie wygrali niezależnie od kilku decyzji. Ale ponieważ lubię się poczepiać, to właśnie o nich będzie.

Zaczęliśmy słabiutko. Szubarga sobie nie radził, Logan był w cieniu, Igner spudłował dwa rzuty na dzień dobry. Turcy odjechali na ponad dziesięć oczek. I wtedy nastąpił zryw. Wszedł Koszarek (i od razu trafił za trzy), kilka udanych akcji miał Logan, trafili Gortat z Lampem, przewaga stopniała do czterech oczek. Polacy w ewidentnym sztosie. I nagle dwie szybkie zmiany – najpierw wraca Szubarga za Logana. Już w pierwszej akcji gubi się na zasłonie i tracimy łatwe trzy punkty z czystej pozycji. Po chwili fauluje i następuje zdjęcie z parkietu… Koszarka! Już po chwili znowu tracimy dobre dwanaście oczek.

Rozpamiętuję tę sytuację. Bo jest dla mnie skrajnie niezrozumiała – drużyna złapała wiatr w przysłowiowe żagle, odrobiła prawie dziesięć oczek straty i grała szybko, solidnie, skutecznie. A tu takie zmiany. Czy ktoś jest mi w stanie wytłumaczyć ich podstawę?

Ogólnie daliśmy sobie poskakać po głowach. Brylował w tym zwłaszcza Asik, który rządził i dzielił pod oboma koszami, kilka akcji kończąc efektownymi wsadami. To zdecydowanie nie był dzień Gortata, który dawał się objeżdżać i niestety nie miał tym razem monopolu na zbiórki. Nic nie pokazał Logan, który oddał zaledwie sześć rzutów z gry i generalnie był niewidoczny. Przeciwnik tak na niego wpłynął? To co będzie przeciwko bardziej znanym Hiszpanom na przykład?

Adam Wójcik dostał przed spotkaniem pamiątkowy puchar za 150-ty występ w kadrze. Szkoda, że okupił go przesiedzeniem czterdziestu minut na ławce. I to jest druga dla mnie niezrozumiała kwestia. O ile jestem w stanie przyjąć do wiadomości, iż Muli woli Witkę od niego, to nie jestem w stanie zrozumieć, czemu Pan Adam, oraz Robert Skibniewski nie powąchali jeszcze parkietu. Za to całkiem sporo przebywa na nim Michał Chyliński, który prócz dzisiejszego celnego rzutu za trzy popisuje się na razie tylko stratami, faulami i błędami w obronie. Zwłaszcza Wójcik byłby ciekawą alternatywą. Może wymusiłby jakieś faule, coś trafił. Ale niestety nie ma szans na wejście na parkiet. To właśnie kolejne pytanie z cyklu: „Czemu?”.

Aha. I Koszarek oraz Roszyk są lepsi od odpowiednio Szubargi i Chylińskiego. Chyba, że ja nie znam powodów i tajnych umiejętności tych drugich, dzięki którym cieszą się większym zaufaniem trenera.

Podsumowując. Mecz był bardzo dobry. Turcy niesamowici, trafiali w końcówkach akcji z nieprawdopodobnych pozycji (72% za dwa!) i mimo naszego niezłego spotkania (wbrew wielu komentarzom – tak, ja uważam, że zagraliśmy przyzwoicie) praktycznie nas rozgromili. Ciekawe, czy są w stanie tą formę przewieźć do Łodzi i Katowic…

Fajna publika – żywiołowo reagująca, dopingująca jeszcze bardziej niż wczoraj (i to mimo złego wyniku!). Oby tak w kolejnych miastach.

Otwarta droga do gwiazd

Miał być awans do drugiej rundy Eurobasketu i jest. Miało być pięknie i wyjątkowo – i jest. Nie myślałem, że nasi koszykarze będą w stanie nawiązać do pięknego startu siatkarzy na mistrzostwach Europy, ale na razie zmierzają w dobrym kierunku. Krótko mówiąc: dziś pokonaliśmy Litwinów 86:75 i jutro zagramy z Turcją o pierwsze miejsce w grupie D.

To nie jest żart ani sen, ale kto nie widział tego meczu, a pamięta występy naszej kadry sprzed czterech lat może pomyśleć, że znalazł się w jakiejś rzeczywistości alternatywnej. Nie ma jednak żadnej pomyłki – naprawdę posłaliśmy medalistów ostatniego euroturnieju na deski.

Akurat na deskach nasza przewaga nie była może przygniatająca, bo sześć „oczek” różnicy nie jest żadną deklasacją, ale sam fakt pokonania jednej z najlepszych pierwszych linii w Europie i na świecie jest czymś niebotycznym. Właśnie w strefie podkoszowej mieli nasi rywale swoje największe atuty. Nasza formacja okrzyczana jedną z największych, nie miała dotąd okazji, by w meczu o punkty potwierdzić swoją klasę. No to nadszedł ten moment i Marcin Gortat wraz z Maciejem Lampem zdali egzamin celująco.

Obawiałem się powtórki z meczu z Hiszpanią. Wysocy odcięci od podań wyszarpujący dla siebie każdą okazję do oddania rzutu i ogrom odpowiedzialności zrzucony na barki naszych obwodowych. Takie momenty w grze oczywiście się zdarzały, ale nie rzutowało to na końcowy wynik. Poza tym, już na starcie Lampe pokazał rywalom swoje możliwości trafiając zarówno spod kosza, jak i dystansu. To właśnie były gracz Realu Madryt dał prawdziwy koncert gry w ataku, imponując wszechstronnością, dynamiką i wyszkoleniem technicznym. Marcin stanął z nim w szeregu walcząc o opanowanie tablicy i dodając punkty spod kosza. Lampe także nie ustępował w tym elemencie gry i takiego chcielibyśmy go oglądać zawsze. Piłka wyrwana pod atakowanym koszem samemu Linasowi Kleizie była tego doskonałą ilustracją. Ten mecz można było wygrać tylko walką na całego i nasz zespół te warunki przyjął.

Litwini podrażnieni wczorajszą porażką z Turcją szukali sposobu, by uprzykrzyć nam życie. Na naszych rozgrywających rzucili wysokich obrońców z zadaniem utrudnienia wyprowadzania piłki na połowę ataku. Po pierwszych fantastycznych minutach, gdy kilkakrotnie odjeżdżaliśmy na odległość około 10 punktów goście naciskiem na gracza z piłką wymuszali nasze błędy i niwelowali różnicę punktową. Podwojenia na Krzysztofie Szubardze, Davidzie Loganie (odpowiednio 5 i 8 strat) wywoływało palpitacje serc kibiców zgromadzonych zarówno w Hali Ludowej, jak i przed telebimem wywieszonym w Pergoli. Dopiero kolejny czas na żądanie trenera Mulego Katzurina spowodował, ze w samej końcówce meczu większa liczba graczy skupiła się na wyprowadzaniu piłki, co umożliwiło ominięcie pułapek litewskich podaniami. Tak jak wpadanie w te zasadzki budzi pewien niepokój na przyszłość, tak umiejętność wyjścia z impasu daje nadzieję, że zespół uczy się na błędach i czyni stałe postępy.

Innym pomysłem na Polaków było wykorzystanie Simasa Jasaitisa. Niewygodny gracz przyjezdnych zmieniał pozycje będąc za szybkim dla zawodników wysokich i zbyt atletycznym dla niskich. Na szczęście odpowiedzią były akcje Logana, który urywał się przeciwnikom i trafiał ważne rzuty. Do niego należała też końcówka, w której popisał się wsadem i egzekucją rzutów wolnych, dających nam wygraną. Nie byłoby jednak tych wspaniałych chwil, gdyby nie seria rzutów Michała Ignerskiego. Skrzydłowy Bruesy San Sebastian od meczu z Hiszpanią odzyskał pewność rzutu i znów dał nam oddech, tym razem trzema „trójkami” i akcją dwa plus jeden w finalnej kwarcie. Obawy o jego zdrowie po wczorajszym pechowym podkręceniu kostki były duże. Jego wsad w pierwszej połowie pozwolił zapomnieć o problemach, ale w trakcie meczu z Litwą znów widzieliśmy „Igiego” lądującego na parkiecie z grymasem bólu na twarzy. Na szczęście zdołał się pozbierać do dalszej walki, a jego zagrania z czwartej kwarty mogą zasługiwać na miano otwarcia drogi do gwiazd.

Inny rekonwalescent, Szubarga także nie był dziś oszczędzany ani przez trenera, ani rywali. Mimo znanych problemów z plecami należał do piątki najbardziej eksploatowanych zawodników naszej kadry, a pierwszą zmianę wybłagał u trenera dopiero w drugiej kwarcie. Przypuszczam, ze gdyby nie to Katzurin orałby swoim pierwszym playmakerem do końcowej syreny. Podobnie rzecz się miała Loganem i Gortatem, ale temu drugiemu przytrafiła się spora liczba fauli i naprawdę niewiele brakowało wykluczenia Hammera przed czasem z gry.
Rotacja u selekcjonera kadry jest tematem numer jeden od czasów, gdy prowadził wrocławski Śląsk. Teraz usprawiedliwieniem są kontuzje, bo taki powód podawał sam Adam Wójcik, pytany o przyczynę swej absencji w pierwszym i jak się okazało, także i drugim meczu Eurobasketu. Głównie jednak chodzi tu o koncepcję gry, do której pasuje najwyraźniej wąska elita tej ekipy, zaś reszta teamu pełni funkcje zupełnie zadaniowe. Nie ma chyba drugiej tak mocno spolaryzowanej drużyny na tym turnieju, co jest chyba dyżurnym powodem do zmartwień ludzi śledzących wydarzenia na boisku.

Tak naprawdę teraz ma to jednak znaczenie drugorzędne. Istotne jest, ze w meczu o wysoką stawkę pobiliśmy znakomita, choć nie pozbawioną luk drużynę litewską. Liczna i bardziej bojowo nastawiona widownia dostała mocny powód by wierzyć w swoich pupili. Wspólnym wysiłkiem odprawiła z kwitkiem wspaniałą ekipę wraz niemniej niesamowitymi kibicami i teraz to oni muszą się martwić o przyszłość na mistrzostwach. Jutro zagrają z Bułgarami o wszystko, bo zespół Piniego Gershona nie podjął walki z Turkami i także grozi mu szybki powrót do domu. I tak się raczej stanie, bo różnica klas między tymi zespołami jest, mimo słabości Lietuvy na rozegraniu znacząca.

Nasi potencjalni rywale w drugiej rundzie Eurobasketu nie mają łatwo. Hiszpanie w końcówce przegrywali z Brytyjczykami, by wygrać minimalnie 84:76. Serbowie po pięknej, wygranej batalii z Espanią wrócili na ziemię po mocnym klapsie od Słoweńców. Ci drudzy są jedyną ekipą pewną awansu do dalszych gier. W grupie A Grecja postawiła swoją kandydaturę do pierwszego miejsca w tabeli. Z kolei Izrael, mimo drugiego świetnego popisu indywidualnego (wczoraj Liora Eliahu, dziś Tala Bursteina) znów przegrał, tym razem z Macedonią i ten wynik może być przysłowiowym gwoździem do trumny, chyba że jutro uda się wyrwać punkty Chorwatom. W grupie B mistrzowie Europy Rosjanie nie sprostali Niemcom, zaś Francja rozpędzona po wygraniu dodatkowych kwalifikacji okazała się lepsza od Łotwy. Obok Trójkolorowych trzy zespoły walczą nadal o przepustkę do drugiej rundy.

Dzieje się dużo i to z pożytkiem dla nas. Bądźcie jutro z naszą kadrą i śledźcie przebieg turnieju. Już jest ciekawie, a przed nami wciąż prawdziwe granie o wielką stawkę i to z udziałem biało –czerwonych.

Michcio: trzy słowa ode mnie. Tak na szybko.

Super Ignerski, który trzema niesamowitymi trójkami z rzędu dobił gości. Super dwie wieże, które panowały na obu tablicach. Bez sensu Katzurin, który mimo serii strat Logana przy wyprowadzaniu piłki w końcówce, Koszarka trzymał na ławce. Który wypuścił kompletnie nic nie wnoszącego Chylińskiego. Który w momencie, gdy Gortat złapał bodaj trzeci faul zmienił… rozgrywającego. Nie rozumiem jego polityki, ale zwycięzców się nie sądzi. Oby mu koszykarze nie padli lada chwila ze zmęczenia.

Komentarz co do kibicowania. Było sto razy lepiej niż w pierwszym meczu. Litwini podziałali chyba mobilizująco, zapiewajło trochę mniej się wydzierał, a kadra od początku grała równo, skutecznie i efektownie. Hala Ludowa zdecydowanie zdemotywowała rywali, którzy mieli gigantyczne problemy zwłaszcza z linii rzutów wolnych (Javtokas!). Był odrobinę bogatszy repertuar, ale niestety tak zwany klub kibica reprezentacji nie aprobuje innych haseł niż „Polska! Polska!” w dwóch odmianach i cuda typu skandowanie nazwisk słychać wszędzie tylko nie tam. A to oni prowadzą doping, więc siłą rzeczy reszta się dostosowuje. Ale ogólnie super, naprawdę można było poczuć atmosferę koszykarskiego widowiska na wysokim poziomie. I o ile wczoraj się czułem bardziej jak na meczu siatkówki, niż Śląska, to dzisiaj proporcje były na równi. Oby jutro było jeszcze lepiej, bo to dla Wrocławia pożegnanie z wielką koszykówką na kolejne długie miesiące…

Szkoda Litwinów. Nie byli źli, ale dzisiejsza porażka raczej skazuje ich na brak awansu do ćwierćfinału (chyba, że w drugiej fazie nastąpi jakaś niesamowita metamorfoza). Kibice awantur nie czynili, raczej dość szybko udali się na wrocławski rynek, gdzie długo integrowali się z lokalną społecznością i zatapiali smutki w kolejnych kuflach piwa. Dzisiaj powinni spokojnie wygrać mecz o wszystko (awans) z Bułgarią i liczyć na szczęście w starciach z trio Hiszpania – Serbia – Słowenia.

A tymczasem dla Polski starcie z drużyną znad Bosforu staje się meczem o pierwszą ósemkę turnieju. Bo bilans 2-0 na początek drugiej rundy daje olbrzymi handicap i raczej nie powinien zostać roztrwoniony. Ja mam wrażenie, że w naszej drużynie wciąż są rezerwy. Ciekawe czy na niesamowicie mocnych Turków wystarczą… za niecałe dziewiętnaście godzin wszystko powinno być jasne.

greg:

Rotacja. Katzurin rotuje schematem, który karze mu trzymać na boisku zawodników dobrze radzącej sobie piątki, bez względu na zmęczenie i fakt, że na ławce jest ktoś co może coś wnieść. Żeby zejść trzeba o to poprosić, złapać faule, złapać kontuzję, ale robić naprawdę tragiczne rzeczy na parkiecie. Polityka skuteczna. Do czasu.

I dało to efekty w postaci takiej a nie innej rotacji w meczach, kiedy Polska praktycznie bez przerwy prowadziła i to dość dużą różnicą punktów.

Jeśli, odpukać, nasi zaczną grać słabo, będziemy mieli natomiast zmiany co 20 sekund...

wtorek, 8 września 2009

Luźne, pomeczowe przemyślenia…

Udało się. Awans z grupy, czyli plan minimum praktycznie został zrealizowany. Bułgaria, która może łącznie przez 3-4 minuty nam zagroziła zdecydowanie nie podołała i raczej będzie czarną latarnią turnieju. Ratowały ją w zasadzie nonszalancja Polaków i proste błędy w naszej obronie. Oraz akcje indywidualne. Acz wynik był raczej niezagrożony. A teraz parę rzeczy, o których myślałem i konsultowałem w czasie tego oraz kolejnego meczu.

David Logan. Gość z niekończącym się zaufaniem Katzurina. Momentami odwalał takie straty, po których jakikolwiek rodowity Polak do końca meczu siedziałby na ławce. Ale nie – gracz gdyńskiego Asseco nie schodził prawie przez cały mecz, nie był krytykowany i w ogóle cud, miód. A jego straty były momentami naprawdę irytujące. Pociesza fakt, że dwie kwarty kończył udanymi zagraniami. No i przeraża fakt, iż po wyrzuceniu Kitzingera oraz Kikowskiego na SF mamy praktycznie tylko Chylińskiego (dramat, to jedyne słowo, które nasuwa mi się po jego dzisiejszym występie) i Roszyka, którego trener nie wpuścił ani na sekundę na boisko wpuścił na ostatnie dwie minuty spotkania, żeby się ograł. Ogólnie David musi być niezniszczalny, bo inaczej cały plan i taktyka w łeb. Oby pomagały u te nocne wypady do pewnej sieci restauracji…

Rotacja. Zastanawiam się, czy w ogóle takie pojęcie istnieje w taktyce Mulego. Znamienne było to już w czasie jego pracy w Śląsku, gdzie zajechani przez cały sezon Greer, Wójcik, Tein, Tomczyk nie mieli szans w finale play-off. Teraz sytuacja się powtarza, a przypominam, że gramy trzy mecze w trzy dni. Czy 110 minut (minimum!) na pełnych obrotach to dla Logana, Gortata, Lampego i Ignerskiego (bo jedynie rozgrywającymi Katzurin bardziej rotuje) nie za dużo? Ja już się boję, że w połowie meczu z Turcją ta czwórka będzie oddychała rękawami, a przecież dalej jeszcze druga faza i decydujący bój o ćwierćfinał oraz awans na MŚ.

Litwini. Masa ich. Opanowali rynek, potem pod halą było zielono. Chociaż na meczu bardziej gwizdali, niż śpiewali. Ogólnie sympatyczni, radośni, rozmowni. Gratulowali łatwego zwycięstwa. Ciekawe, co będzie jutro…

Doping. Mocno średni. Jedno ciągłe „Polska!”, w dodatku momentami zagłuszany przez muzykę (m.in. przy jednej jedynej próbie skandowania imienia i nazwiska Michała Ignerskiego). Jedna strona hali swoje, druga swoje, mało entuzjazmu i spontaniczności. Raczej takie klepanie. Fajnie, bo większość się włączała, ale szału nie było. Chociaż potem Litwini też się dostosowali. Ogólnie ja pod wrażeniem nie byłem – bardziej kojarzyło mi się to z meczem siatkówki, niż Śląska. Niestety.

Aha – i po co komu ten spiker co domaga się skandowania „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego” ?!?

Telebim i te sprawy. Fajna sprawa. Domyślam się, że podczas meczu Polski „miasteczko” żyło bardziej. Jednak mimo chłodu wieczora sporo osób zostało na spotkanie Turcja – Litwa. Szkoda tylko, że telebim jest bokiem do ławek, przez co zaledwie z kilku pierwszych można sobie spokojnie oglądać mecz. No ale nic – trza stać, to się postoi. Szkoda, że jakość obrazu przeciętna. Ale może TVP się poprawi w kolejnych dwóch dniach.

Hiszpania. Niespodziewana porażka z Serbią zwiastuje emocje. I to całkiem duże, bo walczący o upragnione mistrzostwo gracze z półwyspu Iberyjskiego teraz już muszą zacząć wygrywać. Fakt – najtrudniejszy przeciwnik w grupie za nimi. Ale nie za bardzo o to chodziło w meczu otwarcia…

Obrona. Moim zdaniem dzisiaj zbyt rozluźniona, zbyt dziurawa, zbyt podatna na gubienie się przy dwójkowych akcjach rywala. Jutro tak grać nie możemy, bo Litwa to rywal ze zdecydowanie wyższej półki. A my przecież mamy wygrać!

Rozpoczęcie. Przemawiał premier Tusk, prezydent FIBA, prezes Ludwiczuk (uniknął gwizdów, ale brawka zebrał symboliczne). Wszystko fajnie, tylko że zrobili to dobre 25 minut przed rozpoczęciem, dzięki czemu na hali było jeszcze pustawo (ochrona zaczęła wpuszczać kibiców na 45min przed meczem). Otwarcie mistrzostw to raczej porażka. W Ludowej widziani byli również m.in. Grzegorz Schetyna i Rafał Dutkiewicz. Ciekawe co sądzą o zainteresowaniu i zapotrzebowaniu na koszykówkę we Wrocławiu po dzisiejszej, po raz kolejny wypełnionej po brzegi hali… a Śląska w PLK jak nie było, tak nie ma…

Tramwaj. Przypomniały mi się powroty z Euroligi. Wypełniony po brzegi tramwaj, a przecież wracałem dwie godziny po spotkaniu reprezentacji Polski. Czyli zapewne poprzednie również nie jeździły puste. Ale władze miasta i tak wiedzą swoje – dodatkowy tabor nie jest potrzebny, ten spokojnie starcza. Ciekawe co powiedzą ci, którzy nie zdążą/nie zmieszczą się do ostatniego tramwaju, odjeżdżającego niecałe pół godziny po syrenie kończącej mecz.

Tablica. Wymienili w Ludowej tablice świetlne. Nowe są fajne i ogólnie ładne. Zdecydowanie na plus.


Tyle po pierwszym dniu mistrzostw na szybko. Najważniejsze zwycięstwo, styl pozostawmy bez większych komentarzy, bo było trochę mankamentów w naszej grze. Od jutra jednak poprzeczka wędruje znacznie wyżej, a na dzień dobry starcie z grającymi o wszystko (ćwierćfinał ) Litwinami. Jak przegrają również z nami, to pozostanie im co najwyżej walka o drugą rundę, bo trudno wierzyć, żeby tam wygrali trzy spotkania i awansowali. Będzie się działo!