Pokazywanie najnowszych 18 z 29 postów z archiwum październik 2009. Pokaż starsze posty
Pokazywanie najnowszych 18 z 29 postów z archiwum październik 2009. Pokaż starsze posty

sobota, 31 października 2009

A jednak out...

Tytuł dotyczy trenera naszej reprezentacji. Na początku miesiąca wywiązała się tu dyskusja na temat, czy powinien zostać, czy odejść. Ja broniłem tej drugiej tezy, ale własne zdanie wyrazić mógł każdy – powstała sonda na ten temat. Oczywiście niedoskonała, jak to każde tego typu głosowanie, ale jednak dające jakikolwiek obraz zdarzeń. A zatem czas najwyższy ją podsumować (zwłaszcza, że zginęła gdzieś w mroku kolejnych tekstów).

Łącznie oddano 57 głosów. Za pozostawieniem Mulego było 11 osób (19%), za zmianą coacha 46 (81%). Tyle liczby. Ale przejdźmy do wniosków.

Moim zdaniem Katzurin niczego nie gwarantuje. Tak samo chyba nie jest gwarantem mobilizacji wszystkich najlepszych zawodników. W ogóle przeraża mnie fakt, iż tutaj koszykówka idzie w stronę piłki nożnej – reprezentowanie kraju jest przykrym obowiązkiem. Jest powołanie – wszyscy mówią, że super, a większość przyjeżdża na kadrę jak na skazanie. Jakże odmiennie jest w siatkówce, czy piłce ręcznej, gdzie zupełnie inna mentalność wydaje się być jednym z kluczy do sukcesu. Niezależnie od kontuzji, sporów – wyniki były, bo wszyscy chcieli. Bo walczyli o każdą piłkę, każdy punkt/bramkę. Abstrahując od dobrych losowań, szczęścia, ilości mocnych drużyn, to już samo poświęcenie, ofiarność i walka przyciąga ludzi do tych reprezentacji. A co powiedzą koszykarze, którzy po dwóch zwycięstwach z ewidentnie słabymi na EuroBaskecie Bułgarami i Litwinami dostawali systematyczny łomot w każdym kolejnym meczu. I nawet jak dobrze zaczynali (Słowenia), bądź wracali do gry (Turcja, Serbia) – to sił, ambicji, natchnienia starczało na krótkie fragmenty.

I tu właśnie rodzi się jedno z dwóch głównych pytań do trenera – czy gdyby w pierwszych, dość pewnie wygranych spotkaniach, grało więcej niż 6-7 zawodników, to nie byłoby lepiej? Jasne – rozumiem założenie, że te mecze TRZEBA było wygrać i zrobiono to za wszelką cenę. Ale jak widać, przepłacono. Bo wpuszczenie rezerwowych przy prowadzeniu ~15 punktami niczym nie groziło. A dałoby odpoczynek liderom oraz możliwość wejścia w turniej potencjalnym zmiennikom, czego później zabrakło.

Drugi problem to skrajny brak pomysłu na akcje w ofensywie. Tutaj z góry wytłumaczenie – dla mnie Koszarek jest graczem, który lepiej rozgrywa atak pozycyjny niż Szubarga. I rzadziej zostaje na zasłonach w obronie. Co prowokuje do stwierdzenia, iż w meczach z lepszymi obrońcami, on powinien kierować polską drużyną. Jednak, żeby kierować trzeba mieć plan. A u nas przemyślanych akcji w ataku było jak kot napłakał. Większość zakrawała o spontan oraz granie z kontry. Problem pojawił się, gdy przeciwnicy zaczęli szybko wracać do obrony…

Ta notka długa nie będzie, bo o trenerze reprezentacji pojawiło się tu już sporo tekstów. A nadmierne powtarzanie wszystkich argumentów i stwierdzeń nie ma sensu – kto jest zainteresowany tematem, na pewno czytał i przemyślenia moje i grega. Oraz komentarze. Dlatego podsumowując – podzielam zdanie większości głosujących. Muli miał swoją szansę, wykorzystał ją połowicznie, ale wydaje mi się, że można było zrobić więcej. I o ile nawet nie wygrać większej ilości meczy, to chociaż pozostawić po sobie lepsze wrażenie.

Jednocześnie mam nadzieję, że dojdzie do jakiegoś pożegnania z Katzurinem. Bo nie wzięcie go pod uwagę przy wyborze następcy jasno sugeruje, że PZKosz go nie chce. Ale to nie oznacza, że trzeba się rozstać tak, jak PZPN z Leo. Muli zrobił trochę dobrego, podjął wyzwanie, awansował z grupy. W skrócie – jego kadencji jednoznacznie źle określać nie sposób. Dlatego nie wyobrażam sobie, żeby go kompletnie olać i udawać, że nigdy nie był trenerem. Bądź nie jest godzien oficjalnego rozstania, paru ładnych słów. Bo tego nakazuje jakikolwiek dobry smak. Oby ktoś na ul. Ciołka go jeszcze miał…

A nowy trener? Hmm… Saso chyba jest ryzykowną opcją. Przede wszystkim dlatego, że nie wiadomo jakby się zapatrywał na trenowanie kraju, który go wyrzucił (nie do końca słusznie moim zdaniem). Poza tym jednak jest jednym z lepszych kandydatów. Ciekawy na pewno jest również Machowski, który na razie pokazał, że można. A asystentem powinien być niedoceniany Mariusz Karol, prywatnie chyba mój ulubieniec jeśli chodzi o polską młodą myśl szkoleniową.

No, chyba że chcemy zaskoczyć wszystkich. Wtedy proponuję duet Kijewski – Pacesas. Chociaż nie – to już nawet śmieszne by nie było…


PS: Chciałbym przy okazji tego tekstu podziękować za ciekawe przemyślenia na temat reprezentacji. Fajnie, że znaleźli się obrońcy Katzurina. Dzięki temu ciekawiej się odpisywało. Pozdrawiam!

piątek, 30 października 2009

Euroliga: Nowe CSKA i stary Prokom

Nie jest łatwo spowodować, by coś co jest dobre trwało jak najdłużej i jeszcze się rozwijało. W Moskwie udawało się to całkiem nieźle. Władze CSKA zbudowały zespół, który od 7 lat nieprzerwanie gościł w turnieju Final Four Euroligi i dwukrotnie go wygrał. O dominacji w lidze krajowej nie trzeba nawet przypominać. Od roku jednak coś się zaczęło psuć i pytanie, czy to już początek końca wielkiej drużyny, czy etap budowy nowej jakości?

Po drugim w ostatnich latach triumfie w Europie (2008) widać już było lekkie zmęczenie materiału. Negocjacje nad przedłużeniem umów z najważniejszymi postaciami ekipy Armii Czerwonej były na tyle trudne, że jakieś pogłoski przedostawały się do mediów. I tak David Andersen chciał zmienić klimat na cieplejszy, trenera Ettore Messinę kusił dążący do galaktyczności także w koszykówce Real Madryt. Tenże klub pracował równolegle nad wyłuskaniem jak największej liczby Armiejców, tak by Messina miał kilku sprawdzonych ludzi wokół siebie. Wtedy sztuka jeszcze się nie udała – stolicę Rosji opuścił jedynie Andersen (i to nie do Madrytu skierował swoje kroki lecz do Barcelony), zaś na Messinę władze Królewskich musiały poczekać jeszcze rok. Inni gracze, których wówczas podchodzono – JR Holden czy Matjaz Smodis zostali na Wschodzie po dziś dzień. Nie zmienia to faktu, że monolit został dość mocno nadkruszony. Mało tego następca Andersena – Erazem Lorbek latem tego roku zamienił Moskwę na Barcelonę, a więc poszedł śladami Australijczyka. Czyli za rok - kierunek Houston, jak sądzę?

Wracając do Rosjan. CSKA to pod wodzą Messiny było takie europejskie San Antonio Spurs. Weterani ustawieni w nieubłaganym i niezmiennym schemacie. Do tego żelazna zasada równowagi między atakiem i obroną oraz formacjami podkoszowymi i obwodowymi – wzorcowe cechy zwycięskich drużyn. Młodzi gracze mieli tam pod górkę, bo nie było czasu na wprowadzanie ich do bardzo dojrzałego taktycznie systemu. W budowie drużyny ważna była ciągłość, a więc minimum zmian, jedynie uzupełnienia ubytków i wymiana jednego – dwóch słabszych ogniw. Teraz ten porządek już nie istnieje. Zmniejszony budżet, odejście Messiny i Lorbeka oraz postawienie na młodszych Rosjan oraz na obwód, to główne cechy „nowej Armii”. Jak się prezentują w praniu?

Początek bieżących rozgrywek łatwy nie jest. Najpierw ciężki bój z Maroussi Ateny, zakończony celną „trójką” Wiktora Hriapy. Wtedy jeszcze się udało uciec spod noża. Przedwczoraj już nie – we własnej hali wicemistrzowie Euroligi polegli z rąk Lottomatiki Rzym.

Włosi mają całkiem ciekawą ekipę, a o jej liderze, Ibrahimie Jaaberze pisałem tydzień temu. Moskwianie zdołali zatrzymać Amerykanina z bułgarskim paszportem na ledwie 11 punktach, ale nie uchronili się przed porażką. Tym razem to goście byli bardziej zbilansowani. Pod koszami radzili sobie Andre Hutson i Andrea Crossariol, zaś z dystansu atakował Kennedy Winston wraz z Jaaberem, Zespół Jewgienija Paszutina odpowiadał grą „niskich”, spośród których na lidera wysforował się Zoran Planinić, słynący raczej z podań, niż zdobywania punktów. Zabrakło kontuzjowanego Trajana Langdona i miało to swoje znaczenie dla wyniku meczu. Sporo jednak szkodzi w Moskwie zmiana stylu, wymuszona finansami i odejściem wspomnianych już koszykarzy. Lorbek, czy Andersen potrafili punktować z niemal każdej pozycji, świetnie grali jeden na jeden, a dzięki dobremu przeglądowi pola gry, umieli wyszukać wolnych kolegów na obwodzie. Ich następcy bardzo się starają, ale mogą najwyżej wykończyć dobre podania w pole trzech sekund. Aż tyle i tylko tyle. To zubaża grę zespołu i przerzuca ciężar zdobywania punktów na weteranów z pozycji 1 -3. Jak mają dzień, będą wygrywać mecze, ale jeśli nie – pojawią się problemy. A nawet już są..

Co będzie dalej w Moskwie? To zależy od cen surowców naturalnych i kondycji ich rosyjskich dostawców, bo takich sponsorów ma CSKA. Warsztatu nowego trenera na razie nie oceniam, ale w porównaniu z Messiną na pewno zmiana jest spora. Zwłaszcza w podejściu do graczy, bo inaczej rozmawia z nimi europejski człowiek sukcesu, a inaczej debiutant na międzynarodowej arenie. Nowi gracze pod koszem bardzo by się przydali, bo wobec kontuzji Smodisa pole manewru jest ograniczone. Bardziej realna opcja to praca nad tymi, którzy już są w zespole i próba wykorzystania słabości konkurentów. W końcu nie tylko w Rosji budżety maleją w dobie kryzysu finansowego..

Chcielibyśmy jednak mieć takie problemy w Polsce. Nasz dominator dostaje baty w Europie i nie widać szans na pozytywne zmiany. Potencjał obwodu marnuje się przez brak klasowej „jedynki” i solidnego centra. Dość powiedzieć, że już w drugim ważnym meczu rozgrywającym Asseco Prokomu musiał być Qyntel Woods, facet od punktowania i wygrywania meczów. I to nie przez chwilkę, tylko sporą część meczu. Z Realem Ettorego Messiny taka improwizacja nie mogła przejść. Nie chodzi nawet o samą porażkę, ale o styl. A właściwie o jego brak. Pomysłów w obronie (podwojenia i pułapki na środku boiska) starczyło na kilka pierwszych minut. Nie może być tak, że zespół poddaje się w momencie, gdy mecz dopiero się rozkręca. W rezultacie za tydzień, staropolskim zwyczajem przychodzi dla mistrzów Polski mecz o wszystko z zaskakująco mocnym Armani Jeans Mediolan. A potem mecze o honor?

Kasia Szewczyk


Kliknij aby powiększyć.

wtorek, 27 października 2009

Przyszły trener reprezentacji

Kwestia nowego trenera reprezentacji Polski. Pierwsza moja uwaga. Nikt w PZKosz nie wspominał, że wynik Muliego Katzurina na EuroBaskecie był zły, a on nawet nie jest brany pod uwagę? Dziwne.

Co do marzeń o Pesiciu i tym podobnych. Po pierwsze nie znamy dostępnych środków na kontrakt trenera. Po drugie pamiętam jak przy ostatniej rekrutacji na stanowisko selekcjonera reprezentacji prezes Ludwiczuk najpierw w wywiadach mydlił oczy nazwiskiem Messiny, a później spytany o to nazwisko w wywiadzie po całym procesie powiedział: Bądźmy poważni - Katzurin to wszystko na co nas stać.

Ja bym się trzymał klucza znajomych z naszego podwórka. Bez względu na to czy wybór jest szeroki czy nie. Wybór Davida Blatta przez Rosjan podaje się jako szkolny przykład trafnego wyboru. Tylko, że Blatt był już po okresie trenowania w lidze rosyjskiej. Znał ogromną większość graczy z którymi przyszło mu pracować, znał również specyfikę środowiska koszykarskiego, w którym miał się obracać no i w końcu sam kraj, który miał reprezentować. Z drugiej strony ludzie decydujący o jego wyborze także dokładnie wiedzieli czego się spodziewać.

Ktoś może powiedzieć, że to nieliczące się szczegóły. Raul Lozana i Leo Beenhakker, to niewątpliwie specjaliści w swoim fachu. Dlaczego przygodę z reprezentacją Polski kończyli, jak kończyli? Co przed przyjazdem do Polski wiedzieli o lidze, związkach sportowych, naszej mentalności i samym kraju? NIC. A to sprawiło, że oczekiwania obu stron wobec siebie kompletnie rozjechały się z rzeczywistością. Nie chciałbym, żeby zatrudnienia trenerska gwiazda na pół roku przed pierwszym zgrupowaniem, nie miała szerszego pojęcia polskiej koszykówce i Polsce w ogóle. Żeby później się nie okazało, że po eliminacjach przysłowiowy Pesić ma pretensje, że przykładowy Bartek Wołoszyn to nie Juan Carlos Navarro, a środowisko nie miało pretensji, że jak to - taki spec i z Wołoszyna nie zrobił Navarro? To oczywiście jest przerysowany przykład. Ale jak działają zupełnie nietrafione oczekiwania z obu stron, pokazuje choćby przygoda Zmago Sagadina z Anwilem Włocławek. Ile potrwała, to wiemy wszyscy.

Do tego można dodać, że klucz doboru trenera znającego lokalne podwórko, stosują właściwie wszyscy w Europie. Większość reprezentacji EuroBasketu prowadzili trenerzy krajowi, albo mający doświadczenie w lidze danego kraju:

Sergio Scariolo - wiele lat w ACB
Dusan Ivković - Serb
Jonas Kazlauskas - były trener Olympiacosu
Jure Zdovc - Słoweniec
Vincent Collet - Francuz
Jasmin Repesa - Chorwat
David Blatt - były trener Dynamo z Petersburga oraz Moskwy
Bogdan Tanjević - trener Fenerbahce-Ulker

Muli Katzurin - były trener Śląska
Jovica Arsić - były trener Strumica 2005
Dirk Bauermann - Niemiec
Ramunas Butautas - Litwin

Zvi Sherf - Izraelczyk
Chris Finch - były trener Sheffield Sharks
Kestutis Kamzura - po sąsiedzku, kontakty z łotewskim basketem poprzez Ligę Bałtycką
Pini Gershon - wyjątek w całej stawce 16 trenerów

Dlatego moim kandydatem jest Saso Filipovski. Kolejne kandydatury przyjmując klucz nasuwają się same. Oczywiście istnieją pewne granice szukania w dół trenerskiej hierarchii.

Chciałbym też, żeby trener miał polskiego liczącego się asystenta. Nie takiego jakim był Radek Czerniak. Takiego, który po odejściu dotychczasowego selekcjonera, będzie nadawał się do prowadzenia kadry.

Pozostając przy moim chciejstwie - życzyłbym sobie, żeby nikt nie dał nowemu trenerowi pójść na łatwiznę wstawiając do reprezentacji Davida Logana czy Thomasa Kelatiego - wyręczając go od zastanawiania się kim jest Iwo Kitzinger, Adam Waczyński, Paweł Kikowski, Przemek Zamojski i inni. Niech się ten trener wysili i zrobi coś dobrego dla rozwoju tych chłopaków i rozwoju polskiej reprezentacji.

czwartek, 22 października 2009

Dobrze, że nie mieli Jaabera..

Podczas Eurobasketu cały czas ubolewałem z powodu braku tej czy innej gwiazdy, która swoją obecnością mogła jeszcze wyżej podnieść prestiż imprezy. Zasadniczo też nie powinno się cieszyć z cudzego nieszczęścia, że oto ten czy inny gracz nie zagra przeciwko naszej drużyny z powodu kontuzji. Nie mogę się jednak po raz kolejny oprzeć wrażeniu, że mieliśmy szczęście, iż w zespole Bułgarii zabrakło we wrześniu Ibrahima Jaabera.

Naturalizowany Bułgar ze Stanów Zjednoczonych jest graczem nietuzinkowym, co pokazał choćby w sparingach przeciw naszej kadrze, rozgrywanych w ubiegłym roku. Dzisiaj tylko potwierdził swoją klasę, tyle że rywali miał już znacznie lepszych.

Caja Laboral (jak wiecie, tak teraz zwie się TAU Ceramica Vitoria) straciła przed sezonem swoich najlepszych graczy obwodowych. W starciu z Jaaberem i jego Lottomatiką Rzym w grupie C Euroligi było to boleśnie widoczne. Trener Dusko Ivanović nie znalazł dzisiaj nikogo, kto mógłby zatrzymać Ibby'ego. Facet kręcił niesamowite młynki przed nosem obrońców z Vitorii, a oni byli tylko tłem jego popisów. Co ważne, reprezentant Bułgarii nie zapominał o swoich kolegach, którzy otrzymywali kapitalne podania pod sam kosz. W ten sposób wykreował się Andre Hutson, gość mniejszy o głowę od gwiazdy Caji, Tiago Splittera. Amerykanin dzięki współpracy z Jaaberem robił z Brazylijczyka wiatrak nie dając mu szans na skuteczną obronę. Trzecim bohaterem Romy był Kennedy Winston. Kompletnie niewykorzystany w Panathinaikosie odzyskał pewność siebie w stolicy Włoch. Tego wieczora trafiał jak natchniony, prowadząc swój team do kapitalnego odjazdu w 3 kwarcie.

Caja wróciła do gry w części ostatniej. Wreszcie było więcej zespołowości, którą pamiętamy z czasów, gdy na obwodzie królowali tam Pablo Prigioni i Igor Rakocević. Jednakże w krytycznym momencie trafił Winston, a Jaaber w następnej akcji przycisnął Huertasa, zabrał mu piłkę i wykończył kontrę wsadem. Lubię rozgrywających, którzy bez wysiłku kończą akcję dunkiem, a Ibby dał mi dziś taką radochę kilkakrotnie.

Bohater tej notki nie ustrzegł się dziś błędów. Rozluźnienie w czwartej kwarcie mogło drogo kosztować gospodarzy meczu. Bułgar jest jednak dobrym liderem swej ekipy. Jego zagrania przesądziły o wyniku, a podania z jego rąk dały poszaleć takim wirtuozom parkietu, jak Iacopo Giacchetti, Herve Toure, czy Angelo Gigli. Zwłaszcza podanie przez ¾ boiska do Giacchetiego dało mi poczucie, jakbym oglądał mecz z półki wyżej, czyli NBA. Rarytas, Moi Państwo.

Emocji w tym meczu nie zabrakło i dobrze, bo w trzeciej kwarcie publika zaczynała przysypiać. Tak łatwo się przyzwyczaić do prowadzenia z jakąś tam Cają Laboral?

A jak jesteśmy przy Eurolidze – świetny mecz obejrzeli kibice pod Moskwą. Debiutujące w tych rozgrywkach Chimki stoczyły pasjonujący bój z Realem Madryt (gdyńska grupa D). Pierwsza połowa dla gospodarzy – Real gra jakieś niedoróbki w ataku pozycyjny, pudłuje z czystych pozycji. Po drugiej stronie szaleją hiszpańscy rozgrywający, Carlos Cabezas i Raul Lopez. Pod koszami dzielnie walczy duet Robertas Javtokas – Timofiej Mozgow. Keith Langford, gracz z epizodami w NBA tłamsi atletyzmem Louisa Bullocka. Aż do przesady, bo w pewnym momencie sprzedaje mu solidnego łokcia, którego sędziowie nie widzą(?). Druga połowa, to powrót Realu. Świetny Darek Lavrinovic, coraz lepszy Jorge Garbajosa. Wyrównana końcówka, zablokowany Novica Velicković, pudłujący w odpowiedzi Langford – dogrywka. A w niej bohaterem zostaje Cabezas. Jego show zaczyna się jeszcze w drugiej połowie, gdy swoim sprytem utrzymuje Chimki w grze. Extr time, to jego nerwy na wodzy i trafione kluczowe rzuty z linii. Zdecydowanie ten gracz nie pojechał do Rosji na emeryturę. Kolejna dziś „jedynka”, która umiała być liderem.

I na koniec pytanie, jakbyśmy wyglądali we wrześniu, gdyby taki Ibby zaczął kręcić naszymi „jedynkami” młynki?Strach pomyśleć. Earl Rowland przy nim wyglądał jak drewienko..

PS Usłyszeć komentatora włoskiej stacji krzyczącego, że na trybunach panuje „delirio” - bezcenne

wtorek, 20 października 2009

Euroliga jakiej nie było

Przed nami najlepszy w historii sezon Euroligowy. Sezon Euroligowy z najmocniejszym w historii reprezentantem Polski. Co prawda z małą liczbą Polaków, ale to już temat na inną rozmowę.

Powszechnie rozmawiamy o kryzysie. Dotknął on koszykówkę dość mocno, gdzie najbardziej to także omawiane było na tym blogu. Po Eurolidze kryzysu w ogóle nie widać. Euroliga jest mocniejsza niż przed rokiem. Są jakieś tam osłabienia, ale polegają one na tym, że CSKA z kandydata na mistrza zamieniła się w kandydata do Final4, a TAU Ceramica z pewniaka do Final4 w kandydata do Elite8. Poza tym kluczową zmianą jakościową jest nowy system kwalifikacji, który bardziej optymalnie dobiera uczestników. Mamy nowy galaktyczny Real Ettore Messiny, nowe o wiele mocniejsze Maccabi, jeszcze silniejszą Barcelonę i Olympiacos, wzmocnione Montepaschi, Panathinaikos, który utrzymał mistrzowski poziom, silne jak nigdy dwa kluby tureckie czy wciąż silne CSKA. W końcu doczekaliśmy Khimek w Eurolidze, mamy bardzo ambitne Armani Jeans Milano, podobnie możemy chyba mówić o Asseco Prokomie. Dwa ostatnie zespoły Euroligi zostały wybrane w kwalifikacjach na podstawie aktualnej formy, a nie miejsca z przydziału i to też jest bardzo ważne.

Mieliśmy już w czwartek inaugurację, ale dla mnie Euroliga tak naprawdę zacznie się dopiero w najbliższą środę. Pomysł z meczem inauguracyjnym odseparowanym od pierwszej kolejki nie jest moim zdaniem udany. Idea, żeby zaczynać sezon w hali w Tel-Avivie świetna, ale przez to obejrzeliśmy spotkanie najlepszego w grupie zespołu z najsłabszym. Zajmijmy się po kolei grupami.


GRUPA A

FC Barcelona
Montepaschi Siena
Cibona Zagrzeb
Fenerbahce Ulker Stambuł
Żalgiris Kowno
Asvel Villeurbanne


W tej grupie występuje bardzo jasny podział na pierwszą trójkę (Barca, Montepaschi, Fener-Ulker) i drugą (Cibona, Żalgiris, Asvel). Mistrz Hiszpanii i uczestnik poprzedniego Final4 jest jeszcze mocniejszy niż przed rokiem. Zatrzymanie Ricky'ego Rubio w Europie to wielkie transferowe zwycięstwo Barcelony. Pod koszem za Ersana Ilyasovę, Davida Andersena i Daniela Santiago przyszli Erazem Lorbek, Boniface N'Dong oraz Terence Morris, co mimo wszystko uznaję za plus, w szczególności jeśli ten ostatni będzie grał tak jak w Maccabi, a nie CSKA. Poza tym jeszcze solidne wzmocnienie w postaci Pete'a Mickeala z TAU. W składzie pozostali Juan Carlos Navarro, Jaka Laković, Fran Vazquez, Lubos Barton czy Gianluca Basile. Jednym słowem genialny skład z ciągłością myśli szkoleniowej Xaviego Pascuala. Z całą pewnością wielki faworyt do wygrania tytułu.

Montepaschi kontynuuje politykę stabilnego składu, który gwarantuje im dominację na krajowym podwórku i bardzo dobre występy w Eurolidze. W kwestii utrzymania składu imponuje zatrzymanie na kolejny Terrella McIntyre'a jednego z najlepszych PG w Eurolidze. A jeśli mówimy o typie rozgrywających, którzy dużo punktują, to z całą pewnością najlepszego. Zespół z Sieny stracił Rimasa Kaukenasa oraz Morrisa Finleya a zastąpił ich Davidem Hawkinsem i Nikosem Zisisem. Zmiany na plus. Nowi są renomowani, sprawdzeni we Włoszech, już doświadczeni, ale z całą pewnością wciąż głodni sukcesów. Poza tym pozostałe doskonale nam znane nazwiska: Ksistof Lavrinović, Henry Domercant, Romain Sato, Shaun Stonerook czy Benjamin Eze.

Do Fenerbahce z NBA powrócił Willie Solomon, który wraz z naszym znajomym Lynnem Greerem stworzy niesamowicie groźny duet combo-guardów. Z NBA powrócił także Tarence Kinsey, Gordan Giricek będzie mógł w końcu pokazać pełnię swoich możliwości, po tym jak przed rokiem przeszkadzały mu kontuzje. Emir Preldzić to rozwojowy zawodnik. Na obwodzie będą im pomagać jeszcze świetny defensor Omer Onan oraz niezwykle doświadczony 39-letni Damir Mrsić. Pod koszem bardzo wyrównana obsada: pół reprezentacji Turcji (Asik, Savas, Erden) oraz wciąż doskonały Mirsad Turckan.

W pozostałej trójce walka o ostatnie miejsce w TOP16 będzie bardzo zażarta. Stawiam na Cibonę Zagrzeb z trenerem Velimirem Perasoviciem. Z Marko Tomasem, Jamontem Gordonem, Antonio Gravesem, Daliborem Bagariciem, Marko Roziciem czy Luksą Andriciem. Oczywiście Cibona nie będzie tak mocna jak rok temu, ale rywale nie powalają na kolana. Żalgiris ma niezłą pierwszą piątkę: Mantas Kalnietis, Marcus Brown wracający z wypożyczenia do Maccabi, Dainius Selenga, Travis Watson, Mirza Begić, ale poza tym jest już słabiej. Brown jest co raz starszy, ani Selenga, Watson i Begić to nie wielcy gracze, a Kalnietis jeśli chodzi o rozegranie to na Euroligę trochę mało. Przechodząc do Asvelu. Curtis Borchardt i Mindaugas Lukauskis to ciekawe transfery, ale Kristjan Kangur czy Bobby Dixon to zupełnie zieloni na tym poziomie gracze. Wszystko to wsparte solidnymi Francuzami. Największa bolączka to Bobby Dixon, który rzadko podaje, dużo rzuca, raczej nieskutecznie i po prostu do Euroligi nie dorósł.


GRUPA B

Olympiacos Pireus
Partizan Belgrad
Unicaja Malaga
Efes Pilsen Stambuł
Lietuvos Rytas Wilno
Entente Orleanaise


W tej grupie jedno jest jasne. Jest wielki faworyt Olympiacos, a później to nic nie wiadomo. Co do zespołu z Pireusu. W najbogatszym klubie Europy pozostali Josh Childress oraz Theo Papaloukas, czyli dwie największe gwiazdy zespołu. Na tego pierwszego przed rokiem patrzyła cała Europa - czy bardzo solidny gracz z NBA stanie się w Europie gwiazdą. Childress odniósł jednak kontuzję i na oceny trzeba poczekać do tego sezonu. Z zespołu odszedł Lynn Greer, którego kontrakt był pozostałością po Pinim Gershonie, który bardzo cenił tego gracza. Taką samą pozostałością jest Milos Teodosić. Wielki serbski talent na PG, gwiazda ostatniego EuroBasketu miała w Grecji bardzo obiecujące początki właśnie u Gershona z Greerem, Marciem Jacksonem i Qyntelem Woodsem w składzie. Później było gorzej, przyszedł Giannakis i Milos zaczął wypadać po prostu blado. Właśnie dlatego na mistrzostwach w Polsce był jakimś tam zaskoczeniem i jego talent został odkryty na nowo. Co prawda pojawiał się w pierwszej piątce, ale jak wiadomo u Giannakisa pierwsza piątka bywa jak głęboka ławka... Była mowa o wypożyczeniu Serba. Nie doszło to do skutku i moim zdaniem ze szkodą dla niego. W zespole pozostał także Yotam Halperin, który ostatni sezon w Grecji przeszedł sobie niezauważony.

Olympiacos zrobił kilka większych transferów. Udało się ściągnąć Linasa Kleizę, który najprawdopodobniej będzie większość czasu spędzał na PF, co potwierdzałoby dość łatwe oddanie Printezisa do Malagi (a jako Grek w kontekście limitów był dla Oly ważny). Z NBA przywędrował Von Wafer oraz dość niespodziewanie ze średniego klubu ligi ukraińskiej Patrick Beverly. 21-letni amerykański gracz w NCAA spędził tylko dwa lata, aby trafić do Dnipro i zostać wybranym w tegorocznym drafcie przez LA Lakers. To najprawdopodobniej perspektywa ściągnięcia tego dobrze zapowiadającego się zawodnika skłoniła Olympiacos do nerwowych ruchów w sprawie zakontraktowanego wcześniej Thomasa Kelatiego. Od najbliższego sezonu w lidze greckiej będzie mogło występować trzech, a nie jak wcześniej dwóch graczy spoza Europy. Kelati byłby czwartym i zaczęto mu udowadniać, że jego zdrowie nie pozwala mu na profesjonalne uprawianie sportu. Lakersi mają chyba inne zdanie na ten temat...

Pod koszem poza ogromną jakościową zmianą Kleizy na Printezisa wszystko pozostaje po staremu. Świetny Ioannis Bourousis, wciąż liczący się, ale jednak wrak dawnego mistrza Euroligi z Maccabi, zdobywcy jednych dwóch triple-double w historii Euroligi - Nikoli Vujcicia, no i Sofoklis Schortsianitis. Jeśli chodzi o Big Sofo, to jednak nie wszystko po staremu. Przed EuroBasketem wyraźnie schudł i zaczął w końcu grać dużo w reprezentacji. To może być od lat wyczekiwany sezon Sofoklesa.

Drugim teoretycznie najmocniejszym zespołem w grupie jest Efes Pilsen. Do bardzo solidnej już przed rokiem ekipy dodano dwie wielkie gwiazdy: Igora Rakocevicia oraz Bostjana Nachbara. Doszedł także Daniel Santiago z Barcelony. W składzie pozostali sami uznani i doświadczeni w Europie zawodnicy tacy jak: Mario Kasun, Kerem Tunceri, Charles Smith, Bootsy Thornton, Preston Shumpert, Kaya Peker czy Ender Arslan. Kerem Gonlum jest zawieszony po teście antydopingowym, więc klub postanowił ściągnął Ermala Kuqo, który spędził wiele lat w tym tureckim klubie.

Dalej jest przeciętniejąca Unicaja Malaga. Sporo bardzo solidnych na poziom Euroligowy nazwisk: Omar Cook, Pooh Jeter, Taquan Dean, Berni Rodriguez, Jiri Welsch, Carlos Jimenez, Georgios Printezis, Joel Freeland, Robert Archibald. Gwiazd brakuje. Straty Marcusa Haislipa, Thomasa Kelatiego, Boniface'a N'Donga czy Carlosa Cabezasa nie zostały pokryte. Nie wspominając o nawiązywaniu do Unicajy Malaga Sergio Scariolo, Jorge Garbajosy, Waltera Hermanna, Pepe Sancheza, Daniela Santiago czy Frana Vazqueza, która była czołowym klubem Euroligi.

Partizan Belgrad - znana wszystkim wylęgarnia talentów (Peković, Perović, Velicković, Tepić, Tripković) doznała tego lata ogromnych osłabień. Odeszli Velicković, Tepić, Tripković i Lasme. Nie udał się powrót Milta Palacio, który miał już podpisany kontrakt, ale ostatecznie w Belgradzie nie został. Wyrokować o sile Partizana jest niezwykle ciężko. Rok temu serbski zespół stracił cały swój trzon: Pekovicia, Palacio i Kecmana. Wydawało się, że nie będzie się liczył. Tymczasem młodzi gracze głównie serbscy i czarnogórscy rozegrali doskonały sezon i zatrzymali się na CSKA dopiero w ćwierćfinale Euroligi. Co tym razem wyczaruje trener Dusko Vujosević? Predrag Danilović zapewnia że zespół mają wzmocnić jeszcze dwaj gracze. W miejsce Palacio przyszedł Lester "Bo" McCalebb z tureckiego Mersin. Na ten moment na liderów zespołu zapowiadają powracający z Panathinaikosu Dusan Kecman, Aleksandar Rasić, Aleks Marić, czeski talent Jan Vesely oraz wspomniany Amerykanin.

Lietuvos Rytas Wilno to bardzo podobny do Partizana zespół. Co roku doznają sporych osłabień, ale co roku odnoszą świetne wyniki. Nie bez znaczenia jest tutaj kryzys, który Litwę dotknął szczególnie dotkliwie. Lietuvos Rytas był ofiarą starego systemu kwalifikacji do Euroligi, w którym Litwie przysługiwało jedno miejsce, ale jednocześnie Żalgiris Kowno miał kontrakt, który mu to miejsce gwarantował. Efekt jest tego taki, że obecny sezon będzie szóstym z rzędu, w którym Lietuvos Rytas gra w Eurolidze, albo uzyskuje do niej awans poprzez ULEB Cup/EuroCup, które to rozgrywki w ostatnich latach dwukrotnie wygrał, a raz był finalistą. Dwa lata temu Rytas był rewelacją Euroligi z Eidsonem, Petravicusem, Pricem, Nielsenem, Bajramoviciem czy Lukauskisem w składzie. W ostatnim sezonie jeszcze z Lukauskisem i dwoma filarami w osobach Chucka Eidsona i Marijonasa Petravicusa pod wodzą Rimasa Kurtinaitisa zdobyli wszystko co tylko mogli zdobyć. Mistrzostwo Litwy, Puchar Litwy, Mistrzostwo Ligi Bałtyckiej oraz EuroCup. Latem stracili trzech najlepszych graczy. Kurtinaitis zbudował zespół, w którym najstarszy zawodnik ma 27 lat. Skład oparty jest na Litwinach (Jomantas, Babrauskas, Gecevicius, Zavackas, Sinica) oraz solidnych i utalentowanych obcokrajowcach (Milko Bjelica, Bojan Popović, Dejan Borovnjak czy Aron Baynes). Na co stać Litwinów? Podobnie jak w przypadku Partizana ciężko wyrokować.

Orleans to niespodziewany pogromca Bennetonu Treviso z kwalifikacji. I choć sława nazwy włoskiego klubu trochę przerasta jego obecne możliwości, pokonanie Włochów powinno budzić podziw. Benneton przegrał głównie przez próby przywrócenia Davora Kusa na pozycję rozgrywającego. Postawienie na Daniela Hacketa okazało się spóźnione. Dla Francuzów sam awans to z całą pewnością wielki sukces. A poza tym, że ich liderami są: 36-letni Laurent Sciarra, Cedrick Banks oraz Austin Nichols niewiele da się powiedzieć.


GRUPA C

Maccabi Tel-Aviv
CSKA Moskwa
Caja Laboral Vitoria
Lottomatica Roma
Maroussi Ateny
Olimpija Ljubljana


W tej grupie możemy wydzielić czołową dwójkę (Maccabi, CSKA), trójkę walczącą o pozostałe dwa miejsca walczące o awans do TOP16 oraz Olimpiję Ljbubljana raczej skazaną na ostatnie miejsce w grupie. Maccabi zbudowało skład na powrót do Final4 i z całą pewnością myśli o tytule. Piniemu Gershonowi udało się ściągnąć graczy, których chciał mieć w swoim zespole od dłuższego czasu. Mowa tutaj o Chucku Eidsonie, Andrew Wiśniewskim czy Maćku Lampe. Udało się ściągnąć Alana Andersona, który na początku sezonu jest w wybuchowej formie. Podobnie zresztą jak Wiśniewski. Pod kosz przyszedł Lasme z rewelacyjnego Partizana, Doron Perkins z rodzimej ligi na PG. W składzie pozostał także D'or Fischer - center, który był odkryciem poprzedniego sezonu. I w tej wymienionej przez mnie siódemce graczy zamyka się główna rotacja Maccabi, co może być później problemem, biorąc pod uwagę mocarstwowe plany tego klubu. Poza tym w składzie pozostają David Blutenthal, solidny Yaniv Green, młodzi Guy Pnini, Gal Mekel oraz człowiek, który jest, bo być musi - Derick Sharp. Zespół jak to zwykle u Piniego Gershona jest zorientowany bardzo ofensywnie i większość gry jesy skupiona w rękach trzech świetnych zawodników obwodowych (Wiśniewski, Anderson, Eidson). Nie jest to świetna wiadomość dla Maćka, czy Fischera, który nie ma szans na powtórzenie statystyk sprzed roku. Natomiast D'or wraz z Lasme będą wykonywali doskonałą robotę w defensywie i na zbiórkach. Maccabi osiągnie w tym roku naprawdę wiele choć konkurencja potężna - Barca, Real, PAO, Oly, CSKA, Turcy, Montepaschi...

CSKA. Najstarsi górale nie pamiętają, żeby Armiejcy nie mieli mistrzostwa Rosji i nie uczestniczyli w Final4. Ostatnie cztery lata w finale pod wodzą Ettore Messiny. Dwa triumfy nad Maccabi, dwie bolesne porażki z Panathinaikosem Zeljko Obradovicia. Po tłustych latach nastąpił mały kryzys - jeśli kryzysem można nazwać posiadanie budżetu na kilkadziesiąt milionów €... Trochę wypalony Messina poszedł po nowe wyzwania do Realu. Odeszli Lorbek, Zisis i Morris. Przyszli niepowalający z nóg Rosjanie oraz Ivan Radenović, który także graczem pokroju Euroligi nie był. Na domiar złego kontuzji pleców doznał Matjaz Smodis i wykluczy go ona z gry na 4 miesiące. Pomijając, że kontuzje z poprzedniego sezonu i tak już zniszczyły starego, genialnego Smodisa. Z czym zostało CSKA? Na obwodzie choć starzejące się, to wciąż wielkie gwiazdy: Ramunas Siskauskas, Trajan Langdon, JR Holden i Zoran Planinić (ten akurat jeszcze się nie starzeje). Do wsparcia Anton Ponkrashov i Victor Keiru, który swoimi tragicznymi zagraniami Messinę doprowadzał do szewskiej pasji... Pod koszem jak na CSKA mizeria: Khryapa, Radenović, kompletny przęciętniak Sokolov oraz młodzi Kaun, Voroncevich i Kurbanov. Prowadzenie CSKA powierzono wieloletniemu asystentowi Messiny, który w ostatnim sezonie samodzielnie prowadził Spartak St. Petersburg - Evegnijowi Pashutinowi. Przed sezonem ciekawe było jedno pytanie czy będzie eksploatował do maksimum gwiazdy grając wąskim składem, czy może będzie stawiał bardziej na Rosjan? Sparingi dość jasno pokazały, że zwycięża ta pierwsza opcja: Holden, Langdon, Siskauskas grają po 30-35 minut. Sam Pashutin w wywiadzie podkreślał, że trenowanie CSKA niezależnie od możliwości wiąże się z presją na bycie tylko najlepszym zarówno w lidze jak i Eurolidze.

Caja Laboral - czyli dawne TAU - jak to już nakazuje tradycja zostało poważnie osłabione tego lata. Ze składu ubyły wieloletnie podpory takie jak Pablo Prigoni, Igor Rakocević czy Sergi Vidal. Odeszli również Will McDonald i Pete Mickeal. Sukcesy tego lata to zatrzymanie Tiago Splittera, ściągnięcie Liora Elyahu oraz Waltera Hermanna, który pierwsze dwa miesiące sezonu straci przez kontuzję. Poza tym na obwód ściągnięto sprawdzonych w niższych klubach ACB Marcelinho Huertasa, Carla Englisha oraz Brada Olesona. Jest także utalentowany PAU Ribas. Dwumiesięczny kontrakt podpisał Chris Lofton. W każdym razie jeśli pod koszem Splitter, Barac i Teletović to europejska czołówka, na obwodzie jest już wyraźnie słabiej. Caja powinna grać o trzecie miejsce w grupie.

Co do pozostałych trzech zespołów w grupie. Lottomatica straciła GM-a Dejana Bodirogę i cały zeszłoroczny zaciąg w osobach: Primoza Brezca, Saniego Becirovicia i Brandona Jenningsa. Z kluczowych graczy zostali Jaaber i Hutson. Doszli Kennedy Winston, który po dobrej grze w Panioniosie zaliczył kilka liczących się klubów, ale niczego tam nie pokazywał. Do tego jeszcze Ricky Minnard oraz młody włoski strzelec Luca Vitali. Solidnie - nic poza tym. Podobnie można mówić o drugim zespole z kwalifikacji - Maroussi z Pelekanosem, Keysem, starszym z braci Calathesów, Homanem, Kendallem czy Arigbabu. Olimpija Ljubljana już tradycyjnie ma słaby skład, w którym próbuje promować talenty. Szkoda, że w takiej sytuacji nie ma tam zbyt wiele miejsca dla Pawła Kikowskiego. Najwięcej napsuł tutaj dość niespodziewany transfer Saniego Becirovicia. Ekipa z Sanim, Ilievskim, Walshem, Slokarem, Vidmarem, Baviciciem, Ozboltem czy Klobucarem niczego wielkiego nie pokaże.


GRUPA D

Panathinaikos Ateny
Real Madrid
Armani Jeans Milano
Asseco Prokom Gdynia
Khimki Moskwa
EWE Baskets Oldenburg


To oczywiście najsilniejsza grupa w całej Eurolidze. Obrońca tytułu oraz nowy Real Madryt będą nadawały ton w tej grupie. Pozostałe 4 zespoły stoczą wyrównany bój o awans. Panathinaikosu nie trzeba nikomu przedstawiać. Zmian latem było bardzo mało. Odeszli Kecman, Hatzivrettas i Sakota, czyli mało liczący się zawodnicy. Karierę skończył słynny Fragiskos Alvertis, ale on w sensie sportowym poza zespołem był już wcześniej. Zespół wzmocnili młodzi: Milenko Tepić oraz Nick Calathes - obaj świetnie nam znani z ostatniego EuroBasketu. Zespół zmaga się z kontuzjami. Na dwa miesiące wyeliminowany jest Kostas Tsartsaris, kontuzjowany jest Mike Batiste, Sarunas Jasikevicius dochodzi do siebie po artroskopii. Z tego względu na swoje minuty będą liczyć Shermadini, Bogris czy Verginis. Oczywisty kandydat do tytułu, na którym ciążyć będzie ogromna presja kibiców oraz rywali.

Nowy Real Madryt Ettore Messiny. W końcu coś się nam ruszyło w skostniałym trochę układzie sił w europejskim klubowym baskecie. Po wielu latach przeciętnych jak na tak słynny klub próbuje powrócić do czasów triumfów Drazena Petrovicia czy Arvydasa Sabonisa. A wszystko za sprawą powracającego do sterów klubu Florentino Pereza, który stwierdził, że w koszykówce także można sypnąć groszem. Wydawanie takich pieniędzy wcale nie było łatwe. Liczba zawodników wartych kontraktów, na które może sobie pozwolić Real, jest ograniczona i w większości są oni dobrze opłacani w innych zespołach, które na szczycie są od dawna, a Real przecież dopiero próbuje się tam wspiąć. Nie udało się ściągnąć między innymi Sarunasa Jasikeviciusa, Ricky'ego Rubio czy Wally'ego Szczerbiaka. Początek Messiny w Madrycie jest zupełnie inny niż w Moskwie. Tam zrezygnował z pięciu graczy (Browna, Grangera, Dikoudisa, Muurseppa, Khryapy), ściągnął trzech (Smodisa, Langdona, Vanterpoola) i dość wąską głównie ośmioosobową rotacją już w pierwszym sezonie osiągnął wielki sukces. Real natomiast przeszedł potężne przemeblowanie. Zostali w zasadzie Reyes, Bullock, Llull i Van Den Spiegel. Axela Hervella Real próbuje się pozbyć (być może do CSKA). Podobna sytuacja ma się z Jeremiah Masseyem, który nawet nie trenuje z pierwszym zespołem tylko z rezerwami. Tutaj możliwym rozwiązaniem jest powrót do Arisu. Lista przybyłych zawodników jest naprawdę imponująca: Rimas Kaukenas, Travis Hansen, Pablo Prigioni, Jorge Garbajosa, Darjus Lavrinović, Novica Velicković, Sergi Vidal, Vladimir Dasić. Bardzo szeroki skład, bez jednej wybijającej się gwiazdy, z doświadczonymi klasowymi graczami i jugosławiańskimi talentami. Mankamenty widać po nieudanych próbach transferów na PG. Prigoni to liczący się gracz, ale nie taki jakiego można było się spodziewać w klubie z takimi ambicjami. Klarownego dobrego rezerwowego na tej pozycji także nie widać. Jorge Garbajosa po kontuzji w Toronto Raptors, to ułamek dawnego gracza. Czołowi trenerzy w Europie wciąż jednak coś w nim widzą. Ja nie wiem za bardzo co. Realu nie omijają również kontuzje (Reyes, Van Den Spiegel). Największym wyzwaniem pozostaje poskładanie do kupy zespołu, który ma aż ośmiu nowych zawodników, a wyniki musi mieć już na dziś.

Pora przejść do Asseco Prokomu. Po losowaniu awans wydawał się czymś bardzo ciężkim do osiągnięcia. I nadal takim będzie tylko, że na poczynania polskiego jedynaka w Eurolidze po zakończeniu sezonu transferowego można patrzeć z o wiele większym optymizmem. Przede wszystkim po losowaniu pozostanie Qyntela Woodsa w ogóle nie było oczywiste. Stała się rzecz niesamowita - Qyntel został. Pytanie co on tutaj jeszcze robi jest wciąż aktualne, ale to nie nasz problem. Cała siła Prokomu wynika ze stabilnego składu, który gra ze sobą już od roku i wiosną zdobył mistrzostwo Polski. W stosunku do sezonu zasadniczego ostatniego sezonu mamy zmiany: Koko Archibong -> Qyntel Woods, Pat Burke -> Pape Sow, Filip Dylewicz -> Jan Jagla, Aleksej Nesović -> Tyrone Brazelton, które w sposób oczywisty działają na plus Asseco. Moim zdaniem to najlepszy polski zespół jaki grał w Eurolidze. Kluczowe spotkanie z Oldenburgiem już w pierwszej kolejce.

Khimki Moskwa przed rokiem robiło szalone zakupy chwilę przed kryzysem. Słono opłacało Carlosa Delfino, Jorge Garbajosę, Maćka Lampe, Milta Palacio czy Jerome'a Moiso. Teraz klub musiał trochę spuścić z tonu, co nie znaczy, że nie ma renomowanych w Europie graczy. Nie mniej jednak rotacja drużyny Sergio Scariolo nie będzie zbyt szeroka i poza ósemkę graczy - Lopez, Cabezas, Langford, Fridzon, McCarty, Jankunas, Javtokas, Mozgov - raczej nie będzie wychodzić. Z czwórki walczącej o awans Khimki to najgroźniejszy rywal Asseco Prokomu.

Dalej jest klub z Milanu z trenerem Pierro Bucchim i pieniędzmi od Armaniego. Po TOP16 przed rokiem apetyty są dużo większe. Nazwiska takie jak Acker, Petravicius, Maciulis, Finley, Bulleri, Mordente czy Hall czynią ten zespół bardzo silnym, ale nie jest to rywal nie do przeskoczenia dla gdynian.

Pozostaje jeszcze teoretycznie najsłabszy mistrz Niemiec - EWE Baskets Oldenburg. Jason Gardner, Ruben Boumtje-Boumtje, Je'Kel Foster i inni solidni. Kogo jak kogo ale takich rywali Prokom musi ogrywać - inaczej ciężko będzie mówić o awansie.

poniedziałek, 19 października 2009

Puchar Europy - ostatni odsiew

Tęsknicie jeszcze za Eurobasketem? Gwiazdami, emocjami i wielkimi meczami? Już w tym tygodniu ruszają na dobre europejskie puchary. Fakt faktem, że uwertura do nich już przebrzmiała, ale właściwa zabawa dopiero się zaczyna.

Dzisiaj rozpoczął się ostatni cykl kwalifikacji do Pucharu Europy. W nowej, rozbudowanej (który to już raz w ostatnich latach?..) formule sporo dzieje się jeszcze zanim ozpocznie się sezon regularny. Reprezentujący Polskę (a precyzyjniej- Polską Ligę Koszykówki) PGE Turów Zgorzelec ma zapewniony udział w zasadniczej części rozgrywek. Tym razem inni muszą się gimnastykować, by zagrać na zapleczu Euroligi.

Do 32 drużyn przydzielonych według miejsc miejsc zajętych w ligach krajowych, dołączyło już sześciu spadkowiczów spadkowiczów z Euroligi (a ściślej zespoły, które nie przeszły kwalifikacji) – Benetton Treviso, Alba Berlin, Spirou Charleroi, Aris Saloniki, BK Ventspils i Le Mans. Do obsadzenia pozostało jeszcze 8 miejsc, o które od dziś toczy się ostateczna batalia.

W pierwszym meczu pomiędzy Panelliniosem Ateny i VEF Ryga niespodzianki nie było. Goście z Grecji wygrali 94:79 i z tą zaliczką mogą spokojnie czekać na mecz rewanżowy. W większości pozostałych par faworyci teoretycznie też są znani:

Amsterdam – Dynamo Moskwa
Dexia Mons – Valencia BC
WBC Raiffeisen Wels- Besiktas
Brose Baskets Bamberg – Buducnost Podgorica
BC Donieck – Bilbao
Apoel Nikozja – Banca Tercas Teramo
Chorale Roanne – Hapoel Jerozolima


Dynamo Moskwa, mimo braku gwiazd z zagranicy, Teramo, Besiktas i Walencja wydają się być o klasę lepsze od mało znanych rywali. Bardzo ciekawie za to powinno być w starciu Roanne, a więc niedawnego jeszcze uczestnika Euroligi z zawsze groźnym Hapoelem. Niemcy z Bamberga mają z kolei przewagę doświadczenia nad Buducnostią, która tradycyjnie stawia na młodzież. Zespół naszych zachodnich sąsiadów liczy na klasę Casey'a Jacobsena, Predraga Suputa, Eltona Browna, czy znanego z boisk PLK Erika Taylora. Ekipa z Czarnogóry przeciwstawi mu kolejną grupę utalentowanych chłopaków dowodzonych przez Gorana Jeretina, Cedomira Vitkovaca oraz niedawnego Pitbula z Włocławka, Nikolę Otasevicia.

Hitem tej rundy uznano pojedynek Doniecka z Bilbao. Liga ukraińska nie straszy już takimi transferami jak przed wybuchem kryzysu gospodarczego. Aktualny lider rozgrywek posiada jednak w składzie kilku graczy, którzy mają w swoim CV bardzo ciekawe wpisy. Bruno Sundov, Marque Perry, Artur Drozdov, to zawodnicy z przeszłością w najlepszych rozgrywkach pucharowych Europy i nie przestraszą się wyzwania, jakie rzuci im baskijski klub. Podopieczni Txusa Vidurrety okupują w ACB miejsce w okolicy środka tabeli, ale ich liga jest trochę mocniejsza niż ta za naszą południowo – wschodnią granicą. Poza tym, Vidurreta potrafił zbudować rok temu jeden z najbardziej zespołowo grających teamów Eurocup. Jego drużyna należała do najbardziej niewygodnych rywali, nawet dla późniejszego zdobywcy trofeum, Lietuvos rytas Wilno. Z tamtej ekipy pozostali w Baskonii tacy zawodnicy, jak Janis Blums (kolejny stary znajomy), Renaldas Seibutis, Damir Markota, Paco Vasquez czy Marko Banić. Dodajmy do tego nowe twarze – Jerome'a Moiso, Chrisa Warrena, oraz Aleksa Mumbru i dostaniemy jeden z ciekawszych składów rozgrywek.

Spotkanie w Doniecku ma być transmitowane przez Eurosport 2. Start o 18.00. Pozostałe mecze, z wyjątkiem pojedynku Bamberga z Buducnostią odbędą się jutro. Starcie niemiecko - czarnogórskie zaplanowano na środę.

Sprostowanie

No i ładne rzeczy – przegapiłem kawał sobotniego spotkania, miedzy Unicają Malaga i Realem Madryt w lidze ACB. Jak mnie poprawił Adam Romański, komentator stacji – mecz pokazano w Polsacie Sport Extra w całości, choć z opóźnieniem. Śledząc relację live w sieci opuściłem pierwszą połowę retransmisji. Niniejszym

Przepraszam Redakcję Sportową Polsatu za nieumyślne wprowadzenie w błąd Czytelników tego bloga oraz widzów ich stacji

Jednocześnie załączam prośbę o zamieszczanie paska z informacją na temat przesunięcia transmisji, także w wypadku realizacji meczu koszykarskiego. Jest nas (kibiców basketu) mniej, niż fanów Formuły 1, ale wciąż żyjemy i mamy się dobrze.

Pozdrawiam
Lukam

Zmarł Andrés Montes

Słynny hiszpański komentator sportowy zmarł w piątek w swoim domu w Madrycie w wieku pięćdziesięciu trzech lat. Komentował głównie koszykówkę i piłkę nożną. Jego emocjonalny komentarz był pięknym dopełnieniem widowiska. Nie akceptował ciszy i nudy w mikrofonie. Już nie usłyszymy "ratatatatatatata"...



niedziela, 18 października 2009

PLK - jednak da się oglądać

Od rozpoczęcia sezonu Polskiej Ligi Koszykówki głównie narzekamy, z przerwami na biadolenie o innych dziedzinach sportu i życia. Po wczorajszym telewizyjnym wieczorze z basketem miało być o złym wyborze meczu i obcięciu transmisji z ligi ACB na Polsacie Sport Extra. Mamy jednak pozytywy i o nich też warto wspomnieć.

Przed 3 kolejką PLK logicznym wyborem meczu pod transmisję było spotkanie w Poznaniu. Nie jest to tylko mądrzenie się po fakcie (czyli po dwóch dogrywkach i wielkich emocjach w starciu PBG Poznań z Anwilem Włocławek), ale tak zwyczajnie wydawało się, że postronny kibic chętnie zobaczy pojedynek rozpoznawalnej od dawna ekipy z Włocławka z następcą (choć nie w prostej linii) koszykarskiego Lecha. Tymczasem w zamian zaserwowano derby Pomorza z udziałem zespołów budzących pozytywne skojarzenia głównie w zainteresowanych ośrodkach. W kolejce drugiej nad mecz „do jednej bramki” (czy raczej kosza) powinna być przedłożona konfrontacja Anwilu z Treflem, a więc w jakiejś mierze kontynuacja starych walk sopocko – włocławskich o dużym ciężarze gatunkowym.

Niby wybrano źle, bo wspomniane pojedynki były autentycznymi hitami, a walka w Poznaniu była czymś, co powinno przejść do historii – jednym z najbardziej niesamowitych meczów sezonu zasadniczego od lat. Takie wydarzenie powinno trafić pod strzechy. Na szczęście w Koszalinie nie było wcale tak źle.

Derby Pomorza nie stały może na jakimś super poziomie. Raczej dużo walki i spora liczba błędów z obu stron. Wbrew pozorom miało to wszakże swój urok, a kilka smaczków też dało się wychwycić.

Przede wszystkim było starcie dwóch różnych stylów gry. Młoda Kotwica (kolejny, obok Polonii 2011 zespół do oglądania) kontra paczka starych wilków z AZS -u. Doświadczenie tym razem wygrało, ale pościg podopiecznych Pawła Blechacza był pasjonujący. W najważniejszych momentach pewność w grze George'a Reese'a oraz niesamowite trafienia Michaela Kueblera zrobiły różnicę. Ten drugi zaliczył kolejny świetny mecz w Polsce. Doskonała ręka i absolutny brak stresowej reakcji na presję czasu, rywala i okoliczności cechują klasę. Do tego bałkańska dwójka Igor Milicić – Vladimir Tica pokazała na czym polega współpraca przy pick n' rollach – miód na oczy. Z drugiego planu dobre wrażenie robił Łukasz Wiśniewski. Dobre minięcie, niezła presja na rywalach w obronie i dobre rzuty – bardzo dobrze, że już nie marnuje czasu w 2 lidze. Dodajmy jeszcze silnego i dynamicznego Grega Surmacza – czyżby Koszalin wchodził do gry o „czwórkę”?

Kotwica popełnia błędy młodości. Dawid Bręk i Omni Smith nie są póki co wirtuozami rozegrania. Zbyt wysoki kozioł, brak stabilizacji w dwóch kolejnych posiadaniach piłki – typowe cechy żółtodziobów. Fajnie, że ktoś daje im szansę eliminować je w grze. Piotr Stelmach, niegdyś jeden z najlepszych graczy dobrego rocznika 84' w Polsce. Po powrocie z USA wylądował w 1 lidze, ale kolejny sezon jako ważny zadaniowiec w Kołobrzegu pozwolił mu zadomowić się w ekstraklasie. Teraz na jego barkach spływa ciężar liderowania ekipie Kotwy i wywiązuje się z tego nieźle. Dobre manewry podkoszowe, niezmienna waleczność i zbiórki – jak na PLK wystarczą. Jeśli jeszcze zrobi coś z tymi rzutami po minięciu wzdłuż linii końcowej – będzie wielki.

Drugi gracz z drugiego planu, który ma teraz ciągnąć Kotwicę, do Bartosz Diduszko. Nie wierzono w niego w Śląsku, ani w sztabie trenerskim ani na trybunach. Robił jednak stałe postępy i dziś w nowym miejscu jest bardzo przydatny. Musi jednak ustabilizować rzuty z linii, bo wczoraj wyprawiał przy ich okazji ruchy jak z indyjskiego baletu i stąd pewnie skuteczność daleka od normy dla egzekutora.

Mnie osobiście bardzo interesowały pojedynki polskich absolwentów NCAA. Stelmach pokazał klasę na tle Adama Metelskiego, który jest bardziej statycznym podkoszowcem. Z kolei Harris Danesi wreszcie udowodnił, że warto na niego stawiać. Mimo krótkiego występu dał się zapamiętać z dobrej obrony i pełnych atletyzmu wejść na kosz. Fajnie byłoby skonfrontować jego umiejętności z Tomaszem Stępniem, ale były gracz Śląska nie ma okazji do odklejenia się ławki rezerwowych. Może w następnej kolejce?

Da się to oglądać, choć warto pomyśleć o ludziach, którzy nie szukają smaczków i nie mają sprecyzowanych oczekiwań, co do gry i wyniku. Takie starcie w Poznaniu jest teraz idealnym powodem do podjęcia walki o większą liczbę transmisji PLK, przynajmniej w kolejce weekendowej. Warto o to zabiegać.

Żeby nie było za różowo. Polsat Sport Extra „obciął” transmisję świetnie się zapowiadającego meczu Realu Madryt z Unicają Malaga. Też był to mecz walki, ale walka w ACB, a walka w PLK.., wicie rozumicie – jest subtelna różnica. Szkoda, że ważniejsza była sesja treningowa F1, ale to pokazuje, gdzie jest nasza dyscyplina w Polsce. Panowie działacze, nie śpimy – Eurobasket już dawno przeszedł do historii!

sobota, 17 października 2009

Bojkotowanie nie jest fajne

Sytuacja w PZPN jest powszechnie znana. Akcja przeciw dziadkom trzymającym władzę również. Polska piłka jest mi od bardzo wielu lat obojętna, ale z ogromnym zdziwieniem obserwuję jak bez żadnej refleksji akceptuje się wszelkie działania bojkoterów. Jak nie dostrzega się tego, że słuszna próba uzdrowienia polskiej piłki podejmowana takimi a nie innymi metodami, może ponieść za sobą ogromną cenę. Nie ma zastanowienia, tylko nastawienie na pełną destrukcję wszystkiego co z PZPN, reprezentacją i polską piłką związane.

Bojkoterzy po bardzo krótkim czasie trwania akcji już zdążyli pomylić środki do celów z samymi celami. Taka typowa cecha wszystkich rewolucji - rozjuszony tłum wychodzący ze słusznych pobudek bardzo szybko przestaje mieć rację...

Chodzi tu chociażby o piętnowanie sponsorów PZPN/reprezentacji - bogu ducha winnych tak naprawdę - oraz metody tego piętnowania nieoparte na dialogu tylko wcześniej wspomnianej destrukcji. I nie chodzi tutaj dokładnie o te firmy, bo nie moim zadaniem jest martwić się o ich kondycję. Czy tym ludziom naprawdę wydaje się, że jeśli kiedykolwiek powstanie ta szlachetna, czysta federacja piłkarska bez dziadków na stołkach, to sponsorzy będą walili drzwiami i oknami do tejże? Nie. Bo taki sponsoring będzie obarczony kibicami dyscypliny, którzy będą przyzwyczajeni, że jak coś im się nie spodoba, to mogą dyktować warunki związkowi, trenerowi kadry, sponsorom itd. Bardzo niepożądane ryzyko. A jak sponsorów nie będzie, to za polską piłkę zapłacą podatnicy.

Co w tym wszystkim jest zabawne. PZPN i polska piłka są dokładnie takie same od dziesięcioleci. Więc dlaczego społeczna akcja wybuchła właśnie teraz? Naprawdę chodzi o merytoryczną krytykę związku, czy może danie upustu irytacji po przegranych eliminacjach i beznadziejnym obrazie polskiej piłki? Prowodyrom akcji dopiero po kompromitacji w eliminacjach zaczęły przeszkadzać zarzuty prokuratorskie postawione 300 osobom związanym z polskim futbolem? Jeśli kibice mieli pretensje, że ktoś nie dał im wystarczającej biletów na jakiś mecz, to czy dobrym sposobem na manifestację tego, że komuś zależało, jest niestawienie się na kolejnych meczach? Jeśli ktoś tego słabego widowiska pt. reprezentacja Polski w piłce nożnej nie chciał oglądać, to po prostu mógł się na mecz nie wybrać. Po co dorabianie ideologii bojkotu, zachęcanie innych do tego samego i wyżywanie się na sponsorach? Doprawdy nie mam pojęcia.

Czy akcje przyniesie więcej pozytywów niż negatywów. Śmiem wątpić. Żaden rząd nie odważy się na dobre wprowadzić zarządu komisarycznego w PZPN i doprowadzić do utraty Euro w Polsce, bo to oczywiste polityczne samobójstwo. A przecież nawet dziesiątki tysięcy podpisanych pod petycjami by tego nie przełknęły. Nieprawdaż? Także niestety Euro 2012 zamraża nam panujący układ na minimum trzy najbliższe lata. A poza jakąś wizerunkową kosmetyką nie zmieni się tak naprawdę nic.

Na sam koniec chciałem dodać, że piję Tyskie i będę to robił, kiedy tylko będę miał na to ochotę.

piątek, 16 października 2009

"Deyna Kazimierz, nie rusz Kazika…

...bo zginiesz"- tak kibice Legii kwitowali niechęć innych w stosunku do ich bohatera. Bądźmy szczerzy – do bohatera całego kraju. I pozytywnego, i negatywnego. Gdyby żył – za tydzień obchodziłby 62 urodziny. Dlaczego o tym wspominam? Bo był postacią, jakiej już raczej nie zobaczymy. Oraz dlatego, że w pewnym sensie posiada swojego koszykarskiego odpowiednika. Odpowiednika, który już nie gra, raczej nie zagra, a który był jednym ze sprawców tego, że naród pokochał basket. Mowa oczywiście o Macieju Zielińskim.

Ale po kolei. Deyna urodził się i wychował w Starogardzie, Zielony – w Wałbrzychu i Olsztynie. Kojarzeni są odpowiednio z Warszawą i Wrocławiem. Obaj dość szybko zmienili miejsce zamieszkania, chociaż ten pierwszy bardziej przymusowo – przez ŁKS do wojska, czyli na Łazienkowską.

Obaj byli kochani tylko u siebie. Wiadomo – stołeczny klub ogólnie nie był lubiany w Polsce, a zwłaszcza na Śląsku. A Deyna grał w nim lat dwanaście, łącznie ponad trzysta spotkań. Zieliński trójkolorowe barwy prezentował lat szesnaście. Gdzie się nie pojawili, byli pierwszym celem ataków fanów (ponoć we Włocławku na parkiet leciały nawet… warzywa). Doszło do tego, że w meczu z Portugalią, po strzeleniu gola (bezpośrednio z rzutu różnego!) niemiłosiernie wygwizdywany Deyna został zmieniony. A niedawno dostrzegłem, że Zielińskiemu niektórzy nadal pamiętają i przypisują porażkę bodaj ze Szwecją (nie trafił rzutu w ostatnich sekundach) z lat ’90-tych.

Obaj byli legendami. To nie ulega wątpliwości. Przetrwali wyjazd do USA (naczy Deyna ostatecznie nie przetrwał, ale był, coś tam grał i nie zamierzał wracać do ojczyzny). Wiele lat reprezentowali nasz kraj. Ale dlaczego akurat teraz i akurat o nich mowa?

Dzisiaj trafiłem na film dokumentalny na temat tego pierwszego. Wypowiadali się gracze, trenerzy, zagraniczne osoby. Całość była, delikatnie rzecz ujmując, średnia, ale niektóre fragmenty skłaniały do refleksji. Większość pomyśli pewnie o nieudanym wyjeździe na Zachód, bramkach strzelanych na wielkich turniejach, czy opowieściach z życia. Mi wryły się w pamięć zdjęcia zakochanych w nim fanów oraz powitanie graczy po mundialu w sławetnym roku ’74.

Moim zdaniem obecnie zmagamy się z wielkim problemem – brakiem legend, idoli. Brakiem zawodników, z którymi można się utożsamiać. Kiedyś hasło Anwil równało się Igorowi Griszczukowi (ok, teraz powoli to wraca). Śląsk – Maciek Zieliński. Piłkarski Bayern – Oliver Kahn. I tak dalej. Teraz do hal chodzą ci, którzy kochają kosza, jeszcze nie przerzucili się na siatkówkę, bądź to ich jedyna rozrywka sportowa w mieście. Nie ma żadnego magnesu przyciągającego nowych fanów – bo jednak grupa średnio zdolnych (za to tanich, co jest ważne dla prezesów) obcokrajowców niewielu zachęci. Wiadomo – będzie wynik, będą kibice. Ale potem nagle nastąpi zmiana 90% składu (zostaną młodzieżowcy, którzy i tak nie grają) i wszystko od nowa. Tak można w kółko, ale mało kogo to będzie interesowało. Nie mamy potencjału siatkówki, w którą jesteśmy jedną z najlepszych lig w Europie, co pozwala na ściąganie stranieri. A zresztą nawet tam kluby kontraktują tylko tych najlepszych.

Aha – proszę nie traktować tego tekstu jako głos za sztucznymi przepisami o Polakach na parkiecie. Bo moim zdaniem lepszy byłby przymus posiadania np. 6-7 w meczowej dwunastce. A tak trenerzy muszą przeglądać notatki jak zmienić, żeby w ogóle można było zmienić. Bezsens.


Druga kwestia to te tłumy. Kiedyś sport był masowy. Ludzie, zapewne również z braku alternatyw, chodzili na hale/stadiony, zżywali się z zawodnikami, drużynami. A gracze, zarabiający podobnie jak inni obywatele nie chodzili z głowami w chmurach i musieli ciężko pracować, żeby nie stracić miejsca w drużynie oraz wypłaty. Dlatego byli lokalnymi idolami, często reprezentowali przez wiele lat jeden klub, a po treningu można ich było normalnie spotkać na ulicy, czy w sklepie. I ludzie się z nimi identyfikowali. Tłumnie szli w niedzielę na stadion (a nie do kina, czy pasażu handlowego), aby pokazać swoje przywiązanie do miasta, czasem do klubu. Albo, by po prostu dobrze się bawić i przy okazji zobaczyć coś ciekawego – w tym wypadku wydarzenie sportowe.

Teraz nie ma na to szans. Lokalny patriotyzm wzbudzono w Lechu, ale tam wyniki i Franz Smuda pociągnęli za sobą tłumy. Poza ostatnimi wydarzeniami, jednoczy ludzi jeszcze reprezentacja. Tłumy na jej meczach są chwalebne, ale ludzie już raczej nie idą na wydarzenie sportowe – idą na reprezentację. Przykład – zainteresowanie EB po odpadnięciu naszych. Z każdą porażką coraz mniej osób było zainteresowanych turniejem. Piłce nożnej na razie to nie grozi, bo to jednak jest najpopularniejszy sport. Ale koszykówka szans na odrodzenie z lat 90-tych nie ma. Niestety. Kadra nie zapowiada się na medalistów, a kluby nie pociągną za sobą tłumów. Zwłaszcza, gdy same coraz bardziej są pogrążane przez brak sponsorów oraz przepisy…

czwartek, 15 października 2009

Euroleague Prospects 09/10: Rozgrywający

To już ostatnia część serii notek, w których przedstawiałem najzdolniejszych, najciekawszych, najbardziej interesujących koszykarzy mających 23 lata i mniej, a występujących w rozpoczynającej się dziś edycji Euroligi 2009/2010. W tym wpisie sylwetki rozgrywających. Jak zawsze kolejność alfabetyczna

Mantas KALNIETIS

Żalgiris Kowno
195 cm, 23 lata


Od pierwszych treningów w Żalgirisie ciągle wierny jednemu klubowi. W obliczu kłopotów finansowych kowieńskiego klubu, już w lutym po Kalnietisa sięgnął Benetton Treviso, to ten dokończył sezon na Litwie. Obecny miał zacząć już we Włoszech, ale po tym jak wyraził zainteresowanie dalszą grą w ojczyźnie w odratowanym Żalgirisie, spędzi tam jeszcze jeden sezon. Gdy trafił do pierwszej drużyny miał 19 lat, ale pomimo młodego wieku dostał szanse pokazania się w Eurolidze. Wykorzystał ją nieźle – w każdym spotkaniu ze swoim udziałem dostarczał 7 pkt. i 2 as. Doprowadził reprezentację Litwy na ME do lat 20 na drugi stopień podium, czym zasłużył na podróż do Japonii na mistrzostwa globu z seniorską kadrą. Wbrew jego młodego wieku zalicza się do bardziej doświadczonych zawodników w swoim klubie.


Gal MEKEL

Maccabi Tel-Awiw
190 cm, 21 lat


Dwuletni pobyt na uniwersytecie Wichita State skończył się po sygnowaniu kontraktu z mistrzem Izraela. Wtedy (sezon 2008/2009) Mekel został wypożyczony do Galil Gilboa, zresztą spędził tam pomyślny sezon, a teraz wraca do wielkiego Maccabi. Dobra dyspozycja w lidze przełożyła się na powołanie na polski EuroBasket W trzech meczach osiągnął średnie 7 pkt. i 2 as. Wcześniej znajdował się wśród na liście najlepiej punktujących na ME do lat 16 i 18. Mekel wybornie rzuca, podaje, czyta grę, a do tego dokłada młodzieńczej bezczelności. Dzięki temu ten gracz ma papiery na dobrego koszykarza. I kto wie ile pozytywów przyniesie jego praca z ekscentrycznym Pini Gershonem, który lubi zaskoczyć, oj lubi.


Pau RIBAS

Caja Laboral
193 cm, 22 lata


Przed tegorocznym transferem do Vitorii całą karierę spędził w zespole DKV Joventutu Badalona. Zaczął tam od zbierania pierwszych koszykarskich szlifów, a skończył na zdobyciu Uleb Cup i udziału w Eurolidze. W ostatnim notował solidne statystyki na poziomie 7 pkt. i 2,3 as. Należy do typu graczy, którzy swoje braki w fizyczności maskują boiskową inteligencją i kreatywnością. Rzadziej wchodzi pod kosz, woli wykorzystywać zasłony, które otwierają mu czyste pozycje strzeleckie. Pod okiem Dusko Ivanovica może stać się naprawdę mocnym rozgrywającym jak na europejskie warunki.


Ricky RUBIO

Regal FC Barcelona
192 cm, 19 lat


Saga najbardziej utalentowanego hiszpańskiego koszykarza skoczyła się wraz z podpisaniem wieloletniego kontraktu z mistrzem kraju. Minnesota Timberwolves wybrała Rubio z piątym numerem w tegorocznym Drafcie, ale przez obowiązujące w NBA przepisy nie mogła sprostać wymaganiom finansowym. Warty 5,3 mln dolarów kontrakt, za który zapłaciła Barcelona zakłada występy Hiszpana w NBA najwcześniej za dwa lata. Rubio zadebiutował w rozgrywkach ACB mając niespełna 15 lat. Na mistrzostwach Europy do lat 16 ekipa z Półwyspu Iberyjskiego pokonała Rosję 110:106 (aż po dwóch dogrywkach!), a sam zainteresowany skończył z dorobkiem 51 punktów, 24 zbiórki, 12 asyst i 7 przechwytów. Zaliczał się do czołowych graczy Joventutu, w 2008 roku uhonorowany tytułem najlepszego koszykarza kontynentu. Z Igrzysk Olimpijskich w Pekinie wrócił ze srebrnym medalem, po finałowej porażce z Amerykanami. Cudowne dziecko koszykówki rewelacyjnie spisuje się w obronie, eksperci zachwycają się jego pracą nóg. Ponadto cechuje go dobry przegląd pola, boiskowa roztropność i kreatywność. Natomiast jego bolączką są rzuty. Nad tym elementem rzemiosła gracz musi jeszcze popracować. Jedni rozpływają się patrząc na talent Rubiego, ich oponenci są bardziej zdystansowani i na Rubio patrzą chłodniejszym okiem. Pewne jest, że fani basketu z całego świata są, i będą, niezwykle ciekawi rozwoju kariery Hiszpana.


Milos TEODOSIĆ

Olimpiakos Pireus
195 cm, 22 lata


Drogą do Olimpiakosu wiodła przez Borak i FMP Zeleznik. W zeszłym sezonie ciężką pracą wywalczył sobie mocniejszą pozycję w klubie z Pireusu. Na EuroBaskecie 2009 poprowadził reprezentację Serbii do srebrnego medalu. Z losem pierwszego rozgrywającego poradził sobie znakomicie: 14,1 pkt. i 5,2 as. to udowadniają. W polskich halach popisał się choćby 12 asystami w starciu z Litwinami, czy egzekucją na Słowenii, gdy zanotował 32 oczka. Śmiało można stwierdzić, że właśnie podczas mistrzostw w naszym kraju uaktywnił swoje przywódcze zdolności, które są tak cenne u klasowego rozgrywającego, a których niedostateczny poziom Teodosicovi zarzucano. Nie jest ogromnie utalentowany defensywnie, lecz gdy patrzy się na dojrzałość emanującą od tego gracza, można mu wybaczyć błędy. Ma przed sobą wielką przyszłość.


Euroleague Prospects 09/10: Rzucający obrońca

Euroleague Prospects 09/10: Niski skrzydłowy

Prospects Euroleague 09/10: Silny skrzydłowy

Prospects Euroleague 09/10: Center

środa, 14 października 2009

Euroleague Prospects 09/10: Rzucający obrońca

Przedostatnia część prospects. Przypominam, że wybieram po pięciu moim zdaniem najciekawszych graczy młodego pokolenia występujących w Eurolidze, a liczących maksymalnie 23 lata. Do tablicy wezwani zostają rzucający obrońcy.


Martynas GECEVICIUS

Lietuvos Rytas WIlno
193 cm, 21 lat


Trudno go nazwać inaczej niż typowym kilerem, egzekutorem. Podczas trzech sezonów, w których miał okazje grać w Lietuvosie nie zszedł poniżej 70% skuteczności w rzutach za 2 punkty..Jego przygotowanie motoryczne robi kolosalne wrażenie, co czyni go dobrym obrońcą. W Eurolidze zadebiutował w meczu przeciw Armani Jeans Milano zdobywając 8 punktów (jego najlepszy występ na tym poziomie to 11 oczek przeciw Unicaja Malaga). Jednak EuroCup 2008/2009, jakże wspaniały dla Lietuvosu, nie był taki udany dla Geceviciusa pod względem statystycznym. Rzadko dostawał szansę, zazwyczaj schodził z ławki rezerwowych na kilka minut. Dla Rytas sezon już trwa, a utalentowany rzucający zyskał silniejszą pozycje w zespole, wychodząc nawet w wyjściowych zestawieniach. Litewska koszykówka będzie mieć z niego dużo pożytku.


Paweł KIKOWSKI

Olimpja Lubljana
193 cm, 23 lata


Wychwanek Kotwicy Kołobrzeg zaszokował całą koszykarską Polskę. Rozmyślano o jego kolejnym polskim klubie, a tymczasem na transfer zdecydował się mistrz Słowenii. Dla nas to chyba najciekawszy „ogórek” tego lata. To lato również chyba sam zawodnik zaliczy do najbardziej porywających w swoim życiu. Treningi z Timem Hardawayem, powołanie do kadry, niestety zakończone odsunięciem od składu i przeprowadzka do Lubljany. Można zastanawiać się, czy to nie za głęboka woda dla Pawła. Osobiście dziwią mnie takie spekulacje. Jeśli chcemy poszczycić się wielkim koszykarzem to ile jeszcze można było czekać na taką bombę? Teraz tylko w jego gestii leży ciężka praca, od których zależą minuty zaufania od trenera. Polak mocno musi się napocić, bo wśród obrońców w jego drużynie panuje ogromny ścisk. Ilievski, Becirovic, Klobucar, Ozbolt, to te „mocniejsze argumenty” w ekipie Zdovca. Na razie w przegranym meczu z KK Zadar „Kiko” na parkiecie spędził tylko 4 minuty, nie zapisując się niczym w statystykach. Musi być lepiej. Może już jutro w starciu z Maccabi.


Jaka KLOBUCAR

Olimpja Lubljana
198 cm, 22 lata


Młodzieniec z Novego Mesta zapowiada się na topowego gracza naszego kontynentu i można się już teraz zastanawiać, czy, i jak, poradziłby sobie w NBA. Ma imponujące jak na rzucającego warunki fizyczne. Świetnie przygotowany atletycznie, solidnie zbudowany. Do innych walorów można zaliczyć niezły rzut (Klobucar jest leworęczny) przegląd pola i dokładność podań. Z Krki przeniósł się do Slovana.Lubljana, a po dwóch latach przechwycili go rywale zza miedzy, czyli Olimpja. W nowym zespole zdarzył już zdobyć mistrzostwo swojego kraju. Został także uhonorowany występem w meczu gwiazd 2008 ligi adriatyckiej. Debiutancki sezon w Eurolidze nie powalił, ale dobrze przepracowane lato wraz ze słoweńska kadrą może teraz przynieść rezultaty.


Sergio LLULL

Real Madryt
192 cm, 22 lata


Na początku małe wyjaśnienie. Zdaję sobie sprawę, że Llulla można zobaczyć na pozycji rozgrywającego, ale to zawodnik nienagannej motoryce, dzięki czemu jego gra jest bardzo dynamiczna. Kierowanie gry łączy z szybkością, skocznością i dlatego umiejscowienie go wśród rzucających obrońców. Tym bardziej, że właśnie z rozgrywaniem czasem miewa problemy. W Drafcie 2009 wybrany z 34 numerem przed Denver Nuggets. Prawa do niego ostatecznie nabyły Rakiety z Houston. Jednak cały czas zostaje w Realu Madryt. Pod skrzydłami Ettore Messiny zaczyna swój trzeci sezon w Królewskich. We wrześniu załapał się do kadry kierowanej przed Sergio Scariolo, dzięki kontuzji Berni Rodrigueza. Szczęście w nieszczęściu – skończyło się złotym medalem dla młokosa. Na ME zaliczył kilka bezbarwnych występów na przemian z troszkę lepszymi. Im bliżej do koca zeszłego sezonu, tym LLull grał lepiej. W fazie TOP 16 dobrze wypadł w starciu z Barceloną, gdy zanotował 18 punktów, ale już w fazie play-off z Olympiakosem grał mniej i słabiej. Jeśli ten gracz ustabilizuje formę, jest niesamowicie groźny. Zobaczymy co pokaże u Messiny.

Martynas POCIUS

Żalgiris Kowno
194 cm, 23 lata


Absolewnt Uniwersytetu Duke wraca do ojczyzny. Jak ryba w wodzie czuje się w ataku. Uwielbia atakować kosz, szybki, posiada niezły kozioł, a do tego jest zdolny do rzucania na wysokiej skuteczności. Atletyczny, zwrotny gracz. Tegoroczną Uniwersjadę zakończył ze średnimi 13,5 pkt oraz 5,8 zb. . W sezonie 2008/2009 głównie pauzował z powodu urazu łokcia. Teraz na europejskich parkietach zobaczymy czego nauczył się w Stanach Zjednoczonych. Ciekawe jak zafunkcjonuje z Marcusem Brownem? W kilku meczach ligi bałtyckiej i litewskiej już pokazał się z dobrej strony. Czekamy na więcej.


Euroleague Prospects 09/10: Niski skrzydłowy

Prospects Euroleague 09/10: Silny skrzydłowy

Prospects Euroleague 09/10: Center

wtorek, 13 października 2009

Tu nie będzie rewolucji

Od wczoraj koszykarska Polska żyła niczym w świecie polityki. Był przeciek, że Janusz Wierzbowski we wtorek (czyli dziś) ma zostać urlopowany, zaś prezesem Polskiej Ligi Koszykówki zostanie Jacek Jakubowski, były dyrektor sportowy Asseco Prokomu Sopot. Fora internetowe ożywiły się spekulacjami i ogólnymi nadziejami na „nowe otwarcie” w polskiej lidze. A ja się pytam – nawet jeśliby do tego doszło, to czy faktycznie nastąpiłaby zmiana jakościowa?

Wieczorem zresztą znowu „przeciekło” i portal polskikosz.pl poinformował o tym, że Wierzbowski zostaje na stanowisku. Jego nowym zastępcą ma zostać wspomniany Jakubowski („jeśli się zgodzi”), zaś „nadzorcą” prezesa PLK ma być Andrzej Twardowski, szef Energi Czarnych Słupsk. Z dużej chmury mały deszcz. Według wspomnianego serwisu to Twardowski będzie docelowym prezesem ligi, a cała maskarada służy .. nie wiadomo czemu. Podobnie jak zakulisowość całej operacji na żywym trupie polskiego basketu. Zamiast czytelnego sygnału do opinii publicznej, typu „jest źle – zmieniamy” lub „jest dobrze – zostawiamy”, dzieją się jakieś ukryte gierki, które interesują już tylko fanatyków koszykówki i dziennikarzy.

Czara goryczy przelała się po inauguracji rozgrywek PLK. Słaby mecz transmitowany w niszowej stacji telewizyjnej i jak się później okazało, przy niewielkim zainteresowaniu telewidzów (10,2 tys. widzów). Do tego doszedł denerwujący występ w tonie propagandy sukcesu w wykonaniu prezesa PzKosz Romana Ludwiczuka oraz Wierzbowskiego podczas rzeczonego meczu. Jego zapis dostępny na stronie internetowej TVP jest niezamierzoną parodią dla tych, którzy wiedzą, ile osób przyszło obejrzeć start ligi i jaki jest realny wpływ Eurobasketu na sytuację koszykówki w Polsce. Czyli niewielki.

Na czele komitetu organizacyjnego tej imprezy stał Ludwiczuk. Szef naszej federacji zdołał nieco wcześniej uzyskać także status nadzorcy ekstraklasy, co dało mu władzę niespotykaną w żadnym cywilizowanym kraju z poważną ligą koszykarską. Mało tego, nawet liga piłki nożnej wywalczyła sobie autonomię od znienawidzonego PZPN –u i pozytywne efekty widać. Mizerny produkt w błyszczącym opakowaniu sprzedaje się świetnie mimo afer korupcyjnych i kiepściutkich wyników na arenie międzynarodowej. Tymczasem ekstraklasa koszykarzy od ponad roku nie ma sponsora tytularnego, dała się zepchnąć do rangi zapchajdziury w mało znanej stacji telewizyjnej, a jej bieda piszczy na kilometr.

Przez lata prezesi klubów PLK starali się ograniczyć władzę szefa ligi. Dzięki temu mogli działać na własną rękę i skutki są widoczne. Mamy dwa – trzy kluby kojarzone poza światkiem koszykarskim i całą ciemną masę pozostałych, których nazwy nic nikomu nie mówią. Nikt nie myśli o lidze jako o produkcie całościowym, który należy sprzedać w pakiecie. Tak się dzieje z NBA, czy ligą ACB. Nie mówcie mi, że to kwestia pieniędzy, by tak działać. Potrzebne jest podejście całościowe, a nie zasada „wolnoć Tomku..” Liga musi organizować wspólne eventy i żadne z nich (jak ostatnio mecz Prokomu z CSKA Moskwa) nie powinny się odbywać bez udziału znaczka PLK oraz transmisji telewizyjnej. Wyobrażacie sobie, by np. Chicago Bulls jechali do Tajwanu nie uczestnicząc w kampanii NBA Live Tour? Byłoby to szaleństwo, za które komisarz ligi, David Stern zrobiłby z władz Byków zupę.

Podobnie rzecz się ma z telewizją, nad którą liga powinna stać niemal z karabinem i pilnować jakości i ilości transmisji. Nie inaczej musi się dziać w wypadku poszukiwania sponsora, którego pozyskanie wynika z obecności PLK na szklanym ekranie. I błagam, niech nikt nie zasłania się kryzysem ekonomicznym, bo 1 lidze piłki nożnej jakoś on nie przeszkadzał.

Żeby nie przedłużać – lidze potrzebny jest zarząd, którego szef dysponuje pełnią władzy oraz zespołem ludzi do zadań marketingowych, finansowych, sportowych i prawnych. Przydałby się także specjalista od kontaktów z mediami. Sam prezes nie ogarnie tych wszystkich kwestii, a jakie są tego skutki, widzimy obecnie. Reszta ligi powinna się tej władzy podporządkować, a wcześniej wywalczyć sobie autonomię od władz federacji. Organizacja rozgrywek, budżet, sponsorzy – to są kwestie czysto biznesowe, do których pan Ludwiczuk, czy inny prezes PzKosz naprawdę nie musi się wtrącać.

Powiem teraz coś pod prąd opinii publicznej. Od czasu nieporozumień wokół weryfikacji klubów oraz regulaminu, media kreują obraz Janusza Wierzbowskiego, jako jakiegoś, za przeproszeniem, buraka i leśnego dziadka. Rok temu jako człowiek znikąd miałem okazję kontaktować się z nim w poszukiwaniu informacji na temat zgłoszenia Śląska do rozgrywek. Podobnie jak Michcio, nieraz zawracałem szefowi ligi głowę, tymi samymi pytaniami, a ten, cierpliwie i po raz setny opowiadał tę samą historię kolejnemu dziennikarzowi, oddzwaniał, czy mailował. Tamten Wierzbowski nijak nie pasował mi do kogoś, kto miał rzekomo nazwać dziennikarzy debilami.

Wydaje mi się, że on po prostu ma już dość tej samotnej szarpaniny z klubami i prezesem federacji i stad może jakaś frustracja. Jego dobre pomysły, jak wspomniana weryfikacja, są torpedowane przez „górę” i kluby, zaś triumfalne wejście do współpracy z Polsatem sprzed trzech lat rozbiło się o niekompetencję niektórych działaczy klubowych, sabotujących możliwość wybrania optymalnego meczu pod transmisję w tv. Z kolei Ludwiczuk wciska mu do podpisu kolejne przepisy o Polakach, które zamiast wspierać naszą kadrę przynoszą głównie chaos. Czy w takich warunkach można coś konstruktywnie zdziałać? Wątpię.

Krótko mówiąc, nie wierzę, by zmiana Wierzbowskiego na Jakubowskiego, Twardowskiego czy nawet Billa Gatesa cokolwiek zmieniła. Liga musi się usamodzielnić i zacząć sama na siebie zarabiać. Jeśli prezes Ludwiczuk chce jej dobra, niech opowie się za takim statutem i regulaminami rozgrywek, by zarząd PLK mógł działać swobodnie. Wtedy na jego czele stanie nawet niezależny fachowiec z zewnątrz, co dziś wydaje się mrzonką.

Nie zadziałają tu też znane z piłki nożnej hasła o bojkocie PzKosz, czy PLK. Przecież zainteresowanie ligą już przywodzi na myśl jakiś bunt przeciw niej i nie trzeba go podsycać. Wręcz przeciwnie, rozgrywkami warto się interesować i walczyć o podniesienie ich jakości. Nie da się też bojkotować sponsorów PLK, bo ich nie ma. Nie wymyślajmy więc koła kwadratowego i skupmy się na walce o ewolucję systemu. Zresztą, jak wiadomo rewolucja zjada własne dzieci, a tego nie życzymy żadnemu potencjalnemu autorowi jakże potrzebnych naszej lidze zmian.

PS Tytuł niniejszej notki pochodzi od utworu Big Cyca z płyty „Z gitarą wśród zwierząt”.

Euroleague Prospects 09/10: Niski skrzydłowy

Po weekendowym letargu czas na powrót prospects. Czas na niskich skrzydłowych. Przypominam, że wybieram po pięciu moim zdaniem najciekawszych graczy młodego pokolenia występujących w Eurolidze, a liczących maksymalnie 23 lata.


Bojan BOGDANOVIC

Cibona Zagrzeb
200 cm, 20 lat


Miał 16 lat gdy trafił do Realu Madryt. Oczywiście na grę w pierwszym składzie Galacticos było za wcześnie, dlatego balansował między wypożyczeniem do Bośni, a występami w rezerwowej ekipie Królewskich. Dwa przyzwoite sezony, jeden można rzec wyśmienity, w drugiej drużynie przyniosły skutek w postaci wypożyczenia do Murcii., gdzie jednak poklasku nie znalazł i wrócił do stolicy Hiszpanii, znów do drugiego składu. W obecnym sezonie występuje w Cibonie Zagrzeb. Ogromna zaleta to uniwersalność. Z łatwością rzuca, lubi zaatakować kosz. Widać u niego jeszcze braki w defensywie, borykał się z za małą masą, lecz wszystko idzie w coraz lepszym kierunku. Zobaczymy czym wykaże się w zespole Velmira Perasovica?


Luigi DATOME

Lottomatica Roma
202 cm, 22 lata


Pierwszy Włoch w stawce. Talentu na miarę NBA mu brakuje, lecz w Europie może zaliczać się do najlepszych na swojej pozycji. Występował na hiszpańskim Eurobaskecie 2007. Uwielbia atak. Niezwykle szybki, przebojowy i błyskotliwy, dzięki czemu rewelacyjnie spisuje się w pojedynkach 1 na 1. Przyzwoita skuteczność zza łuku, lecz mogłaby być bardziej regularna. Ofensywne usposobienie nie przeszkadza w oddaniu piłki do lepiej ustawionych kolegów. Po wieloletniej przygodzie w Montepaschi Siena i wypożyczeniu do Scafati, zawędrował do Lottomatici Roma. W zeszłej edycji Euroligi w kilku występach pokazał się z naprawdę dobrej strony. Ciekawy gracz, przed którym stoi wyzwanie przeskoczenia w rotacji Hutsona czy Toure.


Nikita KURBANOW

CSKA Moskwa
202 cm, 23 lata


Reprezentant Rosji na minionym Eurobaskecie pozostawił po sobie dobre wrażenie. Mimo że w niektórych spotkaniach powąchał parkiet przez minutę, a w innym rozegrał większość spotkania, potrafił swe szansę wykorzystać, jak choćby w konfrontacji z Francuzami (34 min. 14 pkt, 5 zb.), gdy przekreślił szanse na 100% skuteczność jednym pudłem zza linii 6,25 m.
Uważany za jednego z obiecujących skrzydłowych w Europie Oczywiście oprócz CSKA, zaliczył przygodę w Unicsie Kazań (EuroCup) i Spartaku St.Petersburg. Teraz powrócił do stolicy swojego kraju. MVP na mistrzostwach Europy do lat 20. Nie ma mowy, by na boisku go poniosło, gracz o wysokim tzw. koszykarskim IQ, podejmuje dużo właściwych decyzji, gra dla zespołu. W bardziej rosyjskim składzie Czerwonoarmiejców liczę na zaskoczenie z jego strony.


Milenko TEPIC

Panathinaikos Ateny
202 cm, 22 lata


Czeka go już czwarty sezon w Eurolidze! Dwa ostatnie były bardzo równe w jego wykonaniu. W zeszłym dostarczał średnio 9,7 pkt. 3.5 zbiórki i 3.3 asysty, co czyni go bardzo udanym. Zaliczany do inteligentnych graczy, umiejących wybrać między rzutem a podaniem w odpowiednim momencie, do tego bardzo skuteczny. Pierwszym poważnym klubem była Vojvodina Novi Sad, a później Partizan. Tego lata akces do posiadania Tepicia wyraziły m.in. Pamesa Walencja i Panathinaikos. Serb wybrał stolicę Grecji i trudno mu się dziwić. Koniczynki co roku są w ścisłej czołówce na krajowym podwórku, a i międzynarodowo nieźle im się powodzi. Wielu się zastanawia kiedy Tepic wyfrunie za ocean. Na razie musi harować na zaufanie Zelimira Obradovica.


Andrey VORONTSEVICH

CSKA Moskwa
204 cm, 22 lata


Rosyjska Super Liga także pieści koszykarzy i kibiców obowiązkiem ciągłego przebywania dwóch koszykarzy z tamtejszym paszportem. Słychać o niepowodzeniu tej zasady, a jednak wymieniam kolejnego Rosjanina. Może niedługo wybuchnie jakiś talent na miarę Kirilenko czy Khryapy? David Blatt zabrał go na polskie Mistrzstwa Europy. Co prawda mogliśmy obejrzeć kilka ciekawych momentów w wykonaniu tego gracze, jednakże ostateczna nota wypada raczej średnio. Oprócz tych doświadczeń, i oczywiście w lidze, dostąpił zaszczytu w reprezentowaniu ojczyzny na Igrzyskach Olimpijskich w Pekinie. Nadchodzi jego czwarty sezon w CSKA. W lidze może liczyć na kilkanaście minut gry, ale już na międzynarodowej arenie dotychczas ograniczało się to do kilkuminutowych epizodów. Ciekawe czy u Pashutina coś się zmieni?


Prospects Euroleague 09/10: Silny skrzydłowy

Prospects Euroleague 09/10: Center

poniedziałek, 12 października 2009

Poławiacz frajerów

PLK się zbliżała, PLK ruszyła, a ja sobie milczę w temacie, bo nie mam czegokolwiek pozytywnego do napisania. I tak sobie myślałem, że jeśli mam pisać tylko negatywnie, znęcać się nad poziomem ligi i innymi okolicznymi aspektami, to nie bardzo ma to sens, bo donikąd nie prowadzi.

Tych rzadkich elementów zapowiadających się pozytywnie - Polonia 2011 Warszawa z naprawdę zdolną w pełnym tego słowa znaczeniu młodzieżą, Asseco Prokom Gdynia z niespotykanym w Polsce poziomem i być może Turów Zgorzelec z ciekawym składem - jeszcze nie miałem okazji widzieć w akcji.

Ale stwierdziłem, że upust irytacji faktem jakich graczy przychodzi nam w lidze oglądać dzięki działaczom naszych kochanych klubów, trzeba gdzieś dać. Chciałbym piętnować kluby za przeciętniaków i słabiaków, których nam do ligi ściągają. Za słabych obcokrajowców z zapytaniem - dlaczego nie stawiacie na Polaków?, a za słabych Polaków z zapytaniem - dlaczego nie wychowaliście sobie lepszych? Poławiacz frajerów jeśli zajdzie taka potrzeba, może stać się stałą rubryką...

Oczywiście nie mam możliwości oglądania wszystkich meczów. Także część będzie na podstawie tego co widać w tv, a część na podstawie tego co widać w cyfrach. Oczywiście jakiś klucz statystyczny zakwalifikowania nie istnieje.

No to jedziemy. Frajerem kolejki został Keddric Mays ze Znicza Jarosław z przepięknym 0/2 za 2, 4/16 za 3 i 7 stratami. Pozytywów tyle co 4 zbiórki, 1 asysta i 2 przechwyty, a to wszystko w ponad 33 minuty gry. Pozostając w tym samym zespole mamy kolejnego kolegę zasługującego na wyróżnienie, a jest nim John Williamson z genialnym 3/12 za 2 oraz 0/1 za 3.

Kotwica Kołobrzeg także ma dwóch bohaterów. Omni Smith 1/10 za 2, 1/3 za 3. Miszcz. Przynajmniej coś poasystował. Dość solidarnie zachował się Piotr Stelmach: 2/9 za 2, 1/5 za 3. Aż strach pomyśleć, że mówimy o podkoszowcu...

Czarni Słupsk naprawdę "doskonale" spisali się tego lata. Jakiś poziom utrzymuje tylko Mantas Censauskis, wicemistrzowie Daniels i Harris coś tam próbują robić, a reszta... Dlatego tutaj zrobię zbiorowe wyróżnienie dla panów Ronalda Clarka, Jamesa Joyca i Marcina Sroki. Do spółki uzbierali 2/13 za 2, 1/8 za 3.

Co do przeciwników słupskiej drużyny - Trefla Sopot. Cliff Hawkins miał 1/5 z gry, ale przede wszystkim w tym spotkaniu okazał się gorszym rozgrywającym niż Iwo Kitzinger, co już mówi samo za siebie. Do tego Łukasz Ratajczak. Oczywiście spektakularnie słabych statystyka nie zdążył zrobić, bo na szczęście grał krótko. Gra w PLK, bo raz tu trafił i jeszcze nie wypadł z obiegu.

Zbiorową nagrodę otrzymują także Polacy (w ogóle nie juniorzy) ze Stali Stalowa Wola: Rafał Partyka, Marcin Malczyk, Maciej Klima oraz Krzysztof Mielczarek, którzy połączonymi siłami osiągnęli 0/12 z gry, 5 strat i eval w wysokości -6. Brawo!

Kolejni wyróżnieni to George Reese z AZS Koszalin za 5/14 za 2 i 0/3 za 3. Matt Kingsley praktycznie z samolotu, ale żeby w meczu Polonii Warszawa w 11 minut zdążyć zrobić 1/6 za 2, to trzeba się postarać. Uros Duvnjak z PBG Basket Poznań 0/5 z gry jako pierwszy PG.

Na sam koniec Asseco Prokom Gdynia. Nasza gwiazda kadry, Michael Jordan polskiej reprezentacji David Logan grał ze Zniczem Jarosław. Jak wiecie, albo i nie wiecie, Znicz w trakcie ostatniego lata urósł do symbolu klubu, przeciw któremu David gra na dobrych skutecznościach. No cóż. Tym razem się nie udało.

Naprawdę sporo się tego uzbierało, a gdybym się skupił na wyłowieniu wszystkich efektownie słabych statsów, pewnie nazwisk musiałbym przytoczyć dwa razy więcej. Nie do końca nie o to tutaj chodzi. W każdym razie piętnowania słabych występów i złośliwości na dziś wystarczy.

I nie martwcie się za bardzo. Przynajmniej część z tych graczy długo miejsca w PLK nie zagrzeje, a za nich na pewno przyjdą lepsi...

piątek, 9 października 2009

Prospects Euroleague 09/10: Silny skrzydłowy

Czas na drugi odcinek zabawy, w której wskazuje pięciu, subiektywnie najciekawszych, młodych, dobrze prosperujących graczy, mających maksymalnie 23 lata w drużynach euroligowych. Wczoraj pokusiłem się o zestawienie centrów. Teraz czas wytypować silnych skrzydłowych. O to w mojej opinii najbardziej ciekawa piątka na tej pozycji:


Dejan BOROVNJAK

Lietuvos Rytas Wilno
209 cm, 23 lata


Następny koszykarz z belgradzkiej kuźni talentów. Od sezonu 2004/2005 w Partizanie przez kolejne cztery. Oczywiście jaśniej świecił podczas meczów w drugiej drużynie mistrza Serbii. Przyszedł czas na przeprowadzkę do Novego Sadu, gdzie znacznie łatwiej przebić się do pierwszego składu. Utalentowany Serb okazję wykorzystał wspaniale, skończył sezon ze średnimi 12,2 pkt i 6,8 zbiórki. To poskutkowała następną przeprowadzką, tym razem na Litwę, do Wilna. Lietuvos zagości w Eurolidze, a Borovnjak wreszcie może sprawdzić się na naprawdę wysokim poziomie.



Joel FREELAND

Unicaja Malaga
208 cm, 22 lata


Mając 19 lat został wybrany w drafcie przez Portland Traid Blazers z numerem 30, jednakże pracy w NBA nie znalazł. Freeland był pierwszym Brytyjczykiem, który został wybrany w pierwszej rundzie. Zaskoczenie musiało być ogromne z uwagi na późny początek jego przygody z koszykówką. Włodarze z Portland zalecili szlifowanie umiejętności w Europie. Młodzian ostatecznie trafił do Hiszpanii, gdzie podpisał kontrakt z Kalise Gran Canaria. Droga do pierwszego składu prowadziła przez grę w III lidze hiszpańskiej. Freeland spełnił pokładane w nim nadzieje, a to zaprowadziło go do pierwszego teamu. Ostatni sezon był jego najlepszym w karierze (12.5 pkt. i 6 zb. w EuroCup). Po niezłym sezonie z jednym z najbardziej obiecujących wysokich zawodników w Europie wieloletnią umową związała się Unicaja Malaga.


Emir PRELDZIC

Fenerbache Ulker Stambuł
206 cm, 22 lata


Od dwóch lat solidnie spisuje się w ekipie Bogana Tanjevica. Nie imponuje warunkami fizycznymi, szczupła sylwetka trochę ułatwia przeciwnikom grę przeciw Preldzicowi. Rekompensuje to swoją koszykarską inteligencją, wyczuciem, świetnie czyta, to co dzieje się na parkiecie. Dzięki refleksowi i sprytowi potrafi być aktywny pod tablicami. Odnajduje się też troszkę dalej od kosza, gdzie czasem próbuje rzucać za 3. Niebywale przydatny w ataku. Silna konkurencja wewnątrz zespołu (Turkcan, Erden) musi dobrze wpłynąć na tego zawodnika. Zeszłoroczna edycja Euroligi to dla niego naprawdę solidna faza grupowa. W TOP16 trochę spuścił z tonu, mimo to pozostając ważną postacią w drużynie.


Novica VELICKOVIC

Real Madryt
205 cm, 23 lata


Jeden z uczestników wielkiej ekspansji Realu Madryt. Ettore Mesina uważa go za najlepszego młodego zawodnika w Europie. Velickovic w zeszłych rozgrywkach był wyróżniającym się graczem Partizanu Belgrad. Grał tam nieprzerwanie od 2004 roku. W meczu o awans do Final Four belgradzka ekipa musiała uznać wyższość CSKA kierowanego przez Messina właśnie. Serb dał się nieźle zapamiętać dzięki swojemu występowi w decydującym starciu ( 26 pkt. 4 zb. 4 as.). Przez trenerów uznany najlepszym wschodzącym koszykarzem sezonu 2008/2009. Trudno o lepszą nobilitację. Ważna postać w reprezentacji Serbii podczas ostatnich ME. Teraz przychodzi czas na sprawdzian umiejętności na wyższym poziomie.




Jan VESELY

Partizan Belgrad
210 cm, 19 lat


Cudowne czeskie dziecko koszykówki. Świetne warunki fizyczne już w tak młodym wieku, czynią go łakomym kąskiem dla wielu klubów, nawet tych zza oceanu. Świetnie czuje się blisko kosza, Zeszłe rozgrywki spędził w serbskiej kuźni talentów o nazwie Partizan i był to idealny ruch. Bo gdzie zbierać koszykarskie szlify jak nie tam? Posiada ogromny potencjał i talent, zdradza instynkt do zbiórek. Kombinacja walorów czyni go graczem uniwersalnym i zarazem wielce przydatnym, gdyż potrafi zagrać nawet na pozycjach 3-5. Na euroligowych parkietach zabłysnął w pojedynku z Panioniosem ( 19 pkt., 10 zb.), a ostatnie starcie z Phoenix Suns pokazało, że jest gotów „pociągnąć” zespół, co pozwala optymistycznie patrzeć na nadchodzący sezon . Nie wykluczone, że już za rok Czech będzie najsmaczniejszym kąskiem na rynku transferowym.

Tu chwila na małe refleksje. Po boju z Entente Orlean z Euroligi odpada Benneton Treviso z niesamowicie ciekawym składem. Wallace, Nicevic, Hackett, Kus... można wymieniać dalej, nazwiska nieprzypadkowe. Mnie najbardziej szkoda Motiejunasa. Z premedytacją czekałem z "wypuszczeniem" tej notki do zakończenia decydującego spotkania. Włosi dziś wygrali (82:80) na wyjeździe, a to wystarczyło do obrony 9-punktowej zaliczki Francuzów z meczu w Trevso. Gratulacje za pierwsze, niewątpliwie duże zaskoczenie. Oby takich jak najwięcej już podczas właściwej fazy. Wracając do 19-letniego Motiejunasa, niespotykanie utalentowany, szybki, finezyjny, potrafiący rzucić z dystansu. Głośno mówi się o nim w kontekście NBA. Szkoda, szkoda, szkoda. Swoją drogą tata motywował syna w ciekawy sposób:




Prospects Euroleague 09/10: Center