niedziela, 29 listopada 2009

POLONIA 2011 WARSZAWA

Pierwsze prawdziwe emocje dla kibica koszykówki bez klubu w PLK, nastąpiły dopiero w 10. kolejce tejże ligi. Wcześniej terminarz nie dostarczał szlagierów, telewizja nie trafiała w nazbyt ciekawe mecze, a poziom jak wszyscy wiemy - znów spadł. Co prawda Polonii 2011 kibicuję co kolejkę, ale polega to tylko na oglądaniu relacji live ze statystykami. W poprzednim meczu telewizyjnym młodej Polonii przeciwko Turowowi Zgorzelec emocji było wyraźnie mniej.

Na derby obu Polonii czekałem już od dłuższego czasu. Po bardzo dobrych spotkaniach P2011 (przepraszam za skrót, ale powtarzanie nazw dwóch klubów o tej samej nazwie bywa męczące) i pierwszym triumfie w Koszalinie, apetyt wzrósł jeszcze bardziej. W kontekście całego sezonu bardzo szkoda kontuzji Dardana Berishy, który opuścił pierwsze spotkania, a kolejnych kilku potrzebował na wejście w rytm. Z nim w normalnej dyspozycji od początku sezonu bilans młodej drużyny ze stolicy mógł wyglądać o wiele lepiej. Dziś Berisha był już w pełni dysponowany, za to choroby zmogły Pamułę i Mokrosa - dwóch bardzo regularnie występujących w ekstraklasie młodych graczy.

Pierwsza kwarta to wymiana kosz za kosz, gdzie pod koniec pierwszych dziesięciu minut za sprawą Hardinga Nany Polonia uzyskała czteropunktową przewagę. Od stanu 17:14 dla P2011 nastąpił zastój gospodarzy. Rywale zdołali zbudować już nawet dziesięciopunktową przewagę. Ale wtedy do roboty zabrali się gracze Polonii 2011 (głównie za sprawą rzutów za 3) i przed połową zdołali wyjść na prowadzenie. Cała druga połowa to cała seria budowania przewagi przez młodzież oraz odrobienia strat przez Polonię z Konwiktorskiej. Do przełamania wyniku jednak nie doszło i spotkanie zakończyło się dość pewnym zwycięstwem ekipy Mladena Starcevicia.

Najwięcej punktów dla młodej Polonii zdobył Marcin Dutkiewicz, który bardzo często potrafił znaleźć się na właściwych pozycjach i był bardzo dobrze obsługiwany przez kolegów. Na mnie większe wrażenie zrobił jednak Dardan Berisha, który ma doskonałe możliwości indywidualne. Świetne penetracje podkoszowe, bardzo dobry rzut i to często pod presją czy doskonały automatyzm na linii rzutów osobistych. Do tego był w stanie poprawnie odciążać Śniega na rozegraniu. Pozostając przy Tomku Śniegu on też był autorem tej wygranej, choć mniej rzucającym się w oczy. Wszedł w czwartej kwarcie z ławki nie mając ani jednego celnego rzutu z gry na koncie. Polonia Azbud naciskała w tym fragmencie najmocniej, była bliska wyrównania. I właśnie wtedy Śnieg pewnie trafił z półdystansu, zaliczył trójkę z faulem oraz zanotował świetną asystę do Leszka Karwowskiego. Do tego trzeba dodać 6 asyst, 4 przechwyty i aż 10 wymuszonych fauli w całym spotkaniu. Pokazał się w pełni jako lider i prowadzący grę tego zespołu, choć punktów zdobył tylko 7.

Do tego wszystkiego swoje zrobili Leszek Karwowski (to cieszy, że "Inżynier" nie musi robić na boisku wszystkiego), Lewandowski, Jankowski czy Kolowca. Braki pod koszem są wciąż jednak zauważalne i każde polskie wzmocnienie na deskach będzie bardzo mile widziane. Ogromnie cieszą zapewnienia Waltera Jeklina, że Polonia 2011 nie pęknie, że zagranicznych wzmocnień nie będzie. Tak trzymać.

Co zaprezentował rywal młodych polskich koszykarzy? Najsmutniejszy widok stanowili ich rówieśnicy - niemniej utalentowani Łączyński i Nowakowski. Na boisku apatyczni, mało widoczni i w ogóle niespoglądający w stronę kosza. Wszak w Polonii Azbud od rzucania są Josh Alexander, Eddie Miller i Brundun Hughes. Ta trójka raz po raz próbowała rzutów z ciężkich pozycji pod presją obrońcy, z odchylenia czy różnych akrobacji pod koszem. Czasami wychodziło, czasami nie. Tu muszę postawić retoryczne pytanie - dlaczego niedoświadczeni na profesjonalnych parkietach rywale nie musieli rzucać tak często pod presją, tylko potrafili wypracować sobie pozycje?

I dlatego moim zdaniem bardzo dobrze się stało, że do połączenia obu Polonii nie doszło. Kto wie dla jakich wirtuozów koszykówki zza oceanu dodatkiem staliby się Śnieg, Berisha, Dutkiewicz czy Pamuła. Tymczasem oni w ogóle nie są dodatkiem, tylko są lepszymi koszykarzami od gwiazdek z Ameryki.

Polonia 2011 to taki odcisk na stopie wszystkich klubów, działaczy i trenerów, którzy twierdzili, że się nie da, że nie ma talentów, że są tylko niedouczeni niby-koszykarze, że potrzeba na to lat, że potrzeba na to ogromnych pieniędzy. Tymczasem talenty są i DAŁO SIĘ - w trzy lata, bez wielkich pieniędzy. Za drobny ułamek wartości kontraktów wszystkich przeciętnych obcokrajowców, którzy przewinęli się przez ostatnie trzy sezony w PLK...

Potrzeba było do tego chęci, profesjonalizmu i zapewne innej mentalności. Bo niestety Polonia 2011 to dzieło niepolskiego trenera i niepolskiego dyrektora sportowego. Zadziwili wszystkich - nawet siebie - rok przed planem awansując do ekstraklasy. A chłopaki pod ich wodzą nie przypominają tych, których znamy z polskiego basketu. Nie myślą, że mają jeszcze czas, że nic się nie stanie, jak przegrają. Chcą wygrywać, wchodzą na parkiet i wygrywają. Kogo jak nie tak niedoświadczonych graczy zdołować miało osiem przegranych z rzędu? Ich to tylko wzmocniło i ja z zapartym tchem będę śledził ich walkę o pozostanie w ekstraklasie.

Jeszcze jedno zwycięstwo w tej rundzie (najlepsza okazja zapewne z Kotwicą u siebie) powinno dać niezłą pozycję wyjściową przed drugą rundą. Wykraczając już zupełnie daleko w przyszłość - jeden plus z naszego nieszczęsnego pre-play-off jest taki, że jeśli chłopaki już się utrzymają, to od razu sprawdzą się w warunkach play-off. A tam na początek sprzyjająca niespodziankom seria do dwóch zwycięstw, więc kto wie? Ale nie zapeszajmy...

czwartek, 26 listopada 2009

Niezorganizowane grupy zawodnicze

Za nami debiut drugiego reprezentanta Polski w europejskich pucharach. Turów zaczął tak, jak Asseco Prokom - od porażki na własnym terenie z teoretycznie najsłabszym rywalem w swojej grupie. Czy są jeszcze jakieś podobieństwa między tymi dwoma występami?

We wtorek gościła we Wrocławiu ekipa Nancy. Liga francuska, którą ten zespół reprezentuje ma u fachowców opinię kwintesencji grania na luzie, które na naszym blogu kwitujemy mianem streetballa. Na marginesie - lubię pooglądać ten rodzaj koszykówki, który jest najbardziej pierwotną i nieokrzesaną jej formą. Kojarzy mi się z czasami szkolnymi, gdy każdy chciał grać w basket, a boiska z koszami gęstniały od "zawodników" i gapiów. Tak sobie myślę, że każdy kto chce poważnie grać w kosza, powinien przejść "szkołę ulicy", by nie bać się gry 1 na 1 "wiedzieć, co zrobić z piłką", Kreatywności i decyzyjności wyniesionej z pojedynków bez zegara 24 sekund i innych dodatków, moim zdaniem brakuje wielu naszym zawodnikom. Jednakże profesjonalna gra pięciu na pięciu wymaga czegoś więcej.

Tym bardziej szkoda, że wicemistrzowie Polski mający ambicje grania poważnej koszykówki dali się ograć drużynie typu "mam piłkę - odpalam". Czego zabrakło do wygranej? Zgadzam się ze Szczepanem Radzkim, który widzi problem na pozycji rozgrywającego. Willie Deane jest dobrym strzelcem, co udowodnił także we wtorek, ale nie panuje nad grą drużyny. Zespołowi z zachodniej Polski potrzebny jest kreator, który wie kiedy i jak podawać, kiedy przyspieszyć, a kiedy zwalniać grę. takie abecadło playmakera, ale w dzisiejszych czasach drożej opłacane.

Podobną sytuację jak Turów, miał przed laty Śląsk usiłujący zmienić urodzonego strzelca, jakim jest Dante Swanson w rozgywającego. Po miesiacach wzajemnej męki działacze zwolnili Dantego pod pretekstem palenia trawki. Mam nadzieję, że szefowie klubu ze Zgorzelca znajdą lepszy sposób, by tę kwestię rozwiązać. Dobra "jedynka" pomoże wykorzystywać przewagi zespołu, takie jak siła pod tablicami, choć warto też pomyśleć o sprowadzeniu jeszcze jednego gracza pod kosz. Wysocy, ale słabi fizycznie skrzydłowi plus Michael Wright wystarczą na ligę, ale w Europie mogą mieć kłopoty.

Z kolei mistrzowie Polski stoczyli wczoraj bój z Chimkami. Tu różnica w grze i wynikająca z tego porażka była wyraźniejsza. Na Asseco Prokom sypią sie teraz gromy z forów internetowych. Nie mam zamiaru być adwokatem diabła, ale warto zwrócić uwagę na klasę rywala. Opinie o drużynie spod Moskwy może kreować świadomość, że to ona debiutuje w Eurolidze, zaś Prokom to wyjadacz z pięcioletnim stażem. Paradoksalnie to bez znaczenia. To Rosjanie mają zespół kompletny na każdej pozycji od klasowych "jedynek" po szeroki wybór opcji pod koszem. Do tego prowadzi ich do boju trener mistrzów Europy, Sergio Scariolo, który lepszym coachom niż Tomas Pacesas pokazywał miejsce w szeregu.

Niemniej jednak, podobnie jak w wypadku zgorzelczan, organizacja gry zespołu z Trojmiasta zasługuje na burę. Większosć udanych akcji podopiecznych Pacesasa, to zagrania indywidualne, które stają się czytelne dla rywala najpóźniej po dwóch kwartach. Tym razem można było momentami pochwalić gdynian za obronę, która pozwoliła wyjść z szybkimi kontrami. Odpowiedzią na to były jednak cierpliwe rozrzucenia piłki po obwodzie z wykorzystaniem całego zespołu. Co ważne, nie było w tym przypadku, tylko wdrożona na treningach koncepcja. Na tym tle raziła dowolnyść gry ekipy z Polski. Widać było, że nie takie były założenia. Pacesas miotał się jak zwierz w klatce, ale ilustracją jego bezradnosci była po amatorsku spartaczona akcja pod koniec drugiej kwarty. Specjalnie na tę akcję wzięty był zresztą timeout.

Szefowie klubu niby coś tam robią. Sprowadzili Lorinzę Harringtona, ale ten póki co, różnicy nie robi. Na usprawiedliwienie gdynian dodajmy, że w Rosji nie zagrał Dan Ewing, ale czy z nim gra wyglądała lepiej?

Powiedzcie, ze jestem złośliwy, ale wydaje mi się, że od dominatora PLK można wymagać więcej. Nie po to utrzymano trzon składu i trenera, by zespół grał coraz mniej skoordynowany basket. Wydaje mi się po opisywanych meczach, że Prokom ewoluuje w stronę ligi francuskiej. To, co go odróżnia od takiego Nancy to potencjał indywidualności.A te grają, dopóki są w klubie duże pieniądze. Pytanie jak długo sponsorzy będą wspierać taki szalony biznes.

Na koniec uwaga osobista. Wiele się mówiło na temat głodu koszykówki we Wrocławiu. Na meczu Turowa kompletu na trybunach nie było (w Orbicie, nie w "Ludowej"). Weźmy poprawkę na to, ze to nie Śląsk walczył z Francuzami. Co ciekawe, mam wrażenie że frekwencja była lepsza, niż podczas ostatnich pucharowych potyczek WKS -u. Jest cień nadziei, że ewentualny powrót 17 -krotnych mistrzów Polski na areny PLK spotka się z pozytywnym odzewem..

Przykona 2009!

Zostaliśmy zaskoczeni. Tworząc ten blog i ponad rok na nim pisząc, mieliśmy kilka planów i nadziei. Chcieliśmy zgromadzić stałe grono czytelników, zabrać mniej lub bardziej widoczny głos w temacie koszykówki, głównie krajowej. Czy też po prostu wylewać gdzieś swoje żale, rozczarowania i przemyślenia. Jednak nie przewidzieliśmy jednego.

Zostaliśmy zapytani o swoisty patronat nad turniejem kosza. Tak, tak. Bohaterem całego zamieszania jest Sebastian Potyralski, który organizuje w Przykonie k/Turku Ogólnopolski Turniej Koszykówki. Ponieważ rozwój tej dyscypliny leży nam na sercach, nie mogliśmy odmówić. Wszelakie szczegóły (informacje, formularze zgłoszeniowe itp.) znajdziecie na stronie imprezy, a tutaj tylko po krótce. Oraz plakat reklamujący wydarzenie.

Mam wrażenie, że będzie to swoiste połączenie streetballu z koszykówką halową. Drużyny mogą występować w składach 3+1, co da intensywne rozgrywki 3 na 3 na jeden kosz. Dodatkowo przewidziane są konkursy, m.in. najbardziej tradycyjny i moim zdaniem super ciekawy, rzutów za trzy. Całość odbędzie się 19 grudnia, początek o godz. 10.

Pozostaje tylko zachęcić do udziału w turnieju, a organizatorom życzyć sukcesu. Zarówno sportowego (poziom!), jak i organizacyjnego.

A zatem, jeśli lubisz grać w kosza, masz wolny czas i przynajmniej dwóch znajomych do drużyny - zachęcamy do wzięcia udziału!



poniedziałek, 23 listopada 2009

Puchar Europy - po raz trzeci z Turowem

Sezon koszykarski trwa w najlepsze, ale pozostał nam do otwarcia jeszcze jeden rozdział tej historii, tym bardziej pasjonujący, że z udziałem polskiej drużyny. Już jutro startuje sezon zasadniczy Pucharu Europy.

Osiem grup po cztery zespoły, a w grupie G wicemistrz Polski, PGE Turów Zgorzelec. Najlepsza drużyna w przyszłym sezonie zamelduje się w Eurolidze, ale jak pokazuje choćby historia z poprzednich rozgrywek drugi finalista także może znaleźć się w elicie, tak więc gra jest warta świeczki.

Sezon 2009 -10 może jednak nie przewyższyć poziomem poprzedniego. Kryzys finansowy, bolesny zwłaszcza na Wschodzie Europy zmusił kluby do ograniczenia wydatków, a co za tym idzie - zmniejszenia liczby gwiazd na boisku. Słabsi niż w ostatnich latach są reprezentanci Rosji, spośród których najwięcej do powiedzenia powinien mieć Unics Kazań (grupa D) z Marko Popoviciem, Terellem Lyday'em, czy reaktywowanym z emerytury Sauliusem Stombergasem. Dla przeciwwagi ubogo prezentuje się Dynamo Moskwa. „Milicyjni”, którzy szaleli do niedawna z wielkimi nazwiskami na placu gry i ławce trenerskiej teraz nie mają żadnego obcokrajowca w zespole i raczej nie staną do walki o końcowy triumf. Z kolei Chimki, które grały w majowym finale dołączyły do CSKA Moskwa w Eurolidze. Z innych zespołu z Europy wschodniej zabraknie też triumfatora rozgrywek Lietuvos rytas Wilno. Zespoły z Ukrainy oraz Łotwy (tym razem tylko jeden) podobnie jak Rosjanie wyraźnie spuściły z tonu w rywalizacji na rynku transferowym. Kto zatem będzie się liczył w walce o trofeum?

Na starcie sezonu dobrze wyglądają drużyny, uczestniczące w eliminacjach do Euroligi. Szykowały składy na wyższy poziom rozgrywek i teraz mogą odnieść wymierne korzyści. Mam tu na myśli zwłaszcza Aris Saloniki (grupa C), w którego składzie zobaczymy byłych reprezentantów Grecji (Kakiouzis, Dikoudis, Hatzivrettas) czy niedawnych graczy NBA (Juan Dixon, Jeremy Richardson) oraz .. byłą gwiazdkę PLK Qintona Day'a, swego czasu lidera Znicza Jarosław. Twardym orzechem do zgryzienia będzie też dla rywali Benetton Treviso z byłymi euroligowcami – Davorem Kusem, Sandro Niceviciem czy Garym Nealem.

Tradycyjnie mocni będą Hiszpanie, choć w tegorocznym Eurocup nie ma zespołu klasy Realu Madryt. Gran Canaria, Bilbao, Joventud, czy Valencia z pewnością należą do grona faworytów sezonu. Ta ostatnia drużyna zwolniła wybuchowego Rawle Marshalla (zmienił go Thomas Kelati) oraz Shammonda Williamsa, ale i tak powinna powalczyć o najwyższą stawkę. Wizytówka najmocniejszej ligi w Europie robi swoje. Inna tradycyjna wylęgarnia potęg – liga turecka tym razem nie powala na kolana, ale warto się przyglądać zwłaszcza Turk Telekomowi Ankara z Demondem Malletem, Huseinem Besokiem, Andre Owensem czy Serhanem Erdoganem. Po cichu liczę też na zespoły z Bałkanów, jak Hemofarm Vrsac, Crvena Zvezda Belgrad (na ławce Oliver Stević) czy Zadar. A jak na tym tle wygląda wicemistrz PLK?

Zgorzelczanie wystąpią na zapleczu Euroligi po raz trzeci. Pierwszy sezon, to sen Kopciuszka, zakończony dopiero w ćwierćfinale turnieju Final Eight. Drugi start sprowadził Polaków na ziemię. Gładkie porażki w rundzie zasadniczej, kontuzja lidera zespołu i (co prawda niezwiązany z pucharami) koniec ery trenerskiej Saso Filipovskiego. Jaki będzie sezon trzeci?.

Rywale
Grupa G wydaje się być dość trudna. Faworytem jest wspomniana Gran Canaria. W porównaniu z ostatnim sezonem Hiszpanie stracili zdolnego podkoszowca Joela Freelanda, ale to właśnie pod tablicami Turów może mieć spory problem. Ograny w Eurolidze Will McDonald, były zawodnik Orlando Magic James Augustine oraz niewysoki, ale silny jak niedźwiedź Sitapha Savane mogą napsuć krwi zgorzeleckim „wysokim”. Do tego obwód z niezwykle kreatywnym Jaycee Carollem, Melvinem Sandersem, czy Joshem Fisherem – tak wygląda najsilniejsza ekipa „polskiej” grupy.
Szanse Turowa? Nacisk na rozgrywającego – na tej pozycji gra młody Tomas Bellas albo nastawiony na rzucanie weteran Marcus Norris.

SLUC Nancy. Zespół do niedawna w Eurolidze. W zeszłym sezonie bracia Greer (z Dominikany – niespokrewnieni z Lynnem), Steed Tchicamboud i spółka zdołali pokonać we własnej hali Asseco Prokom. Teraz do wspomnianych gwiazd obwodu doszedł silny i doświadczony Marcus Slaughter oraz Akin Akinbala. Ten drugi jest mniej mobilną wersją Boniface'a N'Donga z Barcelony – łatwiej go minąć niż przerzucić gdy zdoła wyciągnąć swoje długie do sufitu ręce. Nie wolno lekceważyć tej drużyny, która zajmuje trzecią lokatę w swojej lidze, a w weekend rozprawiła się z euroligowym Asvelem Vileurbanne.
Szanse Turowa? wysocy skrzydłowi – Adam Wójcik i Robert Witka wyciągający Akinbalę spod kosza na obwód. Pytanie, czy fizycznie dadzą rad w walce z francuskimi atletami..

Panellinios Ateny. Nie tak sławny, jak Panathinaikos, czy AEK, ale też groźny. Wizytówką solidnej ekipy trenera Iliosa Zourosa jest rozegranie z Rodem Blakney'em, Manolisem Papamakariosem, czy Georgiosem Kalaitzisem, rzetelni podkoszowi (Duro Ostojić, Josh Davis) i wszechstronni skrzydłowi (Britton Johnsen, Devin Smith). Całość podporządkowana taktyce, twardo broniąca i trudna do ogrania na własnym terenie.
Szanse Turowa? Przyspieszanie gry w wykonaniu Williego Deane'a i Justina Gray'a, Grecy lubią sobie „poklepać” piłkę zanim wezmą się do rzucania.

Zespół znad zachodniej granicy Polski może walczyć o awans (co najmniej drugie miejsce, ale nie wyżej), ale może być też ostatni. Skąd taka rozbieżność? Skład drużyny jest niezły (choć brakuje mi jeszcze podkoszowego z gatunku „Wzrost i Siła), ale słabością jest postawa w meczach wyjazdowych. Niby bilans 2 -2 w lidze nie jest zły, ale zauważmy że rywale nie byli z najwyższej półki. Turów w pucharach za swoją halę obrał wrocławską Orbitę, ale nie oszukujmy się – oznacza to kolejny sezon w Europie z kompletem spotkań na wyjeździe. Jeśli podopieczni Sasy Obradovicia przełamią swoją słabość w meczach poza domem – może być ciekawie. W przeciwnym razie o sukcesy będzie trudno. W dodatku przy ledwie sześciu meczach każdy punkt jest na wagę złota. Klucze do awansu – spotkania z Nancy, oraz „domowe” starcie z Paneliniosem. Bez tych wygranych raczej nie ma o czym marzyć. Czyli jutrzejsze otwarcie z Nancy jest zarazem meczem arcyważnym. Oby wicemistrzom Polski poszło lepiej niż mistrzom na starcie Euroligi.

niedziela, 22 listopada 2009

Stal - Śląsk, czyli drugoligowe wrażenia

Drugi raz w życiu byłem na meczu w Ostrowie. Warto dodać, że oba wyjazdy kończyły się zwycięstwami Śląska, więc powroty raczej były radosne. Dzisiaj znowu obawy były spore – nawet nie o to, czy wygramy, ale o to, jak całość będzie wyglądać. I przyznam, że było różnie.

Fajnie, że ochrona nawet nam pomogła zdobyć szybko bilety i wejść na halę. Moim zdaniem lekkim bezsensem jest kasa biletowa wewnątrz wejścia na trybunę A, gdzie sprzedawane są bilety również na tę część po drugiej stronie parkietu. W ogóle kolejka średnio się posuwała do przodu i gdyby nie udane negocjacje pewnie weszlibyśmy (skromna 14-osobowa grupka z Wrocławia) jeszcze później.

Sam mecz był dziwny. Śląsk zaczął bardzo przeciętnie, jednak wysoka i agresywna obrona pozwoliły dojść Stal. Pewnie spora w tym zasługa notorycznych fauli gospodarzy, co dało czterdzieści jeden (!) rzutów wolnych w całym meczu. Wpadło dwadzieścia sześć. Ale przy statystyce ostrowian (5/15) i tak wygląda to monstrualnie. A co najciekawsze raczej nie było wypaczane przez arbitrów.

A propos. Niech mnie ktoś oświeci, czy weszły jakieś nowe przepisy na temat odgwizdywania błędu trzech sekund poniżej poziomu PLK. A w zasadzie braku gwizdania. Bywam w Kosynierce, na tym co pozostało z zespołu 17-krotnego Mistrza Polski, teraz obserwowałem również potyczkę wyjazdową i niechęć do wygwizdywania tego błędu jest momentami aż nadto widoczna. Pal sześć już ofensy dyskusyjne, ale dzisiaj w trumnie można było sobie spokojnie usiąść, zjeść kanapkę, napić się kawki, wstać, dostać piłkę i trafić. A przynajmniej takie odniosłem wrażenie.

Spotkanie obfitowało w trzy rzeczy: walkę, błędy i momentami dobrą obronę. Ta ostatnia pozwoliła Śląskowi wygrać. Mimo popełniania katastrofalnych pomyłek w ataku (jeden punkt przez pięć minut drugiej połowy) umożliwiła odrobienie prawie 10pkt. straty i wyjście na prowadzenie. A potem dzięki szczęściu i Kubie Parzeńskiemu – wydatnie pomogła utrzymać przewagę i wygrać mecz. Niezwykle ważny dodajmy, bo dający odbicie się w tabeli.

Nie wiem, co robił trener Stali w wolnych chwilach. Ale faktem jest, że obaj rozgrywający wrocławian już pod koniec trzeciej kwarty mieli po cztery faule. A jednak dotrwali do końca spotkania i znacznie pomogli utrzymać wynik. Fajnie grał zwłaszcza Norbert Kulon. Chociaż miał ledwie 9+3as., to jednak uspokajał grę i sprawiał, że atak wyglądał jako-tako.

Ostatnia kwarta. Jedni powiedzą – mnóstwo walki, super. Drudzy – wynik 8:8 mówi wszystko, było do bani. Racja jest zapewne gdzieś pośrodku, chociaż ja bym się skłaniał bardziej przy tej drugiej wersji. Wiadomo – wynik trzymał wszystkich w napięciu i niepewności a każde punkty były sporą zmianą. Ale jednocześnie było mnóstwo błędów, pudeł z dość dobrych pozycji i niedokładności. Przykro mi to mówić, bo widziałem wielkie zaangażowanie jednych i drugich, ale rzucało się w oczy, że to jednak drużyny drugiej połówki tabeli…

Jednakże nie pamiętam już, żebym widział TAKI Śląsk. Walczący, nakręcający swoich kibiców. Ławka, która fetuje punkty. Niesamowita determinacja w obronie, plus walka o każdą piłkę w ataku (sam Piotrek Warawko 5zb. na atakowanej desce, a łącznie 14). Super. Przy tym można zapomnieć i odrzucić wszelakie mankamenty, bo po prostu widać, że każdy daje z siebie wszystko. Niestety nie zawsze tak to wyglądało.

Na koniec hala. Nigdy nie wydawała się duża. Powiem więcej – złośliwe stwierdzenia, że to sala gimnazjalna nie wzięły się z niczego. Dzisiaj wydała się dotkliwie mała i ciasna. Gdy nie była wypełniona po brzegi, widoczna była jej kameralność. I przez to mam strasznie mieszane uczucia. Bo z jednej strony miejsce Stali powinno być w PLK. Za kibiców, za porywające mecze, za ciekawe składy. Ale jednak takie obiekty to max pierwszoligowe parkiety. Bo po prostu nie przystoją rozgrywkom, które chcą być traktowane poważnie.

I tak już podsumowując – miłośnicy pięknej gry zapewne padliby na zawał. Osoba, która przyjechała po dwóch latach do Polski też – chyba nigdy nie było tak pustego obiektu na meczu między tymi klubami. Jako wrocławianina z krwi i kości oczywiście raduje wynik końcowy. Oraz postawa i zawziętość graczy. Ale jednocześnie żal, że w mieście nie potrafiono złożyć choć trochę silniejszej ekipy. Takiej, walczącej o czwórkę w tej drugiej (de facto trzeciej) lidze. Prócz gry, którą da się oglądać dałoby to coś, co we Wrocławiu jest niezbędne do zainteresowania ludzi – prognostyk na awans. Choćby i z drugiej ligi, ale więcej osób na pewno przyjdzie na zespół walczący o czołowe w niej lokaty, niż walczący o utrzymanie.

A Stal? Skład ma porównywalny, dlatego np. w rewanżu spokojnie może pokusić się o zwycięstwo. Na razie powinna szukać sukcesu w najbliższych meczach, bo w tabeli wygląda to niepokojąco słabo. A największą dziurą jest chyba brak solidnego centra i trenera z wizją. Ale tutaj bazuję na zaledwie jednym spotkaniu, więc trudno oceniać.

No i szkoda, że spotkania pomiędzy tymi dwoma ekipami z rangi hitu kolejki w PLK spadły do miana pojedynku o 10 miejsce w drugiej lidze. Oby nie na długo…

sobota, 21 listopada 2009

MVP - recenzja

Kilkanaście dni temu miał miejsce debiut miesięcznika MVP. Wydarzenie z całą pewnością bardzo interesujące. Mnie w każdym razie nie zainteresowało na tyle, żeby robić specjalnie dodatkowe setki metrów po mieście w poszukiwaniu tegoż magazynu. Po kioskach nabiegałem się za młodu, a teraz jestem zdecydowanie leniwym człowiekiem internetu. We wtorek jednak na placu Kościuszki mój wzrok padł na salon Ruchu, no i od razu mi się MVP przypomniało. Dla tych których to interesuje (bo czytałem trochę relacji z bezskutecznych polowań na MVP) były jeszcze dwa egzemplarze. I tak numer wszedł w moje posiadanie. Ale do rzeczy. Co najważniejsze - uważam, że wszelkie kluczowe założenia co do formuły magazynu są jak najbardziej słuszne.

Po pierwsze. Magazyn nie ma parcia na wszechstronną tematykę ogólnokoszykarską i zadowolenie dokładnie każdego fana basketu. Jest o NBA i tyle. Nie ma Polski, Europy, streetballa, drugiej ligi rumuńskiej i czego by tam jeszcze nie dało się wymyślić. Target jest konkretny. Ma konkretną zawartość na temat, który go interesuje. Redakcja nie ma problemu, jak znaleźć ludzi znających się na każdym sektorze koszykówki. Nie ma problemu, czy ci ludzie dadzą radę pisać regularnie i na poziomie na dany temat.

Nie ma sensu zalewać tak ładnego magazynu bagnem z rodzimego podwórka. I to zarówno w sensie metaforycznym jak i dosłownym - chodzi o zupełnie inną dostępność zdjęć dobrej jakości. Dwie strony o EuroBaskecie dość krótkie i rozczarowujące. Lepiej więcej albo wcale. Choć tematy euroligowe można by przemycać pod pretekstem śledzenia postępów NBA prospectów.

Po drugie. Miesięcznik i odpuszczenie sobie bieżących informacji to jedyny słuszny w tym przypadku kierunek. Tygodnik zawsze przegra z informacjami w sieci, miesięcznik może oferować po prostu coś innego niż internet. W tym drugim przypadku, a w szczególności mówiąc konkretnie o pierwszym numerze, nie ma to większego znaczenia, czy teksty czyta się w dniu wydania, tydzień czy dwa później - duża zaleta.

Po trzecie. Bardzo dobry papier, zdjęcia wysokiej jakości, ładny zapach, niewysoki nakład. Całkiem elitarny wizerunek trafiający do dość wąskiej grupy odbiorców. Pozostaje pytanie czy ci odbiorcy i ta cena udźwigną magazyn. Biorąc pod uwagę, że to miesięcznik wydaje mi się, że w kwestii ceny jest tu jeszcze pole do pójścia w górę. Problemem może być tylko psychologiczna bariera 10 PLN. Ale na 9,90 czy 9,99 można spokojnie iść już od grudnia.

Wracając jeszcze do kwestii graficznych. Całe MVP nie zawiera ani jednej przenikającej się ze zdjęciami czcionki, co uznaję za ogromny plus. Mając w pamięci parmanentne problemy z tym (nie wiem czy wciąż aktualne) tygodnika Basket. Oczywiście jest to okupione czasami "kwadratowością" np. tła dla tytułu zachodzącego na zdjęcie. Ale w żaden sposób to nie przeszkadza. I ja osobiście cieszę się, że okres w projektowaniu stron internetowych i składaniu magazynów, w którym autorzy przede wszystkim chwalili się ogromem możliwości technicznych, zamiast stawiać na przejrzystość - jest już za nami.

W pozytywnym graficznym odbiorze, a także ogólnym duży udział w przypadku pierwszego numeru ma kompletny brak reklam. Co oczywiście powinno się zmienić i zobaczymy jak to będzie wyglądało w przyszłości. Kończąc ten wątek - mała uwaga. Gdyby to ode mnie zależało, w ogóle nie byłoby tekstów białą czcionką na czarnym tle. Czarne na białym zawsze lepiej się czyta.

To by było na tyle w temacie głównych założeń. Przechodząc już do samej zawartości. Co do poziomu merytorycznego nie mam żadnych zastrzeżeń. Bo właściwie nie mogę mieć dość luźno NBA się interesując. Przede wszystkim dobrze się to czyta, a to po przecież klucz do sukcesu słowa pisanego. Nadmiaru fajerwerków nie ma, ale wynika to w dużej mierze z tematyki podsumowująco-zapowiadającej pierwszego numeru. Zdaje sobie sprawę, że miejsca na wplecenie dogłębnych i błyskotliwych analiz przy opisywaniu sytuacji 30 zespołów, transferów 30 zespołów i draftu 30 zespołów - może po prostu nie być. Liczę na to, że będę w kolejnych numerach pozytywnie zaskakiwany.

W zakresie tekstów na celownik idzie tylko pan Hirek Wrona. Tekst 1. Ja myślę, że wszyscy się cieszymy, że Hirek kiedyś grał w basket, miał trenerów, lubi NBA, tylko tak przechodząc do rzeczy - co z tego? Tekst 2. Nie do końca wiem o czym to jest, co autor chciał powiedzieć i czy przypadkiem nie sprzedał nam wszystkim dokładnie znanych banałów. I co ma tytuł do tekstu? Nie rozumiem pomysłu na Hirka w MVP. Może później zrozumiem.

Tematyka. Oldschool to będzie chyba moja ulubiona rubryka. Czasy kolesi biegających w krótkich gadkach to dobra odskocznia dla czasów napakowanych pozerów i koszykarzy, którzy dzięki postępowi w medycynie i innych dziedzinach, są co raz odleglejsi od zwykłych ludzi. I bardzo dobrze się stało, że jedyne zdjęcie, które zajęło całą stronę to właśnie klimatyczna fota Magika i Larry'ego. Szkoda tylko, że autor zamachnął się od razu na całą dekadę - w tym tempie oldschool może się szybko wyczerpać.

Pozostałe teksty, które przypadły mi do gustu to Kwiatkowski o Rondo, Michałowicz o Jazz i Cegliński o Wolves. Godne polecenia i o czymś. Bo tak jak już wcześniej wspominałem te podsumowująco-zapowiadające muszą być o wszystkim, czyli jednak o niczym. Co nie zmienia faktu, że w tej formule solidne. I poniekąd nieodzowne.

Zmierzając do końca czepię się dwóch szczegółów, o których wiem, że dostrzegli je także inni. Wiem co to jest magazyn koszykarski, wiem co to basketball magazine, ale co to basketball magazyn, to nie bardzo wiem nawet w jakim to języku napisane. No i 18 listopada - na litość.

Po pierwszym numerze pozostaje trochę znaków zapytania. Samo przetrwanie pisma, cena, objętość, nakład, liczba reklam, kierunek w którym magazyn podąży. Taki szczegół choćby czy MVP będzie wydawany w sierpniu, wrześniu, październiku? A jeśli tak, to o czym będzie traktował?

W każdym razie początek moim zdaniem bardzo udany i każący oczekiwać więcej. Trzymam kciuki.

środa, 18 listopada 2009

Trade po polsku

Polacy nie gęsi i swój trade mają. W ostatnich dniach trzy z czterech najlepszych drużyn poprzedniego sezonu Polskiej Ligi Koszykówki dokonało zmian na kluczowej pozycji rozgrywającego. Traf chciał, że transfery te były ze sobą powiązane. I tak Asseco Prokom pożegnał Tyrone'a Brazeltona, który zasilił ekipę Energi Czarnych Słupsk, zastępując tam Dru Joyce'a. Tenże Joyce zmienił klimat na włocławski. Wszystkie te ruchy były możliwe dzięki temu, że gdynianie pokusili się o sprowadzenie do swej drużyny Lorinzy Harringtona (ten już z draftu, a więc z zewnątrz). Skoro mamy wymianę „prawie jak w NBA”, przyjrzyjmy się pokrótce, kto tu zyskał, a kto stracił.

Możecie się zgodzić lub nie, ale moim zdaniem najwięcej zyskał najsłabszy uczestnik tej operacji. Czarni grający wyraźnie poniżej oczekiwań pozbyli się Joyce'a, Gościa, który może i ma jakieś papiery na strzelca, ale i spore problemy z kreowaniem gry. Cały zespół ze Słupska gra słabo (w tym Polacy), ale od „jedynki” wymagamy, by była elementem uspokajającym, spajającym ten bałagan, więc na Amerykanina spada zasłużona krytyka. Jego miejsce zajmuje rezerwowy z bardzo silnej ekipy mistrzów Polski. Brazelton miał tam typowy problem zmiennika – w krótkim czasie pokazać maksimum możliwości. Wydaje się, że radził sobie nieźle jako zadaniowiec. Dodawał elementy gry obronnej i pozwalał odpocząć pierwszemu point guardowi. Czego chcieć więcej? Poza tym, cyferkowo prezentował się lepiej, niż pierwszy rozgrywający ze Słupska i to też daje do myślenia. Zresztą, już w barwach Ventspils pokazywał, że potrafi być liderem zespołu, a tego będą od niego oczekiwać w Słupsku. Wydaje się, że tym razem władze klubu z Pomorza dobrze trafiły. Gorzej być nie powinno, przynajmniej z kreowaniem pozycji rzutowych, a czy koledzy zaczną trafiać, to już inna bajka.

Prokom dokonał zmiany PR - owskiej. Porażki z Realem i zwłaszcza z Oldenburgiem stały się pretekstem, by coś namieszać w składzie. Kozłem ofiarnym został Brazelton. Na jego miejsce przyszedł Harrington, facet, któremu za same wpisy w CV płaci się więcej, niż za osiągnięcia Tyrone'a. Póki co, statystycznie wypada słabo, ale portfel Asseco jest przepastny i wiele zniesie. Poza tym, na krajowym podwórku nawet błędy personalne nie kosztują zbyt wiele, zaś Euroliga to jednak mimo wszystko taka dodatkowa błyskotka. Nikt przed sezonem nie opowiadał już starych wiców o grze w „Ósemce”, a Top 16 nadal jest osiągalna, więc nie ma się czym stresować. No i wreszcie – Junior Lorinza, jak na człowieka z bogatą przeszłością zawsze może znaleźć moment, by pokazać, że jednak jest wart wydanych pieniędzy, a jego zgranie z zespołem będzie już tylko lepsze.

Paradoksalnie najgorzej wygląda rewelacyjny dotąd Anwil. Trzecia drużyna minionego sezonu budowała zespół oszczędnościowy. Dziury w składzie widać gołym okiem, a mimo tego, włocławianie zajmowali do niedawna pozycję lidera PLK. Przeciętni zmiennicy pod koszem, „dwójki” z antytalentem do defensywy i słaby zmiennik na rozegraniu w niczym nie przeszkadzał. Punktem zwrotnym może być mecz z Polpharmą. Przed nim Włocławek opuścił sfrustrowany zmiennik Mike Trimboli i lider zespołu, Krzysztof Szubarga na „jedynce” został sam. Efekt w Starogardzie był widoczny – presja rywali, zmęczenie szefa drużyny i wynikająca po trosze z tego kontuzja. Szubar to dusza zespołu. Jego krytycy pamiętają Eurobasket, gdy Krzysiek służył wyłącznie za napędzacza szybkiej i mało pomysłowej gry naszej kadry. W lidze gra on inaczej, wolniej, szukając dwójkowych zagrań z wysokimi i trafiając zza łuku. Na PLK takie minimum zdrowego rozsądku plus serce do gry wystarczało. Teraz los zespołu zależy od tego, jak długo Szubi będzie poza grą. Im szybciej wróci, tym prędzej kolega LeBrona znajdzie się na ławce jako wsparcie dla głównego reżysera i wszystko na Kujawach wróci do normy. Chyba, ze i ten amerykański nabytek poczuje się zawiedziony ilością czasu spędzanego na boisku, ale to na razie melodia przyszłości..

niedziela, 15 listopada 2009

Asseco, Turów, Anwil, Trefl (...) Polonia 2011

Ćwierć sezonu już za nami. I choć tabela nie jest czytelna przez terminarz, który ustawia zespoły na różnych etapach cyklu grania z rywalami od najsłabszych do najmocniejszych, a tenże sam terminarz trzy szlagiery medalistów ostatniego sezonu zafunduje nam dopiero w trzech ostatnich kolejkach rundy, to już pewne rzeczy stały się dość klarowne. Asseco Prokom ma dużą przewagę na drugim zespołem (kogokolwiek by za taki przyjąć), prawie pewni kandydaci do czwórki to Turów, Anwil oraz Trefl Sopot. Później mamy szeroki szereg przeciętności i słabości oraz zupełnie na drugim biegunie Polonię 2011, która jest co raz bliżej pierwszego zwycięstwa.


Asseco Prokom Gdynia

Zastrzeżenia można mieć głównie co do Euroligi. Choć jak do tej pory chodzi tylko o wyrównany mecz z Oldenburgiem przegrany w końcówce, w momencie kiedy jedynym przetarciem o punkty do tego czasu dla Asseco były Stal, Polonia 2011 i Znicz. W lidze jak na razie na ich postawie mucha nie siada. Bilans 7-0. Mecze wygrywane średnio różnicą prawie 20 punktów. Najniższy rozmiar wygranej to 6 punktów z Treflem Sopot. Oczywiście to gdynianie jako mistrz mieli jak do tej pory najłatwiejszy terminarz, tylko pozostaje pytanie, gdzie szukać kandydatów do detronizacji w kontekście mistrzostwa? Kompletnie ich nie widać - każdy z trzech kolejnych zespołów w porównaniu jest wyraźnie słabszy.

Asseco Prokom z całą pewnością stać na powtórzenie wyczynu Śląska z sezonu 2000/2001, kiedy WKS nie przegrał ani razu w sezonie zasadniczym. Pozostaje tylko pytanie czy sytuacja zmusi ich do śrubowania wyniku. Jeśli za kilka kolejek najgroźniejsi rywale będą mieli już po 3-4 porażki, umieranie za czysty bilans, szczególnie w kontekście walki w Eurolidze, może nie mieć większego sensu. A w takiej sytuacji wpadki, zwłaszcza na wyjeździe, mogą się zdarzyć. Tylko jakie jest ich znaczenie poza wywołaniem chwilowej burzy w mediach a zwłaszcza wśród kibiców, to najlepiej pokazuje choćby przykład klęski Prokomu sprzed roku w Wałbrzychu.


Turów Zgorzelec

Najwięcej porażek wśród kandydatów do czwórki, ale dla mnie to wciąż bardzo wyraźny kandydat na wicemistrza Polski. Bilans 5-3. Porażka w Sopocie z dość mocnym Treflem, w meczu znanym jako "zemsta Kitzingera", w meczu gdzie nastąpiła katastrofa w czwartej kwarcie. Poza tym dość kompromitujące porażki ze słabą Kotwicą i Polonią. Przez Turowem jeszcze spotkania z Asseco Prokomem czy Anwilem. O świetne miejsce po pierwszej rundzie będzie ciężko. Ale to nie znaczy, że później nie będzie lepiej.

Moim zdaniem dopóki wpadki zdarzają się na początku sezonu i to na wyjeździe, nie ma powodów do wielkiej paniki. Do włodarzy klubu należy ocena, czy porażki to normalne koszty budowy formy na drugą część sezonu, a przede wszystkim EuroCup, czy jednak negatywne symptomy popełnionych błędów. Osobiście widziałem te dobre mecze Turowa, w których dość gładko rozprawiał się rywalami we własnej hali.

Jeżeli zidentyfikowane zostaną błędy, to szczerze mówiąc nie widzę tutaj miejsca na jakąś rewolucję kadrową wśród zawodników. Turów dysponuje jedyną gwiazdą ligi dorastającą do gwiazd mistrza Polski - Michaelem Wrightem. Obwodowi Amerykanie - Gray i Dean - solidnie wykonują swoje zadanie, Polacy na dobrym poziomie (Wójcik, Witka, Roszyk, Chyliński, Leończyk) są praktycznie nie do ruszenia.

Tylko Konrad Wysocki gra co raz słabiej i mówi się o konflikcie z trenerem Obradviciem. Szkoda byłoby tracić Wysockiego, bo to gracz na dobrym poziomie, ma uzyskać polski paszport, a wina słabej formy nie do końca leży po jego stronie. Bardziej po stronie nieumiejętności wykorzystania jego atutów przez trenera i ich nieadekwatności do potrzeb zespołu. Przede wszystkim chodzi tutaj o aofensywność SF i ogólny brak dobrych strzelców zza łuku na obwodzie.

Także pierwszy możliwy krok to zwolnienie Wysockiego i zatrudnienie strzelca na pozycje 2/3. Zarazem pozostawienie defensywy Krzyśkowi Roszykowi. Choć tu trzeba pamiętać, że Wysocki był zatrudniany głownie z myślą o bronieniu przeciw Qyntelowi Woodsowi. Czy to by się udało - nie wiemy. Za to wiemy już z poprzedniego finału, że Roszykowi nie uda się na pewno. Drugim miejscem gdzie można by szukać zmian to pozycja pierwszego rozgrywającego. Jednak znalezienie kogoś lepszego od Williego Deana do łatwych należeć nie musi. Jeśli chodzi o wzmocnienia składu najbardziej byłbym za uzupełnieniem mocnej 9-osobowej rotacji, którą posiada obecnie Turów. A byłby to przede wszystkim typowy center, silny fizycznie specjalista od zbiórek, który wypełniłby obsadę podkoszową. A ta na standardy międzynarodowej koszykówki składa się z czterech PF. Do tego typowy zmiennik dla Deana, także byłby mile widziany. Gray i Chyliński to nie są wymarzone rozwiązania na rozegraniu, a zespół taki jak Turów powinien posiadać zabezpieczenie na wypadek kontuzji.

Moim zdaniem jeśli już robić poważniejsze zmiany to na ławce trenerskiej. Pewien stary dobry znajomy - Andrej Urlep - nie byłby złym pomysłem. A z ciekawszych nazwisk bez pracy pozostają Aleksandar Trifunović czy Jasmin Repesa.

Kończąc już o Turowie chciałem jeszcze tylko podkreślić to, o czym się nie mówi. W opozycji do bardzo niepolskiego wyraźnie najlepszego w Polsce Asseco Prokomu, stoi wyraźnie drugi (moim zdaniem oczywiście) Turów - wyjątkowo polski jak na naszą ligę. Sporo mocnych Polaków, którzy nie są statystami, a obcokrajowców tylko trzech/czterech (zależy jak liczyć) i to nie przeciętnych ławkowiczów zabierających grę Polakom, tylko gwiazd stanowiących o sile zespołu. Wielokrotnie mówiliśmy o takim modelu w polskich zespołach. Doceńmy go, kiedy w końcu już jest.


Anwil Włocławek, Trefl Sopot

Stwierdzenie czy Anwil jest mocniejszy od Trefla, czy na odwrót uważam za piekielne trudne. Oba zespoły jak na razie łączy sporo: bardzo dobre bilansy, kilka świetnych transferów (Kuzminskas, Szubarga, Kitzinger, Tuljković), trochę solidnych (Kinnard, Jovanović, Pluta, Sullivan), przede wszystkim nieźli trenerzy, którzy poskładali dobre zespoły. Łączy je także jedna główna wada - wąskie składy. Kilka graczy kandydatów na gwiazdy to jak do tej pory większe bądź mniejsze rozczarowania: przede wszystkim Kadziulis, Dunn, Hawkins, Barycz. Głębsze rezerwy albo też grają poniżej oczekiwań, albo są przeciętne, albo kontuzjowane, albo ich nie ma. Oczywiście są mankamenty w kontekście walki w czwórce. Poniżej nie bardzo widać zespoły z lepszymi i szerszymi składami.

Teraz może bardziej z osobna zaczynając od Trefla. Czego tutaj brakuje to przede wszystkim trzeciego pod kosz na jakimś poziomie. Łukasz Ratajczak i Paweł Kowalczuk to mało. Przydałby się zmiennik dla Hawkinsa, bo rozwiązanie z Iwo nie jest pozbawione wad. Ewentualnie w ogóle wymiana Cliffa. Ale co najbardziej kluczowe to przebudzenie Gintarasa Kadziulisa. Jego obecna forma to ogromne rozczarowanie. W kontekście tego na jakiego formatu zawodnika zapowiadał się niegdyś w Anwilu Andreja Urlepa - można to uznać za wielką porażkę Litwina.

W ciężkiej serii: Anwil, Turów, Asseco bilans 1-2, ale poza tym regularne punktowanie słabszych. Miejsce może być bardzo dobre. Może nawet wicelider po pierwszej rundzie. W play-off półfinał i walka o brąz.

Anwil nie potrzebuje zmian. Anwil potrzebuje natychmiast ludzi do grania. Pod koszem jest czterech koszykarzy na dobrym poziomie. Tutaj nie ma co zmieniać, choć oczywiście wady jakieś są. Przede wszystkim to już tradycyjnie chimeryczny Alex Dunn uwielbiający zbieranie fauli, no i Wojtek Barycz wracający po kontuzji. Jovanović robi swoje, a Sullivan w tym co robi - czyli wykańczaniu akcji - jest bardzo dobry. Cały problem Anwilu leży w tym, że po odejściu także nie nazbyt genialnego Mike'a Trimboliego gra we czterech również na obwodzie. Przy czym niesamowicie wyeksploatowana trójka to: Szubarga, Pluta i Tuljković. Za zadaniowca z ławki robi Kamil Chanas, co szczerze mówiąc nie jest doskonałą dla niego rolą. Chłopaki nie mają stalowej kondycji, nie są także tuzami obronnymi. Czekamy na Bartka Wołoszyna i minimum jeszcze jeden transfer na obwodzie.

W przeciwieństwie do sopocian Anwil czeka jeszcze Turów i Asseco Prokom, ale 3-4 porażki i tak dadzą dobrą pozycję po pierwszej rundzie, a później zakładając już uzupełniony skład wciąż powinno być dobrze. Prognoza na play-off podobna jak dla Trefla, ale potencjał do walki o finał - przy założeniu uzupełnień - jednak większy.


Szeroki środek tabeli

Tutaj nie będę się rozwodził, bo właściwie nie ma nad czym...

Kto jeszcze w ósemce? Polpharma to ciekawy zespół. Ma sprawdzone bardzo dobre gwiazdy środka tabeli PLK, czyli Okafora i Weedena. Co ważne zespół Bogicevicia nie wygląda na drużynę typu "dwóch murzynów a reszta się przygląda", tylko dobrze funkcjonujący mechanizm, który skutecznie pracuje na swoich liderów. Angley na rozgraniu oraz gracze z Bałkanów robią swoje. Uzupełniają to wszystko solidni Polacy z utalentowanym Damianem Kuligiem na czele. Wszyscy czterej mają swoją konkretną pozycję w zespole. Polpharma to chyba najlepsza ekipa z "reszty świata".

Dalej jest PBG Basket Poznań. Z dobrym składem, trenerem Kijewskim, 0-3 z medalistami oraz dwoma wpadkami. Najgorsze mają już chyba za sobą i powinni pójść trochę w górę z bilansem. Także Polpharma i PBG to moi kolejni pewniacy do ósemki. Dalej to już na dwoje babka...

AZS wygląda bardzo solidnie. Znicz ma ciężki terminarz przed sobą, ale na początku drugiej rundy może pójdzie za ciosem i powtórzy 5 zwycięstw z rzędu? Czarni będą próbowali wygrzebać się z głębokiego kryzysu. Być może właśnie udaje się to "zwykłej" Polonii.


Polonia 2011 i walka o utrzymanie

Polonię 2011 wszyscy znamy i w większości kibicujemy. Osobiście co kolejkę czekam na ich pierwsze zwycięstwo. Tomek Śnieg gra rewelacyjnie. Czekam też na lepsze mecze Berishy i Pamuły. Czekam na powrót Kamila Pietrasa, który być może w końcu kiedyś nastąpi. Z przyjemnością na parkietach ekstraklasy znów ogląda się Leszka Karwowskiego.

W ostatnich dwóch kolejkach było bardzo blisko pierwszego triumfu. Choć najbardziej szkoda porażki z bezpośrednim rywalem do utrzymania - Stalą Stalowa Wola. Bo tak to się na razie zapowiada, że Kotwica będzie zespołem, który nie pomyśli za bardzo o ósemce, ale spadek także mu nie zagrozi. Do wyprzedzenia pozostaje więc raczej tylko Sportino i Stal. Na szczęście dla Polonii 2011 w ostatnim meczu Sportino wygrało i Stal nie ma już trzech zwycięstw na koncie.

Osobiście bardzo kibicuję ekipie Starcevicia, bo spadek mógłby zachwiać trochę tym "projektem". Kilku graczy miałoby dylemat czy grać sporo, ale znów w pierwszej lidze, czy może szukać szczęścia w innych zespołach ekstraklasy. Najlepiej by było, żeby jednak się utrzymali i za rok już bardziej doświadczeni, może wzmocnieni zagrali o coś więcej.

środa, 11 listopada 2009

Żale i krzywdy

Ten wpis powstaje z lekkim opóźnieniem, ale myślę, że warto. Otóż, jak może pamiętacie, kilka dni temu pisałem o rozstaniu z TVP Roberta Korzeniowskiego, dyrektora sportu w tej stacji. Co ciekawe, pod jego adresem swoje pretensje zgłosił ktoś znacznie ważniejszy, bo Marian Kmita, szef sportu w Polsacie.

Pan dyrektor w felietonie dla poniedziałkowej gazety „Sport.pl” występuje (nie po raz pierwszy) w roli obrońcy uciśnionej siatkówki. Czytamy więc, że „od wielu miesięcy, a może i lat utytułowany mistrz sportu (Korzeniowski – przyp mój) w klasyczny dla swojego charakteru sposób blokował w TVP informacje o siatkarkach i siatkarzach, jak tylko się dało i gdzie się dało.” Co do wtrętu na temat charakteru, nie będę komentował, bo nie wiem, reszta warta jest dyskusji.

Panie Dyrektorze, witamy na pokładzie. Jako pasjonat koszykówki mam dokładnie takie samo poczucie w odniesieniu do mojej ukochanej dyscypliny. Tyle, że nie odnoszę tego wyłącznie do stacji, w której rządy pełnił pan Robert.

Przypomnijmy, że siatkówka w każdym wydaniu znajduje się niemal w monopolistycznym władaniu Polsatu. Pan Dyrektor Kmita ma więc w ręku wszelkie środki wystarczające do promowania tej dyscypliny. Ma jednak żal o to, że Korzeniowski zwalczał jego siatkówkę w ramach biznesowej konkurencji. Pisze zatem: „Dla Roberta była to wojna totalna, na śmierć i życie i bez znaczenia było, czy chodzi o wyniki ligowe czy informacje o medalach naszych reprezentacji pokazywane we wrażej stacji.”

Cóż, z naszą koszykówką jest tak od dawna. Mistrzostwa Europy sprzed dwóch lat, zakodowane przez stację pana Kmity nie znalazły poczesnego miejsca w serwisach TVP. Z drugiej strony, gdy Polsat opakowywał ligę także nie znajdował dla niej miejsca w sporcie po „Wydarzeniach”.

Nie chciałem nigdy wylewać żalów na media, że nie zauważają basketu, spychają na margines i pogłębiają jego degrengoladę w naszym kraju. Skoro jednak podobne słowa wypowiada szef wielkiego medium, promujący za duże pieniądze jedną z najpopularniejszych dyscyplin w Polsce, to też postanowiłem dorzucić swoje trzy grosze. Z całą pewnością nie powinno być tak, ze stacja publiczna „blokuje” jakieś informacje, ale z biznesowego punktu widzenia ma to sens. Jaki bowiem interes ma spółka, jaką jest TVP w promowaniu dyscypliny, znajdującej się pod pełną opieką konkurencji.

Jest to też pytanie o sens istnienia stacji publicznej i jej trwania w formie spółki, która musi przynosić zysk (a więc walczyć o rynek z konkurencją) – nie czas i miejsce na to. Warto wszak przypomnieć, że Polsat jako firma nie chciała sobie pozwolić na odkodowanie piłkarskiego mundialu i dopiero presja społeczna zmusiła tę stację do kompromisu. Niestety koszykówka takiego lobbingu (w sensie pozytywnym) się nie doczekała, a szkoda.

wtorek, 10 listopada 2009

Czy Adam Romański położy Znicza?

Tytuł – a jakże – mocno naciągany. Nowym dyrektorem (od wszystkiego?) oraz specem od kontaktów z mediami w Jarosławiu został popularny adrom, czyli Adam Romański. Wchodzą tu ludzie raczej obeznani z tematem, więc sylwetki chyba przedstawiać nie muszę. Po wielu przebojach w ostatnich latach znalazł pracę w klubie, który początek rozgrywek zaliczy do najlepszych w historii i jak na razie chyba jest najbardziej usatysfakcjonowany z wszystkich drużyn PLK. A zatem dojście fachowca, a jednocześnie fanatyka tej dyscypliny powinno być kolejnym solidnym wzmocnieniem. Dlaczego więc ten tytuł? Już tłumaczę.

Zacząć trzeba od retrospekcji. Poprzednim klubem, w którym pracował znany dziennikarz byli Czarni Słupsk. Sezon z jednym z wyższych budżetów w lidze, kompletnie schrzaniony. Jak się okazało, jeszcze przed przyjściem adroma, więc niby wina nie jego. Potem zresztą ratował sytuację (nowy trener, stos zawodników i przyzwoity wynik na koniec). Jednocześnie zmierzył się z niekompetencją działaczy, prezesem Twardowskim (nowa prawa ręka prezesa Romana L.?), wynalazkami na ławce trenerskiej i zawodniczej, itp. itd. Ogólnie jednak, jak stwierdził prezes, zarabiał za dużo praktycznie za nic, więc wyleciał. Razem z trenerem. Obecnie Czarni prezentują się znakomicie, zajmując wysokie dziewiąte miejsce w ligowej tabeli. A już 18-tego przyjadą do Jarosławia, na nadspodziewanie trudny teren, którym władał będzie (prawdopodobnie) adrom. Będzie ciekawie?

Wracając do meritum. Dla mnie Adam najbardziej sprawdzał się w roli dziennikarza, ewentualnie komentatora. Oczywiście – dzięki temu zapewne poradzi sobie jako spec od kontaktów z mediami, czy też sprawny organizator – widział już wiele razy, jak wszystko funkcjonuje. I ma zapewne własne przemyślenia, jak być powinno. A klub, taki jak Znicz, jest doskonałym miejscem do eksperymentów, a przynajmniej prób zmian, wprowadzania innowacji. Dlatego z ciekawością spoglądam efektów pracy, jednak w takich chwilach kołacze mi jedno zdanie. Już nie pamiętam, czy wypisane na blogu, czy wypowiedziane w rozmowie: „To smutne, ale dzisiaj nie sposób utrzymać się z pisania o koszykówce. Dlatego trzeba znaleźć alternatywę”. I to fakt – przez taki a nie inny stan dyscypliny tracimy jednego z lepszych „gryzipiórków”.

Ciekawe, czy hasło „dyrektor” odnosi się do pionu sportowego, czy tak ogółu. Bo jeśli ta druga wersja, to na pewno wiele roboty się szykuje – polskie kluby znane są raczej z chaosu i swego rodzaju nieogarnięcia. A co do sportowych kwestii, to tu również rodzi się kilka pytań. Znicz zaczął rewelacyjnie – na razie gra lekko ponad stan, ale nie oszukujmy się – przeciwnicy byli średni i słabi. Pokonanie AZS-u Kotwicy i Polpharmy u siebie jest pozytywnym zaskoczeniem, ale nie sensacją. Raczej wykorzystaniem słabości. Czy po gorszej serii (najbliższe mecze – Trefl, Energa, Basket, Anwil…) nie wkradnie się nerwowość? Poza tym trener Szczubiał, wedle mojej skromnej opinii, ostatnie lata ma mocno średnie. Dlatego, życząc mu oczywiście jak najlepiej, obawiam się, iż i on może być powodem, dla którego „czar pryśnie”, a drużyna znad wschodniej granicy wróci w dolne rejony tabeli. W takich sytuacjach często wkrada się myślenie pod tytułem „było super, jest średnio, zmieńmy coś i wrócimy do walki o wysokie miejsca”. A niestety, nadal to nie ten poziom. Mimo trafionych Amerykanów wzmocnionych solidnymi Polakami. Po krótce – tak, moim zdaniem Znicz za niedługo zacznie się osuwać w dół tabeli. I to będzie prawdziwy test dla władz klubu – czy zaczną wprowadzać nerwowe zmiany i rotować składem, czy nie. Czy podejmą słuszne decyzje, czy zastygną w oczekiwaniu/wprowadzą chaos. I te wątpliwości spadną niewątpliwie na nowego dyra klubu, czyli adroma.

Kwestia ostatnia - Adam Romański firmował swoim nazwiskiem Czarnych, z wielką przebudową oraz kontakt z mediami na EuroBaskecie. Jak się okazuje, nie do końca samemu za to odpowiadając – tu prezes T., tam prezes L. I niesnaski, dziwne sytuacje, prawie-że-skandale (nagłe wyrzucenie dziennikarzy, bo „reprezentanci muszą się skupić na meczu”). Czy w Zniczu będzie tak samo? Będzie dziwnie, a ciosy zacznie przyjmować były dziennikarz GW, osłaniając prawdziwych sprawców zamieszania? Oby nie, chociaż w brak niesnasek i niedomówień nie wierzę – momenty do sprawdzenia się „w boju” na pewno szybko nastąpią – tak jest wszędzie. Zwłaszcza tam, gdzie się nie przelewa.

Żeby nie było – w żadnym, najmniejszym nawet procencie nie krytykuję decyzji o podjęciu pracy w Zniczu. Doskonale wiem, że za coś trzeba żyć, a fucha trzymająca przy koszykówce jest czymś miłym. Żałuję po prostu, że obecna rzeczywistość do tego zmusza, jednocześnie licząc, że poprawi to stan, wygląd i wizytówkę drużyny z Jarosławia. Bo na razie nie ma ona zbyt wysokich notowań i pozytywnych opinii.

Na koniec życzenia. Panie Adamie, bo ponoć czasem Pan na tego bloga wchodzi. Życzę sukcesów, nadspodziewanie dobrych wyników Znicza (aby moja teoria o osuwaniu się w tabeli okazała się wymysłem). Trafienia na sensownych współpracowników, posiadającym ambicję i wizję. Aby przy następnym spotkaniu nie było smutnego stwierdzenia, że nigdy więcej pracy w czymś takim. Oraz lepszej bazy danych niż w Czarnych. W skrócie – powodzenia. I obym po sezonie mógł się szczerze kajać za tytuł tej notki.


PS: Pamiętacie może tekst o Phoenix? Wyrażałem swoje obawy co do wycieczki na serię wyjazdów. Tymczasem, prócz zebrania batów w Orlando, szalona ekipa prowadzona przez Nasha zadziwia. Połknęli kolejno Heats, Celtics, Wizards i 76ers. W tym ostatnim meczu rozgrywający Słońc znowu zaliczył niesamowite d-d – 21pkt. i 20as. Do domu wracają z bilansem 7-1, a Richardson dawno już tak nie szalał. Czy jednak możni powinni zacząć się bać? Na razie bym był ostrożny, ale… być może nadchodzi faktycznie słoneczna strona NBA…

Wybaczcie, że się powtórzę… Go Suns!

poniedziałek, 9 listopada 2009

Nie rozumiem..

Oglądając dziesięć najlepszych akcji w lidze NBA z kilku ostatnich dni oraz euroligowego Top Ten, zastanawiałem się po raz setny, dlaczego w naszych stacjach telewizyjnych transmitujących rozgrywki Polskiej Ligi Koszykówki takie dynamiczne, proste i przyjemne formy promowania ligi się nie przyjęły.

Zastanawia mnie dlaczego slalom Williego Deane'a z meczu Turowa z AZS-em Koszalin oglądam na stronie serwisu polskikosz.pl lub TVP Sport, a nie na stronie PLK? Dlaczego wreszcie jest tylko jedna taka akcja w sieci, skoro choćby w tym wspomnianym meczu sam Deane miał przynajmniej kolejne zagranie będące kopią akcji Chucka Eidsona z Maccabi Tel Awiw przeciwko CSKA Moskwa? Czy TVP obsługująca naszą ekstraklasę nie posiada nagranych spotkań z całej kolejki ligowej, z której można by wybrać dziesięć zagrań, mogących stanowić sympatyczną wizytówkę kolejki?

20 lat temu TVP miała okazję przeszczepiać na polski grunt najlepszą koszykówkę świata. Przy tej okazji jej pracownicy mogli zobaczyć, jak się robi profesjonalny magazyn poświęcony basketowi. Przez dwadzieścia lat technika filmowa pokazała nam alternatywne rzeczywistości, kosmos i ożywiła dinozaury. Dlaczego TVP, która kiedyś wyznaczała kierunki rozwoju telewizji w Polsce, serwuje nam magazyn o koszykówce sprzed epoki dinozaurów? Po cóż tworzyć magazyn ligowy, w którym gadające głowy pędzą z tematu na temat, żadnego nie konkludując, zamiast pokazać kibicom dobrze zmontowany materiał filmowy? O ile przyjemniej miałby prowadzący czwartkowy sport po „Wiadomościach” mogąc zaprosić kibiców basketu na magazyn z dziesiątką najlepszych akcji tygodnia, miast rozmów przy stole, na które w niespełna pół godziny zwyczajnie nie ma czasu. Do tego, gdyby w ramach zajawki którąś z tych akcji można by pokazać we wspomnianym „Sporcie”..

Osobną sprawą jest jakość strony PLK. To właśnie tam powinny się znajdować multimedia pokazujące ligę w lepszym świetle. Top Teny, relacje ze spotkań, o meczach online nie wspominając. Niestety do tego potrzebna jest precyzyjna umowa ze stacją pokazującą ligę. No właśnie – umowa..

Sportem w telewizji publicznej nie rządzi już Robert Korzeniowski. Były świetny chodziarz, facet uśmiechnięty, który ponoć zarażał ludzi optymizmem i tworzył wokół siebie aurę profesjonalisty i zapaleńca. Szkoda, że jego jedynym sukcesem w :publicznej” było zainaugurowanie działalności kanału tematycznego o kiepskiej rozpoznawalności i niewielkiej dostępności. Wspominam o tym, bo były szef sportu w TVP wymienia to jako osiągnięcie. Miejmy nadzieję, że jego następca zechce pochylić się nad towarem, który mógłby być wizytówką tej stacji, jeżeli włoży się w niego trochę serca i pomysłu.

I żeby nie było tylko na temat TVP. Polsat pod względem promocji koszykówki też się nie popisywał. Magazyn PLK zamknięty w stacji niszowej, formuła oczywiście dyskusji, zaś nad Top Tenami pracował zdaje się, że z własnej inicjatywy, Adam Romański wraz z kolegami ze Sport.pl. Efekty można było obejrzeć w sieci, ale nie na antenie. Czyli zebrany zadaniowo zespół ludzi mógł się tego podjąć, a wielka machina telewizyjna już nie. Brakuje ciągle chęci, pasji, czy czego tam jeszcze? Pytam bez szyderstwa, bo nie wiem i nie rozumiem

sobota, 7 listopada 2009

Wielkie fety mistrzowskie

piątek, 6 listopada 2009

Maszynka Messiny się zazębia

Początki zawsze są trudne, zwłaszcza gdy zaczynasz wszystko od nowa w zupełnie obcym środowisku. Doświadczony trener Ettore Messina takie pewnie miał poczucie rozpoczynając budowę nowego, wielkiego Realu Madryt na miarę standardu Galacticos i przyszłorocznego Final Four Euroligi.

Już nieco zbyt ciepła posadka w Moskwie musiała się Messinie znudzić. Poza tym, jak już ostatnio wspominałem, Rosjanie mają teraz większe problemy, niż szukający nowych wyzwań główny trener. Potwierdza to zresztą wczorajsza porażka moskwian z Maccabi Tel Awiw, Nie chodzi o nawet o sam fakt przegrania meczu, ale o to, że odbudowujący swoją chwałę Izraelczycy po raz pierwszy od kilku lat autentycznie sprali wielkie do niedawna CSKA, które może nie odegrać w tym sezonie jakiejś większej roli w Europie.

Co innego Real. Ten klub wraca do pomysłu z galaktycznością i skoro rozpoczęto ten projekt w sekcji piłkarskiej, to i druga co do wagi sekcja basketu postanowiła coś z tego uszczknąć dla siebie. Stąd w stolicy Hiszpanii pojawił się Messina,gwarant sukcesu w koszykarskiej Europie. I stąd też wreszcie dość znaczące, jak na ogólną posuchę w Europie,transfery.

Pierwsze mecze nowego Realu nie wyglądały rewelacyjnie. Najpierw trochę męki w lidze ACB (a rywale nie reprezentowali górnej półki), a potem klaps od Chimek na inaugurację Euroligi.

Drużyna „Królewskich” weszła w swój ważny sezon z problemami. Do zwyczajowego w takich momentach lekkiego bałaganu (gwiazdy zmęczone Eurobasketem, scalanie ludzi z całego świata w zgraną całość) doszły kontuzje kompletu podstawowych podkoszowców. Jak na złość jeden po drugi – Dariusz Lavrinovicz, Felipe Reyes i Tomas van den Spiegel wylądowali na L4. Doszło do tego, że jedynymi wykonawcami akcji tyłem do obręczy byli skrzydłowi – młody Novica Velicković i model przypakowana szczotka Jorge Garbajosa. Obydwaj grają dobrze, ale woleliby pewnie wrócić na swoje nominalne pozycje. W trybie awaryjnym sięgnięto po „strażaków”, ale wówczas wyszła na jaw słabość rynku transferowego w kryzysie. Nawet taka firma, jak Real musiała się zadowolić nieogranym (choć mającym w CV ładny wpis - NBA) Cheikhem Sambem oraz weteranem Ińakim (Ignacio) de Miguelem, którego najlepsze lata już jakiś czas temu minęły. W efekcie wygrane w pierwszych meczach zapewniał madrytczykom obwód, złożony z fantastycznych strzelców oraz boiskowego generała Pablo Prigioniego.

Problemy są jednak po to, by je rozwiązywać. Messina, który nawet jak na swoje standardy, traktował swych nowych podopiecznych niczym wybuchający wulkan, w końcu dotarł do swoich graczy. Ostatnie mecze wyglądają już znacznie ciekawiej w ich wykonaniu. W spotkaniu z UnicająKrólewscy” zaprezentowali próbkę charakteru i cwaniactwa, zaś na Asseco Prokomie urządzili sobie rekreacyjny trening. Prawdziwym testem miał być mecz z mistrzami Euroligi – Panathinaikosem. Grecy zdołali jednakże wygrać tylko pierwszą odsłonę meczu w Madrycie, a później przewaga gospodarzy nie podlegała już głębszej dyskusji.

Czy to już jest Real galaktyczny, na jaki czekają socios? Za wcześnie wyrokować. Warto wspomnieć, że „Koniczynki” z Aten przybyły do Hiszpanii bez Sarunasa Jasikeviciusa, Mike'a Batiste, czy Kostasa Tsartsarisa, a sprowadzani „strażacy”, tak jak w wypadku ekipy trenera Messiny nie są graczami formatu All Stars. Na razie najlepiej w Europie prezentuje się Barcelona, dość pewnie przeskakując wszystkie przeszkody. Pamiętajmy jednak, że występuje ona w grupie A, jednej ze słabszych, czy nawet najsłabszej w tegorocznym Regular Season. W grupie D, gdzie gra Real, jest z kim się mierzyć i z kim gubić punkty..

poniedziałek, 2 listopada 2009

Po słonecznej stronie życia

Mało piszemy o NBA. W gruncie rzeczy dlatego, że niespecjalnie się na niej znamy i nią interesujemy. Ale czasem są rzeczy, które radują. Przynajmniej mnie. Taką jest z pewnością początek sezonu w wykonaniu Phoenix Suns.

Wprawdzie pożegnano się z D’Antonim, ale drużyna chyba powoli wraca do jego pomysłów. Niesamowite run’n’gun prezentowane w czasach świetności omotało zapewne wiele serc i przysporzyło wielu fanów. Oraz kłopotów, bo to nie jest taktyka na mistrzostwo. A momentami roster prezentował się niesamowicie. Bodźcem miało być ściągnięcie Shaqa, ale niestety. Tak na oko zrobiono to o pięć lat za późno – obecnie O’Neal bardziej interesuje się chyba już karierą pozakoszykarską. Bo na boisku pokazuje coraz mniej (oczywiście d-d ciągle mu wpadają, jednak to już nie jest ten sam Diesel, co kiedyś). Nazwany przez dziennikarzy Big Cactusem olbrzym nie nadążył za Nashem i spółką, co skończyło się oględnie rzecz ujmując sezonem przeciętnym. Czy teraz będzie inaczej?

NIE! Żeby nie powiedzieć – oczywiście, że nie. Pomimo 3-0 na dzień dobry (tylko sześć razy tak dobrze rozpoczynali sezon w historii), mimo ciekawego składu oraz wiecznie młodych Nasha i Hilla. Pomimo tego, że ten pierwszy zaczął od 42 asyst w trzech meczach (z czego niesamowite dwadzieścia w spotkaniu przeciwko Golden State), a łącznie sześciu gości rzuca powyżej 15 punktów na mecz. Dlaczego zatem nic nie wskazuje na to, żeby tym razem mieli włączyć się do bezpośredniej walki o „majstra”?

Bo to drużyna, która „gra jak nigdy, przegrywa jak zawsze”. Po prostu oni są skazani na bycie ładną stroną ligi, która jednak nic nie zawojuje. Znowu zaczęli rzucać średnio ponad 115 punktów na mecz. I tak pewnie będą grali ze słabszymi. Gorzej, gdy zaczną się schody.

A te nadejdą już w najbliższej przyszłości – przed Phoenix wyjazdy kolejno do Miami, Orlando i Bostonu. Wyrwanie choćby jednego zwycięstwa będzie niewątpliwym sukcesem. A komplet porażek jakże szybko (ostatni z tych meczy już 6.11) może zburzyć wielkie nadzieje na doskonały sezon.

Poza tym – po prostu braknie im pary. Są za słabi pod koszami (Amare i Hill nie wystarczą), mają krótką ławkę, a Nash jest coraz starszy. Poza tym teraz jest tyle mocnych drużyn, że żeby walczyć z najlepszymi, trzeba się solidnie wzmacniać i rozwijać. Ja sprzedaży Shaqa nie uznam jednak za jakieś niebotyczne wzmocnienie składu…


Zresztą – to dopiero początek rozgrywek. Wniosków raczej wielkich nie ma co wyciągać (może prócz tego, że niesamowicie mocne wydają się Boston i Orlando, natomiast Cavsi zaczęli niezbyt efektownie). Dobry początek często może pomóc w wyniku ponad miarę, czego na pewno warto graczom Phoenix życzyć. Bo jeśli z czymś mi się NBA kojarzy, to z radosną, szybką koszykówką. A taką właśnie prezentują gracze Alvina Gentry’ego. Oby do końca sezonu…

Go Suns!