Gdyby ktoś przed sezonem wywróżył mi odpadnięcie Panathinaikosu Ateny z walki o obronę tytułu mistrza Euroligi w na etapie Top 16, uznałbym go za … powiedzmy fanatyka Olympiakosu Pireus, bo jemu wolno wierzyć w takie cuda. Wczoraj jednak niespodzianka stała się faktem i dla Pao sezon poza Grecją jest już skończony.
Po trzech kolejnych porażkach w fazie Top 16 Euroligi ateńczycy stali pod ścianą. Dramat polegał na tym, że swoją ostatnią szansę na uratowanie sezonu mieli w pojedynku z Barceloną, która w opinii wielu fachowców gra obecnie najlepszą koszykówkę na Starym Kontynencie. Po obejrzeniu dwóch pogromów zadanych rosnącemu w siłę Realowi, jestem w stanie zgodzić się z tą tezą. Potwierdza ją także seria 11 wygranych pod rząd w Eurolidze oraz fakt, że z kolejnych dwóch spotkań Barca przegrała tylko w szalonym i kontrowersyjnym starciu z Partizanem Belgrad. Z takim rywalem przyszło się zmierzyć podopiecznym Żeljko Obradovicia w walce o być albo nie być w Europie.
Podeszli mistrzowie Grecji o tego meczu w sposób właściwy. Znakomity początek spotkania, wsparcie żywiołowej widowni, wszystko wskazywało na to, że mistrzowie utrzymają się w grze. Dopiero końcówka pierwszej odsłony pokazała, że Barca też walczy o awans i nie zamierza sprezentować rywalom dwóch punktów. W drugiej kwarcie przyjezdni wyrównali mecz, ale tylko na krótko, Panathinaikos, po akcjach Nikoli Pekovicia i Stratosa Perperoglu znów odzyskiwali prowadzenie. Porażka Katalończyków wciąż wisiała w powietrzu.
Potwierdzała te przypuszczenia trzecia odsłona, wygrana dość wyraźnie przez gospodarzy. Akcje Dimirisa Diamantidisa, Mike'a Batiste'a, czy Vassilisa Spanoulisa znów przypominały najlepsze spotkania „Koniczynek” sprzed roku i trzech lat, gdy ekipa wygrywała podwójną koronę w Europie. Ostatnią kwartę zaczynali Grecy z zapasem 11 punktów.
W trudnych momentach do akcji wkraczają jednak weterani, a takich Barca również posiada. Rozgrywający przecięty sezon Jaka Laković przypomniał o sobie dwiema kluczowymi, jak się okazało „trójkami”, wprowadzając spore zamieszanie w szeregach „Wszechateńczykow”. Do tego po jego zagraniu piąty faul popełnił Peković, co skomplikowało sytuację gospodarzy. Jakby tego było mało, piąty bieg włączył Juan Carlos Navarro, który rozstrzygnął losy meczu. Wśród obrońców tytułu Antonis Fotsis i Diamantidis wierzyli do końca w wygraną, ale pewna ręka gwiazdy Dumy Katalonii nie pozwoliła im na powrót do gry. Hala OAKA po raz trzeci w tych rozgrywkach była areną porażki Pao. Tym razem kończącej piękny sen.
Nie jest to sytuacja nowa. Mało tego, śledząc rozgrywki Euroligi, można odnieść wrażenie swoistego deja vu. Dwa lata temu broniący tytułu Panathianikos pożegnał się z marzeniami o drugiej z rzędu koronie właśnie na etapie „Szesnastki”. Elementem wspólnym obu porażek jest zespół rywali, a mianowicie Partizan Belgrad. Mistrzowie Serbii drugi raz w ciągu dwóch lat stanęli na drodze marzeniom o reelekcji Sarunasa Jasikieviciusa i spółki. Wtedy jednak wszystko rozstrzygało się w ostatnim, bezpośrednim starciu obu ekip. Teraz na dwie kolejki przed końcem rozgrywek sezon dla „Koniczynek” się zakończył i to jest bardziej szokujące, aniżeli sam fakt, ze zmieni nam się klubowy mistrz Europy.
W zasadzie nie powinno to być aż tak wielką niespodzianką. Ekipę Obradovicia od startu rozgrywek toczyła bezprecedensowa plaga kontuzji. Rzadko się zdarza, by tak renomowany zespół tracił w trakcie sezonu niemal wszystkich czołowych graczy z powodu mniej lub bardziej poważnych urazów. Całą fazę Top 16 stracił kluczowy walczak Kostas Tsartsaris, a jej początek upłynął pod znakiem kontuzji Batiste' go czołowego wysokiego gracza Euroligi. Wcześniej urazy eliminowały Jasikieviciusa (z tego też powodu zabrakło Litwina na „naszym” Eurobaskecie), Diamantidisa, czy Spanoulisa. Wszyscy wymienieni to filary mistrzowskich składów z ostatnich sezonów.
To, że w końcu ta kumulacja nieszczęść przyniosła krwawe żniwo dziwne nie jest. Być może to kwestia zmęczenia materiału. Zespół z Aten to ostoja stabilności, nawet na tle innych czołowych ekip w Europie. Zmiany w składzie bywają tam kosmetyczne, a raczej punktowe, na zasadzie wymiany słabszego ogniwa na bardzo mocne. Tak było po wspomnianej porażce z rąk Partizana, gdy jeden z autorów greckiej tragedii, Peković, zasilił szeregi ateńczyków, by w kolejnym sezonie pomóc im w powrocie na tron. W aklimatyzacji pomogła mu zapewne szczególna więź łącząca pracowników i kibiców obu klubów, której nie zmąci chyba nawet drugi w ostatnich latach prztyczek w nos autorstwa graczy serbskiego klubu. Wciąż zresztą może być tak, że obydwa kluby pożegnają się z marzeniami o tegorocznych play off. Wystarczy, że waleczne Maroussi Ateny nadal będzie tak dzielnie jak dotąd radzić sobie w ostatnich dwóch meczach,a jej słynny rywal pokona Partizana w przyszłotygodniowym meczu o wszystko w hali Pionir...
Tak czy inaczej odpadnięcie Pao jest koszykarskim newsem tygodnia. Od czasu dynastii Maccabi Tel Awiw (lata 2004-2005) nikomu nie udało się obronić europejskiego trofeum. Być może po sezonie nadejdzie w Atenach moment na rozstania z częścią weteranów, stanowiących o sile giganta spod Akropolu. Wszystko zależeć będzie od wyniku starcia gigantów na szczytach greckiej koszykówki. Porażka z rozgrzanym do czerwoności i najsilniejszym od lat Olympiakosem byłaby kroplą przechylającą czarę goryczy. Po takiej traumie musiałby nadejść czas wyjątkowego katharsis, ale przecież te pojęcia nie są obce przedstawicielom helleńskiej kultury. Póki co, pozostaje nam się delektować walką o tytuł mistrza Grecji, która od dawna nie zapowiadała się tak pasjonująco.
A teraz coś o naszych reprezentantach. Żeby nie podsycać uwag o rzekomym 3sekundowym uwielbieniu dla Asseco Prokomu, wstrzymam się z peanami na cześć mistrzów Polski co najmniej do następnej kolejki T16. Dla wrocławian wychowanych w Ludowej na Kosynierach, Zielonym, Ray'u, Kiciorze, czy Oławie wspomniane zarzuty brzmią zresztą dość zabawnie. Rzućmy więc tylko suche fakty – gdynianie pokonali wicemistrzów Euroligi, CSKA Moskwa i są o krok od awansu do ćwierćfinałów. O najważniejszych europejskich rozgrywkach pisze się dziś i mówi w Polsce więcej, niż o kolejnych minutach na boisku w wykonaniu Marcina Gortata. Teraz wystarczy nie dać się rozgromić Maladze i Żalgirisowi Kowno, ale sądzę, że ekipa Tomasa Pacesasa da jeszcze swoim kibicom powód do radości choćby w ostatnim meczu w szczęśliwej hali w Gdyni przeciwko ekipie Unicai. Tak, przyznaję, trzymam za to kciuki, jak każdy kibic polskiego basketu, bo jest to najlepsza reklama naszej koszykówki w Europie i na odwrót. Może dzięki tym występom Euroliga zagości przy najbliższym przetargu w bardziej otwartym kanale telewizyjnym, choćby w postaci sublicencji na mecze Polaków. Wszak od całkowitego zamknięcia wolę małe otwarcie, czego sobie i fanatykom pomarańczowej piłki życzę.
Na koniec przypomnienie – 21 lat temu poznański Lech wystąpił w ósemce najlepszych drużyn w Europie. Była to inna formuła (system pucharowy), w której łatwiej było o niespodzianki, inna Euroliga, europejska koszykówka o lata świetlne z tyłu za obecną. Warto jednak przywołać te wspomnienia, bo jak się okazuje, długo trzeba czekać na porównywalne sukcesy. Oby najpóźniej za dwa tygodnie historia polskiego basketu wzbogaciła się nową efektowną kartkę.
0 komentarze:
Prześlij komentarz