W komentarzach pod poprzednią notką wywiązała się ciekawa dyskusja na temat wyrzucenia PLK z ramówki przez spotkanie naszych tenisistek. Dzięki za fajne i trafne uwagi, oraz przepraszam, że nie odpisałem w tamtym miejscu, ale postaram się to zrobić notką – żeby nie rozwalić się z komentarzem na pół strony i przy okazji poruszyć kilka tematów dokładniej. I być może sprowokować dalsze rozważania z udziałem większej ilości osób.
Początek wszystkiemu dał Łukasz, który deprecjonując wszystko wokół stwierdził, że kosz pada na pysk. Po pierwsze już padł. I to dawno. Ale nieważne. Przede wszystkim cudów po naszej rodzimej Telewizji nie należało się spodziewać. Ona zawsze wszystko olewała, jak nadchodziła jakaś duża impreza, typu właśnie olimpiady. Dlatego to, że i tym razem tak jest nie powinno dziwić. A co do tenisa, to bym polemizował. Jasne – kiedyś ten sport był bardziej elitarny, ale mieliśmy Wojciecha Fibaka, potem Magdalenę Grzybowską, którzy chyba odbili się w pamięci kibiców. A teraz mamy Radwańską, która dość szybko się wspięła na wyżyny oraz deblistów, którzy grają chimerycznie, ale w miarę skutecznie. I przed letnimi Igrzyskami zostali uznani za nadzieje medalowe – dlatego byli promowani. Jak wiadomo, rodzima telewizja nie ma praw do transmisji Wielkiego Szlema, więc wykorzystała jedną z niewielu okazji do pokazania również tej dyscypliny. Która de facto jest teraz chyba bardziej oglądaną aniżeli koszykówka. Więc poszedł prosty bilans pod tytułem „Tenis ściągnie więcej widzów? No to dawajcie Agnieszkę!”.
Czy Puchar Davisa czy Konfederacji jest popularniejszy, nie będę dyskutował. 80% ludzi bardziej interesuje się szybszym i mocniejszym tenisem męskim. Jednak w naszym kraju jest tak, że obywateli ciekawią rzeczy, w których można zobaczyć triumfujących rodaków. I to nie w deblu (świetna para Kubot – Marach, czy wspomnieni Frytka i Matka), który powoli zaczyna interesować tylko samych graczy i ich rodziny. Ale w singlu, który jest tysiąc razy bardziej prestiżowy, lepiej opłacany i lepiej pokazywany. A tutaj niestety na żadnym męskim przedstawicielu nie możemy położyć nadziei na efektowne występy w wielkich turniejach. Nie oszukujmy się – ludzie czytają, słuchają, oglądają, mimo że średnio się znają. Większość nawet nie zna specjalnie realiów, ale jak im się powie, że „nasz” walczy o półfinał Wimbledonu, to się tym zainteresują. A jak się powie, że Kubot odpadł w 1/8 AO, co jest wielkim sukcesem, to na nikim nie zrobi się wrażenia.
A argument, że gramy z Belgią, która jest mniejszym krajem kompletnie do mnie nie trafia. W ręczną walczyliśmy z Islandią, a w kosza największy ostatnio sukces to triumf nad Litwą. Małe kraje potrafią się wyspecjalizować w jakiejś dziedzinie i być naprawdę mocne. A co do składu – przypadkowych odbiorców to mało obchodzi. Oni włączają telewizor, żeby zobaczyć nasze zawodniczki, niekoniecznie w rywalizacji z Henin, czy Clijsters…
A teraz o koszykówce. Temat tłuczemy na tym blogu prawie że cyklicznie, co jakiś czas. Ale może warto powtarzać, bo to sprawa ważna. Żeby w dyscyplinie zespołowej ludzie zainteresowali się rodzimymi rozgrywkami, sukcesy musi odnosić reprezentacja. Teraz każdy Polak wie, że piłka ręczna to szczypiorniak albo czym jest przekroczenie linii trzeciego metra. I to nie dlatego, że chodzili od wieków na spotkania AZS-u Częstochowa, czy Vive Kielce. Po prostu reprezentacje, mające świetnych i dobrze „sprzedających się” trenerów odniosły sukces. Dały poczucie narodowej dumy, przywiozły medale, pokazały walkę i mobilizację niezależnie od sytuacji kadrowej, czy wyniku. I po obejrzeniu takich zawodów w telewizji można stwierdzić „kurcze, a może warto się przejść na ligę?”. W siatkówkę zostały wpompowane gigantyczne pieniądze jeśli chodzi o promocję i reklamę. Ręczna pozostaje na razie daleko w tyle, ale rzesze fanów ma.
Natomiast basket to dwa ważne zwycięstwa i potem degrengolada z meczu na mecz. Pisałem już o tym kiedyś – wcale nie chodziło tylko o wynik. Ale o pokazanie walki przez pełne 40min, przez każdego zawodnika. O zaangażowanie, a nie sensacyjne newsy o nocnych wypadach do klubów czy Fast food-ów. Niestety, ale EuroBasket przegraliśmy jeśli chodzi o promocję. I to wysoko. A sukces z Litwinami był szeroko opisywany, komentowany, fetowany. Pamiętam jak w pracy trudno było mi się ogarnąć, bo każdy pytał o mecz, o bilety na Turcję, itp. itd. A kilka dni później co się stało? „Szkoda, bo fajnie pograli z tymi Litwinami…”. Było pięć minut, które w sposób dość spektakularny zaprzepaszczono.
Kwestia ciekawa – poruszony został temat Polaków. A obecny Prokom to drużyna, w której ważną rolę odgrywa choćby Hrycaniuk. Walczą jeszcze Zamojski czy Szczotka. Ale problem leży gdzieś indziej. W latach ’90-tych i na przełomie tysiącleci, gdy koszykówka świętowała swój najlepszy czas, większość najlepszych grała w naszym kraju. I rzadko zmieniała kluby. Powiedzmy sobie wprost – trio Zieliński – Tomczyk – Wójcik nadal wielu ludziom będzie się kojarzył ze spektakularną drużyną Śląska. I to nawet bez wielkich sukcesów na arenie europejskiej (w porównaniu chociażby z obecną sytuacją Prokomu). To oni byli przez wiele lat idolami wrocławskiej młodzieży, która chciała iść ich śladem. Oraz kibiców doceniających przywiązanie do barw, oddanie drużynie oraz wyniki i masowo przychodzących do Hali Ludowej. Teraz tego nie ma i nie będzie – zdecydowana większość obecnie patrzy na kasę, a nie na barwy. A tak nie zbudujemy lokalnie potężnych ośrodków koszykarskich, które będą mogły się rozprzestrzeniać na cały kraj.
Wydaje mi się, że problemem też jest skład PLK. I naprawdę nie mam wiele do zarzucenia drużynom, które się do niej prawnie dostały, należy im się to miejsce i grają. Ale mam wrażenie, że Legia, Śląsk, ŁKS, jakaś drużyna z Górnego Śląska, Zastal, czy Spójnia mogły by dać lidze potrzebnego kopa. Tylko, że na razie jest to nierealne, zwłaszcza w przypadku tych dwóch pierwszych drużyn. Liga potrzebuje uznanych marek i decentralizacji z Pomorza na cały kraj. Może jednego, a nie dwóch ośrodków na wschodzie, większych i przyjaźniejszych hal, czy jednej, a nie dwóch Polonii. Podoba mi się propozycja darmowych dzikich kart dla większych ośrodków i mam nadzieję, że będzie to robione z głową. Żeby nagle tabela nam się nie rozrosła do np. osiemnastu zespołów. A co z tego wyjdzie – zaczniemy ostatecznie oceniać za dwa lata, bo prośbę o taki czas na działanie wysforował nowy prezes ligi…
2 komentarze:
Puchar Konfederacji? Ten piłkarski?
raczej Federacji :)
pełna zgoda z notką, ale pytanie co zrobić, żeby było lepiej?
Kosz w większych ośrodkach? Jasne, ale na to potrzeba sponsorów, których nie ma (patrz Śląsk). Darmowe dzikie karty są dobrym pomysłem, ale czy nie mamy wrażenia, że liga już dziś jest za duża? Brakuje Polaków-gwiazd, w obecnej lidze (moim zdaniem) nie ma żadnego takiego Polaka, Szubarga ma kłopoty zdrowotne, Hrycaniuk to "tylko" zadaniowiec, Wójcik i Pluta to emeryci...
Wszyscy "najciekawsi" Polacy grają na zachodzie, więc dla kogo mają chodzić do hal polscy kibice? Wbrew pozorom limity dla obcokrajowców nie są takie głupie, byleby były ustalane na kilka lat naprzód...
No a może liga zamknięta? Niech Polonia 2011 wie, że w 2011 też będzie w plk :)
I właśnie to ta drużyna jest chyba nadzieją na lepsze jutro, bo to jak marnuje się (medialnie) ostatnie sukcesy Prokomu pokazują, że Polacy chcą kibicować Polakom.
Prześlij komentarz