Niespodziewanie dopiero ostatniego dnia mieliśmy spotkanie o zwycięstwo w turnieju. Zawiódł faworyzowany Trefl i tym sposobem to Spójnia stanowiła największe wyzwanie dla koszykarzy Śląska. Gospodarze podeszli dość gościnnie do tematu, zwłaszcza w pierwszych trzech kwartach. Ale ostatecznie przyspieszyli, trafili kilka ważnych rzutów i w dramatycznych okolicznościach zwyciężyli 64:63. Ale po kolei.
Do hali szedłem głównie dla tria Kulon – Sęk – Parzeński. Ze skutecznością 10/29 byli z pewnością czołowymi postaciami tego meczu, choć nie zawsze pozytywnymi. Ten ostatni zresztą nawet nie wyszedł w pierwszej piątce. I jak się okazało nie był to głupi ruch, bo póki Kuba siedział, Śląsk prowadził. Potem trzeba było zmienić zagrywki, a Spójnia zaczęła trafiać i goście zaczęli kontrolować spotkanie. Aż do trzydziestej dziewiątej minuty…
W zespole Spójni duże wrażenie mógł zrobić Łukasz Bodych – jedyny chyba na boisku, który umiał grać pod koszem. A cała drużyna świetnie to wykorzystywała, dzięki czemu w trzeciej kwarcie stargardzianie odskoczyli na dziesięć punktów. Wśród gospodarzy radzić sobie z nim miał Parzeński, jednak po raz kolejny zagrał po prostu przeciętnie. Ciągle widzę u niego syndrom młodego Pawła Mroza, który zdecydowanie lepiej czuł się na dystansie, niż pod samym koszem. Ale w ostatnich akcjach nastąpiła zmiana ról i wrocławianin odkupił swoją przeciętną grę, zapewniając swojej drużynie zwycięstwo.
Miła dla oka bywała gra Kacpra Sęka. Dynamiczny, doskonała motoryka – to na chwilę obecną chyba najlepszy zawodnik wrocławskiej ekipy. Zwłaszcza wejścia pod kosz mogły się podobać, dzięki temu jeszcze było o co grać w ostatniej odsłonie. Natomiast Kulon po raz kolejny pokazał, że lepiej rozgrywa, niż rzuca…
Pierwsza kwarta początkowo dla Śląska, potem jednak goście zaczęli przejmować inicjatywę. I jak już wyszli na prowadzenie, to systematycznie powiększali je, aż do trzeciej odsłony. Widać było przede wszystkim mądre zagrania pod kosz do wspomnianego Bodycha. A wrocławianie szarpali. Ważne punkty zdobywał Strzelecki, co jakiś czas trafiali inni i wynik ciągle był w okolicach remisu. Do przerwy 34:31 dla gości.
Druga połowa to dwa etapy. Pierwszy, to powiększenie przewagi do dziewięciu „oczek” przez gości. To nastąpiło mniej więcej w połowie trzeciej kwarty. Natomiast potem sprawę w swoje ręce wziął Sęk i zaczął odrabiać straty. Ostatnia kwarta zaczęła się od jego dwóch udanych akcji oraz agresywnej obrony wrocławian. Muszę przyznać, że to jest chyba najskuteczniejsza forma defensywy tej drużyny. Często przynosi świetne efekty również w drugiej lidze i tutaj powstaje pytanie – czy brakuje sił na częstsze jej stosowanie, czy jest jeszcze niedopracowana? Ale to już pozostaje w gestii szkoleniowca. Dzisiaj spowodowała pewien chaos w szeregach gości. Rzuty za trzy Strzeleckiego i Zygadły dały remis po 55. Od tej chwili już żadna drużyna nie wyszła na wyższe, niż dwupunktowe prowadzenie. Na dwadzieścia sekund przed końcem na tablicy widniał remis po 62. Wtedy faulowany przy rzucie za trzy (w ostatnich sekundach akcji) był najlepszy zawodnik gości, czyli Bodych. Rzut był nieco sytuacyjny, dlatego też przypadł centrowi. Wtedy włączyła się cała hala, próbując utrudnić mu oddawanie rzutów. Efekt był – skuteczny był tylko drugi osobisty, a wrocławianie mieli ostatnią akcję dla siebie. Wiadomo – czas, a potem mozolne rozgrywanie. I faul na Parzeńskim (mającym beznadziejne statystyki rzutowe tego dnia). Jednak Kuba tym razem pokazał, że drużyna może na niego liczyć i trafił oba „osobowe”. Plus jeden dla Śląska, rzut z połowy boiska niecelny i rozpoczęła się feta.
Miło było widzieć, jak bardzo zależy tym zawodnikom na sukcesie. Szkoda, że nie podchodzą tak również do meczów w drugiej (de facto trzeciej) lidze, bo może byłoby wyższe miejsce w tabeli. Irytująco zachowywał się trener gości, który prawie w każdej akcji sugerował „kroki” i był nieco nadpobudliwy. Ale chyba wykpienie jego okrzyków przez trybuny zadziałało niemal jak Nervosol, bo w końcówce oszczędził sobie i widzom tego typu sugestii werbalnych.
Przyjemnie było zobaczyć prawie pełną „Kosynierkę”. Nieźle grających zawodników obu ekip. I prawdziwe manewry podkoszowe zespołu Spójni, która ma niezłego silnego zawodnika i wie, jak go wykorzystać. Plus wiele ciekawych zagrań dwójkowych – tego zespołu na pewno nie można skreślać przed fazą finałową.
Pytanie, gdzie ona będzie? Niewykluczone, że jeśli stolica nie podoła (a to chyba na chwilę obecną faworyt, jednak tam są jakieś problemy z halą na pięć dni), to ponownie spotkamy się we Wrocławiu. Tym razem już w gronie ośmiu najlepszych juniorskich zespołów w kraju.
W spotkaniu o przysłowiową pietruszkę Trefl Sopot pokonał Mickiewicza Katowice 73:44 i wraca do domu raczej z poczuciem porażki, niż osiągnięcia przyzwoitego wyniku.
Ponoć są już wyłonione grupy finałowe:
I: TKM Włocławek, Czarni Słupsk, Śląsk Wrocław, Znicz Jarosław
II: Wilki Morskie Szczecin, Polonia 2011 Warszawa, Spójnia Stargard Szczeciński, Polonia Warszawa
2 komentarze:
Warto znać nazwiska zawodników drużyny, której się kibicuje. Chłopak nazywa się Zygadło, nie Żygadło. Mała kropeczka, a jaką robi różnicę ;)
No jeszcze "meczów", nie meczy. Wiem, że druga forma jest już uważana za poprawną, ale pierwsza lepiej brzmi.
Pozdrawiam
Lepiej brzmi też, jeśli nie zaczyna się zdania od "no".
Prześlij komentarz