środa, 31 marca 2010
Obroniona pierwsza piłka meczowa
Rywale już w poprzednich meczach pokazali, swoją siłę, raz po raz wyciągając co rusz to nowe króliki z kapelusza, które rozstrzygały kluczowe momenty spotkań. W meczu numer jeden taką rolę spełnił Milos Teodosić na spółkę z Linasem Kleizą, zaś w drugim starciu szokował Theo Papaloukas, który do wybitnych strzelców nie należy, a trafiał, gdy drużyna była w potrzebie. Za to się płaci gwiazdom. W spotkaniu trzecim aż takiego supermeczu nikt z „Czerwonych” nie rozegrał, choć popisy Josha Childressa i jego pojedynki z Qyntelem Woodsem ocierały się o poziom, z jakiego obaj dżentelmeni spadli nie tak dawno, a więc NBA.
Kolejny raz próbował swoich sztuczek ze składem Tomas Pacesas. Tym razem w wyjściowej piątce pojawili się Lorinza Harrington i Ronnie Burrell oraz „tradycyjnie” ostatnio Adam Łapeta, ale to nie oni byli bohaterami spotkania. Polski środkowy przydał się zresztą na początku gry, kiedy niezbędny był na placu ktoś zdolny do walki z olbrzymim Sofoklisem Schortsianitisem, który taranował strefę podkoszową gdynian w meczu nr 2. Generalnie niemal każdy zawodnik Prokomu coś wniósł do zespołu i to było kluczem do podjęcia walki o zwycięstwo. Co ciekawe nie było wśród nich wspomnianego Burrella, ani takiego strzelca jak Przemysław Zamojski, co świadczy o tym, że także na ławce Asseco czai się niezły potencjał. Po raz pierwszy w play off punktował Łukasz Seweryn, ale była to ważna „trójka” w kryzysowej trzeciej kwarcie, kiedy to Olympiacos odrabiał straty i wydawało się, że połknięcie mistrzów Polski jest tylko kwestią czasu.
W najważniejszych momentach „spłacały” się gwiazdy Asseco. Tak dobrze grającego Jana Jagli nie pamiętam z występów w Joventucie Badalona. W Katalonii Niemiec ograniczał się głównie do naśladowania Dirka Nowitzkiego w jego niesamowitych rzutach, zaś w najlepszych spotkaniach w barwach ekipy z Gdyni (a jedno z takich miało miejsce wczoraj) Jagla pokazał, że umie walczyć pod koszami i stawiać czoła cięższym średnio o 20 kilogramów rywalom. Znakomicie zastąpił w tym względzie Burrella i walnie przyczynił się do uzyskania prowadzenia przed dużą przerwą. Także i w trzeciej odsłonie pokazał kilka swoich firmowych zagrań i wraz z Woodsem i Danielem Ewingiem utrzymywał gdynian w grze. Ten ostatni z kolei znów udowodnił, że najlepsze akcje z jego udziałem, to te, w które sam kończy i to najlepiej rzutem z daleka. „Trójki” wpadają mu znakomicie, natomiast wejścia pod kosz sprawiają wrażenia wyrafinowanych prób samobójczych, wywołujących palpitacje serca kibiców. Także jako „jedynka” Daniel raczej się nie sprawdza, czego dowodzą choćby szaleństwa i ryzykowne akcje w momencie, gdy uzyskana przewaga nakazywała raczej kontrolowanie tempa i spokój. Jak już jednak wspomniałem, były gracz Chimek pokazał się jako świetny snajper i oglądanie go w tej roli było czystą przyjemnością.
W szalonej i nerwowej końcówce wszyscy bohaterowie powoli się wykruszali. Znakomite pojedynki z Childressem powoli wyczerpywały Woodsa. „Gdyński” Amerykanin radził sobie swoim atletyzmem, techniką i siłą, ale były gracz Atlanty odpowiadał szybkością i dynamiką. To do niego należało ostatnie słowo w tym starciu (fenomenalne minięcie na skrzydle i akcja dwa plus jeden) i on też zdobył więcej punktów. Jednakże to gra Woodsa pomogła drużynie pozostać na prowadzeniu, podczas gdy popisy Childressa nie przełożyły się na przebieg gry. Tym razem więc w starciu gigantów z NBA, remis ze wskazaniem na QW.
Ostatnie akcje to już totalne zmęczenie gospodarzy. Zagrywki przestały trybić, a realizowane były chyba tylko dzięki, tzw pamięci mięśniowej lub jak kto woli.. siły woli. Rzuty, które wcześniej wpadały, nie znajdowały drogi do kosza, a walka na tablicach przynosiła głównie faule. W tym momencie złamanie zagrywek i gra na element zaskoczenia była bezcenna i to właśnie wniósł David Logan. Amerykanin z polskim paszportem miewał wczoraj różne momenty. Dobrze nakręcał tempo szybkich kontr uzupełniając rozgrywających, ale skuteczność w ataku nie była jego mocną stroną. Jeden celny rzut zza linii 6,25cm na pięć prób przywodził wręcz na myśl jego najgorsze mecze rozgrywane z klapkami na oczach czy to w lidze, kadrze, czy w pucharach. Końcowe fragmenty całkowicie odmieniły ogląd jego występu. Odrobina szaleństwa, rzut o tablicę w końcówce akcji oraz blok na Kleizie – to były akcje na zwycięstwo. Nie przekreśli tego nawet spudłowany rzut z linii wolnych (ten pierwszy, który miał wpaść), gdyż kolejne zagranie na słynnym Litwinie pokazało, ile znaczy talent i wybitna jednostka (nawet jeśli szalona) w najważniejszych momentach meczu.
Jutro kolejna „piłka meczowa” po stronie Olympiakosu i prawdę mówiąc, wygląda mi na to, że tej szansy Grecy nie zmarnują. Ogromny potencjał, który wczoraj nie wypalił, czeka na swój czas. Bardzo chciałbym,by ta przygoda mistrzów Polski trwała nadal, bo w tym sezonie drużyna z Gdyni robi więcej dla promocji basketu w Polsce, chyba nawet od „Polish Hammera”. Niech więc ten sen trwa nadal, a rywalizacja Pireusu z Gdynią przejdzie do historii jako najciekawsza w drugim w historii Euroligi ćwierćfinale play off w wersji best of five.
W innych seriach też nic jeszcze się nie skończyło. Ze stryczka zerwali się gracze Caji Laboral, pokonując CSKA, zaś Barcelona dość pewnie odrobiła „stratę” z własnej hali, pokonując Real w Madrycie. Atut własnego obiektu wykorzystali gracze Partizana Belgrad i drugie mecz w Belgradzie może dać im historyczny udział w Final Four. Ta rywalizacja jest bardziej wyrównana, niż wielu się spodziewało i może przyćmić osiągnięcia Asseco. Trzymajmy zatem kciuki, by Polacy wrócili z rywalizacją do Pireusu. A Partizana warto oglądać choćby dla Bo McCalebba, który pokazuje chyba wszystko, co najlepszego można dać amerykańska „jedynka”, która nie gra w NBA. Może to nazwisko powinno się znaleźć w notesie szefów APG przed kolejnym sezonem?
poniedziałek, 29 marca 2010
Polonia 2011 spadła. Co dalej?
Polonia 2011 była o zdrowie Dardana Berishy i kilka błędów w końcówkach spotkań od utrzymania. Byłoby zadowolenie i oczekiwanie na więcej w przyszłym sezonie. W tym sezonie było "tylko" sześć wygranych. Ja przypomnę, że zarówno przed tegorocznymi rozgrywkami jak i przez pierwsze osiem kolejek tego sezonu zastanawialiśmy się, czy Polonia cyfrowa w ogóle wygra jakiś mecz. Potem było 6-11.
Polonia nie skończyła na ostatnim miejscu w lidze, nie ma tragicznego bilansu. Pokazała świetnych młodych graczy w swoich szeregach. Wszyscy byśmy chcieli, żeby się utrzymali, udowodnili coś całemu światu. Czy możemy jednak ten sezon traktować jako porażkę? Najważniejsze jest pytanie o cel tej organizacji. Czy w Polonia nie oszlifowała, wprowadziła do ekstraklasy i uczyniła gotowymi na dalszą karierę - także w reprezentacji - Śniega i Berishy? Czy kolejny etap w szkoleniu Pamuły, Mokrosa jest nieudany? Polonia chce wprowadzać zdolnych Polaków do dorosłej koszykówki i to robi. Co tutaj nie wyszło?
To już się udało. Gdyby Polonia chciała wskoczyć na jakże zaszczytne i wiele dające 10. czy 11. miejsce w PLK, to kupiłaby kilku średniaków zza granicy i kilku średniaków krajowych. Tylko do takich osiągnięć nie trzeba się "babrać" w szkoleniu.
Latami narzekamy na krótkowzroczne postępowanie klubów, nastawienie na marny wynik w najbliższym sezonie, na brak szkolenia i długofalowej wizji klubu. Polonia zagrała ledwie sezon w ekstraklasie i już da się słyszeć Porażka! Trzeba było koniecznie dokupić obcokrajowców! I tak naprawdę w pełni nam wychodzi, dlaczego w tym kraju tyle klubów krótkowzrocznych...
Na szczęście u sterów P2011 trochę inna mentalność. Jasność celu i spokój w dążeniu do niego. Czy w pierwszej lidze, czy w ekstraklasie nadal można to wszystko skutecznie realizować. Kwestia tylko w jakim dokładnie składzie. Jeśli Jarosława Popiołka stać na dziką kartę, to tym bardziej brak obcokrajowców w tym sezonie miał ogromny sens.
Personalia. Jeśli stołeczny klub miałby zostać w PLK, to miło by było skład pozostawić bez strat w młodzieży i dołączyć do tego w zdolnych z 1. ligi. To by jednak oznaczało pewien zastój, a nie do końca o to tutaj chodzi. Szczególnie mam tutaj na myśli pozycję rzucającego obrońcy. Berisha powinien rozwijać się już gdzie indziej, Pamuła powinien rozwijać się jako pierwszy w P2011, a z ławki powinni atakować jeszcze młodsi. Taka właśnie jest idea tego klubu.
Sprawa Tomka Śniega. Z jego punktu widzenia, jeśli znajdzie gdzieś czas do grania powinien również iść w kierunku "normalnych" zespołów. Z punktu widzenia klubu znalezienie zastępstwa wśród młodych lub po prostu polskich rozgrywających może być piekielnie trudne.
Jeśli poloniści spadną, dla obu panów szukanie nowego klubu powinno być oczywistością. A tutaj zacznie się zmartwienie całego środowiska, żeby chłopaki nie przegrzali z nowym pracodawcą. Talent, ambicja, praca na treningach, cierpliwe czekanie na swoją szansę, to ważne cechy, ale czasami można mieć zapewnienia trenera i czekać pokornie na swoją szansę, a w efekcie stracić rok albo więcej kluczowego okresu kariery...
W przypadku Dardana wspomina się nawet o Asseco Prokomie. Pomysł szalony, ale w wypadku odejścia Davida Logana wcale nie głupi. Trzeba poczekać na rozwój sytuacji.
A co z Polonią po spadku? Kolejny rzut utalentowanej młodzieży gra ponowny awans do PLK. Co złe dla już wypromowanych gwiazd, doskonałe dla tych jeszcze niewypromowanych.
Wszystko do przodu.
niedziela, 28 marca 2010
All-Euroleague voting
POINT GUARDS

Milos Teodosić
Pokonani w polu: Theo Papaloukas, Dimitris Diamantidis, Terrell McIntyre
SHOOTING GUARDS AND SMALL FORWARDS
Qyntel Woods
Linas Kleiza
Pokonani w polu: Ramunas Siskauskas, Alan Anderson, Trajan Langdon, Josh Childress, Pete Mickeal, Juan Carlos Navarro, Romain Sato, David Logan, Keith Langford
POWER FORWARDS AND CENTERS
Dariusz Ławrynowicz
Aleks Marić
Pokonani w polu: Mike Batiste, Nikola Peković, Mirza Teletović, Tiago Splittter, Erazem Lorbek, Victor Khryapa, Krzysztof Ławrynowicz, Ioannis Bouroussis
Kilka słów komentarza.
PG. Teodosić jest bezkonkurencyjny, a największy konkurent gra z nim w jednym zespole. Uczeń i mistrz. W tej kolejności należy wymieniać. Diamantidis i McIntyre na standardowo wysokim poziomie, ale bez Elite 8.
SG i SF. Umieszczenie Kleizy wśród niskich skrzydłowych trochę namieszało tym bardziej, że i bez niego na SG i SF jest niesamowita konkurencja. Litwin jest ewidentnie najlepszy, natomiast co do drugiego miejsca ogromny dylemat miałem między Woodsem a Siskauskasem. Obaj grają genialne sezony. Postanowiłem jednak docenić Qyntela za większą liczbę punktów, zbiórek, słabsze wsparcie w zespole, doskonałą postawę przeciwko Olympiakosowi i Childressowi na wyjeździe oraz całokształt jego wpływu na doskonały sezon Asseco. Kleiza z Woodsem pozostawili za sobą całą plejadę doskonałych nazwisk.
PF i C. Tu ocena była ciężka, bo większość czołowych podkoszowych jest zgrupowana w dużych skupiskach w czołowych klubach greckich i hiszpańskich, co utrudnia im wielkie indywidualne szaleństwa. Typy padły na Maricia i Ławrynowicza.
Mój MVP. Oczywiście Linas Kleiza.
Dotychczasowe wyniki można zobaczyć tutaj. Nie ciężko zauważyć, że jak na razie o głosowaniu wiedzą głównie kibice Partizana i Olympiakosu. Mnie najbardziej ciekawi ile w górę w głosowaniu ekspertów w stanie jest pójść Qyntel Woods. Bo tutaj na fanatyków danych klubów, czy kibiców przywykłych do pewnych nazwisk z pewnych klubów niestety nie ma co liczyć.
sobota, 27 marca 2010
Barca-Real. Kto ma więcej do stracenia?
Real - nowy wielki zespół Ettore Messiny - wygrał najmocniejszą grupę pierwszej fazy Euroligi i został za to "nagrodzony" piekielnie trudną grupą TOP 16 z Maccabi, Montepaschi oraz Efesem. Grupę wygrało Maccabi, a Real trafił na bardzo silną Barcelonę. Drugiego wielkiego faworyta Euroligi z Hiszpanii. Kto zatem ma więcej do przegrania w tej rywalizacji?
W Madrycie po wielu suchych latach postanowiono odbudować potęgę koszykarskiego Realu. Zaczęto od trenera - Ettore Messiny - który wydaje się być największą gwiazdą tego zespołu. Tak właśnie. Do stolicy Hiszpanii ściągnięto całą masę bardzo dobrych graczy Euroligi, ale tej jednej jedynej gwiazdy pokroju Sarunasa Jasikevicusa, Theo Papaloukasa, Ramunasa Siskauskasa, Juana Carlosa Navarro czy Dmitrisa Diamantidisa jednak w ekipie Królewskich brakuje.
Wielkie zmiany latem, bardzo znaczące transfery w trakcie sezonu - powrót do Europy Marko Jaricia oraz przybycie wielkiego podkoszowego chorwackiego talentu - Ante Tomicia. To właśnie skład zmontowany kompletnie od początku każe wskazywać, że wygrać Euroligę Realowi będzie niesamowicie trudno. W ćwierćfinale z Barcą cała pierwsza piątka jest nowa w porównaniu do ubiegłego sezonu, a w całej dwunastce gra tylko trzech starych koszykarzy (Reyes, Llull, Bullock).
Co prawda włoski szkoleniowiec po przyjściu do CSKA w 2005 roku odniósł wielki sukces już w pierwszym sezonie pracy, ale skala zmian w zespole, w którym zostali Holden, Papaloukas, Andersen, Savrasenko oraz inni Rosjanie, była mniejsza. Właśnie dlatego moim zdaniem w tym roku bardziej "muszą" Barcelona i Olympiakos - oba kluby dość stabilnym składem drugi sezon z rzędu. Obie ekipy rok temu obeszły się smakiem, musząc zadowolić się walką o 3. miejsce w Europie.
Wracając do Barcelony. W stolicy Katalonii pozostali Navarro, Laković, Vazquez, Basile, Sada, Grimau i Trias. Letnie wzmocnienia były bardzo imponujące, bo do zespołu dołączyli Lorbek, Mickeal, Rubio, Morris i N'Dong. Drużynę wciąż prowadzi Xavi Pascual.
Barca w tym sezonie Euroligowym do fazy Elite 8 została pokonana tylko raz - jednym punktem na bardzo gorącym terenie w Belgradzie. Do rywalizacji z odwiecznym rywalem przystępowała z przewagą własnego parkietu. Dziś jest 1-1 i tę przewagę straciła, ale wciąż to dla nich brak Final Four będzie potężną porażką, niweczącą kilka lat pracy. W Madrycie będzie wielki zawód, ale będzie można powiedzieć - cóż, za rok nie damy reszcie szans. Rozganianie ekipy Messiny nie miałoby najmniejszego sensu, szczególnie, że obok bardzo rutynowanych graczy w składzie jest kilka perełek młodszego pokolenia.
Ewentualna przegrana byłaby także ogromną porażką Ricky'ego Rubio, który - nie ma co ukrywać - w stosunku do wiążących się z nim oczekiwań w tym sezonie zawodzi. Nie rozwija się w elementach, które kulały. Wciąż ma przeciętny rzut ze słabą techniką, nie jest dobry w penetracjach podkoszowych. W skrócie nie jest groźny jeśli chodzi o zdobywanie punktów. A bez tego w dzisiejszej koszykówce żaden choćby nie wiadomo jak utalentowany kreator gry nie zostanie wielkim rozgrywającym. A przecież wszyscy chyba na to czekamy.
Obserwując Rubio w tym sezonie ciężko jest mi nie odnieść wrażenia, że on liczy na to, że będąc "dzieckiem szczęścia" jest w stanie tak z rozpędu, na tym swoim szczęściu przejechać przez całą karierę. A tutaj trzeba się zabierać do roboty panie Rubio. Być może szykuje się nam kolejna leniwa gwiazdka. Być może taka ocena to tylko efekt przerosłych oczekiwań. Faktem jest natomiast to, że funkcjonowanie Ricky'ego jako pierwszego PG Barcy jest dalekie od ideału, że z każdym dniem, tygodniem, miesiącem i rokiem jego rówieśnicy są co raz bliżej, a trzy lata starszy Milos Teodosić bije go na głowę. Za kilka lat różnica wieku nie będzie miała najmniejszego znaczenia przy porównaniu obu tych koszykarzy.
Gdzieś w okolicach fazy TOP 16 zaczęło się pojawiać oczekiwanie finału Euroligi w składzie Barcelona-Olympiakos. Czy będzie nam dane zobaczyć ten pojedynek wielkich klubów w finale? Czy zobaczymy zderzenie dwóch zupełnie różnych systemów gry? Czy zobaczymy wielki rewanż pojedynku Rubio-Teodosić z Katowic - tym razem z równiejszymi szansami? Czas pokaże.
piątek, 26 marca 2010
Lampe (ponoć) zagra. To dobrze?
W każdym razie jest sukces. Aż dziwne, że nie odtrąbiony jakoś donośniej, bo w końcu osiągnięty przez mającego średnie notowania prezesa – specjalistę od nagłaśniania rzeczy we własnym mniemaniu udanych. Tylko czy naprawdę akurat Lampe tej kadrze jest w tym momencie potrzebny?
Ale po kolei. Najpierw cytat z prezesa Ludwiczuka: „Wyjaśniliśmy sobie z Maciejem wiele spraw. Co prawda on sam jeszcze nie wie z jakim klubem podpisze kontrakt na następny sezon, a także zapowiedział, że chciałby trochę odpocząć, jednak w żaden sposób nie wyklucza to jego gry w kadrze. Zadeklarował, że będzie w niej występował - dodaje Roman Ludwiczuk”.
Zatem mamy trzy fakty. Po pierwsze, Lampe nie wie gdzie będzie grał w następnym sezonie. Po drugie, chce odpocząć. Ale, po trzecie, według hipotezy prezesa nie przeszkodzi mu to w zagraniu w kadrze na maxa. Oględnie rzecz ujmując optymistyczna wersja zdarzeń.
Pierwszy element – szukanie klubu. Tutaj akurat sprawa jest raczej prosta i Maciek nie powinien narzekać na brak ofert. Niezależnie od obecnej dyspozycji, czy też średnich wspomnień z Maccabi, ma wyrobioną markę na naszym kontynencie. A jak nie dostanie dobrej oferty z Rosji, czy Hiszpanii to może Prokom? W Gdyni zapewne będą szukali gwiazdy po rozstaniu z Woodsem (ktoś wierzy, że po tak kosmicznym sezonie Qyntela uda się zatrzymać?), a dodatkowo przepisy naszych rodzimych rozgrywek sprawią, iż Lampe byłby praktycznie bezcenny. Dlatego ta kwestia raczej nie stanowi najmniejszego problemu i nawet jak Maciej będzie przedłużał podpisanie do końca lata, to po żadnych testach czy innych sparingach latać nie powinien.
Kwestia druga – odpoczynek. Tu sprawa jest trudniejsza. Na pewno ten sam dylemat będzie miał Marcin Gortat. A kadra bez żadnego z nich może mieć poważne problemy. Za daniem spokoju temu drugiemu przemawia też dłuższy sezon w NBA, a co za tym idzie potencjalnie o wiele większe zmęczenie. I potrzeba regeneracji przed kolejnymi rozgrywkami. Jednak to właśnie Gortat wprowadził do kadry atmosferę mobilizacji, brał na siebie ewentualne niepowodzenia i jakby nie patrzeć jest lepszy zwłaszcza na bronionej desce. A mając potencjał ofensywny w takich graczach jak Ignerski, czy Logan, nie jest nam niezbędny kolejny strzelec. Nie mówiąc o tym, że Macieja charakteryzuje to, iż gdy na coś narzeka, to gra słabiej i nie przykłada się na 100%. Między innymi przez to zraził do siebie część kibiców.
Temat trzeci – prezes twierdzi, że Lampe zagra. Lampe szafuje kłodami i sugeruje ewentualne problemy. Jak dla mnie brak jasnej i otwartej deklaracji pod tytułem „kadra jest dla mnie ważna, więc zrobię wszystko, żeby się stawić na zgrupowaniu” powoduje, że im bliżej lata, tym większe wątpliwości może stanowić jego przyjazd. Dotarcie z Kazania może też zależeć od postawy innych. Czyli jak będą najlepsi, to będzie i Lampe. Jednak jak zabraknie Gortata, czy Logana, to i Maciej niechętnie się pojawi.
Jednak postawione w tytule pytanie brzmi: Czy Maciej Lampe faktycznie jest tej reprezentacji obecnie niezbędny?
Przyznam otwarcie – nigdy nie byłem jego wielkim fanem. Wydawał mi się zawodnikiem (ba, nadal się wydaje), który grę w kadrze traktuje jako przykry obowiązek, a dodatkowo ma wpływ na psucie atmosfery. A w takim wypadku, zamiast niego zdecydowanie wolę walczącego o każdą piłkę Szewczyka, czy nienajgorszego Dylewicza.
Poza tym Lampe wydaje się być dość jednostronnym zawodnikiem – obrońcą jest przeciętnym, za to w ataku potrafi być najlepszym Polskim podkoszowym. Niestety bywa mocno chimeryczny, a co za tym idzie nieprzewidywalny. W eliminacjach (na szczęście) nie mierzymy się z Serbami, Turkami, czy Hiszpanami, żeby wszystko stawiać na jedną kartę. Dlatego może nie warto ryzykować zepsucia team spirit i postawić na zawodników, którzy naprawdę chcą w kadrze grać. Czego zresztą będzie wymagał sam trener Griszczuk, bo u niego raczej na „własnych warunkach” nikt długo miejsca nie zagrzeje.
Element kolejny – zastępcy. Jeśli przemilczymy potencjalne kontuzje, zmęczenia sezonem i inne elementy, to pod koszem mogą grać chociażby Gortat, Szewczyk, Dylewicz, Łapeta, Hrycaniuk (?) czy Witka (?). Zestaw może nie szokujący, ale czy to tak mało? W zamian mamy pewność ambicji i walki o każdą piłkę. A przy szalonej taktyce obniżenia składu na „czwórkę” może wskoczyć na ten przykład Ignerski.
Podsumowując. Cenię Macieja Lampego. Mam nadzieję, że dojdzie w miarę szybko do jego rozmowy nie z prezesem Ludwiczukiem, ale z trenerem Griszczukiem. I po takowej Maciek zadecyduje, czy chce poświęcić swoje wakacje dla dobra narodowej reprezentacji, czy woli odpuścić, a być gotowym np. na Eurobasket na Litwie. Z ryzykiem kolejnych wakacji za rok, bo awans wcale nie jest taki oczywisty.
Kadrę mamy w miarę mocną i wyrównaną. Pod koszem również. I Maciej miejsce dla siebie by znalazł. Pytanie brzmi: czy naprawdę tego chce? I czy jest skłonny zrobić wszystko, aby udowodnić, że na nie w zupełności zasługuje, a ja po prostu się nie znam i źle go oceniam? Tego życzę z całego serca sobie, jak i wszystkim fanom reprezentacji. Bo kadra wzmocniona ambitnym i głodnym zwycięstw Lampem będzie po prostu mocniejsza. A co za tym idzie upragniony awans na Litwę stanie przed nią otworem.
PS: Wypowiedź Romana Ludwiczuka zaczerpnąłem z serwisu PZKosz.
O strzałce raz jeszcze
Mnie osobiście ten przepis przekonał jakiś czas temu. A przyczyn jest kilka. Zacząć można od rozgrywek na niższym poziomie. Tam w tak zwanych meczach walki sytuacje rzutu sędziowskiego potrafią być plagą. Zawodnicy mogą wyrywać sobie piłkę w parterze nawet w kilku akcjach pod rząd. Wtedy strzałka ratuje płynność meczu. Do tego dochodzi wyeliminowanie niedoskonałości wyrzutu piłki w górę przez sędziego, jak również jawnej dyskryminacji, kiedy skakać do rzutu przychodzi rozgrywającemu z centrem.
Dla mnie jednak najważniejszy jest zupełnie inny argument, który nasuwa się, kiedy prześledzimy historię basketu i dojdziemy do wniosku, że strzałka to naturalna konsekwencja ewolucji przepisów koszykówki. O co chodzi? A o to, że do 1938 istniała możliwość, żeby jeden zespół atakował przez cały mecz. Po każdym celnym koszu zawodnicy wędrowali na środek boiska i grę wznawiano rzutem sędziowskim. Płynność gry była niska, zespoły z wyższym czy bardziej skocznym zawodnikiem, mogły uzyskiwać dużą przewagę samym elementem rzutu sędziowskiego. Wówczas ktoś uznał, że administracyjne przyznawanie piłki drużynie tracącej punkt jest bardziej sprawiedliwe. Dziś to dla nas oczywista oczywistość, ale przecież wtedy ktoś przyzwyczajony do starych reguł, mógł argumentować, że przecież wypacza to ducha sportowej rywalizacji. Czyż nie?
Naprzemienne posiadanie piłki, to kolejny krok po tamtych zmianach w latach trzydziestych i właściwie można zadać pytanie - dlaczego tak późno? Mamy grupę zdarzeń na boisku, po których piłkę przyznaje się na przemian. Oczywiście jedna z drużyn może uzyskać z tego tytułu kilka posiadań piłki więcej - maksimum 4. Poniżej przedstawiam schematycznie ten skrajny przypadek bez brania pod uwagę podwójnych posiadań w wyniku fauli technicznych i niesportowych (pogrubione posiadanie na początku i na końcu kwarty):
1 22 1 2 1 22 1 2 1 22 1 2 1 22 1 2
Do takiej sytuacji może dojść tylko wtedy, kiedy zespół 1 wygrywa rzut sędziowski na początku spotkania, a zespół 2 korzysta z sytuacji rzutu sędziowskiego w każdej kwarcie. Co trzeba dodać - takie podwójne posiadania wynikające ze strzałki prawie nigdy nie prowadzą do podwójnej zdobyczy punktowej. Możliwe jest to tylko po trafieniu buzzer-beatera na koniec kwarty i otrzymaniu piłki na początku kolejnej. Zresztą gdyby miało to jakiekolwiek pragmatyczne znaczenie, to zespoły nie chciałyby wygrywać rzutu sędziowskiego na początku meczu, bo z tego punktu widzenia mogłoby to stawiać je w niekorzystnej sytuacji. A tak nie jest - kwestia liczby posiadań jest czysto teoretycznym problemem.
A więc gdzie jest to zło strzałki?
środa, 24 marca 2010
Magic Basketball: Dynastia Chicago Bulls
![]() |
| Magic Basketball: Dynastia Chicago Bulls |
Plik rar - Magic Basketball: Dynastia Chicago Bulls
Zupełnie z zaskoczenia wszedłem ostatnio w posiadanie numerów Magic Basketball z lat 1995-98. Wśród nich jest wydanie specjalne z lata 1997 roku poświęcone dynasti Chicago Bulls. Nie wiem jak popularne wśród fanów NBA jest posiadanie numerów archiwalnych tego dawno już upadłego czasopisma. W każdym razie postanowiłem podzielić się ze wszystkimi tymże wydaniem specjalnym.
Zrobiłem zdjęcia wszystkich stron. Powyżej można zobaczyć jak to wygląda w albumie Picasa. Niestety ta strona zmniejsza "ciężar" wszystkich plików aż dziesięciokrotnie, więc pewne rzeczy mogą być nieczytelne - nawet na zbliżeniu. Dlatego wrzuciłem również wszystkie zdjęcia w pliku rar dla bardziej zainteresowanych. Tutaj nie powinno być problemów z czytaniem.
poniedziałek, 22 marca 2010
Asseco u bram Final Four
Olympiacos – Asseco Pokom (pierwsze mecze – 23 marca o 21.00 i 25 marca o 20.00)
Grecy od lat gromadzą bardzo mocne składy, ale brakowało im zespołowości i charakteru w kluczowych momentach sezonu. Latem władze klubu powstrzymały się od rewolucji i postawiły na korekty. Najważniejszym wzmocnieniem okazał się Linas Kleiza. Litewski wojownik wniósł element nieustępliwości, inspirując drużynę do walki. Przewodzi jej jako strzelec i najlepszy zbierający, mimo że w zespole nie brakuje gwiazd. Po Eurobaskecie wzrosła pewność siebie Milosa Teodosicia, który przyćmiewa słynnego Theo Papaloukasa. Coraz lepsza gra Serba powoduje, że w Pireusie nikt nie płacze po odejściu Lynna Greera. Także gwiazdor Josh Childress przestał chyba myśleć o powrocie do NBA i zaczął grać na sto procent możliwości. Zespół, który w Grecji ma status „wiecznie drugiego” po Panathinaikosie wreszcie wygląda na gotowego wygrania tak Euroligi, jak i ligi greckiej.
Gdynianie po świetnej fazie Top 16 złapali lekką zadyszkę, a przełożone w czasie spotkania w PLK mogą pomóc odzyskać wigor, ale równie dobrze wybić z rytmu meczowego. Pocieszające jest jednak, że już kilkakrotnie w tym sezonie wydawało się, że APG nie ma żadnych szans, czy to z Realem, czy CSKA, a jednak na mecz z takimi rywalami gdynianie dostawali prawdziwych skrzydeł. Chyba nikt oczekuję po nich awansu, ale warto, by dali z siebie wszystko, bo taka gratka, jak walka o Final Four może się polskiej drużynie już nie trafić..
.
Atuty zespołów
Olympiacos ma za sobą doświadczenie i siłę. Ioannis Bourousis, Linas Kleiza, czy potężny Sofoklis Schortsanitis, to prawdziwe monstra, które trudno będzie powstrzymać w walce po koszami. Gdynianie mogą szczycić się najlepszym euroligowym sezonem w historii, ale Grecy notują najbardziej udane rozgrywki od co najmniej 13 lat, kiedy to ostatni raz sięgnęli po mistrzostwo Starego Kontynentu. Podopieczni Panagiotisa Giannakisa czują, że nadchodzi ich czas i trudno liczyć na lekceważenie debiutantów w „Ósemce”.
Trudno znaleźć jakiekolwiek przewagi w składzie, mogące dać Polakom szanse na sukces. Jest wśród nich kilku graczy z przeszłością w NBA (Qyntel Woods, Lorinza Harrington czy Daniel Ewing), ale w Europie tylko Woods ma za sobą walkę o Final Four w barwach .. Olympiakosu przed dwoma laty. Są za to w Prokomie zawodnicy, którzy niedawno musieli szukać minut na boiskach 1 ligi (Adam Hrycaniuk, Przemysław Zamojski, Adam Łapeta). To niesamowite, przed jaką szansą stoją tacy gracze, choć doświadczenie nie będzie ich mocną stroną. Mistrzowie Polski swój cel już osiągnęli, więc ich atutem może być brak presji.
Barcelona -Real Madryt (23 marca o 20.45 i 25 marca o 20.15)
Derby Europy, Gran Derbi, wszelkie górnolotne hasła są tutaj na miejscu. To chyba największy hit fazy Elite Eight, choć inne pojedynki też są przecież ciekawe. W bieżących rozgrywkach dwukrotnie swoją wyższość okazała Barcelona, w tym w finale rozgrywek o Puchar Króla. W najsilniejszej lidze Europy, ACB, Barca i Real zajmują dwie czołowe lokaty. W ostatnich meczach wygrywają dość pewnie. Real odprawił z kwitkiem Bilbao, zaś Barcelona stoczyła ciekawy pojedynek z Cają Laboral. Baskowie trafiali niesamowite rzuty, ale w kluczowych momentach na straży stał Ricky Rubio. Nadzieja hiszpańskiej koszykówki, trafiła pięć „trójek” na pięć prób, a w tym właśnie elemencie gry upatruje się słabych stron Ricky'ego..
Atuty zespołów
Barcelona ma szeroki, silny skład, wygrywa z kluczowymi rywalami i gra najbardziej widowiskową koszykówkę w Europie. Do i tak potężnego arsenału w ataku (Erazem Lorbek, Juan Carlos Navarro, Pete Mickeal, Boni N'Dong), dołącza rozwijający się w ofensywie Ricky Rubio. Zespół z Katalonii wydaje się być kompletny i gotowy do wygrywania, ale prawdziwą weryfikację przejdzie jutro.
Z kolei za Realem stoi świetny, doświadczony trener, który ma jednak jeszcze sporo pracy przed sobą. Wygląda na to, że wciąż przemeblowuje swój team - ostatnio w niełaskę popadł gwiazdor Louis Bullock, zaś kosztem Dariusa Lavrinovicza i Novicy Velickovicia więcej minut dostaje ostatni nabytek, Ante Tomić. Znając dokonania Ettore Messiny nie wątpię, że uda mu się zbudować silny zespół w Madrycie, ale czy zdąży posklejać go już na mecze z Barceloną?
CSKA Moskwa -Caja Laboral (23 i 25 marca o 18.15)
Obie drużyny spotkały się ze sobą w walce o finał turnieju sprzed pięciu lat i wówczas górą byli Baskowie, ale to już historia. W bieżących rozgrywkach w sezonie zasadniczym lepsi byli mistrzowie Rosji, ale mecze były dość wyrównane. Kryzys finansowy uderzył w oba kluby, ale straty personalne Caji wydają się być większe. Rosjanie stracili jednak architekta swoich sukcesów, trenera Messinę i to może się okazać ich największą bolączką w decydujących momentach rywalizacji. Z kolei Caja jest wciąż w przebudowie i gra nierówno. W sobotę wrócił do gry jej lider, Tiago Splitter,ale widać, że brakuje mu pewności w grze. Caja stoczyła wprawdzie dość wyrównany pojedynek z Barceloną, ale swoje nadzieje na wygraną zawdzięczała głównie niesamowitym trafieniom Mirzy Teletovicia oraz dobrej współpracy duetu Marcelinho Huertas – Stanko Barac. Czy to wystarczy, by zatrzymać „Armię Czerwoną”?
Atuty zespołów
Siłą CSKA jest doświadczenie. Spora część obecnego składu nieraz już wygrywała Euroligę, nie mówiąc o udziale w Final Four. Do niedawna znakiem firmowym zespołu była równowaga między potencjałem obwodu i graczy podkoszowych. Obecnie, z powodów finansowych nie udało się zakontraktować wybitnych „wysokich”, ale moc i umiejętność wygrywania drzemiąca w takich graczach, jak Trajan Langdon, JR Holden czy Ramunas Siskauskas jest nadal ogromna.
Caja Laboral ma jeden niezaprzeczalny atut. a jest nim renomowany trener, Dusko Ivanović. Serb nie wygrał jeszcze nigdy Euroligi jako trener, ale jego rywal Zachar Paszutin to przy nim żółtodziób. Taka sytuacja zdarza się mistrzom Rosji po raz pierwszy od lat i w tym muszą Baskowie upatrywać swoich nadziei.
Maccabi tel Awiw – Partizan Belgrad (23 i 25 marca o 20.00)
Maccabi po rocznej przerwie wraca do „Ósemki”, ale dla jednego z najbardziej utytułowanych klubów Europy to nie jest cel ostateczny. W zespole brakuje może utytułowanych gwiazd, ale może właśnie to spowoduje, że ekipa z Izraela przełamie serię sezonów bez trofeum. Tak czy inaczej brak awansu do Final Four byłby dla klubu sporym ciosem. Zespół z Belgradu zrobił ogromny postęp, od czasów gdy euroligowy Śląsk zdobywał na nim dość łatwe punkty. Mimo corocznego upływy świeżo wykreowanych gwiazd w stolicy Serbii udaje się drogą szkolenia i pozyskiwania młodych talentów odtwarzać siłę, groźną dla każdego rywala.
Atuty zespołów
Maccabi, to legenda Euroligi, zaś Partizan to klub na dorobku w elicie, ale na boisko wyjdą dwa stosunkowo niedoświadczone składy, jeśli chodzi o walkę o najwyższe cele. Atutem Izraelczyków jest trener Pini Gershon, który wie, jak wygrywać trofea w Europie.
Jeśli chodzi o styl gry, to ciekawostką będzie starcie szybkości i siły Maccabi, w osobach takich graczy jak Alan Anderson, Stephane Lasme, czy D'or Fisher, z warunkami fizycznymi i sprytem słowiańskich drągali, jak Jan Vesely, Slavko Vranes, czy wracający po kontuzji Aleks Marić. Która szkoła basketu zwycięży w tegorocznym play off?
niedziela, 21 marca 2010
Pare słów o Meczu Gwiazd
Ogólnie jestem bardzo pozytywnie zaskoczony. Hala w miarę pełna, do tego spora i ładna. Ludzie wiedzieli w jakim celu do niej przyszli. Efektowna, może nieco przeciągana oprawa i prezentacja składów. Chociaż ja przeskakiwałem pomiędzy Lublinem a spotkaniem ligi ACB Caja Laboral – Barcelona i może dlatego takie wrażenie. Swoją drogą świetny mecz.
Pomysł sceny z boku wydaje mi się trafiony. Kosze chyba nie zasłaniały za dużo, ludzie patrzyli twarzą w twarz, a nie w plecy zawodników… ogólnie fajny pomysł. O wiele lepszy, niż głosowanie sms-owe na uczestników, bo niestety było widać różnicę między piątkami, a zmiennikami. I to wcale nie na korzyść tych pierwszych.
Szkoda Krzysztofa Szubargi, który doznał kontuzji kilka dni temu i wystąpił tylko przez pierwsze sekundy meczu. Miło, że nie olał sprawy i przyjechał. No i żal terminu, bo gdyby zrobić to w czasie żenującego Starcia Gigantów, to przynajmniej widzowie ujrzeliby zawodników Prokomu. Którzy to akurat w zrobieniu show mieliby większe szanse niż trio Stelmach – Kęsicki – Miszczuk, nic tym ostatnim nie odejmując.
Samo spotkanie mi się podobało. Nie było odpustowo, większość przybyła tu nie w celu odbębnienia swojego, ale faktycznie dobrze się bawić. I przy okazji pokazać trochę sensownej koszykówki, dlatego istniało coś takiego jak obrona. Na pewno nie na poziomie z fazy play-off, ale przynajmniej jej pozory pozwoliły oglądnąć kilka dobrych bloków, czy po prostu walkę o zbiórki po trudnych rzutach. A przy okazji sporo było wsadów, alley-upów, fajnych asyst i celnych trójek. Ogólnie aż dziwnie się to oglądało w porównaniu z niedawnymi kolejkami ligowymi…
MVP został zdecydowanie i bezapelacyjnie Michael Wright. I tu wielkiego komentarza nie potrzeba – kibice uznali, że nie jest wart gry od początku. Więc wszedł z ławki i wykręcił 30+15. Przy okazji naprawdę grając luźno, prezentując spory zasób fajnych zagrań. Widać, że to gość z innej ligi. I pewnie za rok faktycznie będzie z innej…
Konkursy to oddzielny temat. Szkoda, że nie ma już takich magików jak Michał Ignerski, bo on potrafił rozbudzić widzów. Niestety dzisiaj, prócz ostatniego wsadu nad Szubargą, nie odnotowałem nic godnego opisania. Czy choćby zapamiętania. Na moje, to był ewidentnie najsłabszy element wieczoru. Co innego rywalizacja o tytuł najlepszego shootera. Minusy? Trzech Polaków. W finale jednak powinno być więcej zawodników i dobrze, gdyby byli tam również zagraniczni specjaliści w rzucaniu zza łuku. Plus? Świetna postawa Celeja, który wymusił na Andrzeju Plucie maksymalną mobilizację. Ale ten, jak na weterana i specjalistę od „trójek” przystało, spokojnie nawrzucał dwadzieścia punktów i po raz ósmy zwyciężył. W tym bodaj trzeci z rzędu. Ciekawe, czy Pan Andrzej ustrzeli dwucyfrową zdobycz i triumfuje jeszcze dwa razy…
Ponoć w ogóle nie było prezesa Słońce, czyli Romana Ludwiczuka. Szkoda, liczyłem na jakąś płomienną przemowę, wystąpienie, może radosny tekst o sponsorze… pozostaje czekać do ważnych spotkań ligowych, może wtedy się pojawi na szklanym ekranie.
Całość jak najbardziej na plus. Zaangażowanie, poziom, cheerleaderki, konkursy (wsadów generalnie też nie był porażką, po prostu mało efektowny), widownia, hala… - to satysfakcjonowało. Minusy to skład pierwszych piątek, termin, czy brak zaciętej końcówki. Ale ogólnie, w przeciwieństwie do niedawnego spotkania we Wrocławiu, ta impreza jest sukcesem. Szkoda, że prezentowanym w biednym i skromnym TVP Sport, ale sukcesem.
Konkluzja? Za rok tylko i wyłącznie Mecz Północ – Południe. Jedna impreza w zupełności wystarczy, tylko musi być dobrze rozreklamowana, wszystko dobrze przygotowane i najlepiej pokazywana w ogólnodostępnej telewizji. A Andrzej Pluta jest niezniszczalny i wielki szacunek mu za to. Oby jak najdłużej tak grał, bo ktoś ludzi musi do hal przyciągać…
czwartek, 18 marca 2010
6,75 już od najbliższego sezonu!
Nowe boisko
Nowe przepisy
Ufff. Spore zmiany. Spodziewane zmiany, bo zapowiadane przez FIBA od kilku lat. Ale jestem mimo wszystko zaskoczony taką decyzją. Dlaczego? Wspomniane regulacje miały być bezwzględnie wprowadzane po MŚ 2010 na wszystkich poważnych międzynarodowych imprezach mistrzowskich, a w pozostałych rozgrywkach - stopniowo - do Igrzysk w Londynie. Naturalne wydawało mi się założenie, że wszędzie poza miejscami takimi jak Euroliga, zmiany będą opóźniane, ile się da. Nawet jeśli ktoś chciał opóźniać zmiany, to FIBA Europe nie dała mu wyboru.
Z dość lakonicznego komunikatu na stronie PZKosz wnioskuję, że zmiany dotyczą wszelkich rozgrywek poza minikoszykówką - czyli panów, pań, drugiej, trzeciej ligi oraz rozgrywek juniorskich na każdym poziomie. To także dość zaskakujące (odświętny charakter trójek w żeńskim baskecie?). Tutaj pewnie warto poczekać na potwierdzenie. Choć takie całościowe objęcie zmianami może mieć duże znaczenie w unikaniu chaosu organizacyjnego i zdezorientowanych kibiców.
Wracając do szczegółów. Obecnie zawodnik w rogu boiska miał 1,25 metra miejsca na oddanie rzutu trzypunktowego. Teraz będzie 0,9 metra. Trumnę o szerokości 6 m na linii końcowej i 3,6 przy linii rzutów osobistych zastąpi prostokąt o szerokości 4,9 m. Strefa bez ofensów to półkole o średnicy 1,25 metra wychodzącej ze środka obręczy - przedłużone do tablicy.
Plusy i minusy zmian? Przeważają pozytywy. Obecna odległość rzutów trzypunktowych stała się zbyt łatwa dla zawodowych koszykarzy. A to w połączeniu z możliwością bardzo skutecznego zacieśniania strefy podkoszowej, odsuwało grę na obwód i skłaniało wiele zespołów do monotematycznej gry opartej na rzutach dystansowych oraz założeniu, że w dużej liczbie prób osiągnie się zadowalający procent skuteczności. Gorzej jeśli ze skutecznością bywa gorzej i trzeba coś takiego oglądać... Widzę w tej zmianie szanse powrotu do klasycznej gry wysokich koszykarzy, tych trochę mniej mobilnych, którym w dzisiejszej koszykówce co raz ciężej walczyć o swoje miejsce.
Strefa bez ofensów pod koszem. Przepis chroniący zdrowie dunkerów i usiłujących wymusić faul w ataku (ci akurat sami wiedzą na co się piszą, więc niekoniecznie chronić ich trzeba). W szerszej perspektywie ma robić trochę więcej miejsca do penetracji z obwodu. To też pewnie urozmaicenie do fibowskiego basketu, który poza najwyższym poziomem co raz bardziej sprowadzał się do rzucania z dystansu oraz ewentualnego zbierania i dobijania. Jak na mój gust koszykówka spokojnie by sobie poradziła bez tego przepisu, ale skoro działa to w Eurolidze i kilku czołowych ligach europejskich - dlaczego nie spróbować?
Kasowanie zegara 24 sekund poniżej 14 sekund do 14 sekund. Zdecydowanie pozytywna zmiana. Niejednokrotnie w końcówkach prowadzący zespół miał do dyspozycji 48 sekund, tylko dlatego, że obrońcy faulowali w 23. sekundzie akcji. Co miało potężne znaczenie dla przebiegu niejednego meczu. Teraz to będzie choć 10 sekund mniej.
Linia wprowadzania piłki spoza boiska. Zwiększenie możliwości niesamowitych zwrotów akcji w końcówkach. Większa liczba celnych rzutów w ostatnich minutach meczu. Mam tylko wątpliwości czy oddawanie prawie 3/4 długości boiska za darmo, tylko dlatego, że ktoś wziął sobie czas, jest zgodne z duchem gry.
Zmiany mogą poważnie zmienić europejski basket. Mogą wywrócić widoczne tendencje, które wykluwały się od przejścia na 24-sekundowy czas akcji na przełomie tysiącleci. Mogą również zmienić zupełnie niewiele. Czas pokaże. W każdym razie będzie to jeden z moich ulubionych tematów przez najbliższy rok.
środa, 17 marca 2010
Po MG 1. ligi. Przed MG PLK
Mecz był wyrównany, grany w miarę na poważnie, nie brakowało wsadów i alley-oopów. W 3. kwarcie doszło do rozprężenia i przez te 10 minut nie wydarzyło się właściwie nic ciekawego, poza podaniami do sędziego... W końcówce wynik był na styku i doszło nawet do fauli taktycznych - i bardzo dobrze, bo nawet w takim meczu chodzi o wygrywanie, a nie nie wiadomo co wnoszący luz i odpuszczanie.
Konkurs trójek wygrał Mateusz Ponitka z Polonii 2011:
Konkurs wsadów wygrał Maciej Piątek z MOSiR-u Krosno:
W przerwie meczu widzów zabawiał Kadour Ziani ze Slam Nation wraz z polskimi dunkerami:
Więcej filmów na kanale youtube zbyszekfryna.
W sobotę w Lublinie czeka nas natomiast Mecz Gwiazd PLK. Pierwsze piątki ciężko komentować. Wszyscy historię głosowania znają. Mamy kompromitację na samym starcie. W MG 1. ligi choć piątki może nie były idealnie optymalne, to nie było nazwisk budzących powszechne - powiedzmy - zaskoczenie. Nasze typy podawaliśmy już jakiś czas temu.
PLK to liga dominacji Asseco Prokomu, który zagra w ćwierćfinale Euroligi. Na naszym Meczu Gwiazd nikogo z Gdyni nie zobaczymy i to kolejny punkt, który jeszcze przed startem czyni to wydarzenie słabym. Marcowy termin rozgrywek budził wątpliwości od samego początku, bo czas na kilka tygodni przed play-off, to nie jest dobry moment na tego typu widowiska. Jeśli chodzi o dostosowanie od Euroligi i Asseco Prokomu, to Euroliga ma 4 przerwy w sezonie - w trakcie sezonu zasadniczego, między sezonem zasadniczym a TOP 16, w trakcie TOP 16 oraz między TOP 16 a Elite 8. Poza tymi terminami jeśli nasz Euroligowy przedstawiciel awansuje do kolejnych etapów - mecz gwiazd zawsze będzie wybrakowany.
Impreza ma zarezerwowane 2 godziny i 20 minut w TVP Sport. Początek transmisji o 19:15. O 18:00 MG mógłby skorzystać zapewne z pasma sportowego wielu ośrodków regionalnych, a tak skończy się na retransmisjach w ośrodkach oraz TVP Polonia. Bo o 17 leci Widzew Łódź - Dolcan Ząbki...
Wiem, że wielu kibiców ma jakieś niesamowite oczekiwania wobec takich imprez i zazwyczaj kończy się na wielkim rozczarowaniu. Ja wielkich oczekiwań nie mam, to pewnie również się i nie rozczaruję.
poniedziałek, 15 marca 2010
3 sekundy po Śląsku, czyli jak to jest blogować z Wrocławia
W środku tygodnia zaskoczyła nas prośba o kontakt ze strony piątej kwarty. Okazało się, że panowie jadą przez Wrocław do Zgorzelca i chcą pogadać. Pogadaliśmy, było bardzo miło, efekty widać i słychać powyżej.
Co do mnie mogę powiedzieć tyle, że był to mój debiut przed mikrofonem i właśnie zdałem sobie sprawę, że "tak" robi u mnie furorę na końcu zdania. No cóż... Pierwsze koty za płoty.
Dziękujemy. Liczymy na powtórkę - tym razem może bez presji czasu.
Michał Rodziewicz: Niestety sobota była dla mnie dniem wyrwanym z kalendarza, a więc na spotkaniu godnie (w miarę) reprezentowali nas Łukasz i Grzegorz. Z tego miejsca pozostaje mi wyrazić nadzieję, że to nie ostatnia taka okazja i w przyszłości już mnie taka impreza nie ominie. Oraz pogratulować chłopakom bo, mówiąc kolokwialnie, dali radę.
Łukasz Michniewicz: Dzięki naszym kolegom, blogerom z Włocławka, pojawiła się szansa, by nasi wierni Czytelnicy odpoczęli na chwilę od formy pisemnej i dla odmiany posłuchali, co mamy do powiedzenia. Mój głos był gdzieś tam już rejestrowany, ale głównie w tle przy okazji przeprowadzania wywiadów z zawodnikami, trenerami, działaczami i in., więc też traktuję swój udział w tych opowieściach przy kominku jako debiut. W porównaniu z tamtymi nagraniami udało mi się chyba wyeliminować efekt „dudni woda dudni..” albo, co bardziej prawdopodobne-załoga Piątej kwarty używa lepszego sprzętu, niż ja wówczas. Najważniejsze jednak są Wasze oceny występu 3 sekund w Piątej kwarcie, na które czekam z zaciekawieniem.
Mam nadzieję, że będzie jeszcze okazja, by podziałać wspólnie na rzecz promowania naszej ukochanej dyscypliny. Panowie – raz jeszcze wielkie dzięki za spotkanie!
niedziela, 14 marca 2010
Polska Ewuś? Przybylska kibicem Prokomu
Polska Eva Longoria, a może przede wszystkim nasza Ania. Anna Przybylska okazała się wielką kibicką Asseco Prokomu i koszykówki w ogóle. Nie ma swojego Tony'ego, ale na szczęście swoje dzieci indoktrynuje w kierunku właściwej dyscypliny sportu.
Od razu ładniej nam się zrobiło w męskim baskecie. Teraz tylko czekać aż jakiś obrotny specjalista od marketingu czy to z Gdyni czy całego kraju, poczyni kroki do wykorzystania Ani jako twarzy polskiej koszykówki.
piątek, 12 marca 2010
Top 16 Euroligi - po końcowej syrenie
Mistrzowie Polski nie sprostali Unicai Malaga i dość wysoko przegrali na zakończenie tej najbardziej udanej dla nich przygody z Najlepszą Szesnastką w Europie. Szkoda, że tak to się zakończyło, ale najważniejsza część zadania została wykonana i polski zespół wystąpi w tej prawdziwie elitarnej fazie rozgrywek. Pozostaje mieć nadzieję, że kibice w Polsce będą mieli okazję zobaczyć jeszcze niejeden dobry występ naszych reprezentantów w tym sezonie,a okazja jest ku temu znakomita.
Po raz drugi w historii ćwierćfinały Euroligi odbędą się w formule best of five, czyli krótko mówiąc, do trzech wygranych. W najgorszym razie gdyńscy kibice obejrzą jeden, w najlepszym razie dwa starcia swoich pupili ze zwycięzcą grupy H, Olympiakosem Pireus. To Grecy mają przewagę swojej hali i w niej zostaną rozegrane dwa pierwsze i ewentualny, decydujący mecz tej serii.
Nie wszystkie spośród rozegranych siedmiu spotkań kończących fazę Top 16 miała charakter wyłącznie prestiżowy, niektórzy walczyli o pozostanie w grze. Szczęście miał Partizan Belgrad, który mimo porażki z Barceloną gra dalej, dzięki wygranej Panathinaikosu w derbach Aten. Zastanawiałem się, czy zdetronizowani mistrzowie Euroligi zechcą pogrążyć swoich rywali zza między, Maroussi Ateny dając awans zaprzyjaźnionemu Partizanowi, wszak „Koniczynki” myślą już głównie o tym, by oszczędzać siły swoich zaawansowanych wiekowo liderów przed obroną tytułu mistrzów Grecji. Osłabieni brakiem Spanoulisa, Diamantidisa, Tsartsarisa, czy Pekovicia podopieczni Żeljko Obradovicia wyglądali momentami, jakby zastanawiali się, czy włączyć ten piąty bieg, czy nie. Gracze Maroussi stawiali im zacięty opór, a akcje Billy'ego Keysa, Jareda Homana, czy Mihailisa Pelekanosa mogły przyprawić fanów Pao i Partizana o palpitację serca. Ostatecznie w końcówce górę wzięła duma mistrzów i pewna ręka Antonisa Fotsisa na linii wolnych. Nieźle spisywał się także Nick Calathes, który dzięki kontuzjom gwiazd mógł pokazać kilka zagrań z repertuaru niedawnej gwiazdki ligi NCAA. W końcówce jednak, to weterani, jak Saras Jasikievicius, czy Drew Nicholas kontrolowali przebieg wydarzeń na boisku.
W grupie H długo nie poddawał się Cibona Zagrzeb, potrzebująca do sukcesu nie tylko wygranej z Cają Laboral, ale także porażki Chimek w starciu z Olympiakosem. Ze swej strony Chorwaci robili wszystko, by misja się powiodła i jeszcze w czwartej kwarcie prowadzili w hali przeciwnika. Tymczasem Chimki dość pewnie ograły „Czerwonych” i wyeliminowały podopiecznych Velimira Perasovicia z gry. Do akcji wkroczyli Baskowie, którzy najpierw doprowadzili do dogrywki, a w niej pokazali mistrzom Chorwacji miejsce w szeregu. Wysoka wygrana dała im drugie miejsce i udział w play off. Zespół z Zagrzebia przegrywał zacięte spotkania i nie zdołał dobrą grą w końcówce rozgrywek zapewnić sobie gry w ćwierćfinale, zaś Chimki zapłaciły debiutanckie frycowe. Grająca nierówno Caja Laboral pokazała, ze nawet bez swego lidera, Tiago Splittera, może wygrywać w Europie, ale udział w „Ósemce” może być szczytem ich osiągnięć.
W grupie F zaciekły bój, ilustrowany niskim, „playoffowym” wynikiem (66:64) stoczyły ekipy Realu Madryt i Maccabi tel Awiw. Obydwu zespołom zależało na pierwszej lokacie w tabeli i uniknięciu Barcelony w fazie ćwierćfinałowej, stąd piękno gry zeszło na dalszy plan. Z tych zapasów, ku rozpaczy fanów „Królewskich” zwycięsko wyszli przyjezdni z Izraela. Świetna ostatnia kwarta, zwłaszcza w wykonaniu Chucka Eidsona, Alana Andersona i pakującego wszystkie piłki z góry do kosza Stephane'a Lasme przechyliła losy spotkania. Nie pomogła Realowi dobra gra Sergio Llulla, ani „trójki” weteranów, Jorge Garbajosy i Travisa Hansena. Za niespełna dwa tygodnie znów stanie naprzeciw swego głównego rywala – Barcelony.
Wyrównany, choć zupełnie inny w odbiorze był mecz zespołów, dla których sezon już się skończył Montepaschi Siena i Efes Pilsen Stambuł walczyły o wygraną, ale spotkanie było ofensywne i miłe dla oka. Nie zmienia to faktu, że magia Sieny i trenera Simone Pianigianiego przestaje już gwarantować udział w tych etapach europejskich rozgrywek, w których rozdawane są czołowe lokaty. Z kolei Efes ostatni swój udział w Final Four zaliczył na początku minionej dekady,a od tego czasu nie nawiązał do momentów chwały.
Skład tegorocznych play off przedstawia się zatem następująco:
Barcelona – Real Madryt
CSKA Moskwa- Caja Laboral
Maccabi tel Awiw – Partizan Belgrad
Olympiacos Pireus – Asseco Prokom
Zwycięzca Gran Derbi zagra z lepszym w pojedynku rosyjsko-hiszpańskim, zaś Maccabi lub Partizan spotka się z Olympiakosem lub mistrzami Polski. Pierwsze mecze w hali zespołu rozstawionego, odbędą się 23 i 25 marca, trzeci mecz 30 w obiekcie „słabszego” zespołu. Hala tej ekipy będzie też miejscem ewentualnego czwartego spotkania (1 kwietnia), zaś mecz z cyklu do or die – w hali rozstawionego - 7 kwietnia.
Bitwa o ćwierćfinał
Do końca sezonu zasadniczego pozostały nam cztery kolejki. O ostatnie premiowane brakiem pre-playoffów miejsce walczą obecnie trzy drużyny (Polonia raczej nie da już rady, ma aż trzy punkty straty) – Trefl, Turów i AZS. Mała tabela wygląda następująco:
4. Trefl 36p.
5. Turów 35p.
6. AZS 34p.
A teraz kolejne spotkania czekające te trzy drużyny:
Trefl: Polonia (d), AZS (w), Polpharma (w), Kotwica (d).
Trudno będzie sopocianom wyrwać coś na wyjeździe. Grają na gorących terenach, z zespołami świetnie sobie radzącymi w tym sezonie. W dodatku koszalinianie naciskani przez kolejnych rywali nie mogą sobie pozwolić na wpadki. Poza tym nieobliczalna Polonia i słaba Kotwica. Ci pierwsi w drugiej rundzie odżyli, a ostatnio wygrali pierwsze spotkanie wyjazdowe od października. Ale dotychczas w Sopocie wygrywała tylko pierwsza trójka.
Dwa zwycięstwa są jak najbardziej w zasięgu podopiecznych Karlisa Muiznieksa, jednak na więcej nie ma co liczyć. Typ na końcówkę? 2-2.
Turów: Anwil (d), Czarni (w), Znicz (d), Prokom (w).
I tu zagadka jest największa. Wszyscy wiemy, jak zgorzelczanie grają na wyjazdach. Coraz bardziej przekonujemy się też, że jedynym trenerem, zdolnym poradzić sobie nad granicą był Filipovski. Andrej Urlep obecnie bardziej wyciszony, może w końcówce eksplodować. Bo seria jest ciężka i na chwilę obecną każde zwycięstwo będzie cenne. De facto Wright i spółka wydają się być faworytami tylko w meczu ze Zniczem u siebie.
Dlatego też napisałem, że kluczowe może być starcie z Anwilem. Jeśli gospodarze zwyciężą, mogą nabrać pewności siebie. A to niezwykle ważne przed starciem w hali Gryfia, gdzie Czarni będą próbowali odrabiać straty, bądź też ratować ósme miejsce w tabeli. Potem dziesięć dni przerwy i kolejna drużyna ze skraju „ósemki”, czyli Znicz i nieobliczalny Chappell. A na koniec wyjazd do jaskini lwa, czyli Prokomu w euforii/przygnębieniu po starciach w Eurolidze. Reasumując, to właśnie Turów ma najtrudniejszy terminarz, a dokłada do niego kiepską i niezwykle chimeryczną dyspozycję, brak prawdziwego lidera na obwodzie i problemy z zastąpieniem Wrighta. Oraz, miejmy nadzieję, coraz lepiej grającego Adama Wójcika, który klasę pokazywał zawsze w meczach najważniejszych, najcięższych.
Ten sezon nad granicą jest trudny. Więcej w nim upadków niż wzlotów, a w zasadzie jedynym doskonałym posunięciem było ściągnięcie Michaela Wrighta. Który jednak, „dzięki” postawie całej drużyny, szans na MVP sezonu regularnego za wielkich nie ma. Czy Andrej Urlep jeszcze raz pokaże, że jest wielkim (jak na polskie warunki i realia) trenerem? Czy może Igor Griszczuk już na dzień dobry udowodni, że wybranie go na nowego selekcjonera kadry było trafnym rozwiązaniem i pogrąży ekipę PGE? Z pewnością sobotni mecz może rozwiać część wątpliwości dotyczących tego sezonu w Zgorzelcu.
Typ na końcówkę? 1-3. Może brutalnie, ale po prostu nie wierzę, że tam się jeszcze coś pozytywnego może urodzić…
AZS: Poznań (w), Trefl (d), Sportino (d), Znicz (w).
I trzeci z zespołów. Koszalinianie ten sezon mają fantastyczny. Rozkręcają się praktycznie z każdym meczem i wyglądają na świetnie przygotowanych do walki o najwyższe trofea. Wprawdzie w finał kompletnie nie wierzę, ale półfinał jest w zasięgu akademików. Kluczem jednak jest awans do pierwszej czwórki, bo jak większość drużyn, również oni o wiele lepiej grają u siebie.
Teoretycznie zadanie mają najtrudniejsze, bo do Trefla tracą dwa punkty. Jednak patrząc na terminarz, końcówka rundy wygląda obiecująco. Mecze u siebie jak najbardziej do wygrania, a wyjazdy do zespołów, które stać na wszystko. Z naciskiem na jarosławian, bo oni jeszcze walczą o jak najlepsze miejsce w fazie pre-playoff. Własna hala powinna akademikom zapewnić dodatkowo triumf nad najgroźniejszym rywalem, czyli Treflem.
Typ na końcówkę? Jednak 3-1. Gdzieś na wyjeździe się AZS potknie, nigdy nie jest idealnie… I tego właśnie zabraknie do spełnienia marzeń o pierwszej czwórce.
Gdyby zdarzyło się tak, jak wyżej jest opisane, to tabela na koniec wyglądałaby następująco:
4. Trefl 42p.
5. AZS 41p.
6. Turów 40p.
Możliwa jest też oczywiście sytuacja, w której zespoły zrównają się punktami. A oto poszczególne starcia pomiędzy nimi:
Trefl – Turów 73:61 i 67:83 (+4 dla Turowa)
Trefl – AZS 68:65 (drugi mecz dopiero przed nami, ale tutaj również sopocianom ciężko będzie utrzymać przewagę w małych punktach)
Turów – AZS 88:69 i 75:90 (+4 dla Turowa).
Jakby nie patrzeć – sopocianie tylko zwyciężając w Koszalinie dają sobie szanse w małej tabeli. Ale przy takim rezultacie raczej nie będzie ona potrzebna.
A co niżej? Za tą grupą mamy kolejną trójkę, tym razem walczącą o siódme miejsce – Polonię, Czarnych i Znicz. Mam wrażenie, że pięć minut jarosławian się skończyło i za wiele to oni nie zawojują. Zawodzą słupszczanie, który znani są z rewelacyjnych rund rewanżowych. Tym razem zaledwie ósme miejsce, bez szans na pierwszą szóstkę, a i przeskoczenie Polonii nie będzie takie proste. Jedno jest prawie pewne – Czarni mogą wbić ostatni z gwoździ do trumny P2011, bo grają z nią w dwudziestej szóstej kolejce. A dla młodych zawodników poziom PLK okazał się chyba odrobinę za mocny i nawet pomoc nestorów, takich jak Karwowski, czy Bigus niewiele pomogła. Fajnie, że byli i jeśli spadną (bo walka przecież wciąż trwa!), to oby jak najszybciej powrócili do najwyższej klasy rozgrywkowej. W końcu to jedyna chyba drużyna, której kibicowała znaczna część kraju…
Spotkanie Turów – Anwil ma być pokazane na antenie TVP Sport, jutro od godziny 18. Zatem tych, którzy nie mogą się pojawić w hali serdecznie zapraszam przed odbiorniki. Powinno być ciekawiej i na wyższym poziomie, niż tydzień temu…
środa, 10 marca 2010
Koniec pucharów dla Lampego
A jak wyglądało to ostateczne starcie w hali Pabelon Fuente de San Luis? Walencja, w porównaniu do ostatnich występów zagrała dość solidną koszykówkę, umiejętnie wykorzystując swoje mocne strony. Akcje w ataku były przemyślane, a dodatkowe, zaskakujące podania między graczami wysokimi siały spustoszenie w szeregach kazańców. Do tego bardzo solidna obrona, która wymuszała rzuty z daleka, także spełniła swoją rolę. Uniks ma w składzie kilku seryjnych killerów z dystansu (Marko Popović, Terrell Lyday, Saulius Stombergas), ale wczoraj, pod presją defensywy gospodarzy królowały rzuty obok kosza. Zwłaszcza widok wspaniałego weterana Stombergasa, który u uciesze wielu fanów, także mojej, reaktywował swoją karierę po rocznej przerwie, był smutny. Wielki zwycięzca, choćby z Eurobasketu 2003, w Walencji pudłował z najprostszych sytuacji, a już rzut z czystej pozycji lądujący na bocznej krawędzie tablicy kazał się zastanowić, czy nie oglądamy tu rozmieniana legendy na drobne..
Rzadko za to mogliśmy obserwować dokładne podania w pole trzech sekund. Tam czaił się duet Kresimir Loncar – Lampe, który miał zapewnić sukces przyjezdnym, Niestety rozgrywający Uniksu zajęci albo pojedynkami na „trójki” ze swoimi rywalami albo pod ich presją, zapominali o wieżowcach pod koszami. Nie udało się wykorzystać tego elementu w grze w sposób bardziej przydatny, a każdy punkt zdobyty przez środkowych z Kazania, był efektem indywidualnej kreatywności, a nie zespołowości i współpracy. Tak się wygrywać nie da, a przynajmniej nie z zespołami pokroju Walencji.
Nasz rodak rozegrał dobry mecz. W kluczowym spotkaniu nie pękał i trafiał nawet z trudnych pozycji. Grał ze swobodą, mijał, punktował po zwodzie przodem do kosza oraz zza łuku 6,25 cm. Przyjemnie było na to patrzeć i żywić nadzieję, że w kadrze biało – czerwonych jeszcze zobaczymy takie jego zagrania. 20 punktów (8/15 za dwa punkty, 1/1 zza łuku i z linii wolnych), 11 zbiórek, w jedna po znakomitej zbiórce w ataku, zakończona zagraniem AND1. Jak jest zmotywowany, potrafi Lampe grać w kosza na poziomie europejskiej czołówki. Szkoda, że teraz została mu tylko liga, w której poważne mecze toczyć się będą już raczej na poziomie półfinałów i finałów, gdzie czekać będą na jego zespół Chimki i/lub CSKA Moskwa. Niestety kibice i eksperci z Polski i Europy raczej nie będą pasjonować się tymi występami..
Walencja wygrała grupę J i zagra w ćwierćfinale. Oprócz dobrej gry w obronie, pokazała też swój potencjał w ataku. Trzecia i czwarta kwarta była popisem gry Nando de Colo. Francuz notował przechwyty, trafiał ważne „trójki” i uruchamiał zabójcze kontry swojej drużyny. Pokazał starszym rywalom z Uniksu na czym polega rola lidera ataku zespołu i rozgrywającego. Jeśli częściej tak będzie prowadził grę Walencji, Hiszpanie powinni odegrać ważną rolę w walce o przepustkę do Euroligi.
Wczoraj przewidywałem kłopoty drużyn z ligi ACB. Tymczasem te niemal w komplecie przeszły fazę Last 16 i zagrają o udział w turnieju finałowym. Jedynie Joventut poległ na własnym obiekcie Albie Berlin o zakończył udział w Eurocup. Katalończycy paradoksalnie rozegrali najlepszy mecz w fazie Last 16, a pucharowy debiut trenera Pepu Hernandeza mógł się zakończyć sukcesem. Jednakże w czwartej kwarcie doświadczeni Amerykanie, Rashad Wright, Julius Jenkins, czy Immanuel McElroy dali popis swojego kunsztu strzeleckiego i mimo rozpaczliwej walki młodych Hiszpanów w końcówce przechylili szalę na korzyść Albatrosów.
Także inna młoda ekipa, Crvena Zvezda Belgrad nie sprostała weteranom z Gran Canarii i po drugiej wysokiej porażce w Last 16 (a trzeciej w sumie) ustąpiła miejsce w 1/4 finału drużynie Mulego Katzurina, (CEZ Nymburk) oraz właśnie Gran Canarii.
W ćwierćfinałach, rozgrywanych w formule mecz i rewanż, zagrają
Alba - Hapoel Jerozolima i Bilbao Basket - Nymburk oraz
Walencja - Aris Saloniki i Gran Canaria - Panellinios Ateny
Zwycięzcy par, które umieściłem obok siebie, spotkają się w Final Four w Vitorii.
Tymczasem dziś i jutro zakończenie fazy Top 16 Euroligi. Dla nas najważniejsze rozstrzygnięcia już zapadły – Asseco Prokom Gdynia awansował do ćwierćfinałów, w których spotka się ze zwycięzcą grupy H, Olympiakosem Pireus. Dziś CSKA Moskwa spotka się w prestiżowym, choć nie rzutującym na kształt tabeli spotkaniu z Żalgirisem, zaś jutro zobaczymy aż 7 meczów, z których kilka to gra o być albo nie być.
W grupie E Partizan wybierze się na misję niemożliwą, by zdobyć Barcelonę. W razie niepowodzenia będzie musiał liczyć na wygraną Panathinaikosu nad Maroussi w derbach Aten. A w składzie Pao coraz więcej kontuzji..
We wspomnianej grupie H Olympiacos pokonując Chimki może zakończyć ich debiutancki sezon w Eurolidze. Liczą na to ekipy Cibony i Caji Laboral, gdyż wówczas zwycięzca tego meczu zajmie drugą lokatę. Cibonie wystarczy wynik +4 z Cają, by z ostatniego miejsca wskoczyć na drugie i jeśli tak się stanie, byłaby to największa niespodzianka po awansie APG.
Na koniec grupa F, w której niby wszystko jest jasne -Maccabi Tel Awiw i Real Madryt awansowały do Elite Eight i grają między sobą. No właśnie, ale stawką tego meczu jest pierwsze miejsce w tabeli i uniknięcie spotkania z Barceloną w ćwierćfinale. Pierwszy mecz tych ekip dał Maccabi 5 punktów zaliczki i pierwszą lokatę w tabeli. Teraz jednak nadszedł czas rewanżu w Palacio Vistalegre i jednego możemy być pewni, walka pójdzie na noże, bo nikt nie zechce na drodze do paryskiego Final 4 spotkać głównego faworyta do końcowego triumfu.
Na deser Asseco Prokom zagra z Unicają Malaga, by z przytupem zakończyć tę fazę rozgrywek. Dobrze byłoby wygrać z Andaluzyjczykami, bo o wygrane w starciach z rozgrzanymi perspektywą pierwszego od 12 lat zwycięstwa w Eurolidze „Czerwonymi” z Pireusu, będzie szalenie ciężko.
wtorek, 9 marca 2010
Puchar Europy: Lampe walczy o "Ósemkę
W tabeli wspomnianej grupy K prowadzi Bilbao Basket z przewagą jednej wygranej (bilans 4-1) nad Paneliniosem Ateny. Do tego Baskowie mają w zanadrzu zapas dwudziestu punktów przewagi z pierwszego starcia z zespołem z Grecji. Ciężko sobie wyobrazić, by roztrwonili taką zaliczkę, ale spotkanie na trudnym terenie może być gorąco. Dość powiedzieć, że w tym sezonie hala Kompleksu Olimpijskiego jest dla przyjezdnych nie do zdobycia. W ostatni weekend podopieczni Eliasa Zourosa odprawili z kwitkiem Peristeri i ze spokojem będą czekać na wtorkową konfrontację.
W grupie I zwycięzca Aris Saloniki spotka się w meczu o prestiż z ostatnim w tabeli Le Mans, ale prawdziwe emocje szykują się w Badalonie. Tamtejszy Joventut przed sezonem mógłby się czuć faworytem w starciu z Albą Berlin. Albatrosy lata największej chwały mają za sobą, ale na ten sezon szykowali drużynę pod kątem eliminacji do Euroligi. W nich ponieśli porażkę z rąk graczy Maroussi Ateny, ale zespół się nie rozpadł i dziś straszy rywali w Eurocup. Alba przeszła sezon zasadniczy niemal jak burza, a w „Szesnastce” uległa jedynie innemu uczestnikowi eliminacji do EL -Arisowi. Z kolei młoda, mocno przebudowana ekipa z Badalony jest na razie nieudaną kopią ekipy z niedawnych czasów Ricky'ego Rubio i Rudy'ego Fernandeza. Krótko mówiąc, taktyka pozostała bez zmian, ale wykonawcy o klasę gorsi. Do tego na czele stał młody trener Sito Alonso, który nie panował nad poczynaniami swej ekipy i niedawno zwolnił miejsce dla byłego mistrza świata z kadrą Hiszpanii, Pepu Hernandeza. Gospodarze pod wodzą nowej miotły jeszcze nie wygrali meczu i jedyne, co za nimi przemawia, to atut własnej hali.
Przed szansą na awans stoją koszykarze Uniksu Kazań. Ekipa wzmocniona Maciejem Lampe, po znakomitym sezonie zasadniczym teraz gra w kratkę. Dzisiaj staje do walki z faworytem grupy, Power Electronics Walencja. Hiszpanie przewodzą w tabeli grupy J, ale porażka wyższa niż różnicą czterech punktów może im mocno skomplikować sytuację. Uniks w pierwszym meczu u siebie zagrał słabiutko, a mimo tego w końcówce miał wygraną na wyciągniecie ręki. Podopieczni Nevena Spahiji stanowią skład na miarę Euroligi, ale na boisku nierzadko przypominają niefrasobliwych podwórkowców. Proste błędy i nonszalancja w rozgrywaniu ataku mogła ich kosztować porażkę w Jerozolimie. Zespół z Kazania potrafi grać na wyjazdach i jeśli dziś wykorzysta luki w grze gospodarzy może sprawić niespodziankę. Dla polskiego podkoszowca będzie to ważny test. Po rozczarowującej przygodzie z Maccabi tel Awiw może teraz udowodnić, że nadal jest znaczącym graczem w Europie. W Kazaniu jest drugim strzelcem po Marko Popoviciu, a zaliczył już w tej rundzie mecz 30-punktowy, choć przegrany (z Hapoelem). Teraz musi udowodnić, że potrafi się pokazać w ważnym spotkaniu i pomóc swej ekipie utrzymać się w europejskiej elicie, co i jemu bardzo by się przydało.
W tej samej grupie dobrze spisuje się Hapoel Jerozolima. Izraelczycy przed poprzednią kolejką prowadzili bronili pierwszego miejsca, ale minimalna porażka z Walencją skomplikowała ich położenie. O udział w play off zagrają dziś z w Stambule z Galatasaray, które jak dotąd przegrało wszystkie mecze w Last 16 i gra wyłącznie o prestiż. Jednakże w ostatnich trzech spotkaniach Turcy postawili rywalom twarde warunki gry, a ich porażki były minimalne. Motywacji do walki im nie zabraknie, a własna hala w wypadku zespołu z Turcji potrafi zrobić różnicę.
Rewelacją tej części rozgrywek jest CEZ Nymburk. Podopieczni Mulego Katzurina nie zachwycali w pierwszej rundzie i przecisnęli się przez nią głównie dzięki kiepskiej postawie słabych rywali. Teraz w niezłej grupie L mieli dostarczać punkty silniejszym zespołom, ale tym razem przeciwnicy się przeliczyli. Mistrzowie Czech pokonali Turk Telekom Ankara, a w ostatnich dwóch meczach, gdy wydawało się, że Gran Canaria i Crvena Zvezda Belgrad rozegrają sprawę awansu między sobą Czesi pokonali jednych i drugich (Serbów wręcz gromiąc). Teraz wygrana u siebie z Turkami (dla których sezon już się skończył) może zapewnić im udział w Elite Eight. Z kolei Crvena Zvezda, po świetnej fazie Regular Season i serii trzech kolejnych wygranych w Last 16 ma poważny problem. Dwie porażki z rzędu stawiają ich pod ścianą w wyjazdowym starciu z Gran Canarią. Na szczęście dla nich, po pierwszym meczu została im jeszcze 30-punktowa zaliczka, niemniej faworyci do pierwszej lokaty muszą teraz walczyć o awans i oglądać się za siebie, a wszystko jest pokłosiem odejścia lidera, Tadiji Dragicevicia. Borykający się z finansami belgradczycy pozwolili odejść swemu kapitanowi i mimo świetnego startu drugiej rundy, zaczyna im brakować jego przywództwa. Polskich kibiców może zaciekawić fakt, że wzrosła rola znanego z boisk PLK, Olivera Stevicia, ale jakość gry Czerwonej Gwiazdy wyraźnie się obniża.
W kłopotach są zespoły hiszpańskie. Z racji ich zaplecza, czyli gry w najlepszej lidze Europy, stawiałem Joventut, Gran Canarię, czy zwłaszcza Walencję w gronie faworytów do gry w play off. Teraz może się okazać, że żadna z tych ekip nie wedrze się do „Ósemki”, a jedynym reprezentantem ACB w ćwierćfinale będzie Bilbao. Najgorzej wygląda sytuacja Gran Canarii, gdyż jej los nie zależy wyłącznie od jej postawy w ostatnim meczu oraz Badalony, której gra pozostawia wiele do życzenia. Dwa mecze o życie mają się dziś pojawić na antenie Eurosportu 2:
20.30 Walencja- Uniks Kazań
22.15 Alba Berlin- Joventut
Niemniej warto śledzić przed meczami zmiany w programie, gdyż nierzadko zdarzają się tam poślizgi i przesunięcia transmisji.
poniedziałek, 8 marca 2010
Griszczuk trenerem reprezentacji, czyli...
To miał być normalny tekst o wadach i zaletach tego wyboru. To miał być tekst o tym, że to wybór ze wszechmiar naturalny i zgodny z tym co robi cała cywilizowana Europa. Niestety wylewające się stąd i stamtąd narzekactwo sprawia, że najpierw zajmę się tym dlaczego owo narzekactwo jest błędne.
Zacznę od tego, że przez ostatnie miesiące i tygodnie byłem przekonany, że niezależnie od tego kogo się uda prezesowi Ludwiczukowi ostatecznie zakontraktować, to wzbudzi to powszechnie niezadowolenie, zażenowanie, rozmowy o braku profesjonalizmu itd. Chwilowym światełkiem w tunelu była kandydatura Drazena Anzulovicia, która mnie także się podobała. "Jugol" z Ciboną, fajnymi osiągnięciami w Eurolidze w życiorysie i nazwiskiem kończącym się "ić", to zdecydowanie osoba posiadająca atrybuty budzące zaufanie w polskim środowisku koszykarskim. Przeważałaby z całą pewnością pozytywna retoryka po wyborze tego szkoleniowca. Bo dlaczego przeważać miałaby negatywna? CV w porządku, a ten trener znajdował się na tyle daleko od wspomnianego środowiska, że nie miało ono szans poznać ewentualnych wad. A te, które z pewnością ma każdy trener poznawalibyśmy w praniu - w praktyce eliminacyjnej, tudzież EuroBasketu 2011. A wtedy na reakcję byłoby już za późno. U Griszczuka żadnych przykrych zaskoczeń nie będzie. Także nawet i tutaj nie przesądzałbym, że koniec końców Chorwat wyszedłby naszej kadrze na lepsze niż Białorusin.
Nie do końca rozumiem o co chodzi z zarzutem: prezes Ludwiczuk nie ma kompetencji do wyboru trenera reprezentacji. Być może nie ma. Tylko proszę mi powiedzieć, który prezes związku koszykarskiego w Europie ma takie kompetencje. Ogromna większość, a już na pewno bardzo szeroka czołówka (prawie cała szesnastka ostatniego EuroBasketu) wybiera trenerów z własnego podwórka, których zna po prostu z tego, że siedząc wiele lat we własnym kraju ma kilka sezonów styczności z danym coachem. Istnienia takiej zależności dowodziłem jeszcze w październiku, kiedy proces rekrutacji selekcjonera kadry dopiero startował. Roman Ludwiczuk zrobił dokładnie to samo, co robi cała Europa. A cała Europa stawia na trenerów-rodaków lub trenerów zagranicznych z sukcesami w lidze danego kraju.
Do wyboru Sergio Scariolo, Dusana Ivkovicia czy Jonasa Kazlauskasa nie potrzeba nie wiadomo jak skomplikowanej wiedzy natchnionej w zakresie rynku trenerskiego. A do momentu, kiedy tacy fachowcy nie będą pokazywać się w naszym kraju na co dzień, dopóki nie będziemy mieli koszykarzy przystających klasą do takich trenerów, to oni reprezentacji prowadzić nie będą. Byłoby to możliwe przy zaoferowaniu jakiejś niebotycznej sumy w kontrakcie - tylko trzeba wciąż pamiętać, że trenera na medal można kupić, ale zawodników nie... A tutaj po raz kolejny - do sypnięcia groszem na gwiazdora, potrzebny jest grosz, a nie niesamowite rozeznanie na rynku.
Jeśli istnieją ci niesamowicie kompetentni przy wyborze trenera, to gdzie ich szukać? Tam gdzie kończy się wybieranie wśród oczywistych gwiazd, tam zaczyna się wybieranie przy zastosowaniu różnych metod optymalizacji - ale jednak już po omacku. Wyjdzie, albo nie wyjdzie. Każdy prezes prowadzący kiedykolwiek rekrutację na stanowisko szkoleniowca ma dobre rozeznanie wśród trenerów, których obserwował, o których dowiadywał się w innych źródłach. Zawsze to będzie tylko jakiś wycinek trenerów z odpowiedniej półki finansowej, wolnych w danym momencie. Kto ma w tym zakresie pełną wiedzę? Zna od podszewki warsztat, wady i zalety szerokiej palety trenerów?
Prezes zresztą próbował włączyć w proces decyzyjny tych "kompetentnych", ale jak działało ciało słynnej komisji chyba wszyscy wiemy. Ich wnioski nie były poza zasięgiem prezesa, czy kogokolwiek na co dzień zajmującego się koszykówką.
Kwestia druga. Doświadczenie w pucharach i w ogóle na arenie międzynarodowej. Tak, to jest bardzo ważne. Gdybyśmy we wrześniu mieli kolejny EuroBasket, problem byłby spory. Jakkolwiek dobrze pracujący trener, mógłby zostać zaskoczony, reprezentacja dostać szybki strzał, 0-3 i bilet do domu. Tragedia jednym słowem. Tylko, że Polska nie gra we wrześniu na EuroBaskecie, ale w sierpniu w eliminacjach z Bułgarią, Belgią, Gruzją i Portugalią. A tam ani wirtuozi nie klepią piłki, ani wirtuozi nie zajmują się trenerką (poza Gershonem). Do tego Polska ma najlepszych koszykarzy w tej grupie. Przed EuroBasketem trener Griszczuk będzie o jeden długi sezon reprezentacyjny i najpewniej jeden w EuroCup bogatszy. Czy to nadal będzie "za mało"?
Dla mnie taki wybór jest satysfakcjonujący przynajmniej z kilku powodów. Za gwiazdę trenerską musielibyśmy zapłacić naprawdę spore pieniądze. I co jest w zamian? Szubarga nie stanie się Rubio, a Hrycaniuk Gasolem. Na dziś, w marcu - praktycznie zerowy szczegółowy stan wiedzy na temat polskich zawodników. Brak zaprzątania sobie głowy Polską minimum do maja/czerwca. I dopiero potem jakieś nadrabianie zaległości na video, powołanie oczywistej grupy 15-16 koszykarzy na zgrupowanie i tam podejmowanie strategicznych decyzji na podstawie kilku treningów, kilku sparingów, a wszystko to w trochę ponad miesiąc? Ilu trenerów klubowych montujących latem zespoły od nowa, po dwóch miesiącach zgrupowań i sparingów ma na początku sezonu jasno wyklarowaną rotację i jeszcze funkcjonującą jak należy? Dlaczego w polskiej reprezentacji miałoby być inaczej? Wartością klasowych trenerów jest budowanie zespołów, dobieranie graczy, nadawaniu zespołowi kształtu i stylu. W reprezentacji, a zwłaszcza polskiej chodzi głównie o sprawienie, żeby gwiazdy zafunkcjonowały oraz otoczenie ich odpowiednim wsparciem. Wsparcia trener nieznający PLK nie będzie w stanie wybrać odpowiednio, optymalnie.
I tu jest właśnie ogromny atut Griszczuka, który po naszym ostatnim selekcjonerze mnie ogromnie cieszy. W Polsce siedzi już od prawie 20 lat, wie wszystko o polskich zawodnikach, wielokrotnie analizował ich grę przed spotkaniami ligowymi, wie wszystko o grze reprezentacji i co najważniejsze z całą pewnością ma swoje przemyślenia na jej temat i wstępną wizję, w którą stronę chciałby ją poprowadzić. Griszczuk jest w pełni przygotowany merytorycznie na to, żeby dziś powołać skład kadry, jutro rozpocząć zgrupowanie, a za tydzień grać pierwsze mecze. Nasz potencjalny gwiazdor zza granicy ma zupełnie inne cele na najbliższe miesiące i naszym tematem zająłby się na poważnie, jak wspomniałem , dopiero gdzieś w lipcu.
Griszczuk jest w pełni obeznany z młodszymi polskimi zawodnikami i nie musi się kurczowo trzymać oklepanych w reprezentacji, ale przeciętnych na dziś nazwisk takich jak Witka czy Roszyk. W swojej karierze doświadczył już górę na starcie, później mocne przyziemienie i wrócił we Włocławku do bardzo dobrej roboty. Nie jest zatwardziałym i zamkniętym na dany sposób prowadzenia zespołu trenerem - styl gry Anwilu, szczególnie w poprzednim sezonie mógł chyba potężnie zaskoczyć wszystkich tych, którzy widzieli jak grali Czarni pod wodzą tego trenera. Pewna elastyczność to cecha w reprezentacji o wiele ważniejsza niż w klubie.
Wydaje mi się też, że komentatorzy zastanawiając się czy być za, czy może przeciw - bo tak fajniej - zgubili pewien fakt. Otóż Łukasz Koszarek i Krzysztof Szubarga w Anwilu u Griszczuka grali najlepsze sezony w karierze. A oni są kluczami do gry całej kadry niezależnie od tego, czy koszykarze tacy jak Gortat i Lampe na kadrze się stawią, czy nie. W przypadku Igora wierzę również, że Logan także nie stanie się kluczem do wszystkiego, dla którego nie ma alternatywy.
Cieszę się również, że nie muszę pokładać nadziei w młodym, zdolnym i perspektywicznym Milji Bogiceviciu, który ma za sobą dopiero pół roku, co prawda bardzo udanej, ale krótkiej kariery. Griszczuk mógł zostać selekcjonerem w 2006 roku, ale po brązowym medalu, jak pamiętamy przez dwa lata było już wyraźnie gorzej. Wtedy było za wcześnie na Igora. Dziś jest za wcześnie na Bogicevicia, a przecież to przedostatnia głośniejsza kandydatura.
O sprawach charakterologicznych - że Griszczuk będzie oddany sprawie na kompletnego maksa, chyba wspominać nie muszę. A to, jeśli dodać dobre wyniki, może dać doskonałe notowania u kibiców, a co za tym idzie w końcu dobrą, pozytywną atmosferę wokół reprezentacji.
W końcu sprawa mniej istotna. Griszczuk to najlepszy na dziś trener z polskim paszportem. Choć to nie paszport jest tu tak ważny, tylko fakt, że Griszczuk jako trener został w pełni ukształtowany w Polsce. A to, mam nadzieję, w dłuższym okresie czasu zmobilizuje i przekona naszych szkoleniowców, że jednak z PLK i tylko PLK do reprezentacji jednak się da.
Mam wewnętrzne przekonanie, że pod Griszczukiem niezależnie od tego czy będą wszystkie gwiazdy, czy nie - awans tego lata będzie na pewno. Czego trenerowi i sobie życzę. Życzę Griszczukowi też, aby wyniki jakie osiągnie były tak dobre, żeby oferowanie mu przedłużenia umowy było oczywistą oczywistością.
Tematy powiązane:
Byle do przodu…
Kadra 2010 - pierwsza rekrutacja
Przyszły trener reprezentacji
niedziela, 7 marca 2010
MP U-20 – dzień III
Do hali szedłem głównie dla tria Kulon – Sęk – Parzeński. Ze skutecznością 10/29 byli z pewnością czołowymi postaciami tego meczu, choć nie zawsze pozytywnymi. Ten ostatni zresztą nawet nie wyszedł w pierwszej piątce. I jak się okazało nie był to głupi ruch, bo póki Kuba siedział, Śląsk prowadził. Potem trzeba było zmienić zagrywki, a Spójnia zaczęła trafiać i goście zaczęli kontrolować spotkanie. Aż do trzydziestej dziewiątej minuty…
W zespole Spójni duże wrażenie mógł zrobić Łukasz Bodych – jedyny chyba na boisku, który umiał grać pod koszem. A cała drużyna świetnie to wykorzystywała, dzięki czemu w trzeciej kwarcie stargardzianie odskoczyli na dziesięć punktów. Wśród gospodarzy radzić sobie z nim miał Parzeński, jednak po raz kolejny zagrał po prostu przeciętnie. Ciągle widzę u niego syndrom młodego Pawła Mroza, który zdecydowanie lepiej czuł się na dystansie, niż pod samym koszem. Ale w ostatnich akcjach nastąpiła zmiana ról i wrocławianin odkupił swoją przeciętną grę, zapewniając swojej drużynie zwycięstwo.
Miła dla oka bywała gra Kacpra Sęka. Dynamiczny, doskonała motoryka – to na chwilę obecną chyba najlepszy zawodnik wrocławskiej ekipy. Zwłaszcza wejścia pod kosz mogły się podobać, dzięki temu jeszcze było o co grać w ostatniej odsłonie. Natomiast Kulon po raz kolejny pokazał, że lepiej rozgrywa, niż rzuca…
Pierwsza kwarta początkowo dla Śląska, potem jednak goście zaczęli przejmować inicjatywę. I jak już wyszli na prowadzenie, to systematycznie powiększali je, aż do trzeciej odsłony. Widać było przede wszystkim mądre zagrania pod kosz do wspomnianego Bodycha. A wrocławianie szarpali. Ważne punkty zdobywał Strzelecki, co jakiś czas trafiali inni i wynik ciągle był w okolicach remisu. Do przerwy 34:31 dla gości.
Druga połowa to dwa etapy. Pierwszy, to powiększenie przewagi do dziewięciu „oczek” przez gości. To nastąpiło mniej więcej w połowie trzeciej kwarty. Natomiast potem sprawę w swoje ręce wziął Sęk i zaczął odrabiać straty. Ostatnia kwarta zaczęła się od jego dwóch udanych akcji oraz agresywnej obrony wrocławian. Muszę przyznać, że to jest chyba najskuteczniejsza forma defensywy tej drużyny. Często przynosi świetne efekty również w drugiej lidze i tutaj powstaje pytanie – czy brakuje sił na częstsze jej stosowanie, czy jest jeszcze niedopracowana? Ale to już pozostaje w gestii szkoleniowca. Dzisiaj spowodowała pewien chaos w szeregach gości. Rzuty za trzy Strzeleckiego i Zygadły dały remis po 55. Od tej chwili już żadna drużyna nie wyszła na wyższe, niż dwupunktowe prowadzenie. Na dwadzieścia sekund przed końcem na tablicy widniał remis po 62. Wtedy faulowany przy rzucie za trzy (w ostatnich sekundach akcji) był najlepszy zawodnik gości, czyli Bodych. Rzut był nieco sytuacyjny, dlatego też przypadł centrowi. Wtedy włączyła się cała hala, próbując utrudnić mu oddawanie rzutów. Efekt był – skuteczny był tylko drugi osobisty, a wrocławianie mieli ostatnią akcję dla siebie. Wiadomo – czas, a potem mozolne rozgrywanie. I faul na Parzeńskim (mającym beznadziejne statystyki rzutowe tego dnia). Jednak Kuba tym razem pokazał, że drużyna może na niego liczyć i trafił oba „osobowe”. Plus jeden dla Śląska, rzut z połowy boiska niecelny i rozpoczęła się feta.
Miło było widzieć, jak bardzo zależy tym zawodnikom na sukcesie. Szkoda, że nie podchodzą tak również do meczów w drugiej (de facto trzeciej) lidze, bo może byłoby wyższe miejsce w tabeli. Irytująco zachowywał się trener gości, który prawie w każdej akcji sugerował „kroki” i był nieco nadpobudliwy. Ale chyba wykpienie jego okrzyków przez trybuny zadziałało niemal jak Nervosol, bo w końcówce oszczędził sobie i widzom tego typu sugestii werbalnych.
Przyjemnie było zobaczyć prawie pełną „Kosynierkę”. Nieźle grających zawodników obu ekip. I prawdziwe manewry podkoszowe zespołu Spójni, która ma niezłego silnego zawodnika i wie, jak go wykorzystać. Plus wiele ciekawych zagrań dwójkowych – tego zespołu na pewno nie można skreślać przed fazą finałową.
Pytanie, gdzie ona będzie? Niewykluczone, że jeśli stolica nie podoła (a to chyba na chwilę obecną faworyt, jednak tam są jakieś problemy z halą na pięć dni), to ponownie spotkamy się we Wrocławiu. Tym razem już w gronie ośmiu najlepszych juniorskich zespołów w kraju.
W spotkaniu o przysłowiową pietruszkę Trefl Sopot pokonał Mickiewicza Katowice 73:44 i wraca do domu raczej z poczuciem porażki, niż osiągnięcia przyzwoitego wyniku.
Ponoć są już wyłonione grupy finałowe:
I: TKM Włocławek, Czarni Słupsk, Śląsk Wrocław, Znicz Jarosław
II: Wilki Morskie Szczecin, Polonia 2011 Warszawa, Spójnia Stargard Szczeciński, Polonia Warszawa
MP U-20 - dzień II (video)
Mecz właściwie bez historii. Śląsk dominował od początku do końca. Zawodnicy do wyróżnienia przy budowaniu przewagi - podobnie jak w meczu z Treflem: Kacper Sęk i Jacek Waszak. W tym spotkaniu już od dość wczesnej fazy tego meczu trener Grudniewski mógł szerzej korzystać z ławki rezerwowych, której ogrywanie rywala nie szło wcale gorzej. W czwartej kwarcie z zawodników pierwszej piątki WKS-u na parkiecie przebywał tylko Strzelecki, a mimo to Śląsk wygrał tę część gry 24:9. Zawodnicy z Katowic punkty z gry zdobyli tylko na początku i końcu tej kwarty.
O grze Mickiewicza nie można za wiele powiedzieć poza tym, że podobnie jak dzień wcześniej wyróżniającym się na tle kolegów graczem był Adam Jurga. Było to bardzo łatwe zwycięstwo wrocławian. Zapewnili sobie nim awans do turnieju finałowego, a dziś o 12 będą walczyć o pierwsze miejsce w grupie ze Spójnią Stargard Szczeciński.
Spójnia Stargard Szczeciński - Trefl Sopot 70:61
Trefl był faworytem tego spotkania i potwierdził to pierwszą kwartą, którą wygrał 21:11. Niestety dla Sopocian przez kolejne dwie kwarty zdobyli tylko 17 punktów (4 w drugiej, 13 w trzeciej). Prezentowali podobne wady jak dzień wcześniej w spotkaniu ze Śląskiem: brak kreowania czegokolwiek przez rozegranie, jeszcze gorsze wykorzystanie przewagi wzrostu w ataku pod koszem.
Trefl stanął w ataku, a stargadzianie konsekwentnie prowadzili swoją grę opartą na rzutach z dystansu i półdystansu, chwilami tylko przerywaną podkoszowymi zagraniami Łukasza Bodycha. Do przerwy mieliśmy bardzo niski wynik - 27:25 dla Spójni.
W trzeciej kwarcie meczu koszykarze Spójni zanotowali świetną serię celnych rzutów z obwodu, w czym brylował przede wszystkim Filip Dylik. Nierzadko były to rzuty w ostatnich sekundach akcji. W spotkaniu, gdzie oba zespoły nie grzeszyły zdobyczami w ataku, taka seria miała decydujące znaczenie. Starogardzianie kontrolowali wynik już do końca spotkania. Ofensywny zryw Trefla w ostatnich minutach - między innymi cztery trójki Rafała Malitki - został zneutralizowany przez rzuty osobiste, który był efektem fauli taktycznych. A tutaj Bartłomiej Wróblewski miał dość pewną rękę.
Spójnia to spora niespodzianka w tej grupie. Jako zespołowi dość jednostronnemu udało im się awansować do turnieju finałowego. W niedzielnym spotkaniu Śląsk powinien skoncentrować się nacisku na obwód i nie dopuszczaniu niskich Spójni do sytuacji rzutowych. To powinien być klucz do zwycięstwa. Śląsk na pewno ma do tego narzędzia, bo nacisk bardzo dobry nacisk na rozgrywających, to jak do tej pory znak rozpoznawczy defensywy WKS-u w tym turnieju.
Pozostałe grupy
Jak do tej pory jest bardzo przewidywalnie w tych półfinałach MP. Wszystkie dotychczasowe 10 meczów zakończyło się spodziewanymi wynikami. Jeśli tak dalej pójdzie, jutro swoje mecze wygrają: Śląsk, Trefl, TKM, Wilki Morskie, Polonia 2011, Zastal, Polonia oraz Korona. Przy czym to właśnie wynik potyczki krakowian ze Zniczem jest chyba najmniej pewny.
To cytat z piątku. W sobotę doszło do dwóch niespodzianek. W opisywanym meczu Trefl-Spójnia oraz wspomnianym na końcu cytatu Korona-Znicz. Nie mamy już mistrzów Polski juniorów z 2009 roku w rozgrywkach juniorów starszych. Reszta wyników kreowała się zgodnie z planem. Znamy już aż siedmiu finalistów MP U-20, a są to: Polonia 2011, Polonia, Śląsk, Spójnia, Znicz Jarosław, TKM oraz Wilki Morskie. Oczekiwany ósmy uczestnik - Czarni Słupsk. Żeby słupszczanie nie awansowali, musieliby przegrać z Unią Tarnów więcej niż ośmioma punktami, albo po prostu przegrać, a Zastal powinien wtedy ograć Polonię 2011. Ten drugi scenariusz jest właściwie niemożliwy.
Ciekawe osiągnięcia indywidualne MP:
Zastal Zielona Góra
Filip Matczak 31 pkt, 11/19 z gry, 16 zb, 3 ast, 4 prz, 3 bl
Trefl Sopot
Rafał Malitka 21 pkt, 8/12 z gry, 8 zb, 3 ast, 2 prz
Znicz Jarosław
Dariusz Wyka 23 pkt, 9/14 z gry, 10 zb, 3 prz, 4 bl
Andrzej Urban 10 pkt, 4/11 z gr, 10 zb, 4 ast, 8 prz





