sobota, 14 stycznia 2012

Wrocławskie 40%

Wprawdzie lada chwila wszyscy zwrócą się w stronę Katowic, gdzie będziemy z pewnością świadkami spektakularnego święta rodzimego basketu. Mecz – prawie największych – Gwiazd polskiej koszykówki w mieście niemal totalnie oderwanym od tej dyscypliny sportu. W wielkiej hali. Czy to wypali? Czy znowu usłyszymy, że liga otwiera się na nowe miasta (pytanie – po co, skoro mamy problemy w obecnych)? To już za niedługo. Tymczasem pora podsumować miniony tydzień w wykonaniu przede wszystkim Śląsków i pięciu ważnych meczów z ich udziałem, o czym pisałem kilka dni temu.

Trudno nazwać występy wrocławskich drużyn inaczej, niż jedną wielką huśtawką. Szanse były, niestety po ostatnim tygodniu oba Śląski stanęły w mniej komfortowej sytuacji ligowej. Na szczęście całość poprawiło dość niespodziewane zwycięstwo drugoligowców w Pucharze PZKosz. Swój mecz wygrało też WKK Wrocław, czyli rezerwy ekipy grającej w PLK. Jednak powstaje pytanie – czy gdyby Piotr Niedźwiedzki nie grał 30min w drugiej lidze, to nie miałby więcej sił na grę w PLK?


Krok od Final Four

Zacznijmy od tego, co ucieszyło najbardziej. Czyli pokonania ekipy z Dąbrowy Górniczej. Raz już w tym sezonie MKS do Wrocławia przyjechał – niespodziewanie wygrał sparing w Orbicie z ekipą trenera Rajkovicia. Teraz, mimo łatki zdecydowanego faworyta, pierwszoligowcy nie podołali. Dobry i równy mecz od samego początku, nieco zaprzepaszczony w końcówce, dał ostatecznie triumf wrocławianom. Co cieszy, to świetny mecz Norberta Kulona, który dostał więcej minut i w najważniejszych momentach mówiąc kolokwialnie „dał radę”. Mam nadzieję, że to zwiastuje więcej czasu gry dla innych młodych zawodników w lidze, bo tylko sensowną rotacją przez cały sezon można coś osiągnąć.

Wracając do pucharu. We Wrocławiu potraktowano go całkowicie serio, wręcz przymierzając się wstępnie do organizacji Final Four. Do tego potrzebne jest kolejne zwycięstwo, w ostatniej już rundzie. Losowanie w poniedziałek, a po nim możemy być świadkami na przykład kolejnego meczu..

.. Stal – Śląsk. Kolejnego, bo w tym sezonie drużyny spotkały się dwukrotnie. Tutaj o meczu numer dwa, który odbył się w Ostrowie. Atmosfera zdecydowanie przypominała, że brakuje kibiców obu klubów w wyższych klasach rozgrywkowych, ale kto wie – może już za rok. Na boisku za to Śląsk grał do przerwy. W drugiej kwarcie prowadził już 30:14. I ostatecznie przegrał mecz, który mógł przesądzić o wygraniu sezonu regularnego. Wprawdzie trudno przewidywać, że Stal na pewno ogra wszystkich do końca, jednak z wielce komfortowej sytuacji zrobił się tylko jeden mecz różnicy. I gorszy bilans bezpośrednich spotkań. A przed nami choćby wyjazd do Chorzowa. Jaka jest różnica w grze wrocławian u siebie, a na wyjazdach widzimy przez cały sezon. Dlatego przewaga parkietu może mieć w play-off bardzo duże znaczenie. Ten mecz to również „popis” korzystania z ławki rezerwowych, o czym przypomniał Kulon zaledwie kilka dni później. Oraz co pokazała Stal, którą do zwycięstwa poprowadzili rezerwowi Dymała i Zębski.

I tą ligową porażką, nieco na własne życzenie, przechodzimy do zupełnie innego poziomu skomplikowania sobie sytuacji w lidze. Czyli do PLK.


Co z tym top5?

Nie czarujmy się. Jedyne ciekawe wydarzenia w drugiej części rozgrywek będą się odbywały w górnej połówce. Brak awansu do niej prowadzi bezpośrednio do kolejnych wyjazdów w kierunkach: Łódź, Warszawa, Tarnobrzeg, czy Starogard. A z całym szacunkiem dla tych drużyn – nie rozgrzeją one we Wrocławiu prawie nikogo. Zwłaszcza w porównaniu z Prokomem, Turowem, Treflem, Anwilem i Czarnymi (bo prawdopodobnie ta piątka będzie „na górze”). Sytuację wrocławian pogorszyła dodatkowo czwartkowa wygrana Zastalu. Ale po kolei.

Na początku był chaos, czyli mecz z ŁKS-em. Zdanie nieprzypadkowe, bo błędów i niedomówień w grze była masa. Jeśli ktoś miał nadzieję, że w starciu z najsłabszym zespołem ligi będzie dłuższa okazja pooglądać rezerwowych i przede wszystkim młodzież – to mógł się poczuć rozczarowany. Spokojnie to piszę, bo też byłem w tej grupie. W Śląsku brakuje tej mentalności pod tytułem „jesteśmy lepsi, pokażmy to jak najszybciej” – drużyna się dostosowuje, gra na minimalnej przewadze, a odjechała dopiero w czwartej kwarcie. Tym sposobem Robert Skibniewski pograł 36 minut, a Jarosław Zyskowski ostatecznie chyba się przekonał, że to nie ma sensu – czego efektem rozwiązanie kontraktu kilka dni później. Sęk, czy Grzeliński nie mieli szans nawet na ławkę, Koelner pograł cztery minuty. Tyle ogrywania młodzieży, ale liczyły się dwa punkty na Nowy Rok. Prawdziwe sprawdziany miały dopiero nadejść.

W ciągu kilku dni wrocławską Orbitę najechali gracze Anwilu i Trefla. Złośliwy (znajomy) kibic, po meczu z sopocianami stwierdził wręcz „ograbił nas Rumun, potem Turek, teraz czekam na Ruskiego”. Wtajemniczeni wiedzą o co chodzi, tym mniej już tłumaczę. Od narodu ze stolicą w Bukareszcie określani byli niegdyś zawodnicy oraz kibice Anwilu. Oczywiście określani tak głównie we Wrocławiu. Turek, to już bezpośrednie nawiązanie do tego, co poczynił środkowy Trefla w środowym starciu. Natomiast ostatni kierunek to mocno potoczne określenie Tomasa Pacesasa, trenera Prokomu.

Tyle ciekawostki. Mam nadzieję, że nikt się nie obraził, a jeśli tak to przepraszam. Ale wróćmy do wydarzeń w hali. Powiedzmy sobie szczerze – to nie były mecze, które pokazały wielki atak. Przede wszystkim królowała obrona, a wrocławianie w obu spotkaniach mieli swoje momenty. Wbrew początkowi z Treflem, bliżej wygranej było w niedzielnym starciu. A to, co uwidoczniły te spotkania, to brak prawdziwego lidera punktowego. Najpierw wrocławian załatwił Allen, który w najważniejszych momentach trafiał za trzy. Natomiast kilka dni później wspomniany Turek, grający statystycznie na 29+17. I to wszystko przy niemal zerowym pomyśle na zdobywanie ważnych punktów w ekipie wrocławskiej. Końcówka meczu z Anwilem to tragedia – najpierw pudło spod kosza Mladnovicia, natomiast następnie spod własnego kosza byliśmy świadkami podania do przeciwnika. I to w ostatniej akcji. Kuriozum to mało powiedziane.

Zapewne narażę się paru fanom z Włocławka, ale.. Trefl jest najfajniejszą drużyną, jaką widziałem we Wrocławiu w tym sezonie. Jasne – mają trochę mankamentów, ale kto ich nie ma. Polacy grają co najmniej solidnie, a wręcz bardzo dobrze. Każdy ma swoją rolę i wypełnia ją raczej dobrze. A przede wszystkim są to gracze ważni, a nie gdzieś „na dokładkę, bo przepisy nakazują” i nie z paszportami po babci.

Ale czas też się doczepić. Beznadziejny – jak na swoje koszykarskie CV oraz fakt, iż jest obcokrajowcem – Cummings jest tam trzymany chyba tylko po to, żeby wiecznie krytykowany Muiznieks wreszcie nie był uznawany za najsłabszy element drużyny. O dysproporcji w jakości u centrów niech powie statystyka – może nieco niedokładna, ale tutaj i tak wystarczy – evaluation oraz +/-. Odpowiednio, John Turek zaliczył we Wrocławiu eval 40 i +21. Natomiast Chris Burgess eval 1 oraz -15. I to nie był jednorazowy przypadek. Dziękuję, nie mam pytań.

Obecnie w tabeli można dostrzec plusy i minusy. Plus to na pewno korzystny terminarz. Nie ukrywajmy – na 80% w walce o ostatnie miejsce premiowane awansem do „szóstki” powalczy Śląsk oraz Zastal. Tak więc po kolei:

Zastal (bilans 13-7): Trefl (w), Czarni (d), Polpharma (w), Kotwica (d).

Śląsk (bilans 10-9): Warszawa (w), Czarni (w), Polpharma (d), Kotwica (d), Poznań (d).

Za Zastalem przemawia lepszy bilans, bardzo dobra zmiana na ławce trenerskiej (jak na razie) oraz kluczowe mecze w domu. Zielonogórzanie mają jedną porażkę bez konsekwencji (czyli np. Sopot), natomiast po każdej kolejnej muszą patrzeć na wynik Śląska. Który – mimo tych porażek – wydaje się grać konsekwentnie i coraz lepiej. Zwłaszcza z drużynami środka tabeli. Dlatego kluczowe mogą się okazać starcia obu zespołów z Czarnymi Słupsk. Na chwilę obecną zdecydowanie bliżej awansu są zielonogórzanie, ale walka powinna trwać do samego końca.


Podsumowując. Mieliśmy cztery spotkania ligowe i jedno pucharowe w wykonaniu Śląsków. Bardzo miła niespodzianka w Pucharze PZKosz osłodziła gorycz porażki w Ostrowie – to na Mieszczańskiej. Niemniej jeśli ta przegrana w niezwykle prestiżowym meczu ze Stalą przyniesie stałe korzyści (np. rotacja) – to może warto było ją ponieść, w imię przyszłego sukcesu. Teraz klucz to nie tracić punktów nigdzie „po drodze”. Najbliższa okazja do kolejnej wygranej już w niedzielę.

Natomiast Śląsk w PLK znacznie oddalił się od wymarzonej grupy pięciu najlepszych zespołów pierwszej rundy. Zaczęło się zgodnie z planem, chociaż mało przekonująco. Ale potem przyszedł brak umiejętności grania końcówek (Anwil), czy po prostu podrażniony po pierwszej kwarcie rywal (Trefl) i atmosfera zapewne siadła. Z jednej strony to powinno ostudzić zapały i pokazać, że nie wszystko na raz. Z drugiej, w tym roku liga jest na tyle przeciętna, że szkoda nie marzyć o „czymś ekstra”. Ale obecnie trzeba grać do końca i wierzyć w awans, bo – pomimo wyniku – chyba każdy w drugiej rundzie woli mecze z Treflem, niż ŁKS-em.

0 komentarze: